Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mainstream. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mainstream. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Jak tam twoja naturalna pomyślność? (Virginia Woolf, "Fale")

Jak to z klasyką na Samej Porcelanie bywa, Fale Virginii Woolf interpretuję subiektywnie i z pominięciem wątków ważnych dla wyrobionych czytelników. Bo po co otwierać się empatycznie na głęboki psychologicznie, poetycki, strumienioświadomościowy, subwersyjny, queerowy, pełen nawiązań historycznych wszechświat, skoro można ograniczyć się do odbicia w tej powieści jedynie nudnej siebie?

Naturalna pomyślność to w Falach Woolf miks szczęścia rodzinnego, obcowania z przyrodą, prostoty i braku komplikacji wewnętrznych. Chwytliwe określenie.


Piękny był mój początek lektury Fal. Pierwszy rozdział, złożony z krótkich, enigmatycznych kwestii wypowiadanych kolejno przez bohaterów, poraził mnie i zachwycił dziwnością. Co to za osobliwie rozumujące stworki tak mówią, myślałam sobie, wyobrażając sobie świat przedstawiony Fal jako coś w rodzaju scenerii z Wrócieeś, Sneogg, wiedziaam Huberatha. Dopiero drugi rozdział uporządkował mi postrzeganie – i minimalnie rozczarował. No tak, to nie były księżycowe stworki, ale dzieci, dzieci z przedszkola albo jeszcze młodsze.


ŻYCIE LUDZI I ŻYCIE OGRODU

Jak bowiem niektórzy mogą wiedzieć, Fale to poetycka proza o życiu sześciorga przyjaciół – Susan, Rhody, Jinny, Bernarda, Louisa i Neville'a – których poznajemy jako maleńkie dzieci i którym towarzyszymy migawkowo poprzez dorastanie, młodość, wiek dojrzały, do schyłku życia. Kolejne migawki, przedstawiane za pomocą serii krótkich monologów – strumieni świadomości – poszczególnych postaci, przeplatane są poetyckimi obrazami domu z ogrodem na morskim wybrzeżu w kolejnych porach dnia. I tak, dzieciństwo poprzedzone jest opisem nadmorskiego poranka, młodość – przedpołudnia itd.


Gdy zatem pojęłam, że Fale to nie będzie zaskakująca fantastyka psychologiczna lub przynajmniej studium zbiorowego bzika, ale właśnie taka dostojna powieść z konceptem, wyluzowałam i skupiłam się z jednej strony na pięknie tych poetyckich opisów, z drugiej na obyczajowym, plotkarskim potencjale opowieści szóstki bohaterów. Co do opisów, mają w sobie co nieco wzniosłości i dotyczą przyjemnego wycinka angielskiej przyrody. Jeśli mam tu na pokładzie osoby lubiące anglosaskie legendarium lub fantasy oraz mające plastyczną wyobraźnię, to myślę, że podczas lektury Fal będzie Wam równie miło, jak mnie.


NAGRODA DLA NAJMILSZEGO BOHATERA IDZIE DO...

Co do plotkarskiego potencjału – czy to tylko moje wrażenie, że jedynie Susan i Bernard dają się w tej ekipie lubić? Jinny to zapatrzona w siebie wielkomiejska trzpiotka, Louis i Neville stanowili dla mnie jakiś trudno odróżnialny od siebie nawzajem konglomerat marudzenia, kompleksów, pracy w jakichś biurach i och-jacy-jesteśmy-wywrotowi-jak-na-lata-trzydzieste obyczajowości. Jeszcze ewentualnie eteryczną, zagubioną, niezręczną towarzysko Rhodę daję radę zrozumieć, bo się nią pewnie bywało. Natomiast w każdym rozdziale szczerze czekałam na lakoniczną wypowiedź chmurnej za młodu, nienawidzącej szkoły z internatem i tęskniącej za swoją wsią, ojcem i przyrodą Susan, która w dorosłości wychodzi za mąż i cieszy się (z pewnymi wyjątkami) krzepkim macierzyństwem i uprawą roli, oraz na rozlewną, jowialną opowieść Bernarda, poetyckiej duszy i duszy towarzystwa odbijającej się w innych ludziach, który także zakłada później rodzinę.


NATURALNA POMYŚLNOŚĆ A BLOGI ODGRACANIOWE

W odniesieniu do losu Susan zostaje w Falach użyte określenie „naturalna pomyślność”, które mocno zapadło mi w pamięć. Pojawia się ono też jako wartość ujemna – pada gdzieś w powieści określenie, że Louis czy Neville tej właśnie naturalnej pomyślności nie mają. Czym ono właściwie jest, trudno powiedzieć – to coś na przecięciu szczęścia rodzinnego, obcowania z przyrodą, pewnej prostoty życia i braku niepotrzebnych komplikacji wewnętrznych. Jest to dla mnie bardzo atrakcyjny pakiet. Można by to nazwać: życie po Bożemu (choć takie pastoralne nawiązanie oczywiście u Virginii Woolf nie pada). Jeśli chcemy jeszcze bardziej potocznie i ahistorycznie – naturalna pomyślność kojarzy mi się ze stylem życia promowanym cyfrowo przez niektóre pozytywnie uduchowione minimalistki, np. autorka bloga odgracaniowego Uwalniam od nadmiaru. 


PRZEMIJANIE: TEAM „SYTY DNI”

Jest jeden poważny i oficjalnie dostrzegany w Falach Virginii Woolf temat, który zainteresował i mnie. To przemijanie. Trzeba przyznać, że porównanie życia bohaterów do przebiegu jednego dnia, jakby byli jętkami jednodniówkami, ma swoją moc. Dodatkowo, obrazy słońca chylącego się do zachodu, z narastającym stopniowo mrokiem, chłodem, martwotą przyrody, rozmywającymi się barwami, tym bardziej sprawiają, że myśląc o własnym życiu – w którym jestem teraz rozdziale? – czytelnik może poczuć chłód pełznący wzdłuż kręgosłupa. Jako młodszy człowiek i czytelnik, kompletnie się takiej tematyki nie bałam. Współgrało ze mną sformułowanie C.S. Lewisa z Listów starego diabła..., że wręcz dobrze jest umrzeć młodo, bo człowiek może nie zdążyć nagrzeszyć. Jednak to chyba właśnie zaznanie tej – tak polubionej przeze mnie, jako koncept, w Falach – naturalnej pomyślności daje człowiekowi inną perspektywę, pragnienie osiągnięcia biblijnego ideału człowieka, który jest „syty dni” – bo przecież niespecjalny zachwyt przemijaniem i pragnienie życia to niekoniecznie tylko pustota i przyziemność, ale też duchowa sprawa.


Na zakończenie małe przypomnienie dla Was: Fale Virginii Woolf to dostojna klasyka i literatura wysoka. Czy można spędzić szmat czasu nad każdym rozdziałem, deliberując nad symbolistyczną wymową opisów przyrody i tropiąc mikropowiązania między nimi a warstwą fabularną? Oczywiście, że można. Czy można czytać kątem oka, jednocześnie nadrabiając na drugim nośniku stan badań literaturoznawczych o twórczości Woolf? Jak najbardziej. Czy można, wreszcie, czytać po prostu dokładniej, niż ja, i wysnuwać wnioski wznioślejsze, niż recepcja opisów chęchów u fanów fantasy czy skojarzenie z influencerami odgracaniowymi? I owszem. Natomiast na tym blogu, jak już zapowiedziałam we wstępie (i jak mówi mój tekst programowy o klasyce), takie utwory czyta się i recenzuje inaczej. Ale Wy oczywiście, jeśli chcecie, bądźcie mądrzy, nie bądźcie tacy jak ja.


Woolf, Virginia. 2021 (1931). Fale. Przełożył Lech Czyżewski. Kraków: Wydawnictwo Literackie.

Obraz: OpenClipart-Vectors z Pixabay

poniedziałek, 12 maja 2025

Czułe narratorki i gulasz z dwunożnych tasiemców (Olga Tokarczuk, Empuzjon)

Gdyby nie nominacje do fantastycznej Nagrody Literackiej im. J. Zajdla w 2023 roku, nie sięgnęłabym po Empuzjon Olgi Tokarczuk. Z opinii wokół wynikało, że to książka, której wartość literacką przesłonił wsad ideologiczny, a poza tym ma obleśne momenty. Rzeczywistość okazała się jednak lepsza.


Z Mieczysławem z Empuzjonu łatwo się identyfikować.
Szczególnie złapała mnie za serce scena kąpieli.


Empuzjon opowiada historię Mieczysława Wojnicza, polskiego studenta, który z zaboru rosyjskiego przyjeżdża na kurację do sanatorium w Görbersdorfie (ówczesne Niemcy, dziś polska miejscowość Sokołowsko). Zamieszkuje w pensjonacie prowadzonym przez niejakiego Wilhelma Opitza, któremu tuż po przyjeździe Wojnicza umiera żona, Opitz jednak okazuje się tą śmiercią niemal nieporuszony, jest bowiem do szpiku kości mizoginem, a dodatkowo uważa, że mężczyzna nie powinien okazywać uczuć. 


MIZOGINI (I TYLKO ONI) SĄ WŚRÓD NAS

Pozostali mieszkańcy pensjonatu również okazują się mizoginami i spora część fabuły upływa na ich dysputach nad marnością płci niewieściej (parafrazują przy tym rzeczywistych autorów od antyku do współczesności - na końcu powieści Tokarczuk podaje listę nazwisk). Bohaterowie odbywają też kilka wycieczek, podczas których a to pałaszują wstrętne, mięsne, kojarzące się w ten czy inny sposób ze stereotypową męskością dania, a to zwiedzają atrakcje eksponujące ohydę płci męskiej: szczeliny skalne, z którymi wiąże się legenda o kobietach posądzonych przez mężczyzn o czary, czy też nieprzyzwoite lalki zbudowane w lesie przez węglarzy. Reszta fabuły to losy Wojnicza, który zmaga się z zagadką odgłosów ze strychu, ukrywaniem pewnej tajemnicy oraz poszukiwaniem siebie, a także dygresje pokazujące maskulinistyczne świństwa dokonywane przez poszczególnych bohaterów. Jest też element fantastyczny, związany z narratorem, czy raczej całą gromadą czułych narratorek.

 

PRZYJEMNOŚCI TEKSTU

Trudno brać na poważnie to zaangażowanie w jakąś karykaturalną wersję feminizmu, co sprawia, że książka dała mi sporo przyjemności jako lektura polemiczna: co skrajnego autorka jeszcze wymyśli? Poza tą niezamierzoną przyjemnością, Empuzjon daje też jednak nieco satysfakcji innego rodzaju. Z przyjemnością chłonęłam atmosferę Dolnego Śląska, którego tajemnicze i mroczne (jeden z nich opisał w Miedziance Filip Springer) zakątki miałam okazję swego czasu dobrze poznać turystycznie. Jak przystało na autorkę klasy Tokarczuk, powieść jest napisana doskonałym językiem. Poza tym, na tle wielu poznanych przeze mnie tytułów w polskim mainstreamie, wielkim plusem jest to, że Empuzjon ma fabułę. Co więcej, ta fabuła wciąga, a główna zagadka, nawet jeśli czytało się wcześniej (uczciwe, niespoilerujące) recenzje, jest trudna do rozwikłania aż do ostatnich stron.

 

EPIFANIA W ŁAZIENCE

I wreszcie - to również jedna z cech dobrej popkultury, którą miło zobaczyć w dziele aspirującym do literatury wysokiej - postać głównego bohatera, Mieczysława, budzi przemożną sympatię i daje czytelnikowi możliwość identyfikowania się z nim. Szczególnie złapała mnie za serce jedna z historii z jego dzieciństwa: Mieczysław zmaga się z tajemniczą przypadłością, która powoduje zakłopotanie i stygmatyzację ze strony nawet najbliższych osób. Wyjątkiem jest jego opiekunka, która kocha go bezwarunkowo. Najlepiej widzimy to w scenie kąpieli, gdy starsza kobieta, myjąc małego Miecia, obsypuje go najczulszymi określeniami, a ten, jak rzadko w swoim dotychczasowym i późniejszym życiu, czuje się naprawdę szczęśliwy. Jest to fragment, koło którego zapewne trudno przejść bez wzruszenia zarówno czytelnikowi, który ma doświadczenie opieki nad drugą osobą i miłości do niej, jak i osobie wierzącej w bezwarunkową miłość Boga do człowieka, jaki by nie był. 

 

I choć moim (i z tego, co widzę, zdecydowanie nie tylko moim) zdaniem propagowanie feminizmu i walki z mizoginią Oldze Tokarczuk w Empuzjonie mocno nie wyszło, to ten niewielki, znany w tej samej formie od wieków, niekontrowersyjny (przynajmniej tak mi się wydawało do nieszczęsnego lata 2024) temat z arsenału politycznej poprawności, który dotyczy Mieczysława, jest odrobiony świetnie i może niejednego czytelnika przekonać do większego szacunku i miłości bliźniego osób, które mierzą się z podobnym wyzwaniem. 

 

ZAKRZYWIONA RZECZYWISTOŚĆ

Zresztą jeśli by cały Empuzjon czytać nie jako komentarz do ideologicznej bieżączki, ale właśnie przez subiektywny filtr historii Mieczysława, to zaczyna on wyglądać dużo sensowniej. Główny bohater miał bardzo dobre powody, by czuć mdłości w związku z gulaszem z tasiemców, jurnymi historyjkami innych kuracjuszy i ogólnie ideą, która łączy te wątki. Może więc świat przedstawiony w Empuzjonie jest tak przerysowany nie za względu na ideowe "przegięcie" autorki wewnętrznej, ale na wyczulenie głównego bohatera na pewne tematy, które zakrzywiło całą rzeczywistość książki i pod koniec osiągnęło taki poziom, że popchnęło Mieczysława do takiej a nie innej decyzji?


Tokarczuk, Olga. 2022. Empuzjon. Kraków: Wydawnictwo Literackie.

 Ilustracja: Obraz Clker-Free-Vector-Images z Pixabay


poniedziałek, 5 maja 2025

Strażak ratuje cesarza (Łukasz Orbitowski, “Wróg”)


Wróg Łukasza Orbitowskiego to powieść, w której splata się historia życia niesławnego cesarza rzymskiego Nerona oskarżanego o podpalenie Rzymu i krakowskiego strażaka z epoki popeerelowskiej transformacji, za którego służby miał miejsce pożar domu handlowego Gigant. Strażak ratuje tę konstrukcję. Fabularną, znaczy się.

Neron Orbitowskiego jest konstruktowy, nieobiektywny, a przede wszystkim –
widziany z perspektywy lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. To dobrze.


Przez pierwsze kilkadziesiąt stron Wroga obawiałam się, że nie będzie to dobra powieść. Długi passus o dzieciństwie głównego bohatera (osoba nieznająca wystarczająco historii starożytnej nie wie jeszcze, że to Neron) przebiegającym w antycznych realiach czytało się nieźle, jednak miał on posmak banalnej historycznej obyczajówki w stylu tych, które babcie i ciocie naszego pokolenia zamawiały wysyłkowo dwadzieścia lat temu. (Neron był sympatycznym brzdącem i dowiadujemy się, jakie lubił zabawki. Och, cóż za odbrązowienie.) Co więcej, gdy zaczęłam sprawdzać sobie faktografię z Wikipedią, tym bardziej “źle to wyszło”, bo ten fragment książki nie tak znowu wiele wnosi do tamtejszych wpisów w temacie.


WIKIPEDYZM UZASADNIONY

Większego szacunku do tej książki nabrałam, gdy rozkręcił się wątek Staszka Zolla – strażaka, który wiedzie szare życie, dopóki nie ulega wypadkowi na jednej z akcji. W miarę, jak okazywało się, że opisywany Neron jest bądź to wykwitem chorego umysłu, bądź to uruchomionym przez wypadek wspomnieniem z poprzedniego życia bohatera (w duchu pitagorejskiej wiary w reinkarnację), ta schematyczność i wikipedyzm zyskały usprawiedliwienie. Niezależnie, z jakiej przyczyny w głowie Staszka “wybuchło” życie rzymskiego cesarza, było to przecież życie prześwietlone przez Staszkową umysłowość. Nic dziwnego, że chłopak, który nie był orłem w szkole, nie miał na koncie jakichś niesamowitych lektur, a w późniejszym okresie życia wiedzę zdobywał przez przeczesywanie Internetu (fakt, wówczas jeszcze nie Wikipedii, ale zapewne analogicznych źródeł), widział i opisywał Nerona właśnie tak.

Neron Orbitowskiego jest zatem Neronem konstruktowym, nieobiektywnym, a przede wszystkim – widzianym z perspektywy czasów współczesnego bohatera, czyli lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Widać to w warstwie światopoglądowej i obyczajowej książki. Głównymi motywacjami Staszkowego Nerona nie są jakieś obce nam, swoiste dla czasów Starożytnego Rzymu idee, ale wytykany przez psychologów pokoleniu X i Y people-pleasing,  czy też zrozumiałe u kogoś, kto widział peerelowską biedę, przaśnie wyrażane uwielbienie dla dobrego jedzenia i alkoholu. Szczególnie alkoholizm Nerona u Orbitowskiego wydaje się mocno ahistoryczny: w kluczowym, tragicznym momencie fabuły pod koniec książki, pijany i agresywny protagonista zachowuje się jak stereotypowy przedstawiciel polskiej patologii z poprzedniego pokolenia, nie jak antyczny konsument alkoholu, którego wzorzec picia był inny i jednak zazwyczaj mniej drastyczny.


ŚWIĘTY PAWEŁ U WALASZKA

Także stosunek powieściowego Nerona do kiełkującego chrześcijaństwa kojarzy się bardziej z antychrystianizmem swojskim i współczesnym, niż domniemanym antycznym. Orbitowski, inaczej, niż np. Sienkiewicz w Quo vadis, przedstawia Nerona od strony bardzo ludzkiej, wręcz dającej się lubić, nie stawia też dychotomii między złym Neronem a dobrymi chrześcijanami. Autor darowuje sobie jednak wchodzenie w poważny dialog dwóch wielkich narracji, myślenia antycznego i chrześcijańskiego, nie daje Neronowi jakiejś poważnej idei, która usprawiedliwiałaby nienawiść do wyznawców Chrystusa. Zamiast tego mamy u cesarza myślenie takiego właśnie Staszka, chłopka-roztropka spod polskiej budki z piwem – co to za ludzie ci chrześcijanie, nie lubią libacji i panienek, w dodatku obstają przy swoim sztywnym świętoszkowaniu zamiast pokombinować w życiu bardziej praktycznie. Do tego dochodzi u Nerona niewytłumaczalna, bezinteresowna, acz intensywna do granic skrajnej agresji irytacja chrześcijaństwem – reakcja, której stereotypowy egzorcysta mógłby oczekiwać po jakimś chłoptasiu, który w latach 80-tych czy 90-tych np. zbyt mocno zadawał się z niewłaściwą subkulturą czy na zbyt poważnie słuchał mhrocznej muzyki. Kulminacją Staszkowej wizji chrześcijaństwa we Wrogu jest proces św. Pawła, gdzie Apostoł Narodów jest przedstawiony mniej więcej w tym duchu, co Kazik Staszewski w Pod gradobiciem pytań Walaszka. Paweł, który, sądząc na podstawie listów, uzyskanych zasięgów i życiowych doświadczeń, musiał mieć w realu tęgi intelekt, hart ducha i sporo charyzmy, jest u Orbitowskiego (czy raczej w głowie jego protagonisty) groteskowo słaby, niemądry, widziany z perspektywy irytujących nawyków, a w dodatku Orbitowski dopisuje mu do biografii rzekome zadenuncjowanie świętego Piotra (gosh...). Podobnie niepochlebnie do granic surrealizmu przedstawiony jest wcześniej w książce inny wielki antyczny autorytet, nauczyciel Nerona, Seneka. Ot, przaśne poczucie humoru z czasów po polskiej transformacji.

(Jakkolwiek można też ten obraz chrześcijaństwa potraktować jako morał. OK, łatwo się domyślić, że co znakomitsi pierwsi chrześcijanie nie byli tacy, jakimi widzi ich Neron-Staszek u Orbitowskiego. Ale może on widzi ich w ten sposób, bo napatrzył się na ich odpowiedniki w swojej epoce? Czyli na nas? I czy my w chwili próby rzeczywiście mniej sypalibyśmy kolegów, odważniej stawialibyśmy czoła niebezpieczeństwu, lepiej powstrzymywalibyśmy żenujące obżarstwo?)


KOLEJNY WAŻNY GŁOS O ANTYKU? NA SZCZĘŚCIE NIE

Tak odczytuję Wroga Orbitowskiego i ja tę historię, w takiej interpretacji, kupuję. Zdziwiłam się (i zainspirowałam) recenzją Wojciecha Chmielarza, który widzi we Wrogu doniosłą próbę odczarowania mitu ważnej postaci antyku i przeniesienia czytelnika w świat epoki. Ja jednak traktuję tę książkę mniej serio i obawiam się, że pisanie w dzisiejszej popkulturze o antyku w sposób tak poważny i wielkonarracyjny, jak sugeruje Chmielarz, mogłoby skończyć się powtarzalnością i kiczem. Gdy natomiast jest to zrobione tak, jak we Wrogu – w sposób jednostkowy, celowo niewiarygodny, przepuszczony przez niepowtarzalny filtr – tu przez epokę Andrzeja Leppera, Wielkiej Gry i chwilówek – staje się udanym chwytem literackim. Tym samym Wróg Orbitowskiego to jeden z niewielu przypadków rzeczywiście satysfakcjonującego ogrania przecenianego w polskiej literaturze tematu Pamięci. Życie rzymskiego władcy-ladaco “pamiętane” przez polskiego socjopatycznego strażaka – czy to nie ciekawsze od kolejnych koturnowych wspominek rodzinnych, od których roi się w naszej literaturze najnowszej?


Orbitowski, Łukasz (2024). Wróg. Warszawa: Świat Książki.

Ilustracja: OpenClipart-Vectors z Pixabay

 


piątek, 25 sierpnia 2023

Chwiejne zwieńczenie Jeżycjady (M. Musierowicz, "Ciotka Zgryzotka")

Tablica znad stołu Borejków. Doceniam, że Agnieszka ukróciła zwyczaj i pozbyła się grata.

 

Tekst zawiera spoilery.

Ciotka Zgryzotka to dwudziesta druga i, zgodnie z zapowiedzią autorki ze stycznia tego roku, ostatnia część Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz. Opowiada historię Nory Górskiej, córki Patrycji - najmłodszej z sióstr Borejko. 

Nora, mająca po wakacjach rozpocząć naukę w liceum, w ramach kary wyznaczonej przez rodziców za szkolny wybryk spędza lato u ciotki Idy w domu zwanym Ruinką, pomagając w remoncie. Po otrzymaniu tajemniczych SMSów i dostrzeżeniu dziwnych zjawisk w pobliżu jednego z sąsiednich domów decyduje się rozwiązać zagadkę. Wynika z tego wątek komediowo-romantyczny z youtuberami w tle. 

W międzyczasie kuzyn Nory, Ignacy, i jego żona Agnieszka spodziewają się dziecka, a Norze również w ich porodowych perypetiach przypada ważna rola. W tle mamy jeszcze wątek przygotowań do ślubu kuzyna Józefa i Doroty, tajemnicze zniknięcie dziadka Borejko i jego konflikt z żoną, przeprowadzkę cioci Gabrieli i wujka Grzegorza (rodziców Ignacego) na posesję rodziców Nory, przyjazd czasowo (?) osamotnionej przez męża kuzynki Róży z dziećmi oraz pojawienie się tajemniczego znajomego kuzynki Łucji.


EFEKTYWNE ZAKOŃCZENIE SERII

Przypomina to opis kilku z rzędu odcinków telenoweli. I rzeczywiście - Ciotka Zgryzotka, jak telewizyjny tasiemiec, jest przeładowana przeskokami między licznymi postaciami i wątkami. Dla kogoś, kto nie czytał wcześniejszych tomów, okażą się, jak mniemam, po prostu niestrawne. 

Nie sądzę jednak, że jest to książka adresowana do nowych odbiorców. Jej zadaniem jest zakończyć wszystkie główne wątki Jeżycjady i pozostawić czytelników spokojnych o losy ulubionych bohaterów. Dzieje się to w typowo jeżycjadowym stylu: kto miał się zakochać, uczynił to lub uczyni, kto miał się ku sobie, wziął ślub, kto miał przyjść na świat, przyszedł lub szykuje się do tego. 

Pozostajemy też spokojni o spoistość rodziny Borejków i jej symboli. Dziadkowie, pomimo kilkukrotnych podpuch w tym i wcześniejszych tomach, pozostają przy życiu. Dzięki serii przeprowadzek i remontów większość rodziny znów osiada w tym samym domu lub jego najbliższym sąsiedztwie. Zaś nad kuchennym stołem Niewzruszonego Centrum rodu ponownie zawisa nieśmiertelna tablica z dowcipnymi (przynajmniej dla niektórych) materiałami wspomnieniowymi. 

To efektywne domknięcie (które autorka uczyniła, choć kończąc książkę, nie wiedziała, że na niej skończy się cała saga, a nie tylko jej pierwsza część) uważam za plus Ciotki Zgryzotki.


MUSIEROWICZ UMIE W YOUTUBE'A

Za kolejny plus uważam główne odwołanie do współczesnej rzeczywistości. Małgorzacie Musierowicz często zarzuca się, że w nowszych tomach Jeżycjady straciła oko do obserwacji tego, co obecnie jest na czasie. Jeśli nawet przyjąć tę nie całkiem dla mnie oczywistą tezę, według mnie odnosi się ona jedynie do konstruowaniu bohaterów i sytuacji obyczajowych. Wpółczesne zjawiska kulturowe czy nowinki techniczne autorka opisuje, moim zdaniem, z pomysłem i klasą. Podobał mi się wątek kręcenia amatorskich filmików-performansów w Córce Robrojka, postać Fryderyka Schoppe jako wielbiciela Rammsteina, rzut oka na świat wykonawców reggae w Języku Trolli, smartfonowe risercze Ignacego w Febliku czy ukazanie dań z McDonalda jako romantycznego artefaktu dla pary zakochanych nastolatków w McDusi (trochę jak miłosno-kulinarne impresje w Cudzych słowach Wita Szostaka, ale subtelniej i z poczuciem humoru). 

W Ciotce Zgryzotce takim znakiem czasów jest świat youtuberów i również dobrze to wychodzi. Musierowicz zamiast opisywać, pokazuje - czytelnik wraz z Norą najpierw widzi pewne zabawne sceny i dopiero później dowiaduje się, że w taki sposób powstają materiały na kanał oraz co inspiruje twórców. Moim zdaniem wszystko jest tu sympatyczne i autentycznie wyglądające - wybór nawiązania do The Slow Mo Guys, zachowanie chłopaków i ich radocha, ich ksywy, motyw z powtarzaniem pomysłów bardziej znanych twórców i oburzenie tym "plagiatem" ze strony nierozumiejącej konwencji Nory.


FAJNI OJCOWIE, AMBIWALENTNE MATKI

W Ciotce Zgryzotce pojawiło się też kilka motywów, które, typowo po jeżycjadowemu, ogrzały mi serce. Narzeczeńskie zapatrzenie Józka i Doroty było urocze. Jednocześnie ładną i (zamierzenie) zabawną sceną była rozmowa Ignacego z ojcem na temat porodu rodzinnego i ojcostwa jako takiego - dostajemy obraz dwóch nie całkiem stereotypowych facetów, taty i syna, którzy mają fajną relację a przy tym przyjemne poglądy na rodzicielstwo. Również Ignacy jako świeżo upieczony tata jest uroczy i konstruktywny.

Sympatycznym ojcem okazuje się też, koniec końców, Baltona - scena z przepłoszeniem adoratora wydawała mi się na początku nieprzyjemna, ale ostatecznie Florian wystąpił w obronie córki, którą ktoś całował, a ona tego w widoczny sposób nie chciała. Późniejsza rozmowa Baltony z córką, choć nierówna, również ma ładne fragmenty (choć są i głupsze wstawki - po co Baltona prawił komunały typu "to jest chłopak nie dla ciebie", skąd niby to wiedział?). 

Z kolei w temacie macierzyństwa mamy całkiem fajną, nawet jeśli nie bardzo odkrywczą radę, jaką Babi daje Agnieszce - by wychowywać dziecko tak, jak maluje obrazy, i wyłączyć strach, a włączyć miłość. Podobało mi się też "objawienie" Nory o tym, że macierzyństwo daje kobiecie łączność - poprzez dziecko - z uniwersalną miłością, z Bogiem. Ten koncept, tak myślę, zostanie ze mną na długo.

Co prawda w tym temacie mamy też bardziej kuriozalne fragmenty. Rady o tym, jak spać z dzieckiem, czy batalię między matką Agi a Różą o to, czy karmić piersią, są przedstawione trochę jak prawdy objawione, podczas gdy przecież nimi nie są. Nie odbiera to jednak pozytywnej siły fragmentom wyżej wymienionym.


WRESZCIE KONIEC Z TABLICĄ 

Ostatnim znaczącym atutem Ciotki Zgryzotki jest w moich oczach motyw z tablicą znad stołu kuchennego w domu Borejków, na której przez lata przyczepiano napisy typu "Kto mlaszcze, dostanie w paszczę" czy zdjęcia członków rodziny w humorystycznych sytuacjach. Przez dekady (i fabułę dwudziestu jeden tomów Jeżycjady) uważana przez bohaterów za niezwykle sympatyczny i dowcipny element wystroju, w Ciotce Zgryzotce zostaje nazwana przez Agnieszkę mentalnym pręgierzem i spakowana do wywiezienia na nowe lokum teściów. 

Podoba mi się ten wyłom uczyniony w mitologii Borejków. Od czasu powstania Jeżycjady zdążyły się, na moje oko, zmienić wzorce etyczne. Dotyczy to m.in. niegdysiejszego kultu bycia dowcipnym i obowiązku "znania się na żartach", nawet tych przykrych pod swoim adresem, który obecnie wypierany jest przez większą delikatność wobec bliźnich i asertywność w reagowaniu na niemiłe treści. 

Tablica Borejków była w tym świetle przykładem na pozostawianie nowego wina w starych bukłakach. Doceniam rolę Agnieszki, osoby z zewnątrz borejkowskiego uniwersum, która potrafiła ukrócić pozbawiony miłosierdzia zwyczaj i pozbyć się grata ze swojego mieszkania (ostatecznie wylądował on w domu Patrycji, jak wspomniałam, nowym lokum Niewzruszonego Centrum, czyli Gabrieli).


FABULARNE WZLOTY I UPADKI 

A jeśli chodzi o minusy Ciotki Zgryzotki? Myślę, że wystarczająco dużo napisali o nich inni recenzenci, nie ze wszystkimi krytycznymi zdaniami się zresztą zgadzam. Na pewno szwankuje narracyjna konstrukcja książki. 

Pierwsza połowa to głównie gadanie i bardzo wolniutkie rozwiązywanie zagadki tajemniczych SMS-ów, natomiast w drugiej upakowane jest wszystko - awanturnicza wyprawa Nory, dramat z dziadkiem, kilkukrotny zwrot głównego wątku romantycznego, ślub, poród, co tam nie jeszcze. 

Wspomniany główny wątek romantyczny też mnie nie przekonuje: domniemany ukochany wskakuje do akcji na zasadzie deus ex machina (ach, co za przypadek, że to akurat on tam mieszkał) a uczuciowe reakcje Nory na niego są opisane nie konsekwentnie. Co gorsza, zbyt wcześnie pojawiają się sugestie, że wybrankiem będzie jednak ktoś inny (choćby ta: "Nora, zbijając go tym samym z tropu, odpowiedziała mu promiennym, najszczerszym uśmiechem. Właśnie nabrała do niego najszczerszego zaufania", s. 184). Zawiłości z autorstwem SMS-a i przekręconym nazwiskiem nie zaciekawiły mnie ani nie rozbawiły. 

Podoba mi się natomiast to, że jeden z podmiotów zainteresowania Nory (podobnie jak Agnieszka w historii z tablicą) ładnie rozbija borejkowską banieczkę. Na jej, najwyraźniej przejęte od mamy i ciotek, bezinteresownie obraźliwe uwagi, odpowiada asertywnie i nazywa sprawy po imieniu, mówiąc, że nie chce być obrażany czy przezywany. 


MAGIA REMONTOWANIA

Tyle na temat niedociągnięć narracyjnych. Co do nieodpowiadających mi szczegółów obyczajowych, nużyły mnie liczne i rozwlekłe wstawki na temat organizacji ślubu i - tak jak w poprzednich tomach - niekończących się remontów. Tak jak już zauważyła w recenzji Feblika, jeśli ktoś miałby te fragmenty docenić, to chyba tylko czytelnik z dalekiej przyszłości, który potraktuje tę książkę jako sylwę czy inną Mariannę i róże i będzie się z niej uczyć o życiu codziennym w epoce. 

Dodatkowo, magia Borejków, która w Febliku miała swoje mocniejsze momenty ("puńczyk z tuszki"; Gaba, która, mimo wszystko, była fajną matką i teściową), tu zaczęła mnie przytłaczać. Nie podobało mi się na przykład, że dorośli członkowie rodziny przybywający na Roosevelta czy do domu rodziców Nory (Laura, Róża) zachwycali się, jak dobrze wrócić "do domu". W ustach osób, które mają już swoje domy i rodziny, to stwierdzenie brzmi co najmniej niemile w odniesieniu do tychże rodzin.


CO JEST NIE TAK Z CIOTKĄ ZGRYZOTKĄ

Podsumowując, książkę na pewno warto przeczytać, jeśli lubi się Jeżycjadę i/lub chce się wiedzieć, jak się skończyła - jakkolwiek w kwestii fabuły nie będzie to taka przyjemność, jak podczas lektury któregokolwiek z poprzednich tomów. 

W innych przypadkach lektura, pomimo wciąż widocznego kunsztu autorki i kilku dobrych pomysłów, może być problematyczna. Za głównego winnego uznaję tu, wspomniany już w dwóch ostatnich recenzjach, pośpiech połączony z imperatywem, by za wszelką cenę domknąć ogromną liczbę wątków. Stąd, moim zdaniem, szybkie swatanie bohaterów, czy też dziwna lista gości na weselu Doroty i Józefa. Autorka, jak mniemam, chciała po prostu raz jeszcze pokazać wszystkich swoich bohaterów, stąd te wszystkie koleżanki ciotek wśród weselników. 

Drugim głównym problemem Ciotki Zgryzotki jest chęć schlebienia gustom zagorzałych fanów. Stąd zapewne to krytykowane przez recenzentów kiszenie się w borejkowskim sosie - epatowanie łaciną, ciepełkiem, sielskością, żarcikami Idy czy Ślubnym Fatum).


PISZMY (LEPSZE) CHRISTIAN FICTION! 

Nie oburza mnie natomiast, a wprost przeciwnie, wiara chrześcijańska wielu bohaterów Ciotki Zgryzotki czy ich poważne traktowanie miłości romantycznej i małżeństwa. Wiem, że wśród internetowych komentatorów te wątki są często krytykowanie. Czytelnicy są jednak różni i są wśród nich tacy, którzy chcą czytać o takiej właśnie obyczajowości. 

A jeśli rzeczywiście tacy czytelnicy nie są obecnie głównym nurtem, a niszą, to może warto uciec do przodu? Skoro niektórzy lubią czytać o duchowych rozkminach i cnotliwych parach, a innym od tego cierpnie skóra, to może warto, by ci pierwsi nie udawali, że nie są niszą, ale sobie tę niszę odpowiednio urządzili i ometkowali? 

Chodzi mi mianowicie po głowie przeszczepienie na grunt naszego języka idei Christian fiction - w dobrej jakościowo, przystosowanej do lokalnej specyfiki, formie. Tym bardziej teraz, gdy nie będzie już kolejnych tomów Jeżycjady. To co, kto pierwszy zaczyna pisać? 

Zdjęcie: Gerd Altmann z Pixabay



środa, 26 lipca 2023

Dzban, który nie był dzbanem (M. Musierowicz, "Feblik")

Do czytania ostatnich części Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz zainspirowały mnie właśnie niepochlebne recenzje opisywanego tu dziś Feblika. Ze zdziwieniem przekonałam się, że powieść odbieram jako niezłą, a przynajmniej najlepszą z finalnej trójki. Historia rękodzielniczego dzbana to zgrabna rama fabularna. Plusem są też protagoniści, którzy okazali się porządnie napisani i - wbrew temu, czego oczekiwałam po przeczytaniu recenzji Zwierza Popkulturalnego czy Catus Geekus - z mojego punktu widzenia wcale nie dzbanowaci. 

Czy Ignacy jest dzbanem? Według mnie nie - jego wady mieszczą się w granicach niedoskonałości, jakie może mieć bohater pozytywny.

 

Tekst zawiera spoilery.

Głównymi bohaterami Feblika Małgorzaty Musierowicz jest dwójka studentów - neurotyczny intelektualista Ignacy, syn Gabrysi (najstarszej z czterech sióstr Borejko, kariatyd Jeżycjady) oraz jego szkolna koleżanka, uzdolniona malarsko i obdarzona zmysłem obserwacyjnym Agnieszka. Para spotyka się przypadkowo w autobusie. Agnieszka wiezie właśnie do nabywcy dzban wykonany przez jej siostrę i Ignacy ofiarowuje się z pomocą w dostarczeniu problematycznej, jak się okazuje, przesyłki. Przy okazji oboje bohaterowie mają okazję poznać się na nowo, zwiedzić kawałek Wielkopolski oraz porównać swoje sytuacje rodzinne, włącznie z towarzyszącymi im problemami.

 

Tak jak wspomniałam, Feblik, będący dwudziestym pierwszym tomem cyklu, uważam za najmocniejszą powieść z trójki kończącej Jeżycjadę. Motyw z dzbanem ładnie porządkuję akcję i nadaje tempa, dzięki czemu powieści udaje się uniknąć dłużyzn i kuriozów widocznych choćby w tomie poprzednim - we Wnuczce do orzechów. 

 

BOHATEROWIE NIEDOSKONALI (I DOBRZE)

Spodobał mi się sposób napisania głównych bohaterów. Ignacy teoretycznie ma budzić sympatię, ale z drugiej strony z kilometra widać jego niedoskonałości. Opis tego, jak prowadzi samochód jadąc z Poznania do ciotki Patrycji (przedstawiony z perspektywy wnikliwie i lekko złośliwie patrzącej na rzeczywistość Agnieszki) to przykład bardzo dobrego realizmu (oraz bardzo ciekawego przypadku dla twórcy rozwiązań technicznych spod znaku poka-yoke). 

 

Podoba mi się też, jak w jego postaci rozegrany jest temat męskości. Mamy tu ciekawą przepychankę między wyznawanym przez Ignacego etosem "rycerza na białym koniu" a jego rzeczywistą osobowością, w której spotykają się zarówno cechy stereotypowo, jak i całkiem niestereotypowo męskie, przy czym Ignacy wydaje się mieć w tej kwestii sporo samoakceptacji. 

 

Czy Ignacy jest dzbanem? Zwierz Popkulturalny zdaje się sugerować, że tak, krytykując m.in. jego nieprawomyślny sposób użycia wyrazu "kobieta" ("Sytuacja jest poważna, ktoś ma kłopoty. Kobieta." - s. 95) czy też negatywny stosunek do nadużywania przez płeć piękną alkoholu. Dla mnie jednak jego wypunktowane w Zwierzowej recenzji wady albo są wadami tylko subiektywnie, zależnie od politycznego nastawienia czytelnika, albo mieszczą się w granicach niedoskonałości, jakie może mieć bohater ogólnie pozytywny, lecz nie zerojedynkowo idealny.


Agnieszka to inny typ postaci, ale również satysfakcjonujący. Przez większość czasu jest przedstawiana jako wiarygodna i pod każdym względem atrakcyjna bohaterka, z której zresztą perspektywy - bystrej, wnikliwej, mimowolnie ironicznej - obserwujemy większość akcji powieści. Krytycyzm i lekka neurotyczność wydają się być jej głównymi (jakże błahymi) słabymi stronami - jednak tylko do momentu, w którym zamiast punktu widzenia samej Agnieszki czy Ignacego dostajemy perspektywę innych postaci. Wtedy okazuje się, że ta charyzmatyczna postać nie jest wcale tak wspaniała: Józef określa ją jako miągwę (choć dodaje, że jest w porządku), Gabriela pamięta Agnieszkę z czasów szkolnych Ignacego jako osobę niespecjalnie atrakcyjną wizualnie i niewyróżniającą się niczym szczególnym.

 

WIĘCEJ AKCJI, MNIEJ ROMANSU

Co do minusów powieści, pierwszym z nich jest dla mnie, subiektywnie, brak ważnego plusa, jakim jest poruszająca historia miłosna. Być może zgrabne fabularne meandry i niezła psychologia głównych postaci sprawiły, że książka stała się na tyle wyrozumowana, że nie wystarczyło już miejsca na wzruszenia. To zresztą, moim zdaniem, cecha powtarzająca się również w starszych częściach Jeżycjady: najlepsze romanse dzieją się w książkach, które są trochę o niczym, jak Brulion Bebe B. czy Szósta klepka, natomiast w powieściach z konceptem i żywszą akcją, jak Kłamczucha, Opium w rosole czy Noelka, wątki miłosne nigdy mnie nie ruszały. Także i w końcówce Jeżycjady palmę pierwszeństwa na polu romantycznych uniesień przyznaję nie Feblikowi, a dużo bardziej problematycznej jakościowo Wnuczce do orzechów.

 

MINUSY: SPOTKANIE PO LATACH I SCRABBLE

Nie sposób też nie poczynić Feblikowi zarzutów formalnych, jak czyniły już to przede mną inne osoby w blogosferze. Szczególnie chciałabym wypunktować cztery problematyczne dla mnie momenty. Pierwszym jest scena spotkania dwojga głównych bohaterów, w które Agnieszka rozpoznaje w Ignacym dawnego szkolnego kolegę i jej niemal pierwsza reakcja to pewne rozczulenie, by nie rzecz wręcz - czułość. W ten sposób autorka na samym początku popełnia autospoiler, sugerując, co będzie się dalej dziać między bohaterami. Tymczasem tok myślenia Agnieszki jest jeśli nie całkowicie nierealistyczny, to kuriozalny. Taką błyskawiczną pozytywną reakcję należałoby przynajmniej jakoś wytłumaczyć, scena trzymałaby się kupy gdybyśmy np. dostali informację, że bohaterka jest chorobliwie kochliwa, albo że miała do Ignacego szczególną słabość w latach szkolnych a później coś poważnego stanęło na drodze ich znajomości, a nie że po prostu w miarę go lubiła, ale ich drogi rozeszły się po ukończeniu szkoły.

 

Drugim zgrzytem (lakonicznie napomyka o nim w swojej recenzji Zwierz popkulturalny) jest dla mnie motyw z babcią Milą oceniającą kandydatki na żony młodych Borejków przez styl ich gry w scrabble. Agnieszka została zaopiniowana pozytywnie, bo nie skupiała się na wygranej i nie mówiła za dużo o sobie. Jej poprzedniczka Magdusia zaminusowała przez agresywny styl i afektowane okrzyki w momentach przegranych. Niby pasuje to do klimatu Jeżycjady - motyw jest nawet zabawny, ma intelektualne konotacje i wymowę etyczną. Jednak skoro rodzina Borejków ma być taką oazą ciepła i życzliwości, nie pasuje mi do niej stosowanie takich tanich chwytów psychologicznych rodem z niuejdżowego podręcznika do zarządzania. Spodziewałam się po babci Borejko czegoś więcej, niż osądzania bliźnich po tak poszlakowych dowodach. Choć z drugiej strony może po prostu, jako osobę grającą podobnie do Magdusi, uwiera mnie sumienie i męczy obawa, że nie przeszłabym pomyślnie takiego testu?

 

(Tu wyznanie: magia Borejków również w tym tomie nadal względnie na mnie działa. Niespecjalnie dostrzegam widzianej przez inne recenzentki domniemanej mizantropii czy wyniosłości. Faktem jest jednak, że czasami autorka wydaje się zmęczona mnożeniem cudowności, jakie charakteryzują tę rodzinę, i osuwa się w niezręczność. Choćby nużący motyw rzekomo niezrównanej innowacyjności i wielości smaków lodów przygotowywanych przez Patrycję, gdy tymczasem ogranicza się ona do kombinacji powszechnie dostępnych w Polsce owoców i swojskich ziół, które każdemu bywalcowi współczesnych lodziarni trącą banałem.)

 

MINUSY CD.: KUPUJ DOM Z BALTONĄ

Kolejnym minusem są infodumpy na temat kupna domku na wsi przez Idę i Marka. Ambitne plany Idy, jak tę transakcję przeprowadzić oraz eksperckie porady Floriana sprowadzające szwagierkę na ziemię nie wydają się służyć fabularnie kompletnie do niczego. Do czego więc mają służyć, do odmalowania obrazu epoki? W takim razie być może docenią je czytelnicy za sto lat, we mnie wzbudziły jedynie irytację, którą spotęgowała postawa Idy, gdy dowiedziała się, że domek należy do jej przyszłej synowej i wykoncypowała sobie, że w takim razie na pewno dostanie go za darmo, nie spytawszy nawet właścicielki o zdanie.


Nie mam natomiast pretensji o liczne detale na temat historii wielkopolskich wsi w wywodach Ignacego, na które narzeka Zwierz Popkulturalny. Te nawet mi się podobały: takie treści brzmią naturalnie w ustach introwertycznego studenta historii sztuki, który chce zaimponować koleżance również zainteresowanej kulturą. Poza tym ładnie wpisują się w ramy fabularne - np. wizyta w skansenie i rozmowa, która wynika przy tej okazji.

 

JAK SZYBKO ZAKOŃCZYĆ TOM, CZYLI ZNÓW BIEGUSIEM DO ZARĘCZYN

Ostatni problematyczny motyw to kolejny przypadek błyskawicznych, nieprzemyślanych zaręczyn. W recenzji Catus Geekus motyw ten został zinterpretowany jako przykład odklejenia bohaterów od rzeczywistości, natomiast Zwierz Popkulturalny rozważa go w sekcji "Miłość i dzietność", traktując jako przykład etycznego nastawienia młodych Borejków, którzy, o zgrozo, "chyba nie słyszeli o tym, że można randkować nie planując ślubu". Dla mnie jedyną motywacją tego posunięcia fabularnego był - jak w przypadku Wnuczki do orzechów - pośpiech. Byle tylko dać czytelnikom znać, co stanie się również i z tą parą, zakończyć tom, odhaczyć ten wątek. Dorabianie do tego ideowego drugiego dna jest o tyle nietrafione, że w praktykowanej przez rodzinę Borejków, a krytykowanej w niektórych recenzjach obyczajowości katolickiej, trudno znaleźć przykazanie, że zaręczać się należy w pośpiechu i pochopnie w pierwszych dniach związku. 

 

Gdyby nie ten pośpiech (który wydaje mi się również przyczyną tak nagłego wezbrania uczuć Agnieszki na początku książki), Feblik miałby szansę być jeszcze lepszą powieścią, choć i bez tego jest nie najgorszy. Niestety, ten pęd do domknięcia wątków jest obecny również w kolejnym tomie, tj. Ciotce Zgryzotce, choć i ów tom ma jakieś atuty. Najważniejszy z nich jest związany właśnie z postacią Agnieszki. Postaram się opowiedzieć o tym kolejnym razem.


Musierowicz Małgorzata, Feblik, Łódź 2015: Akapit Press.

Ilustracja: Pixabay

poniedziałek, 1 maja 2023

Biegusiem do zaręczyn (M. Musierowicz, "Wnuczka do orzechów")

Naszło mnie ostatnio, by doczytać ostatnie tomy Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz. Niegdyś wręcz uwielbiałam tę serię - pisałam już o niej raz na tym blogu - jednak przerwałam na (nie najlepszej) McDusi. Przez ostatnią dekadę jedyne treści okołomusierowiczowskie, które do mnie docierały, to utyskiwanie z postępowych rejonów Internetu, że seria się popsuła. Część tych narzekań jest motywowana wyłącznie ideowo, ale część wydała mi się znacząca. Postanowiłam więc sprawdzić. Dziś piszę o 20. części cyklu - o Wnuczce do orzechów.

Motyw z koralami Doroty to jeden z kilku momentów Wnuczki do orzechów,
gdzie względny zachwyt walczył we mnie z lekką konsternacją.


Wnuczka do orzechów opowiada historię Doroty Rumianek - gospodarnej i pełnej cnót licealistki z podpoznańskiej wsi, która zapoznaje się z rodziną Borejków i przeżywa z nimi wspólne perypetie. Na początku powieści, wskutek pewnego zbiegu okoliczności, do domu Doroty, w którym zamieszkuje ona z babcią i jej siostrą, trafia w charakterze letniczki Ida Borejko - około pięćdziesięcioletnia lekarka o wybuchowym charakterze, jedna z czterech sióstr będących głównymi bohaterkami Jeżycjady. Zachwycona przymiotami Doroty, Ida sprowadza na letnisko swego siostrzeńca, neurotycznego intelektualistę Ignacego Grzegorza, pragnąc młodych wyswatać. Pociąga to za sobą serię slapstickowych wydarzeń, a sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy Dorota w wioskowym spożywczaku poznaje przystojnego nieznajomego, a w międzyczasie zaczyna się do niej zalecać chłopak, któremu podobała się w gimnazjum.


Nie brzmi najlepiej, prawda? Przed przeczytaniem znałam mniej więcej tematykę książki, jej zakończenie oraz zarys postaci Doroty i spodziewałam się, że książka będzie kiepska. Przeniesienie akcji z Poznania, który Musierowicz tak kunsztownie opisywała w starszych tomach, na wieś, wydawało się ryzykownym posunięciem. Tym bardziej, że to właśnie dla tych opisów i klimatu Poznania wielu z nas te książki czytało! Z kolei idealna Dorotka (na podstawie czytanej przeze mnie wcześniej Ciotki Zgryzotki - dziewczyna do tańca i różańca, idealna gospodyni, ambitna kandydatka na studia, romantyczna heroina, a przy tym wprawny woźnica konnej bryczki) zapowiadała się na fatalnie napisaną bohaterkę. 


Akurat żadna z tych obaw się nie spełniła. Co do miejsca akcji, to zagrało ono nieźle - książka przepojona jest całkiem udatnie atmosferą błogiego wypoczynku na wsi i ucieczki od codzienności. Podobał mi się też sposób przedstawienia miejscowej ludności. Internetowe recenzje zarzucają książce klasizm, ale to moim zdaniem naciągane. Znam nieźle wielkopolską wieś i podoba mi się jej obraz we Wnuczce do orzechów. Gwara jest przedstawiona realistycznie (i zabawnie), postaci mieszkańców są zróżnicowane - jedne szlachetniejsze (pani Kasia - sprzedawczyni), inne zniuansowane (babcie Doroty i sama Dorota), inne mocno niedoskonałe i połamane (pan Chrobot, Igor Bogatka, mama Igora). Jedyny zarzut co do wiejskich realiów, z którym mogłabym się zgodzić, to ten wysunięty przez mamę Zwierza popkulturalnego o nadmiernym skróceniu łańcucha dostaw jajek i kurczaków.

 

Co do postaci Dorotki, to we Wnuczce do orzechów jest dużo lepiej napisana, niż w Ciotce Zgryzotce. Większa część narracji jest prowadzona z jej perspektywy. Dzięki temu przestaje być jedynie groteskową, kartonową repliką Jagny z Krzyżaków (przed przeczytaniem Wnuczki... myślałam, że te orzechy w tytule to aluzja do Jagny właśnie). Okazuje się np. impulsywna (sytuacja na mostku, pozostawienie torby w sklepie, spotkania z Igorem czy z nieznajomym) czy wyrachowana: gdy przyjmuje letników, na zewnątrz pokazuje jedynie serdeczność i gościnność, a tymczasem w mailu do matki ujawnia, że interesuje ją tylko to, jak ich finansowo "wydoić". Zresztą maile do matki to kolejny atut w pisaniu tej postaci - widać w nich, jak z tej dojrzałej nad wiek spiżowej bohaterki wychodzi mała, rozemocjonowana dziewczynka, w dodatku pisząca zaskakującym, młodzieżowo-obciachowym idiolektem z mnóstwem wykrzykników.  

 

Ciekawym kontrapunktem dla postrzegania zarówno postaci Doroty, jak i "wsi spokojnej, wsi wesołej" we Wnuczce do orzechów jest przybycie Ignacego Grzegorza, który zarówno na protagonistkę, jak i na jej miejsce zamieszkania patrzy w sposób całkiem inny niż autor wewnętrzny i zgoła niewyidealizowany.


Co jeszcze mi się w książce podobało? Cóż, mam ja słabość do historii miłosnych u Musierowicz. Kto czytuje tego bloga, ten się domyśla, że wątki, które krytykuje u tej autorki co bardziej postępowa część internetosfery - wyśrubowany romantyzm, brak pochwały feminizmu od drugie fali wzwyż, ważna rola instytucji małżeństwa czy domyślny brak niektórych form aktywności przed zawarciem tegoż - znajdują się na poczesnym miejscu w mojej strefie komfortu. We Wnuczce do orzechów opis romansu wyszedł nieco gorzej, niż w większości Jeżycjady i względny zachwyt walczył we mnie z lekką konsternacją. Choćby kwestia korali - no ładny to motyw, ale jak głównemu amantowi książki udało się je zrobić tak estetycznie, przecież nie przejawiał wcześniej zdolności artystycznych? Poza tym faktycznie zbyt nagle i za szybko się ta historia miłosna wywiązała, i oni tacy strasznie pewni siebie nawzajem, gdzie tu jakiś realizm? Choć warto wziąć poprawkę na to, że bohaterowie są młodziutcy, w tym wieku ludzie bywają tacy górnolotni. Przynajmniej za moich czasów bywali.

 

Przypadło mi też do gustu to, jak Musierowicz rozwija swoje sztandarowe bohaterki - siostry Borejko. Ich sielankowy obraz ze "starej Jeżycjady" interesująco się komplikuje. Wspaniała niegdyś Gabrysia okazuje się, na przykład, nieczułą moralizatorką, wyzywając w mailu od egoistek swoją siostrę Idę, gdy ta słusznie żali się na alarmującą niesłowność swojego męża-pracoholika. W relacji z dorosłym synem Ignacym Gabrysia przejawia natomiast toksyczną nadopiekuńczość. Z kolei Ida z biegiem czasu z narwanej nastolatki, a następnie nawiedzonej mamuśki, awansowała na kogoś w rodzaju krasnoluda tego uniwersum. Stanowi element komediowy, często pada ofiarą slapstickowych zdarzeń, powtarza dyżurne dowcipy (zamiast tych o krasnoludzkich kobietach czy wszach w brodzie są to gagi o zdrowym odżywianiu). Na początku Wnuczki do orzechów bierze udział w zdarzeniu wręcz żywcem wyjętym z humorystycznego fantasy, gdy po omdleniu zostaje ocucona za pomocą mocnego alkoholu wlanego między zęby. 

 

Jeśli chodzi o minusy Wnuczki do orzechów, część wymieniłam przy okazji omawiania plusów - Dorota miejscami drażni jednak kartonową idealnością, jej romans - pochopnym i pośpiesznym idealizmem oraz sytuacjami deus ex machina (korale), Ida z kolei w swojej slapstickowości bywa irytująca i nieśmieszna. Do tego można by dodać jeszcze inne niedoróbki. Wspomniana scena otwierająca powieść jest kuriozalna. Dalej - jako osobę wierzącą i odczuwającą więź z przyrodą zirytowała mnie nierealistyczna, stuprocentowa bogomyślność Doroty, którą każda, każda styczność z przyrodą inspirowała do jednej myśli - podziwu dla Stworzenia. Jak można funkcjonować tak jednotorowo? I wreszcie - wynudziły mnie wywody o tym, co czytają bohaterowie (w tej części serii - głównie Ellery'ego Queena). Niby jest to wdzięczny pomysł, umieścić w powieści erudycyjne wstawki na temat własnych lektur autora, takie mini-recenzje, ale wolałabym, gdyby było to lepiej powiązane z resztą fabuły. Podobnie, niemal nie dałam rady czytać fragmentów, gdzie pojawiali się dziadkowie Borejko. To epatowanie ciepełkiem, nostalgią, erudycją i łaciną jest pewnie zasadne ze względu na oczekiwania czytelnicze - to wszak znaki rozpoznawcze Jeżycjady. Miałam jednak wrażenie, jakby w tym tomie autorka straciła do tych tematów serce i wrzucała je z obowiązku, powtarzalnie i bez polotu, by nie rozczarować swojego twardego elektoratu.


Nie uderzyło mnie natomiast to, co krytykowało wielu recenzentów, a mianowicie domniemana mizantropia i inteligencka pogarda bijące jakoby z późnych części Jeżycjady. Zgadzam się, że dla niektórych bohaterów duma ze swoich zasad moralnych czy zainteresowań jest główną skazą charakterologiczną, swoistą hybris. Przykładem wspomniana już Gabriela czy jej ojciec, którego odklejone od rzeczywistości lub wręcz krzywdzące uwagi i zachowania już we wcześniejszych częściach nieraz musiała mitygować żona. Jednak nie odebrałam tego zjawiska w sposób systemowy. Podczas czytania widać, że bohater zachowujący się z taką wyższością czyni źle. Te coraz bardziej widoczne ciemniejsze strony borejkowskiego stylu życia interpretuję raczej jako zniuansowanie obrazu, który w starszych powieściach Musierowicz był ucukrowany. Podoba mi się, że we Wnuczce do orzechów widać częściową erozję tej idealistycznej bajki. To realistyczne oraz dobre literacko i moralnie. 

 

Podsumowując - czytało mi się gorzej, niż wcześniejsze części Jeżycjady, ale lepiej, niż się spodziewałam. Było trochę przyjemności a niekiedy i wzruszeń (wciąż widać, że Musierowicz to bardzo dobra pisarka), ale były też i zgrzyty i chwile nudy, które interpretuję albo jako niedociągnięcia w redakcji, albo jako chęć jak najszybszego dokończenia wątków (to stąd, a nie ze względów ideowych, wziął się, moim zdaniem, pomysł z ekspresowymi zaręczynami), albo jako naciągane schlebianie fanom (sztuczne epatowanie łaciną). Przeczytałam również kolejne dwie części Jeżycjady - Feblik i Ciotkę Zgryzotkę - więc możliwe, że ciąg dalszy recenzowania serii niebawem nastąpi.

 

Musierowicz Małgorzata, Wnuczka do orzechów, Łódź 2014: Akapit Press.

Ilustracja: Pixabay