niedziela, 5 lipca 2020

Duchowa dieta na literę „M”. Vol. 3: Merton, czyli energetyczna piguła

Jeśli ktoś o tak atrakcyjnych współcześnie poglądach
mówi coś głębokiego o Bogu, to warto go posłuchać.

Tą notką kończę cykl wpisów o trzech potrawach „dla ducha”, które szczególnie mi ostatnio smakowały, a które łączy je to, że ich twórcy zwą się na tę samą literkę. Poprzednio pisałam o tekście piosenki rapera Maty i mikropowieści Sándora Máraiego. Dziś będzie o duchowym przewodniku pt. „Nikt nie jest samotną wyspą” autorstwa Thomasa Mertona – dwudziestowiecznego amerykańskiego mnicha, mistyka, pacyfisty, antyrasisty, miłośnika kultury Dalekiego Wschodu i ważnego prekursora hipster katolicyzmu.


O Thomasie Mertonie (1915–1968) miałam już okazję tu pisać w kontekście jego książki „W natarciu na niewypowiadalne”, będącej zbiorem esejów o książkach, kulturze i wierze. Byłam zdziwiona – choć zarazem zachwycona – że napisał coś tak „przyziemnego”, bo stereotypowo kojarzyłam Mertona raczej z wysoką mistyką. Stereotyp ten umocnił we mnie fejsbukowy fanpejdż „Thomas Merton Daily Quotes”, który chętnie podczytywałam, a który zazwyczaj publikował bardzo uduchowione i wysmakowane intelektualnie cytaty – często pochodzące właśnie z „Nikt nie jest samotną wyspą”. Stwierdziłam, że musi to być pewnie jakieś szczególnie ważne dzieło tego pisarza i gdy w końcu wpadło mi w ręce, z chęcią się za nie zabrałam.


TOMASZ HIPSTER

Spodziewałam się po „Nikt nie jest samotną wyspą” wiele, bo, jak wspomniałam, mam Mertona za ikonę hipsterskiego podejścia do chrześcijaństwa, a podejście to bardzo mnie pociąga. Był i jest ceniony przez intelektualistów i artystów: do niegdysiejszej fascynacji Mertonem przyznaje sie m.in. reżyserka Małgorzata Szumowska, fascynacji tej udzieliła też głównemu bohaterowi swego kontrowersyjnego filmu „W imię...”.


Szumowska akurat zadeklarowała później utratę wiary, więc wzór dla adepta mistyki chrześcijańskiej z niej słaby.1 Ale o samym Mertonie nie można tego powiedzieć – w końcu jeśli ktoś o tak znakomitych talentach literackich, przygotowaniu intelektualnym i o tak atrakcyjnych dla współczesnego człowieka poglądach (wspomniany pacyfizm, szacunek dla tradycji duchowej Wschodu, szacunek dla przyrody, propagowanie porozumienia między religiami, równości ras i ogólnie równości społecznej) ma jednocześniej do powiedzenia coś naprawdę głębokiego o Bogu, to pewnie warto go posłuchać.


CZYTA SIĘ WOLNO, ALE WARTO

Z tą myślą, i pamiętając piękne cytaty przeczytane na fanpejdżu, zabrałam się za „Nikt nie jest samotną wyspą”. I na starcie doznałam pewnego rozczarowania: początek książki napisany jest bardzo gęstym, a przy tym bardzo kościelno-filozoficznym językiem, którego po prostu nie czytało mi się najlepiej.


Zachęcona wspaniałą renomą autora i pozytywnymi wrażeniami z „W natarciu na niewypowiadalne”, przebiłam się jednak dalej i w sumie już po kilkudziestu stronach spomiędzy trudnych słów i stereotypowo kapłańskich sformułowań zaczęły się przebijać bardzo oryginalne, łapiące za serce myśli. I choć książka do samego końca pisana jest gęsto – czyta się ją przez to dość wolno, ja niekiedy na jednym posiedzeniu czytałam po zaledwie kilka-kilkanaście stron – to miałam świadomość, że nie zmarnowałam ani jednej poświęconej jej minuty.


Jest ona po prostu bardzo pożywnym literackim i duchowym daniem, taką energetyczną pigułą – łyżkami jeść nie sposób, ale już mała porcja i smakuje, i nasyci. I chociaż smuci mnie obserwacja, której dokonał ongiś Ignacy Loyola, że świeckie książki i myśli dają tylko chwilową przyjemność a jedynie lektura i refleksja duchowa – przyjemność trwałą2, to gdybym miała wybrać sobie lektury na – nomen omen – bezludną wyspę, „Nikt nie jest samotną wyspą” byłoby mocną kandydaturą, właśnie z tego powodu.


JAK SIĘ ZBAWIAĆ, TO NIE INDYWIDUALNIE

Jakie składniki zawiera zatem ten literacko-duchowy baton energetyczny? Dla mnie jedną z najmocniejszych treści w tej książce była teza zawarta w tytule, często przewijająca się w treści: że nikt z nas nie żyje dla siebie i nawet do duchowego rozwoju a w konsekwencji – do zbawienia wiecznego dążymy jako wspólnota, wraz z bliskimi ludźmi, którzy nas otaczają.


Było to dla mnie dość nowe, bo w czasach, w których nasze pokolenie się wychowało, mocno stawiano przecież na indywidualizm, posiadanie własnego zdania, czy wymagania od siebie „nawet gdyby inni (...) nie wymagali”.3 Maksymalizm moralny i rozwinięta duchowość kojarzyły mi się raczej z samotnością i pewnego rodzaju buntem przeciw otoczeniu. Ale z drugiej strony wpajano przecież, żeby być dla innych dobrym i miłym, że miłość bliźniego itp., i bywał człowiek nieco zagubiony...


W książce Mertona te dwie rzeczy ładnie się spotykają, co mnie osobiście dało ulgę i motywację. Ciekawe są też praktyczne porady, jakie Merton daje w związku z życiem we wspólnocie – na przyklad ta, że tych bliskich ludzi nie sposób mieć zbyt wielu. Warte do rozważenia w dobie fejsbuka.


POP-MISTYKA, ALE...

„Nikt nie jest samotną wyspą” z pewnością może spodobać się osobom spragnionym duchowości w jej bardzo współczesnym, wręcz stereotypowym rozumieniu, typu medytacja czy mindfulness: sporo jest tam na temat uproszczenia życia, samotności czy skupienia. Jednak czytelnika, który szukałby w Mertonie New Age’owego, neutralnego światopoglądowo dziecka-kwiatu, schlebiającego współczesnej głównonurtowej moralności, czeka pewne zdziwienie: w kwestii obyczajów autor „Nikt nie jest samotną wyspą” okazuje się mocno ewangeliczny i katolicki.


TOMASZ PRORODZINNY

Ciekawe jest na przykład to, jak mocno autor podkreśla, że ważną rolą małżonków jest, jak to określa, „obowiązek” dawania nowego życia – pisze np. tak: „Żyjąc w ścisłym zjednoczeniu z Bogiem-Stwórcą, mąż i żona zrozumieją lepiej niż inni tajemnicę Jego nieskończonej płodności, bo uczestniczenie w niej stało się ich przywilejem” (s. 189). Albo: „Miłość obawiająca się mieć dzieci dla jakiegokolwiek powodu, lęka się samej miłości. (...) Sama natura miłości żąda, by dążyć do wypełnienia jej twórczych celów pomimo wszelkich przeszkód” (s. 239).


Nie jest to absolutnie najważniejszy wątek tej książki – w samym temacie miłości małżeńskiej autor równie mocno podkreśla wagę bliskości, wzajemnego wsparcia czy też po prostu rozkoszy zmysłowej – ani też jakiś mój szczególnie ulubiony, jednak ciekawi mnie to zestawienie poglądów, gdzie pisarz, który w wielu kwestiach popiera bardzo „postępowe” wartości, w tym temacie jest akurat bardzo jednoznaczny i tradycyjny. Znów rozumuję na zasadzie: skoro tę myśl wyraził wspaniały, hipsterski Merton, to jest to dobry powód, by poświęcić jej chwilkę.


TOMASZ – JEDNAK DZIECKO-KWIAT?

Przy tym wszystkim Merton jest rewelacyjnie naturalny, pozbawiony pruderii i przekonujący, gdy pisze na tematy związane z seksualnością. Spodobało mi się to, jak afirmuje świeckie powołanie małżeńskie. Wskazuje na jego korzyści w porównaniu z kapłaństwem czy życiem zakonnym, które teoretycznie niby bardziej sprzyjają głębokiej duchowości. Np. w tym fragmencie: „wielu chrześcijan, nie mających powołania do życia zakonnego ani do kapłaństwa mówi sobie: »Nie mam powołania!« Cóż za pomyłka! Mają wspaniałe powołanie, tym piękniejsze, że pozostawiające stosunkowo dużo swobody i pozbawione sztywnych form” (s. 188).


Albo tu: „Ludzie żyjący w małżeństwie (...) [p]owinni dziękować Bogu, że to ich powołanie, z całą jego odpowiedzialnością i jego trudnościami, jest pewną i bezpieczną drogą do świętości, wolną od skrzywień i wypaczeń pobożnego konwencjonalizmu” (s. 189). To umiłowanie Mertona do naturalności i wychodzenia ze sztywnych ram, nawet tam, gdzie porusza tematy najbardziej związane z katolicką ortodoksją pokazuje, że chyba jednak był w dużej mierze dzieckiem-kwiatem.


PIĘKNE I WZNIOSŁE (PO RAZ DRUGI)

To jest bardzo wybiórczy i stronniczy rzut oka na wątki zawarte w „Nikt nie jest samotną wyspą”, w książce jest tych treści o wiele więcej. Oprócz wspomnianych tematów skupienia, samotności czy wspólnotowości jest mowa m.in. o ascezie (bardzo ciekawe objaśnienie dla osób, które nie rozumieją, o co chodzi z tymi wszystkimi postami czy inną czystością i wstrzemięźliwością – szczególnie warte przeczytania w dobie zagrożeń ekologicznych i nowych trendów etycznych, które wymuszają na nas pewne samoograniczenia), stosunku do przyrody, pracy czy używania dóbr doczesnych. Generalnie Merton odnosi się do większości ważnych dziedzin w życiu człowieka – każdą z nich odnosząc do życia kontemplacyjnego i poszukiwania Boga.


I w zasadzie ten główny temat pozostaje chyba z czytelnikiem najdłużej po przeczytaniu tej książki – to poszukiwanie tego, o co naprawde w życiu chodzi, a w wypadku wierzących – tęsknoty za pięknym, wzniosłym Bogiem, Tym, którego kiedyś tam się spotkało podczas tzw. nawrócenia, chociaż poźniej w życiu człowiek nieraz za bardzo zaaferuje się innymi sprawami i o tej chwili, o tym pięknie, zapomni. Merton szczególnie mocno mi o tym przypomniał, bo też i głównie o tym pisał, ale takie przebłyski zdarzają mi się również przy czytaniu rzeczy całkiem spoza działki literatury religijnej. I w sumie dostarczanie tego typu przeżyć to coś, co łączy wszystkie trzy teksty kultury (pierwsze dwa: tu i tu), które opisałam w tym cyklu o autorach na literkę M.


Merton, Thomas. 1983. Nikt nie jest samotną wyspą [No man is an island]. Tłumaczyła Maria Morstin-Górska. Kraków: Wydawnictwo Znak.


PRZYPISY

1 Szumowska: To piękno trzeba złamać, rozmawiał: Tadeusz Sobolewski, „Wyborcza.pl”, 7 lutego 2013, https://wyborcza.pl/piatekekstra/1,129155,13365759,Szumowska__To_piekno_trzeba_zlamac.html?disableRedirects=true 
 

2 Ks. J. Badeni SI, Życie św. Ignacego Loyoli, założyciela zakonu Towarzystwa Jezusowego, wydanie trzecie, Kraków 2016, http://www.ultramontes.pl/zycie_sw_ignacego.pdf, s. 12.



3 Jan Paweł II, homilia w czasie liturgii słowa skierowana do młodzieży zgromadzonej na Westerplatte, Gdańsk – Westerplatte 12 czerwca 1987, http://www.nauczaniejp2.pl/dokumenty/wyswietl/id/748

piątek, 12 czerwca 2020

Duchowa dieta na literę „M”. Vol. 2: Márai, czyli kotlet smakowicie odgrzany

Sam motyw niezbyt oryginalny, ale Márai opisał to tak, że miałam wrażenie, że dotykam samej istoty tego archetypu.

Po przerwie wracam do cyklu wpisów o trzech potrawach „dla ducha”, które szczególnie zasmakowały mi w niedawnym czasie. Łączy je to, że ich twórcy zwą się na tę samą literkę. Dziś piszę o mikropowieści „Żar” Sándora Máraiego, którą czytałam kilka lat temu, a ostatnio odświeżyłam sobie w formie audiobooka.


Kiedy kilka lat temu przeczytałam „Dziennik” Sándora Máraiego – a dokładniej obszerny wybór fragmentów jego dzienników, który ukazał się w Polsce w 2004 roku – zachwyciłam się bez reszty połączeniem chrześcijańskiej duchowości (jakkolwiek pod koniec życia wspominał, niestety, o utracie wiary), cudownej brawury intelektualnej (np. mistrzowskie oranie klasyków literatury, których nie lubił) i jakiegoś nienazwanego piękna. Po przeczytaniu „Dziennika” wzięłam się za powieści jego autora – wrażenia były różne, choć na ogół znajdowałam powody do zachwytu. Jedną z tych powieści był „Żar”.


PIERWSZE SPOTKANIE Z „ŻAREM”

Gdy czytałam tę książkę pierwszy raz, największe wrażenie zrobił na mnie po pierwsze soczysty, przekonujący realizm, a po drugie – sposób ogrania motywu dwóch mężczyzn rywalizujących o kobietę. (Książka opowiada o spotkaniu, w latach 40-tych XX wieku, dwóch starych mężczyzn, Henryka – węgierskiego generała i Konrada – jego przyjaciela ze szkoły wojskowej, którego Henryk podejrzewa o uwiedzenie przed laty jego żony Krystyny.) Sam motyw niezbyt oryginalny, ale Márai opisał to tak, że miałam wrażenie, że dotykam samej istoty tego archetypu, z całym towarzyszącym mu emocjonalnym rozgorączkowaniem, świadomością winy a z drugiej strony tego, co jest moralnie słuszne i piękne.


DRUGIE PODEJŚCIE

Po kilkuletniej przerwie w czytaniu Máraiego wpadł mi w ręce audiobook „Żaru” z 2014 r., czytany przez Mariusza Bonaszewskiego. Z pewną ekscytacją stwierdziłam, że odświeżę sobie dawne wrażenia. I jak to bywa, przekonałam się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki – co jednak nie znaczy, że kolejne kąpiele nie mają sensu.


Wspomniany archetyp przestał do mnie tak mocno mówić – nie wiem, pewnie to przez inny moment życia. Perełki trafnych obserwacji rzeczywistości nadal mnie zachwycały tu i ówdzie. (Na gorąco przypomina mi się na przykład taki obrazek, gdzie Konrad katuje się wyrzutami sumienia, że jego niezamożni rodzice rujnowali się na jego wykształcenie a Henryk trzeźwo odpowiada, że mogli być z tym wszystkim bardzo szczęśliwi.) Zauważyłam natomiast też coś nowego – co mnie podczas tego drugiego podejścia do „Żaru” miejscami męczyło i irytowało.


KSIĄŻKA-KŁÓTNIA – ALE (P)O CO?

Książka ta ma formę, którą w swym idiolekcie nazywam opowieścią o humpfie – to historia ludzi, którzy przez cały czas trwania akcji siedzą przy stole i się kłócą. Ta forma potrafi dać odbiorcy wiele radości, jak widać na przykładzie filmów „Rzeź” Polańskiego czy „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” Genovese. Tym bardziej kiedy bohaterowie kłócą się inteligentnie i/lub zabawnie.


Ale „Żar” Máraiego taki nie jest. Konflikt bohaterów jest opisany śmiertelnie na poważnie, wręcz pompatycznie. Rozmowa Henryka i Konrada prowadzona jest inteligentnie, ale radość z odbioru psuł mi fakt, że od pewnego momentu zaczęła mi się wydawać bezsensowna.


Protagoniści przez sto kilkadziesiąt stron mielą temat dawnej domniemanej zdrady małżeńskiej, wnikając w najdrobniejsze szczegóły, kreśląc tło historyczne i psychologiczne i pogrążając się w dygresjach. Ich motywacje – a zwłaszcza głównego bohatera, Henryka – są przy tym dla mnie, jako czytelniczki, kosmicznie odległe i nieaktywujące schematów poznawczych. (Chodzi im o jakieś mętne, wyprane z emocji, empatii czy moralności poczucie sprawiedliwości i honoru.)


Krystyna, (prawdopodobnie) niewierna żona, nie żyje przecież od lat, więc wątek międzyludzki jest nieaktualny. Emocje, po upływie czterdziestu lat od domniemanego zdarzenia, wywietrzały. Także wątek zdrady jako moralnego zgorszenia nie wydaje się być dla bohaterów ważny. Po co więc było Henrykowi kisić tę urazę i po co tyle się nad tym rozwodzić?


KATHARSIS

Trochę to wszystko się jednak klaruje – i zyskuje sens – na końcu. (Nie będę spoilerować, zasygnalizuję tylko, że chodzi mi o motyw z obrazem i jego moralną wymowę.) Czytelnik, nawet jeśli wymęczył się nieco, wraz z bohaterami, podczas akcji powieści, na końcu może mieć wrażenie, że jednak było warto. I może, choć bohaterowie i narrator wydają się pozornie indyferentni moralnie, ta męka postaci i odbiorcy to jest właśnie morał tej powieści – skoro zdrada to wielki grzech, to przy jej odkupieniu widać trzeba podrążyć i musi poboleć.


To zakończenie uważam za piękne bo, jak to się ładnie mówi, „przypomina o Ewangelii”. I jak teraz patrzę na tę moją ponowną lekturę „Żaru”, to obok wspomnianych perełek realizmu i motywów niewytłumaczalnie pięknych (motyw niani Nini, obraz dzikiej węgierskiej przyrody) moje ulubione momenty tej powieści to właśnie te, gdzie Márai jest kryptoteologiczny – albo po prostu otwarcie chrześcijański. A to dlatego, że jego autor wewnętrzny, jak rzadko kto, wydaje się wiedzieć, o czym – i o Kim – mówi.


REALNE I PIĘKNE

Na przykład w dygresji o krwi narrator wspomina, że była ona obecna w obrzędach zawsze, gdy człowiek chciał powiedzieć Bogu coś ważnego. Nie ma tu dystansu wobec „opium dla ludu” czy nawet bardziej lub mniej powierzchownego szacunku wobec tradycji i rytuału – jest osobista relacja, człowiek i Bóg. Albo gdy pojawia się porównanie życia kogoś z bohaterów do życia zakonników i pada stwierdzenie, że zakonnikowi jest łatwiej, ponieważ ma wiarę – znów zamiast częstego w kulturze niezrozumienia dla chrześcijańskiego życia konsekrowanego widać tę świadomość, że wiara to coś realnego i coś, co potrafi pomóc człowiekowi.


Márai jest piękny i autentyczny również w odniesieniach do chrześcijańskiej obyczajowości. Przykładowo, kiedy współczesny czytelnik trafia na literacki obraz dojrzewania chłopców, stereotyp nakazywałby mu pewnie oczekiwać wywlekania związanych z nim brudów i grzechów. W „Żarze” mamy zaś przejmujący, emocjonalny obraz gorącej – a przy tym w stu procentach niewinnej i jednoznacznej – przyjaźni Henryka i Konrada oraz wzmiankę o ich wzajemnym zobowiązaniu do zachowania czystości. Nawet biorąc poprawkę na epokę – powieść wydano w 1942 roku – jest to, moim zdaniem, mocne. (Opis najwcześniejszych losów Henryka i Konrada to jest właśnie ten piękny obraz męskiego dzieciństwa, o którym wspominałam w poprzedniej notce.)

Podobnie jest w „Żarze” przedstawiony obraz małżeństwa – tu znów stereotypowo spodziewałabym się po współczesnej literaturze krytyki, pokazania pustoty tej formy społecznej lub przynajmniej obojętnego do niej stosunku. Tymczasem Márai skupia się na więzi emocjonalnej, która może łączyć małżonków (szczególnie w historii rodziców Henryka, którą narrator podsumowuje stwierdzeniem, że bardzo się kochali, choć nie rozumieli) i na ostateczności i nieodwołalności ich relacji (znamienne słowa Henryka, że w momencie śmierci Krystyna wzywała jego imię, nie Konrada).


Krótko mówiąc, jeśli chodzi o pisanie o Bogu i moralności chrześcijańskiej, autora „Żaru” łączy z bohaterem poprzedniej notki to, że obaj, jak na moje, mieli okazję naprawdę zagadać do Tego, o którym niekiedy piszą, a nie tylko ślizgać się po powierzchni jakichś idei czy tradycji religijnych (nawet jeśli u Máraiego ta relacja się później skomplikowała). Bardzo lubię czytać takich ludzi.



Márai, Sandor. 2014. Żar. [audiobook]. Czyta Mariusz Bonaszewski. Warszawa: Agora.

Ilustracja autorstwa kristine431 z Pixabay

sobota, 8 lutego 2020

Duchowa dieta na literę „M”. Vol. 1: Mata, czyli znów przeżuwam piosenki



Kumpela ostatnio dietuje i przesyła różne zdrowe przepisy ze swojej diety, jak już sama wypróbuje i stwierdzi, że smaczne. Pomyślałam, że zrobię coś podobnego i podzielę się z Wami namiarami na trzy potrawy „dla ducha”, które najefektywniej odżywiały mnie przez ostatni kwartał. Łączy je to, że ich twórcy zwą się na tę samą literkę. Dziś o tym, co poznajdowałam w rapowych tekstach niejakiego Maty.

Używając niesamowicie prostych środków językowych (no, może z wyjątkiem
„przykładu” i „jarzębiny”), Mata
przekazuje całe doświadczenie sacrum.


Dlaczego rapsy Maty mnie urzekły? Bo uwielbiam takie sytuacje: być w otoczeniu niepięknym i niezbyt dobrym i nagle wśród takiego względnego syfu znaleźć Wielkie Piękno i Wielkie Dobro, którego człowiek się tam kompletnie nie spodziewał. (Jak już kiedyś wspominałam, najbardziej modelową sytuacją tego typu jest dla mnie motyw z Meisterem Eckhartem w „Oberkach do końca świata” Wita Szostaka, obczajcie.)


No i mamy młodziutkiego rapera, który składa rymy wprawdzie sprawnie, ale na ogół w tematyce niesprzyjającej zachwytom, a i forma tego bywa niekiedy chropawa. I nagle taki koleś wylatuje z kawałkiem „Żółte flamastry i grube katechetki”. Nie umiem nawet za wiele powiedzieć na temat tego, za dużo emocji. W sumie to bardziej napisałam ten wpis po to, żeby Wam dać znać, żebyście tego kawałka posłuchali i go wchłonęli, niż żeby wielce kminić na jego temat.


Dobra, jednak trochę pokminię. Podoba mi się u Maty to, że w swoich rapsach stosuje się do ewangelicznego „tak-tak, nie-nie”. Kiedy nie ma konceptu, po prostu nawija sobie o moralnym zepsuciu bogatej młodzieży, wyprawie do Freshmarketu albo przepitych feriach we Włoszech – czysta, klarownie przekazująca myśli narracja, bez językowych udziwnień albo banalnych frazesów o dźwięku potłuczonego szkła i księżycu, który głowę schował. Ale kiedy już ten koncept ma, wychodzą duże rzeczy.


Nie wiem, czy ktoś już wcześniej użył metafory o Bogu, który podnosi i całuje błądzącego człowieka jak całuje się chleb, który upadł, ale coś się od tego w człowieku takiego robi, że miałby ochotę powiedzieć tak swoim dzieciom, tłumacząc jak odnosić się do chleba, Boga i siebie. Albo „bo są rzeczy, których nie wolno nam pić/ i których nie wolno nam jeść/ jak na przykład jarzębina” – koleś, używając niesamowicie prostych środków, niemal prymitywów językowych (no, może z wyjątkiem „przykładu” i „jarzębiny”), przekazuje całe doświadczenie sacrum: tego, jak to jest być bardzo, bardzo młodym człowiekiem albo wyznawać bardzo, bardzo młodą religię. Skojarzyło mi się to ze Starym Testamentem i odświeżyło moje ciepłe uczucia do niego.


W innej piosence, „100 dni do matury” (podobnie jak na „Żółte flamastry”, zwrócił mi na ten fragment uwagę Ziuta – pozdro, ziom) mamy zwrot Maty do rodziców, w którym tłumaczy znaczenie swojej ksywy: „Jak się boicie, że zapomnę zatracając się w rapach/ to pamiętajcie MA jak mama TA jak tata” i to też mnie rozstraja niesamowicie. Pewnie dlatego, że każdy z nas, bez wyjątku, jest złożony z takich dwóch połówek, więc każdego ten temat jakoś rusza. Pewnie już pisałam, że w taki sposób mój pan od literatury tłumaczył siłę „Króla Leara” Szekspira: nie każdy człowiek przeżył zakochanie, nie każdy ma dzieci, wiarę albo wrogów, więc tekst o miłości, rodzicielstwie, świętości czy zbrodni nie przemówi do każdego, ale rodziców ma lub miał każdy.


No i generalnie wychodzi mi, że siłą tekstów Maty w miejscach, gdzie one są mocne, jest to, że dotyka tam rzeczy bardzo uniwersalnych. Mnie bardzo siedzi jeszcze w pamięci ten fragment z „Patointeligencji”: „miałem już (...) tak dość tego ciepła i piękna”, ale to już nie wiem, dlaczego, nie wpisuje mi się to w teorię. Chyba po prostu jest to dobra, przekonująca antyteza: czego jak czego, ale ciepła i piękna większość z nas naprawdę chce, a tu ktoś pisze, że miał go dość, więc budzi to jakieś uczucia.


Jeszcze jedna ważna rzecz odnośnie do „Żółtych flamastrów”: oprócz relacji z Bogiem i kwestii językowych jest tam bardzo piękny obraz męskiego dzieciństwa. I to nas ładnie prowadzi do kolejnej notki, gdzie też coś o tym będzie. Widzimy się niebawem, yo.

___

P.S. Jeśli komuś mało, to pod tym linkiem można znaleźć bardzo ciekawą i lepiej niż moja ogarniętą w temacie rapu recenzję albumu Maty autorstwa Macieja Wernio z Noizz.pl.

P.S.2 Już po napisaniu tego tekstu przesłuchałam kawałek Maty pt. „Konkubinat” i świadomość metajęzykowa, którą autor w nim pokazuje, to dowód, że to, o czym napisałam w notce, nie wyszło mu przez przypadek. A refren, w którym Mata wydaje przesterowane jęki bólu spowodowanego brzmieniem nielubianych słów, to kolejny motyw, który można by chyba nazwać uniwersalnym. No powiedzcie sami, kto z Was nie zna tego uczucia?

Źródło obrazka: OpenClipart-Vectors, Pixabay

sobota, 18 stycznia 2020

Dlaczego piosenki z „Wiedźmina” są takie dobre

Tym razem utożsamiam się z vox populi – oglądam netflixowskiego „Wiedźmina” i zachwycam się piosenkami Jaskra, zwłaszcza „tą” piosenką. Bo cóż przyjemniejszego, niż odrobina zachwytu – tym bardziej takiego, który można uzasadnić filologicznie.
 



O zarąbistości Toss a coin to your witcher mówi cały Internet – polsko- i anglojęzyczny – i niejeden widz uznaje tę piosenkę za główny, lub niekiedy nawet jedyny, atut całego serialu. Nie spotkałam jednak zbyt wielu teorii co do tego, co nam się właściwie w tym kawałku aż tak podoba, więc postanowiłam stworzyć własną.

Wydaje mi się, że sekretem udatności piosenek Jaskra jest to, że w przyjemnym, popowo-balladowym opakowaniu serwują nam coś, co nie dość często w takim opakowaniu dostajemy – czyli porządną tekściarsko-literacką robotę.


TROCHĘ TEORII

Tego, co to znaczy, że tekst piosenki jest dobrze napisany, nauczyłam się z książki Stanisława Barańczaka pt. Ocalone w tłumaczeniu: szkice o warsztacie tłumacza poezji z dodatkiem małej antologii przekładów-problemów. Omawiając swoją propozycję przekładu jednego z tekstów Beatlesów, Barańczak podaje tam praktyczny zbiór kryteriów, jakie powinny spełniać słowa tłumaczonych piosenek tak, by czytało i śpiewało się je równie dobrze jak oryginał. Było to dla mnie niemałe odkrycie: uświadomiłam sobie, że o postrzeganej przez nas „fajności” tekstu nie przesądza to, czy śpiewa go wspaniały Sting czy siermiężny Perfect, ani czy jest on napisany w prestiżowym angielskim czy w swojskiej polszczyźnie. Decydują tu cechy czysto formalne: spójność i świadomość stylu, zgodność akcentów w wyrazach i zdaniach z akcentami muzycznymi, czy choćby to, czy w rymach mamy porządne wyrazy znaczące (rzeczowniki, czasowniki itp.) czy nędzne wyrazy funkcyjne (np. zaimki lub przyimki).


POTWORY Z RADIA

Choć Barańczak pisał o przekładach, te cechy można też bez problemu potraktować jako kryteria jakości oryginalnych słów piosenek. I niestety – wiele popowych tekstów, tak angielskich jak i polskich, nie zdałoby takiego egzaminu.

Robiąc ostatnio mały radiowy re-listening anglojęzycznego popu z ostatnich dekad, jestem zadziwiona, jak złe rzeczy potrafią wyrabiać tekściarze. Nawet w największych hitach miewamy te paskudne wyrazy funkcyjne na końcach wersów („Cause we are gonna be/ Forever, you and me...” – Lighthouse Family, High), przedziwne konstrukcje składniowe, byle tylko zmieścić się w wersie (wpiszcie w wyszukiwarkę „bad grammar in song lyrics” i cieszcie się mnogością przykładów), nienaturalne sformułowania („Rainy days never say goodbye/To desire when we are together” – aha, czyli po ludzku tu jest napisane, że nawet gdy pada, on czuje do niej miętę? Gdybym spotkała ten tekst Gazebo w redagowanym przez siebie tekście dowolnego gatunku, cięłabym aż miło), czy źle użytą leksykę („Hit me, baby, one more time” Britney – bez komentarza). Nie wspominając już o płyciźnie i/lub niespójności treści, która szczególnie ładnie wybrzmiewa w przeróbkach anglofońskich hitów na język polski, gdzie wystarczy wiernie przetłumaczyć piosenkę, zaśpiewać i już jest śmiesznie (przykładem Wzniosłe treści obcych pieśni Cezika). Przykładów z języka polskiego nie będę nawet podawać, każde z Was ma pewnie swoje ulubione.

Oczywiście, można by pewnie mnożyć i przykłady pozytywne, ale z moich ostatnich doświadczeń wynika, że jak się człowiek krytycznie wsłucha w to, co ci ludzie śpiewają, to częściej można się zdziwić niż zachwycić. Jak na moje, jesteśmy po prostu wygłodniali dobrego warsztatowo tekściarstwa w popie.


JASKROWE ELIKSIRY I PARONOMAZJE

I na to nasze wygłodnienie przychodzi cudowny Jaskier – oraz cudowna Jenny Klein, która napisała mu teksty – i dostarcza nam piosenek w których po prostu wszystko się zgadza.

Moją lingwistyczną uwagę przykuła już pierwsza piosenka Jaskra – You think you’re safe z początku drugiego odcinka „Wiedźmina” – gdzie baśniowe „stir up a potion” zrymowano kontrastowo z bardzo współczesnym, nagłówkowym „get an abortion”. Po dokładniejszym spojrzeniu na tekst widać jego kolejne atuty: same porządne rymy bez wyrazów funkcyjnych i innych wypełniaczy, sytuacja liryczna (groza życia w miejscowości Posada) spójnie przedstawiona za pomocą krótkich wersów bez składniowych łamańców, nawet humor językowy się w tej króciutkiej formie zaplątał („the pike with the spike/that lurks in your drawers” mnie totalnie rozwaliło, ta paronomazja słów „pike” i „spike” ma w sobie coś przecudownie przedszkolnego).


REFREN, KTÓRY BUJA

Przejdźmy teraz do dania głównego, czyli do Toss a coin to your witcher. I tutaj mamy spójną treść – zwięzłą historię potyczki bohatera lirycznego (Geralta) i podmiotu lirycznego (Jaskra) z diabołem i elfami, okraszoną zwrotami o charakterze perswazji, wzywającymi adresatów lirycznych do okazania uznania bohaterom i udzielenia im gratyfikacji finansowej. Jak w poprzednim przypadku, nie ma tu żadnego niepotrzebnego wersu. Nie znaczy to, że nie ma powtórzeń – choćby wspomniana prośba o pieniądz pojawia się trzy razy, w różnych parafrazach („Toss a coin to your witcher”, „so give him the rest”, „now pour him some ale”). Ma to jednak głęboki sens – dla bohatera lirycznego zarobkowy, dla odbiorcy – artystyczny i komiczny.

Nie ma też rymów będących sztuką dla sztuki. W przeciwieństwie do gorzej napisanych piosenek, rymy spełniają w Toss a coin... właściwą funkcję, akcentując to, co w tekście ważne – a to przebieg akcji (deceit – teeth, pest – chest), a to wzmacniające stylizację archaizmy czy terminy baśniowo-fantastyczne (devil – revel, horde, elf), a to autotematyzm (song, tale), a to wspomnianą ekonomiczną perswazję (rest, ale).

Co do instrumentacji głoskowej innej niż rymy, w refrenie wspaniale wybrzmiewa to dźwięczne, jakby bujające się „oh, valley of plennnty, oh, valley of plennnty”. Chyba dlatego ten refren tak fantastycznie się śpiewa. Mamy też trochę aliteracji („When the White Wolf fought”, „minced our tender meat”, „that bashes and breaks you/and brings you to mourn”). Nasuwa ona trafne skojarzenie z germańskimi poematami epickimi, bez których przecież nie byłoby fantasy. Nie ma jej jednak za dużo, i dobrze, bo jesteśmy jednak w neverlandzie i nie musimy się silić na historyczność.

Ładnie wypada w tekście Toss a coin.... zgranie akcentów wyrazowych i zdaniowych oraz muzycznych. Prawie wszystko się zgadza, jedyny ewentualny zgrzyt to niepotrzebne zaakcentowanie słówka „the” w „At the edge of the world”. Ale za to „Our champ-i-on prevailed” brzmi tak ślicznie, że myślę, że można to autorce wybaczyć.


ELFIK ZERKA Z PÓŁECZKI

Jak już wspomniałam, jest w Toss a coin... trochę archaizmów i terminologii baśniowej – i tak jak w You think you’re safe, ta stylizacja jest trafnie przełamana elementami z zupełnie innych stylistyk. Przykładowo, znów w refrenie, bajkowo-poetyckie „oh, valley of plenty” jest zestawione ze współczesnym i jednocześnie dość napuszonym zwrotem „a friend of humanity” – mnie osobiście mega to zestawienie bawi. Innym takim kontrastem jest połączenie wzniosłych, epickich, pasujących do high fantasy zwrotów opisujących spotkania z wrogami z bardziej przyziemnymi określeniami na późniejsze spuszczanie sobie nawzajem manta.

Moim ukochanym przykładem jest „He thrust every elf / far back on the shelf”. Ta fraza, oprócz tego, że rozśmieszyła mnie sama w sobie (kolejny cudny rym), dodatkowo jest ponoć aluzją do kultowej brytyjskiej książeczki dla dzieci traktującej o tym, jak to bożonarodzeniowy elfik obserwuje z półki w dziecięcym pokoju, czy milusińscy są grzeczni i zasługują na prezenty. Jednak po tym podwójnym, meblarsko-gwiadkowym trollingu mamy powrót do wzniosłego świata fantasy: okazuje się, że owa półka, na którą wiedźmin upchnął elfy, wcale nie była jednak jakimś, ot, piętrem etażerki, ale — półką skalną, wysoko w górach, w tajemniczej ojczyźnie elfiego rodu.


TAJEMNICA SUKCESU

Podsumowując – uważam, że powodem, dla którego kochamy przewodni motyw muzyczny netflixowskiego „Wiedźmina” jest stara, dobra poetyka, z której autorka słów potrafiła zrobić użytek. Polska wersja piosenki, choć również została entuzjastycznie przyjęta i ma kilka dobrych momentów, współdzieląc część atutów oryginału („choć oberwał sam / zmiażdżył bestii kark / ten obrońca ludzkości / toastu jest wart” – bardzo ładne zestawienie stylu wzniosłego i przyziemnego), moim subiektywnym zdaniem nie jest aż tak zjawiskowa. Potwierdza się to w jej warstwie formalnej: np. do rymów wkradło się trochę gramatycznego szumu informacyjnego (wam, tam, ich, więc) a nosowe „sakiewką potrzooooońśnij” nie jest tak śpiewne jak jego angielski odpowiednik. Język polski stawia jednak więcej wyzwań tekściarskich, niż angielski. Tym jednak, którzy całkiem powątpiewaliby w możliwości naszego języka jeśli chodzi o tworzenie doskonałych tekstów piosenek, polecam zajrzeć do książki Barańczaka i przekonać się, że się da!


Źródła

Barańczak S. 2004. Ocalone w tłumaczeniu: szkice o warsztacie tłumacza poezji z dodatkiem małej antologii przekładów-problemów. Kraków: Wydawnictwo a5.
Grosza daj wiedźminowi. 2019. Autor tekstu: Jenny Klein. Przekład: b.d. Kompozytor: Sonya Belousova i Giona Ostinelli. Wykonanie: Marcin Franc.
Toss a coin to your witcher. 2019. Autor tekstu: Jenny Klein. Kompozytor: Sonya Belousova i Giona Ostinelli. Wykonanie: Joey Batey. Płyta: Netflix’s THE WITCHER (OST).


Do napisania notki zainspirowała mnie dyskusja o serialu „Wiedźmin” zorganizowana 14 stycznia 2020 r. przez Krakowską Sieć Fantastyki.

wtorek, 7 stycznia 2020

Wodnikowe Wzgórze” 2018 #2: Netflix a starsze ekranizacje

 

W ostatnim poście, który napisałam w marcu zeszłego roku, narzekałam nieco na Netflixowy serial „Wodnikowe Wzgórze” A.D. 2018, obiecując, że w kolejnej notce napiszę o jego pozytywniejszych stronach.


Później tak się stało, że na blogu nie było mnie bez mała trzy kwartały, jednak w międzyczasie w temacie „Wodnikowego Wzgórza” odezwał się do mnie portal Katedra. Zachęcona ich propozycją, zintegrowałam swoje pozytywne opinie o serialu mające się ukazać w kolejnej notce z najważniejszymi obserwacjami z notki poprzedniej. Dodatkowo obejrzałam dwie poprzednie ekranizacje powieści Richarda Adamsa – film z 1978 r. i serial z lat 1999–2000 – i porównałam swoje wrażenia z tymi, które odniosłam po obejrzeniu serialu Netflixa i przeczytaniu książki.


W efekcie powstał tekścik pt. „Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli »Wodnikowe Wzgórze« przez dekady”. Jeśli nie mieliście okazji zobaczyć go na Katedrze (gdzie wisi od czerwca) a nadal jesteście ciekawi mych przemyśleń na temat Adamsowskiej historii o wysoce ucywilizowanych królikach, to się częstujcie.


Ja natomiast postaram się wracać tu bardziej regularnie i nadrobić poczynione zaległości. Z tego, co widzę, z niedokończonych cykli pozostali mi postfantaści. Postaram się zatem wkleić niebawem finalną notkę o postfantastyce i będę mogła powiedzieć, że jestem na czysto.


A u Was co ostatnio słychać ciekawego?


[Ilustracja: Gordon Johnson, Pixabay]

poniedziałek, 11 marca 2019

Wodnikowe Wzgórze” 2018 #1: Książka a serial

Zeszłoroczny serial „Wodnikowe Wzgórze” Netflixa – adaptacja powieści R. Adamsa z 1972 r., opowiadającej o dzikich królikach, które wyruszają szukać nowego schronienia, gdy ich dotychczasowej królikarni zaczyna zagrażać niebezpieczeństwo – choć przyjemny w odbiorze, zawiera niestety schematy rodem z komercyjnych młodzieżówek. Ale nie będę się tym martwiła.
.

Bardzo wiele spodziewałam się po Netflixowym „Wodnikowym Wzgórzu” bo zapowiadające je kadry – obrazy animowanego komputerowo krajobrazu angielskiej wsi, gdzie dzieje się akcja, i pomykające wśród niego króliki – wyglądały, moim zdaniem, świetnie. Fantastycznie wspominam też książkę Adamsa: choć opowiada o przygodach zwierząt, nie jest ani powiastką przyrodniczą, ani bajką zwierzęcą, gdzie zwierzęta to alegorie ludzi. To zwyczajna powieść, której bohaterowie – króliki – mają własne historie i niepowtarzalne cechy psychiczne, a ich społeczność posiada własną religię, mitologię, język, przysłowia i sztukę.


USZY ZAMIAST MACEK

Dzięki powyższym zabiegom „Wodnikowe Wzgórze” jest książką zwyczajnie ciekawą – nie jako ciekawostka dla fana przyrody, ale dla zwykłego czytelnika powieści, lubiącego śledzić przygody bohaterów. Ma ona też pewne szczególne plusy dla fana fantastyki: oryginalne i rozbudowane pomysły autora w opisywaniu króliczej „kultury” dają podobną radość jak przy podziwianiu fantastycznych uniwersów, natomiast towarzyszące czytelnikowi uczucie obcości – zarówno w zderzeniu z kulturą królików (która, będąc podobna do naszej, ale jednocześnie nieludzka, ma w sobie coś z „doliny niesamowitości”), jak i w opisach kultury ludzkiej, obcej i strasznej w oczach królików – jest podobne do wrażeń, których dostarczają nam co subtelniejsze utwory z domeny grozy, która wszak obcością, naruszającą zwykły porządek rzeczy, stoi.


DLA DOROSŁYCH CZY DLA DZIECI?

Czytałam „Wodnikowe Wzgórze” w późnym dzieciństwie, jednak bywa ono klasyfikowane jako powieść młodzieżowa, a przypuszczam, że broni się też jako lektura dla dorosłych. Tym bardziej, że pojawiają się tam, z tego co pamiętam, tematy, które mogą zainteresować starszego czytelnika: śmierć, naturalistyczny (w subtelny sposób) obraz przyrody, nawiązania do działania społeczności ludzkich ukryte w tym, co się dzieje w powieściowej społeczności królików. Nie brak tam (fakt, subtelnie przedstawionych) tematów przemocy, cierpienia i ogólnie ciemniejszej strony „kręgu życia”.


I w tej właśnie kwestii – ciekawego napięcia między tradycyjnie kojarzoną z literaturą dziecięcą formą opowieści o zwierzętach a „dorosłą”, choć subtelną i „obyczajną” treścią – Netflixowe „Wodnikowe Wzgórze” trochę mnie rozczarowało. Przed obejrzeniem serialu nastawiłam się na to, że to napięcie również tam będzie – jako wrażliwy widz, trochę się wręcz bałam, że w dobie „Gry o tron” producenci z Netflixa gotowi zrobić z powieści Adamsa coś naprawdę „po krawędzi”, do tego stopnia, że nie będę tego już miała ochoty oglądać.


Nic takiego jednak nie nastąpiło, stała się natomiast rzecz, powiedziałabym, gorsza. Gdzieś przy trzecim (z czterech) odcinków, zdziwiona (i w sumie nawet ucieszona) niewinnością tego, co widzę, zaczęłam się zastanawiać – co oni tacy grzeczni? Króliczego Westeros ani widu, ani słychu, jedyne mocniejsze motywy to niezbyt drastyczne sceny przemocy. Co więcej – nawet wątki, które kojarzyłam jako nieco mroczne w samej książce (królikarnia sideł, nieżywy jeż na drodze), zostały jakby złagodzone. Dlaczego oni to zrobili?


WYPŁASZCZENIE W MŁODZIEŻÓWKĘ

Po krótkim czasie doszło do mnie: no tak, young adult. Mając jako produkt wejściowy tekst, który ciekawie balansuje między literaturą dla młodszych i starszych widzów, zamiast pozostawić to ciekawe niedookreślenie, lub też „wyostrzyć” tę historię, robiąc z niej współczesny, drastyczny i przekraczający granice produkt dla dorosłych, twórcy zdecydowali się wypłaszczyć nieoczywistości oryginału i nadać adaptacji cechy typowej, kliszowej, komercyjnej młodzieżówki z naszych czasów.


I tę kliszowość niestety widać. Sceny, w których pojawiają się ślady działalności ludzi, np. opuszczone ruiny budynków, w których chronią się króliki, są przedstawione w stylu postapo1 – jest to bezsensowne dla fabuły, ale zapewne miłe dla oka fanów tej popularnej estetyki. Mamy osławiony wątek atrakcyjnej bohaterki wybierającej między dwoma konkurującymi o nią bohaterami. Postaci żeńskie, w książce dużo bardziej epizodyczne, tu są – fabularnie nieco na siłę – przedstawione jako Silne Postaci Kobiece.2 Królikarnia Efrafa natomiast – fakt, dość opresyjne miejsce również w książkowym oryginale – w naszych czasach nie może się nie skojarzyć z młodzieżową dystopią.


W warstwie ideowej, w większym stopniu niż wszystkie te ciekawe rzeczy, które i ja, i inni pamiętaliśmy z książki – naturalizm, relacja królików z Bogiem (Frysem) i ich mitycznym bohaterem – El'Ahrerą, czy niepowtarzalny, króliczy światopogląd oparty z jednej strony na ciągłym poczuciu zagrożenia a z drugiej na pochwale sprytu – mamy głównie „bezpieczne”, niekontrowersyjne wartości: Wolność, Przyjaźń czy Logiczne Myślenie Zamiast Fanatyzmu. 


Nawet kolorystycznie jest tu tak, jak w znanych filmach young adult – obowiązkowe od czasów czwartej części Harry’ego Pottera klimatyczne, przytłumione zielenie – a scenom pościgu czy ucieczki musi towarzyszyć pompatyczna muzyka symfoniczna i obraz z drona, by zadowoleni byli z kolei fani innego klasyka vintage – Władcy Pierścieni Jacksona.


***

Te klisze trochę mnie zirytowały – zachwycona oryginalnością książkowego pierwowzoru, miałam nadzieję, że i adaptacja będzie podobnie jednostkowa. Ale tak jak napisałam na początku, nie będę się tym martwiła, bo ostatecznie i tak oglądało się cudnie, a do początkowych zachwytów wizualnych3 dołączyły inne. 


I o nich będzie następnym razem. 


 
Wodnikowe wzgórze [Watership Down]. 2018. Netflix.
Ilustracja: Pixabay


1 To akurat Ziuta zauważył, nie ja. 
2 No, może nie zawsze na siłę – motyw z Truskawką i jej geniuszem kopania nor jest sensowny dla fabuły i uroczy, scena z odnalezieniem rannego też ma sens w obliczu tego, jak fabuła potoczyła się dalej.
3 Eksperci narzekają na jakość animacji królików i pozostałych zwierząt. Mnie nie podobał się tylko pies, króliki, jak na moje, były OK.

niedziela, 17 lutego 2019

Cegły (U.K. Le Guin, „Rzeczy”)

Tom pt. „Rybak znad Morza Wewnętrznego” to obszerny zbiór opowiadań Ursuli K. Le Guin, złożony z czterech mniejszych zbiorów i uzupełniony powieścią „Opowiadanie świata”. Mówi się ostatnio w fandomie, że warto czytać opowiadania, więc może to trafna lektura na początek roku? Wiele tu dobra: takie trochę połączenie głębi opowiadań klasyków (typu Czechow czy Dostojewski, coś na zasadzie „koleś w kapelutku idzie ulicą, ojej, tu na pewno jest drugie dno, pointerpretujmy!”) z ulgą dla wyobraźni znaną z lektur fantastycznych. Dziś opowiem o tekście z „Rybaka...”, który szczególnie mnie poruszył. 
 


W notce beztrosko operuję spoilerami, więc jeśli ktoś uważa za ważne,by nie znać zakończenia tego opowiadania przed jego przeczytaniem, zachęcam do wcześniejszego zapoznania się – jest we wspomnianym tomie na str. 137-145.


„Rzeczy” to opowiadanie o ludziach z małej, wyspiarskiej społeczności (nie jest dokładnie powiedziane, ale pewnie jest to Ziemiomorze – mamy tu prostą kulturę w stylu fantasy-średniowiecza i wspomniane osadnictwo na wyspach) w obliczu zbliżającego się końca świata. Ludzie szaleją, rozpaczają, niszczą swój dobytek i uciekają w głąb swojej maleńkiej, bezdrzewnej wyspy, choć wiadomo, że i tam ratunku brak. Główny bohater, wytwórca cegieł imieniem Lif, postanawia oprzeć się destrukcyjnemu pędowi pobratymców i spróbować poszukać ocalenia przez opuszczenie skazanej na zagładę wyspy. Stara się przy tym wykorzystać umiejętności, jakie dał mu jego wyuczony zawód.


Zarówno cechy formalne opowiadania – schematyczność akcji i postaci: nie wiemy dokładnie, co się dzieje, co to w ogóle za koniec świata, brak tła, szczegółów o tym, co się z bohaterami działo wcześniej itp. – jak i moje wewnętrzne odczucie każe mi interpretować ten tekst jako przypowieść. (To raczej nadinterpretacja, ale celowo czy też nie, imię głównego bohatera oznaczało w języku staroangielskim „życie”, „sposób życia”, bądź też „okres życia człowieka” – idealne imię dla bohatera moralnego exemplum, oni lubili mieć imiona w stylu Każdy, Chrześcijanin, Cnota, Występek itp.) Głównym tematem tej przypowieści wydaje mi się zaś – trochę inaczej, niż samej autorce, z tego, co pisze we wstępie – droga zawodowa człowieka i to, jak wiąże się ona z sensem naszego życia.


Myślę, że to fajny temat na przypowieść dla współczesnego człowieka, bo wiążący się z wieloma naszymi bólami i rozterkami: a to jesteśmy jeszcze w takim wieku czy sytuacji, że nie wiemy, co i po co mamy w życiu robić; a to męczy nas taki czy inny zawodowy lęk, niedobór czy niedosyt; a to na zewnątrz niby cud, miód, sukces i rozwój, ale wystarczy chwila zastanowienia, by przyszły myśli o tym, jak śmieszne, zbędne i abstrakcyjne są te moje zadanka i biznesy; a to jeszcze coś zupełnie innego. Dodatkowe rozterki może mieć osoba, dla której liczy się życie duchowe i dla której nie za bardzo spina się ono z tym, co na co dzień robi zawodowo: bo jak to jest, że mam dążyć do zbawienia, a tymczasem większość energii zajmuje mi analiza i prognozowanie popytu albo rozkminianie, które pędy krzewu pomidora należy wyciąć a którym dać szansę?


„Rzeczy” Le Guin są tak sugestywnym obrazem takiej sytuacji, że aż mi głupio, że takie wrażenie to na mnie zrobiło. Jeśli naniesiemy sobie sytuację Lifa na los współczesnego człowieka, z jego pracą zawodową, obowiązkami życiowymi i powołaniem, to niejednej osobie może być łatwo się taką sytuacją utożsamić: tak, to co robię jest zarąbiście śmieszne i boleśnie niewystarczające, to całe sprzątanie, dbanie o zewnętrzną formę, kopanie rowów i zasypywanie ich, obracanie nieistniejącymi ideami. Jest niekiedy niemal tak śmieszne, jak budowanie balii z cegieł i próby żeglowania w niej, czy inne eksperymenty głównego bohatera „Rzeczy”, nawet jeśli jest w tym i uczciwość, i pracowitość, i rzemieślniczy kunszt, i świadomość tego ostatecznego, najważniejszego – często nieosiągalnego własnymi siłami – celu.


I tu dochodzimy do czegoś, co odczytałabym jako jeden z możliwych „morałów” opowiadania. Wiadomo, ze bez sensu jest zmieniać zdanie czy poglądy tylko dlatego, że fikcyjny bohater w jakiejś książce zrobił to czy tamto – zdarza się jednak, że w danej fabule ujrzymy wyjątkowo ładną i sugestywną ilustrację czegoś, w co i tak wierzymy i uznajemy za ważne, i ten obraz w jakiś sposób nam pomaga. U mnie zadziałało to w wypadku „morału” „Rzeczy” i moich własnych przemyśleń na temat chrześcijańskiej etyki pracy.


Bo – zdaje się sugerować fabuła opowiadania Le Guin – pomimo tej śmieszności i bezsensowności rób właśnie to, co umiesz i co masz w obowiązku robić, i niech cię ta bezsensowność nie zniechęca, bo gdy w finale skończy ci się budulec, zobaczysz przed sobą coś jasnego, co bardzo chciałeś zobaczyć i okaże się, że twoje śmieszne i niewystarczające wysiłki były jednak absolutnie niezbędne, nawet jeśli to Ktoś Inny dokończył za ciebie całą resztę.


Oczywiście, jeśli ktoś wierzy w takie sytuacje, jak ta z zakończenia opowiadania. Z metafizyką chrześcijańską spina się to bardzo ładnie i robi dobre rzeczy w głowie, przynajmniej u mnie zrobiło.


Tomy dzieł Ursuli Le Guin wydawane teraz przez Prószyńskiego przypominają trochę cegły i to prowadzi mnie do jeszcze jednego skojarzenia. Sens twórczości literackiej – czy innej artystycznej – oraz jej odbioru bywa sprawą równie wątpliwą, jak celowość naszych zabiegów w życiu profesjonalnym. Od wieków powątpiewają weń sami twórcy, ustawodawcy i tzw. zwykli ludzie. Nieraz powątpiewam i ja. Jaka jest celowość tworzenia zmyślonych opowieści odwzorowujących w większym lub mniejszym stopniu rzeczywistość, gdy wokół tyle głodu i wszelakich innych ludzkich potrzeb a przed nami – wieczność, też, jak mówią, wymagająca starań?


Odpowiedź, którą można odczytać z „Rzeczy”, jest dla mnie bardzo satysfakcjonująca również w temacie literatury: cegły wyrzucone w morze. Urszula wyrzuciła swoje nieco ponad rok temu. Mam nadzieję, że dożeglowałaś do jakiegoś fajnego miejsca, kochana.




Le Guin, Ursula. 2016. Rzeczy. Przeł. Zofia Uhrynowska-Hanasz. W: Le Guin, Ursula. 2016. Rybak znad Morza Wewnętrznego. Warszawa: Prószyński i S-ka, s.137-145.