Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 lutego 2018

Merton każe chrzanić system



W ramach postnej lektury zdjęłam z półki W natarciu na niewypowiadalne Thomasa Mertona. Autora znałam, jak dotąd, z pobieżnie podczytywanych informacji biograficznych – głównie w kontekście kontemplacji chrześcijańskiej i fascynacji Dalekim Wschodem – oraz z uduchowionych cytatów z Nikt nie jest samotną wyspą. 

 


Spodziewałam się zatem tekstów typowo religijnych, i to takich wywracających mózg i światopogląd na nice. Ku memu zaskoczeniu, W natarciu... okazała się zbiorem recenzji i krótkich form eseistyczno-literackich, w większości niezwiązanych bezpośrednio z religią. Ostatecznie książce udało się jednak zarówno wywrócić nieco moje myślenie na nice, jak i zrobić robotę w charakterze lektury wielkopostnej.


Tomasz a blogerki

Słówko na temat recenzji, czy raczej miniesejów poświęconych pojedynczym książkom. Merton pisze o sztuce Nosorożec Ionesco, o powieści Każdy w swojej nocy Juliena Greena oraz o zbiorze opowiadań Trudno o dobrego człowieka Flannery O'Connor. Forma tych tekstów podziałała na mnie kojąco jako na blogerkę. Bo choć to oczywiste, że w kilkunastu ostatnich dekadach było mnóstwo intelektualistów, którzy w ten sposób pisali o książkach – w tonie bardzo subiektywnym, bez trzymania się ścisłych ram kompozycyjnych i z dygresjami o charakterze światopoglądowym (tekst o Ionesco rozpoczyna Merton od dłuższego, niż sama refleksja nad sztuką, opisu wieczoru spędzonego w wiejskiej chacie połączonego z krytycznymi uwagami na temat współczesnej cywilizacji, a tekst o Greenie przerywany jest luźno związanymi z tematyką książki rozmyślaniami o tym, co w życiu jest a co nie jest na serio). Było takich autorów mnóstwo – ale jakoś tak za każdym miło się robi człowiekowi, kiedy widzi kolejny przykład takiego pisania. Łatwiej później stawiać czoła tym, którzy mają pretensje do blogerów, że też (na swoją miarę) piszą o tekstach kultury subiektywnie, dygresyjnie i osobiście, zamiast trzymać się – czemu niby mieliby to robić? – standardów pisania naukowego (obiektywizm) czy użytkowo-handlowego (koncentracja na rzetelnym poleceniu lub odradzeniu recenzowanego „produktu”).


Reklama to zło

Dawno nie czytałam tak ostrej, jak u Mertona, krytyki cywilizacji, z jej pustką i bezcelowością biznesowych gierek czy kłamliwą nikczemnością języka przemówień, polityki czy reklamy. Przyzwyczaiłam się ostatnio do traktowania – i czytania lub słuchania o traktowaniu – biznesu i nowoczesnych form przekazu jako przestrzeni, której nie ma sensu potępiać w czambuł i gdzie obowiązuje zwyczajna etyka pracy i miłości bliźniego. Merton mówi wprost: pewnych rzeczy w ogóle nie warto robić, handel, gonienie za pieniądzem, polityka, gładkie, dyplomatyczne słówka i reklamiarska nowomowa są trochę złe same w sobie, i w ogóle zastanówcie się trochę, ludzie, co robicie, jedźcie do lasu, posłuchajcie deszczu, deszcz jest dobry, bo jest bezpłatny, nieprzewidywalny i nie da się na nim ubić żadnego interesu. W zestawieniu np. z afirmatywnym dla nowoczesności ruchem Taize, coachingową Ekstremalną Drogą Krzyżową czy przekazem katolickich gwiazd YouTube'a – przy całym moim szacunku i sympatii dla tych instancji – był to odświeżający punkt widzenia.


Artysto, wspieraj Afroamerykanów

Trzy ostatnie teksty Mertona w zbiorze poświęcone są twórczości artystycznej. Pierwszy to przesłanie napisane przez Mertona na zjazd poetów, drugi stanowi sumę jego odpowiedzi na pytania czytelników magazynu kulturalnego dotyczące wolności w sztuce a trzeci jest komentarzem Mertona do własnych prac plastycznych. Tu również autor wchodzi na pozycje krytyczne wobec ustalonego porządku: każe twórcy być zbuntowanym wobec społeczeństwa (w sensie wolności duchowej, nie taniej kontestacji czy oddawania się używkom), unikać jak ognia komercjalizacji i reklamowania czegokolwiek, a także wystrzegać się używania sztuki do promowania opcji światopoglądowych czy moralnych: artysta na według Mertona nie być ideologiem ani katechetą. Ciekawie zderzyć ten pogląd ze współczesną tendencją do podporządkowywania sztuki tzw. sprawiedliwości społecznej. Ale w kwestii tej sprawiedliwości Merton też pisze ciekawą rzecz: krytykując otwarty ideowy przekaz sztuki, popiera samoistne przeświecanie światopoglądu autora przez jego dzieła, a poza tym usprawiedliwia ideowość sztuki w jeszcze jednej sytuacji: „W każdym przypadku artysta winien całkowicie solidaryzować się z tymi, którzy walczą o swe prawa i wolność i przeciwstawiają się bezwładowi, hipokryzji i zniewoleniu: przykładowo z Murzynami w Stanach Zjednoczonych.” (s. 162) Jestem szczerze ciekawa, co Merton powiedziałby na obecne dyskusje o reprezentacji, która z jednej strony bierze w obronę walczących o wolność, a z drugiej drastycznie łamie wolność artystyczną w jego definicji. Mniemam, że coś mądrego i innego, niż my wszyscy.


Prometeusz i mniejszości

Co do wspomnianej wielkopostnej roboty, jaką zrobiło na mnie w Natarciu na niewypowiadalne, to mam na myśli głównie esej o chrześcijańskiej interpretacji mitu o Prometeuszu. Merton zestawia punkt widzenia Prometeusza – i pewnie większość z nas – jako osób wierzących w małych, słabych i fikcyjnych bogów, z punktem widzenia kogoś, kto poznał Boga Żywego. Światopogląd wyznawcy słabych, nieistniejących bożków będzie pełen samoudręczenia – wiary, że ten mityczny ogień mi się nie należy, że trzeba albo go ukraść, albo cierpieć deprywację – natomiast ktoś wierzący w Żywego Boga, silnego i prawdziwego, wie, że potrzebny sobie żywioł – czymkolwiek by on w danej sytuacji nie był – dostanie od Niego za darmo:


Lecz Chrystus (...) zstąpił, niosąc ogień potrzebny Prometeuszowi, kryjąc go w Swoim Sercu. I uśmiercił Sam Siebie obok złodzieja Prometeusza, aby pokazać mu, że rzeczywisty Bóg nie może zatrzymać czegokolwiek, co dobre, tylko dla Siebie.
Daleki od zamiaru zabicia człowieka, który poszukuje boskiego ognia, Bóg Żywy Sam przejdzie przez śmierć, by człowiek otrzymał to, co jest mu przeznaczone.
Skoro Chrystus umarł i powstał z martwych i wylał na nas ogień Swego Ducha Świętego, czemu wyobrażamy sobie, że za nasze pragnienie życia jest, niczym za pragnienie Prometeusza, z góry ustalona kara?
Czemu postępujemy tak, jak gdyby nasza tęsknota, by „doczekać lepszych dni”, była czymś niezgodnym z wolą Boga, kiedy to On Sam nakazał nam do nich dążyć?
Czemu czynimy sobie wymówki za pragnienie zwycięstwa? Czemu pysznimy się swoimi klęskami i upajamy rozpaczą?
Ponieważ sądzimy, że nasze życie jest ważne wyłącznie dla nas samych i nie wiemy, że nasze życie ważniejsze jest dla Boga Żywego, niż dla nas samych.
(s. 90-91)


Oczywiście nie ma to wszystko nic wspólnego z moralną dowolnością, Merton jest ortodoksyjnie chrześcijański. Ale może dać do myślenia niejednej osobie udręczonej standardami stawianymi sobie samej czy innymi moralnymi bólami – obstawiam, że zarówno skrupulantowi z grupy duszpasterskiej, jak i osobie mającej np. problemy na tle tożsamości płciowej (czy jestem jedyną osobą na świecie, której powyższy tekst – w pozytywnym i ortodoksyjnym sensie – trochę się „kojarzy”?). A przy tym jest to ogólnie całkiem wzruszające.



Merton, Thomas. 1997 [1961]. W natarciu na niewypowiadalne [The raids on the unspeakable]. Przekład: Ewa Elżbieta Nowakowska. Bydgoszcz: Wydawnictwo Homini.

czwartek, 16 marca 2017

Godzilla, Logan i filmowa acedia



Na portalu NaTemat.pl ukazał się, zaledwie wczoraj, artykuł pt. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<” autorstwa Lidii Pustelnik. Ukazał się zaledwie wczoraj i już, widzę, zdążył pooburzać internautów – narzekają oni mianowicie, że tekst jest seksistowski i pełen wyższości wobec fanów popkultury, ale przy okazji pojawiają się też zarzuty, że jest po prostu głupi, źle napisany i w ogóle nie ma co zbierać.


A dla mnie ma on jednak sporą wartość. Jeśli bowiem pominąć na chwilę te najbardziej atakowane wątki, czyli „ech, głupiutcy popkulturyści” i „ach, my, inteligentne kobiety”, to okaże się, że tekst Lidii Pustelnik to po prostu propozycja pewnego szczególnego sposobu odczytania tekstu kultury w sytuacji, gdy tekst niespecjalnie nam się podoba, ale z jakiegoś powodu jednak chcemy (lub musimy) mieć z nim styczność.


A jakie to sytuacje? Na przykład takie, gdy – jak w przykładzie podanym w artykule – chcemy towarzyszyć w poznawaniu danego tekstu bliskiej nam osobie, choć nam akurat tekst niespecjalnie odpowiada (co w tym złego?). Może być też tak, że tekst musimy poznać z powodów zawodowych (ale nie na tyle poważnych, by nie móc trochę się „wyłączyć” albo odczytać go po swojemu). Może być tak, że tekst jest w danym momencie bardzo modny, a my nie chcemy pozostać w tyle w dyskusji (co w tym złego?). A może być i tak, że w ogóle nie lubimy albo nie rozumiemy kina (woląc np. książki, muzykę, interakcje), ale nie chcemy się zamykać na całą jedną dziedzinę ludzkiego dorobku, więc zmuszamy się do obejrzenia czegoś od czasu do czasu metodą oporową. Albo czujemy się nieprzystosowani do aktualnych trendów kulturowych bo np. wyznajemy inne wartości, niż te mainstreamowe, i na cokolwiek byśmy do tego kina nie poszli, zawsze będziemy oglądać trochę przez palce, bez stuprocentowego przekonania.


Co radzi nam w takich sytuacjach autorka? Mamy kilka strategii, nie wszystkie da się stosować jednocześnie:


(1) Możemy „wyłączyć się” na fabułę – która nam nie odpowiada gatunkowo, której nie rozumiemy albo jest sprzeczna z czymś tam, co mamy w sobie – i skupić się na bardziej dla nas atrakcyjnych walorach pozafabularnych, np. na stronie wizualnej filmu.


(2) Możemy skupiać się na fabule, ale wybiórczo, ignorując nieakceptowalną lub nieogarnialną dla nas całość i wyszukując wątki, które nas zainteresują, przemówią do naszych emocji, będą w jakiś sposób „nasze”.


(3) Jeśli dany film jest dla nas nie do przyjęcia jako twór artystyczny, możemy użyć tego, co widzimy, by osiągnąć jakiś pożytek w innych dziedzinach życia, niż odbiór sztuki – np. wypatrując ładnych kadrów na tapetę do komputera albo pożytecznych lekcji życiowych, takich jak ta o zachowaniu schludnej fryzury nawet w sytuacjach kryzysowych.


(4) Możemy odnieść oglądane, obce nam, treści do tego, co nie jest nam obce, co lubimy, co nas obchodzi – np. do bardziej cenionych przez nas tekstów kultury albo do własnego życia.


I ja osobiście uważam te strategie – w moim własnym życiu kulturowym – za całkiem fajne i potrzebne. Nie jestem zdecydowanie zwierzęciem kinowym, ale z powodów wizualnych, ogólnokulturowych i międzyludzkich, a także z powodu miłości do fabuł jako takich, absolutnie nie widzę sensu rezygnacji z oglądania filmów ani dyskusji czy nawet – tak! – amatorskiego pisania o nich, tak więc, w jakiejś tam łagodnej i wybiórczej formie, miałam okazję wypróbować chyba każdą z powyższych strategii, i chyba z każdego z podanych wcześniej powodów.


Nie jestem też pewna, czy przypadkiem nie stosuję tych strategii również do innych tekstów kultury, np. do niektórych książek. I czy przypadkiem nie są one jakimś elementem metodologii tego bloga. Jak sobie przypomnę, że „Dzikie historie” to nie był dla mnie film o gniewie, a o tym, że fajnie być inżynierem i precyzyjnie wysadzać nielubiane budynki, „Sindbada” Krúdyego używałam jako babskiego poradnika, a w bieżącej lekturze zbioru Le Guin temat oświetlenia i temperatury przesłania mi ważniejsze kwestie fabularne i społeczne, to myślę sobie, że chyba czasem uciekam przed całą kulturą jako taką bardziej, niż modelowa czytelniczka tekstu Lidii Pustelnik przed samą jedną popkulturą.


Krótko mówiąc – mam bardzo podobnie, jak autorka tego tekstu, więc jeśli planujecie dalej kogoś obsztorcować, to już nie ją jedną, a nas dwie. A z zarzutami seksizmu i wywyższania pod jej adresem też mi coś intuicyjnie nie gra, ale to już nie tym razem, jeśli w ogóle którymśkolwiek, bo ileż można flejmić.



Pustelnik, Lidia. 2015. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<”. NaTemat.pl. (http://natemat.pl/203647,godzilla-logan-i-inne-kongi-czyli-jak-inteligentna-trzezwo-myslaca-kobieta-ma-przetrwac-na-filmie-dla-nerdow) (data pobrania: 15 marca 2017)

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Interludium: To już rok!


Jeśli zaglądacie na mojego bloga już od jakiegoś czasu, zauważyliście pewnie, że tak naprawdę przeczytałam w swoim życiu pięć książek na krzyż i teraz referencjonuję je w nieskończoność. Cóż, chyba to tak już musi być, że mój ogląd książkosfery idzie bardziej w głąb, niż wszerz. Tak więc i dziś, przy okrągłej pierwszej rocznicy istnienia Samej Porcelany, przytoczę historyjkę z książki, o której już jakiś czas temu pisałam.


Na początku powieści Czuła jest noc F.S. Fitzgeralda pojawia się wyjątkowo antypatyczna postać drugoplanowa: Albert McKisco, jeden z członków wesołej kompanii, z którą państwo Diver spędzają wakacje. Pan McKisco przypomina nieco Lesława Srebronia ze Stu dni bez słońca Szostaka. Jest strasznie spragniony uwagi i sympatii otoczenia i usiłuje przypodobać się kompanom na wszelakie sposoby, ale jego działania są przeciwskuteczne: ciągle popełnia nieprzyjemne gafy, jego żarty nie śmieszą, cichną przy nim rozmowy i generalnie jego obecność jest dla reszty towarzystwa wybitnie niezręczna.


Wakacje się kończą, pan McKisco znika na jakiś czas z akcji powieści, gdy zaś spotykamy go ponownie, okazuje się, że dokonała się w nim przemiana. W międzyczasie wziął się na poważnie za pisanie, został sprawnym autorem pastiszy poczytnych powieści i zdobył pewną popularność. Możliwość wyrażenia się w literaturze i estyma, jaką zyskał jako autor, całkowicie zmieniły jego sposób interakcji z innymi: znikła jego służalczość i neurotyzm, nabrał naturalności i swobody, a ludzie zaczęli go wreszcie lubić.


No więc tak, nie wydaje mi się, żebym w ciągu ostatniego roku przebyła niesamowitą drogę od totalnego ciecia malinowego do jakiejś świetlistej istoty i najlepszej wersji siebie. Z jednej strony pewnie nie mogłabym się mierzyć z panem McKisco w kwestii warunków początkowych. Z drugiej, zaczynam pogodnie godzić się z myślą, że jak ktoś się urodził cieciem malinowym (a któż w sumie nie?), to pewnie nim zawsze trochę zostanie i nie pozostaje nic innego, jak to u siebie polubić. Ale wydaje mi się, że w tym obrazku opisanym przez Fitzgeralda jest jednak coś głęboko prawdziwego. Fajnie jest móc się wyrazić. Intuicja podpowiada wręcz – właściwie jest móc się wyrazić. I chyba wszystkim Wam jakąś formę czegoś takiego polecam, jeśli dotąd się nie zdarzyło.


Mój background w dziedzinie fantastyki jest zasadniczo tolkienowski i często myślę jak hobbit, więc z okazji pierwszej rocznicy mojego blogowania to Wy przyjmijcie ode mnie życzenia wszystkiego najlepszego. Upiekłabym placek, ale jesteśmy w przestrzeni wirtualnej i się nie da, zatem zastępczo, w ramach urodzinowej dedykacji, proszę odsłuchać sobie piosenkę Makatka z wojownikiem Starego Dobrego Małżeństwa. 


Jest o filiżance i książce, więc zgadza się graficznie i tematycznie. Poza tym, chociaż bohater liryczny to żonaty facet, w dodatku wojownik, jakoś łatwo mi się z nim identyfikować i odnieść jego wojenne przygody do tego, co porabiam na tym blogu. Chyba nie muszę też mówić, jaki był Wasz wkład w to, że „znowu krok naprzód zrobi Ziemia/ choć wcale nie będzie jej łatwo”. I oczywiście totalnie nie musicie, ale jeśli jednak czasem tu zaglądacie, to jest to dla mnie strasznie, strasznie fajne, i dziękuję.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Bądź mądry, bądź jak recenzenci z Lubimy Czytać, czyli gdy przypili cię klasyka

Czytam kolejne notki z Recenzji z Lubimy Czytać. Zaglądam do komentarzy, wściekam się. Przemyśliwam o tym jakiś czas, przychodzi mi do głowy jakaś teoria. Zapisuję. W międzyczasie w prasie albo necie pojawia się kolejny komentarz na temat całego zjawiska. Czytam, wściekam się. Wprowadzam poprawki w notatkach. I tak w koło Macieju.

W skrócie dla tych, którzy nie znają sprawy: Recenzje z Lubimy Czytać to facebookowy fanpejdż, na który wklejane są opinie internautów z portalu Lubimy Czytać dotyczące klasycznych dzieł literackich. Recenzje czasem zawierają błędy rzeczowe, częściej jednak ich autorzy po prostu interpretują klasykę według własnych, subiektywnych skojarzeń – a to bazujących na popkulturze, a to na światopoglądzie czytającego, a to na jakimś porównaniu z życia wziętym. Całość ma, jak rozumiem, wywoływać efekt komiczny, tzn. mamy poczuć się lepsi od autorów opinii jako ci, którzy lepiej potrafią interpretować klasyczne dzieła i mogą pośmiać się z ich głupoty.

Wklejki z tych amatorskich recenzji śledzę z sympatią, komentarze publicystyczne na ich temat – z irytacją i rosnącym wrażeniem wyobcowania. Już myślałam, że uratuje mnie Żulczyk w bieżącej Polityce (nr 6 (3045), 3.02.-9.02.2016), bo jego felieton „Beka i kara” był reklamowany jako obrona czytelników wystawianych na pośmiewisko na fanpejdżu. Ale nie, mówi mniej więcej to, co inni. Ta sama żartobliwa, protekcjonalna wyższość, to samo założenie, że te „łobuzy”, które ośmielają się te książki czytać poza kontekstem epoki albo oceniać je negatywnie, to jakiś inny, gorszy typ człowieka, który musi ewentualnie dopiero dorosnąć do prawdziwej lektury.

Złości mnie i smuci i sam fakt istnienia Recenzji z Lubimy Czytać, i ta afera wokół nich. I tak, oczywiście, powodem tej irytacji jest moja urażona duma. A to dlatego, że wykpiony na RzLC sposób czytania klasyki, uznany przez komentatorów za automatycznie wykluczający z szeregów inteligencji i/lub niedojrzały – czyli czytanie potoczne, subiektywne, niekoniecznie poprzedzone wnikaniem w konteksty, traktujące książkę bardziej jako artefakt dnia dzisiejszego i własnego życia czytelnika, niż element epoki, w której powstała – to coś, co sama z chęcią praktykuję, pomimo niegimnazjalnego wieku i humanistycznego wykształcenia. Lubię tak klasykę czytać i lubię w ten sposób o niej rozmawiać. A kiedy najdzie mnie na to ochota, nie zawaham się również w takim subiektywnym, ahistorycznym duchu o klasyce napisać – zresztą robiłam już tu takie próby.

No właśnie, bo czytanie czytaniem, ale co ma zrobić czytelnik-amator, kiedy zachce mu się opisać wrażenia z lektury jakiegoś klasycznego dzieła? Na portalu takim jak Lubimy Czytać, na forum, na blogu? Po odrzuceniu przesądów typu że nie wypada, ja nie godzien, wychodziłoby na to, że główny problem to gigantyczny, w porównaniu z tym, do czego jesteśmy przyzwyczajeni przy bardziej popkulturowym pisaniu, stan badań. Tak długo, jak piszemy o nowościach i/lub literaturze gatunkowej, mamy w miarę fajnie, bo często wystarczy odpalić wyszukiwarkę i już plus minus wiadomo, co o danej książce zostało napisane, do czego warto się odwołać, a czego napisać już nie możemy, żeby nie powtórzyć po poprzedniku. Ale co jeśli przeczytało się właśnie coś z klasyki, głowę ma się pełną wrażeń i chciałoby się to uzewnętrznić, a tu nagle brakuje czasu i kwalifikacji, żeby przedrzeć się przez stu- czy dwustuletnie zwały pism teoretycznoliterackich poświęconych tej książce, a co więcej, możemy mieć podejrzenia, że w tychże zwałach opisano już wszelakie mądre, obiektywne i szanujące kontekst teorie interpretacyjne, jakie można było na temat tego dzieła wysnuć i czegokolwiek byśmy w tej kwestii nie zrobili, narażamy się na powtarzalność, jeśli nie plagiat?

Moja robocza odpowiedź jest następująca: nie da się tego zrobić inaczej, niż tak, jak robią to czytelnicy z Lubimy Czytać. I właśnie dlatego nie ma co się z nich śmiać. Wydaje mi się, że pisanie o klasyce tak, jak oni – z perspektywy swojego bąbla kulturowego, przez pryzmat własnych, wybiórczych doświadczeń książkowych czy filmowych (w tym całkiem popkulturowych), z użyciem wszelakich dziwnych, eklektycznych skojarzeń, jakie przychodzą w danym momencie do głowy, z odniesieniem do bieżących spraw, memów, własnych przeżyć – to jedyny sposób, żeby napisać o klasycznym dziele coś, co będzie oryginalne, a nie będzie wymagało przeprowadzenia wcześniej regularnych badań literaturoznawczych. Tło historyczne i kulturowe klasycznego dzieła, adekwatne fakty z biografii autora czy też oficjalna, „poprawna” interpretacja to coś, co raczej dawno opracowali lepsi od nas. Ale jest prawie pewne, że nikt nie uprzedzi nas w skromnym, subiektywnym opisaniu, jak czytana właśnie przez nas powieść Hugo czy opowiadanie Czechowa ma się do wątku z jakiegoś współczesnego filmu, widoku, jaki mamy z okna, ulubionej piosenki albo czegoś, o czym aktualnie jest głośno w mediach, a co nam się jakoś subiektywnie skojarzyło z książką. Nie wątpię, że większość tego typu skojarzeń nie porwie tłumów ani nie zrewolucjonizuje sposobu patrzenia na dane dzieło, ale my będziemy szczęśliwi, bo się wywnętrzyliśmy, a przy tym będziemy mieć niemal pewność, że taka interpretacja, jak nasza, nigdy wcześniej nie powstała. A jeśli mamy talent, to kto wie, może nawet to nasze pisanie okaże się ciekawe.

Pomysł przyszedł mi do głowy pod wpływem tekstów z RzLC (i co tu dużo mówić, własnych ciągot, bo np. tekst o Krúdym to jak niby pisałam?), ale konsultacja z koleżanką, która siedzi w branży, uświadomiła mi, że jest nawet taki przyjemny nurt krytycznoliteracki, zwany prezentyzmem, który podobną procedurę – czytanie dzieł nie tyle przez ich historię, co przez współczesnej konteksty – w mądrzejszej, bardziej dopracowanej wersji stosuje do całkiem poważnej analizy literaturoznawczej (więcej można sobie o tym przeczytać np. tutaj).1 Jesteśmy więc po bezpiecznej stronie.

Zresztą podobne literaturoznawcze alibi można by znaleźć dla niejednej recenzji wyśmiewanej na RzLC. Trochę mi się chce śmiać, że już taki szmat czasu temu przetoczyły się przez literaturę takie burze, jak postmodernizm mieszający sacrum z profanum i patchworkujący style i epoki, dekonstrukcja rozpierniczająca „oficjalne” sposoby odczytywania tekstów, czy też proklamacja śmierci autora dokonana przez Rolanda Barthes'a, a tymczasem subtelni intelektualiści w komentarzach pod postami RzLC nadal dostają raka, napadów śmiechu albo serca palpitacji, kiedy komuś się Dostojewski skojarzy z kryminałem a Gra w klasy Cortázara – z mieszanką nie zawsze smacznych czekoladek, albo kiedy Gombrowiczowi dostaje się za przesadzanie z formą i stylem. Podobnie bawi mnie fakt, że literaturoznawstwo już dawno zdało sobie sprawę, że można czytać teksty przez pryzmat określonej wrażliwości politycznej, przez co mamy krytykę marksistowską, feministyczną, gejowską, ekokrytykę i co tam nie jeszcze, a na RzLC czymś tak niesamowicie śmiesznym dla autorów komentarzy okazuje się fakt, że ktoś krytykuje Sto lat samotności za seksualną nieobyczajność bohaterów albo Mistrza i Małgorzatę – za sceny nieprzyjemne dla wegetarian. No co, też patrzenie na literaturę przez pryzmat etyki, tylko orientacje etyczne inne. W sumie wydaje mi się, że takie analizowanie książek z perspektywy swojego systemu wartości – przyjęcie takiej własnej, jednostkowej, prywatnej krytyki politycznej – to kolejny sposób na oryginalność dla książkowego interpretatora-amatora.

A zatem, w skrócie – bronię subiektywnego, ahistorycznego odczytywania literatury, uważam, że jest ono sensowną opcją w amatorskim pisaniu o klasycznych dziełach, a poza tym na takie czytanie są odpowiednie paragrafy w teorii literatury. Recenzenci z Lubimy Czytać są w dechę. Trudno mi się to wszystko pisało. Nie jest to moja działka, poza tym temat z gatunku tych bardziej ogólnych, a ja wolę mikroskalę. Jeśli ktoś mnie złapał na jakimś błędzie albo głupstwie, niech da znać. Ale nie chciałam tej całej sprawy z Recenzjami z Lubimy Czytać zostawiać bez komentarza, bo skoro weszło w modę publiczne mieszanie z błotem amatorskiego pisania o klasyce, a ja tu, na Samej porcelanie, z rozmysłem stosuję rejestr amatorski i lubię zestawiać gatunki wysokie z niskimi, to wypadało się jakoś wytłumaczyć. Zresztą kiedy wybuchła ta afera, miałam właśnie pomysł na notkę o czymś kosmicznie klasycznym, ale w ujęciu bardzo dyletanckim. Pomyślę, może ją wrzucę, jeśli się nie będę za bardzo bała.



P.S. Wiadomość z ostatniej chwili: na stronie Recenzje z Lubimy Czytać ukazał się właśnie (7.02.2016) post w odpowiedzi na tekst Żulczyka, w którym gospodarze deklarują sympatię do czytelników z Lubimy Czytać i radość z tego, że wyżej wymienieni „nie wierzą w kanon” i „mają odwagę podzielić się swoją czytelniczą frustracją”. W sumie sympatycznie, chociaż moja duma czytelnicza jest nadal urażona. Pod postem komentarze, spośród których część hejtuje już Żulczyka, część – nadal czytelników z Lubimy Czytać, a jeden – czytanie jako takie. Cudowności.



1Fernie, Ewan. 2005. „Shakespeare and the prospect of presentism”, [w:] Holland, Peter. 2005. Shakespeare Survey: Volume 58, Writing about Shakespeare. Cambridge: Cambridge University Press, 169-184. (https://books.google.pl/books?id=jbjHkT1W1UgC&printsec=frontcover&hl=pl&source=gbs_ge_summary_r&cad=0#v=onepage&q&f=false) (data pobrania: 07.02.2016)