Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyczne dylematy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyczne dylematy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 listopada 2022

Trzy uwagi o "Hobbicie" J.R.R. Tolkiena w kontekście "Pierścieni władzy"

Za nami kontrowersyjny jakościowo serial Pierścienie władzy Amazona nawiązujący luźno do dzieł J.R.R. Tolkiena. Tymczasem ja od trzech kwartałów mam okazję w specyficzny sposób - bardzo powoli, na spokojnie i po kawałeczku - podczytywać Hobbita, czyli tam i z powrotem tego autora. I jak to bywa z bardzo dobrymi książkami czytanymi po raz kolejny (miałam tak m.in. z Lewą ręką ciemności Le Guin), odkrywam w nim nowe, wcześniej nie zauważone warstwy. Część z tych obserwacji wiąże się z Pierścieniami władzy i problemami, jakie nie tylko ja dostrzegłam w tym serialu.

 

W dobie starzenia się społeczeństwa fajnie czyta się fabuły przygodowe,
których bohater jest, jak w Hobbicie, nieco starszy.


Na początek kilka słów o moich wcześniejszych odczytaniach Hobbita. Pierwszy raz czytałam jeszcze jako mała dziewczynka. Zachęcił mnie tata i skupiałam się wówczas głównie na rozpoznawaniu postaci z opowiadanych mi przez niego bajek. Czułam satysfakcję, że wiem w końcu, kto to Gandalf, krasnoludy czy orkowie, byłam jednak niewyrobionym czytelnikiem i lektura była nieco mozolna. 

Wróciłam do lektury Hobbita na fali zachwytu filmem Drużyna Pierścienia Jacksona. Tym razem, mając w pamięci monumentalne obrazy z filmu i większą wiedzę tolkienistyczną (w tym dotyczącą chrześcijańskich inspiracji Tolkiena), dostrzegłam w tej książce wzniosłość i duchowe innuendo. Zachwyciła mnie dużo bardziej niż za pierwszym razem, kiedy traktowałam ją jednak głównie jako historyjkę o bajkowych stworkach.

Obecnie jestem nieco za połową Hobbita i pewnie trochę jeszcze potrwa, nim skończę. Póki co, zwróciłam uwagę na trzy sprawy, które umknęły mi, lub też nie wydawały się wystarczająco ważne wcześniej.

 

1. Hobbit mówi o rozwoju osoby w średnim wieku

Bilbo Baggins jest statecznym hobbitem-dżentelmenem, który zdobywa nowe umiejętności, przeżywa przygody, testuje swoje granice, wychodzi z bezpiecznych przyzwyczajeń i wydaje się czerpać z tego sporą satysfakcję. Zarówno w życiu, jak i w literaturze takie historie kojarzymy częściej z wiekiem młodzieńczym i literaturą młodzieżową. Tymczasem, w dobie długiego okresu dojrzewania i starzenia się społeczeństwa, bardzo fajnie i optymistycznie czyta się takie fabuły, w których bohater jest, jak w przypadku Hobbita, nieco starszy. 

Niestety, nie miałam okazji napotkać ich w życiu zbyt wiele. Jest co prawda ten nurt w literaturze obyczajowej, traktujący o kobietach w średnim wieku, które, często po rozwodzie czy ogólnie zakończeniu nieudanego związku, szukają w życiu nowych inspiracji (przykładem Nigdy w życiu Katarzyny Grocholi), ale mnie ten temat interesuje nie w warstwie romansowej, a psychologicznej i przygodowej. 

Z tego powodu dużo bardziej, niż z Grocholą, jest mi po drodze z Kronikami rozdartego świata Aleksandry Janusz, której bohater, Vincent, w okresie późnej młodości zaczyna przechodzić przemianę i awanturnicze przebudzenie podobne do tego, jakie widzimy u Bilba w Hobbicie. Tego typu inkluzywność (w tym wypadku dotyczącą osób z nieoczywistych grup wiekowych), niewymuszoną i prawdopodobnie nieplanowaną, cenię sobie dużo wyżej, niż agresywny "równościowy" marketing Pierścieni władzy, który bardziej niż na działania rzeczywiście dobroczynne wyglądał niestety na monetyzację gniewu.

 

2. Tolkien w Hobbicie: nie tylko fantasta, ale też realista

J.R.R. Tolkien był wykładowcą akademickim, stąd osoba zabierająca się do czytania jego książek może ulec stereotypowi i założyć, że był on osobą zafiksowaną na swojej dziedzinie, może nieco odklejoną od świata i niemającą ekspozycji na wiele aspektów życia, a to odklejenie może być widoczne w jego prozie. 

Czytając Hobbita po raz trzeci, jestem pod wrażeniem tego, jak bardzo te założenia są nieprawdziwe. Jakiegokolwiek motywu bliskiego realizmowi bym w tej książce nie napotkała - czy to dotyczącego władania bronią białą, czy sposobu poruszania się i zachowań stadnych pająków, czy realiów podróżowania w czasach przedprzemysłowych - za każdym razem jestem zachwycona, jak bardzo one wszystkie budzą zaufanie i są pozbawione dostrzegalnych głupotek czy niedoróbek. Od czasu, gdy ostatnio czytałam Hobbita, miałam okazję zrecenzować sporo tekstów kultury i napisać trzy własne opowiadania, dzięki czemu przekonałam się, że logika i realizm opisywanego świata nie są wcale takie łatwe do osiągnięcia. 

Ta umiejętność budzi podziw szczególnie dziś, gdy w pop - i nie tylko - kulturze nieraz widzi się albo twórców, którzy nie pamiętają, że przysłowiowa farba z malowania cieknie w dół a nie w górę (jaskrawym przykładem filmowym jest cudowna, sześciodniowa podróż Galadrieli z rannym Halbrandem przez cały kontynent we wspomnianych Pierścieniach władzy), albo takich, którzy mają odwagę opisywać tylko wąski zakres tematów znany z własnego życia (tu każdy wstawi sobie własny ulubiony przykład, prym wiodą autorzy mainstreamowi). 

Chlubnymi odstępcami od tej reguły są twórcy, którzy albo potrafią przekonująco zmyślać, albo robią umiejętny risercz. W tej drugiej kwestii my, żyjący w dobie Internetu i mający mnóstwo pierwowzorów literackich w zakresie fantasy, mamy jednak dużo łatwiej, a i tak zazwyczaj wypadamy gorzej, niż Tolkien w Hobbicie.

 

3. Hobbit pokazuje, co jest nie tak z Harfootami z Pierścieni władzy

 W serialu Pierścienie władzy Amazona mamy kontrowersyjny wątek niejakich Harfootów - przodków Tolkienowskiej rasy hobbitów. Ci nomadyczni, niewysocy ludkowie, podobnie jak hobbici u Tolkiena i w ekranizacjach Jacksona, kreowani są na bohaterów pozytywnych i mających budzić sympatię. Jednak podczas gdy hobbici we wspomnianych dziełach rzeczywiście w większości na tę sympatię zasługują, serialowi Harfooci okazują się mieć okrutny zwyczaj pozostawiania za swoim konwojem na pastwę losu współplemieńców, którzy zachorowali, ulegli wypadkowi, lub okazywali się po prostu za słabi.

Ten wątek, sam w sobie nieprzyjemny i niespójny, od początku intuicyjnie wydał mi się też nietolkienowski. Jednak dopiero podczas lektury Hobbita uświadomiłam sobie, dlaczego. W powieści mamy co najmniej cztery sytuacje, gdy towarzysze podróży stoją przed dylematem, czy poratować jednostkę/i zaginioną/e lub spowalniającą/e resztę grupy. 

Pierwsza taka sytuacja ma miejsce w jaskiniach Gór Mglistych, gdy Bilbo, wydostawszy się z kryjówki Golluma, uznaje za swój obowiązek odszukać krasnoludów. Sprawa jest jasna: zachowuje się w porządku. Drugi przypadek dotyczy krasnoludów, które w tym samym czasie inną drogą wydostały się z jaskiń i uważały, że to Bilbo zaginął. Oni nie są równie chętni, by ruszyć na pomoc towarzyszowi, wyrażają nawet satysfakcję, że ten niespecjalnie dotąd przydatny kompan nie będzie im już zawadzał. Zostają jednak zgromieni przez Gandalfa i zmieniają zdanie. Tu mamy więc bohaterów kierujących się nie całkiem szlachetnymi pobudkami, którzy jednak potrafią zmienić zdanie pod wpływem zewnętrznego autorytetu. 

Trzeci tego typu dylemat trafia się drużynie w Mrocznej Puszczy, gdy Bombur wpada do zaczarowanego strumienia i zapada w śpiączkę. Tu towarzysze nie mają żadnych wątpliwości - pomimo wielkiego trudu, jaki nastręcza im dźwiganie otyłego pobratymca, z poświęceniem niosą go aż do momentu wybudzenia. Można by rzec, że krasnoludom jest tu łatwiej podjąć właściwą decyzję przez solidarność plemienną. Jednak na uznanie zasługuje fakt, że mimo ogromnego wycieńczenia nikt nawet nie zająknął się na temat ewentualnego porzucenia poszkodowanego. I wreszcie czwarta sytuacja ma miejsce podczas ucieczki przed pająkami - tym razem Bilbo rusza pierwszy, by sprowokować bestie, a krasnoludy podążają w przeciwnym kierunku z "rozpaczliwą nadzieją w sercu, że jednak Bilbo nie dał się złapać".* Widzimy tu ewolucję w podejściu moralnym krasnoludów, które zaczęły bardziej troszczyć się o los współwędrowca - a było to jeszcze zanim trafiły do elfickich lochów, gdzie ostatecznie przekonały się o jego przydatności.

Hobbit pokazuje więc, że lojalność wobec towarzyszy, również tych słabszych czy zagrożonych niebezpieczeństwem, jest w świecie Śródziemia obowiązującą wartością moralną. Jesteś pozytywnym bohaterem (Bilbo) - nie zostawiasz potrzebujących w opałach. Jesteś mniej moralnie jednoznaczny (krasnoludy na początku) - możesz mieć w tej kwestii skrupuły, ale jeśli ktoś mądry cię naprostuje, albo po prostu z czasem pójdziesz po rozum do głowy, to zachowasz się jak trzeba. Jeśli w oryginalnym tolkienowskim Śródziemiu byłaby społeczność, która miałaby do tego tematu takie podejście, jak Harfooci w Pierścieniach władzy, musiałaby to być banda prawdziwie czarnych charakterów, na pewno nie uroczych ludków, którymi mają niby być rodacy Nori Brandyfoot. Rozwiązanie zastosowane przez twórców Pierścieni władzy jest niezgodne z wewnętrzną etyką tego świata (więcej na jej temat napisał Ryszard Derdziński w tym artykule).

A czym dla Was był i jest obecnie Hobbit J.R.R. Tolkiena?

 

* J.R.R.Tolkien, Hobbit, czyli tam i z powrotem, przeł. M. Skibniewska, Warszawa 1997: Iskry, s. 172.

niedziela, 14 lutego 2021

Odtrutka na rasizm (Flannery O'Connor, „Ocalisz życie, może swoje własne”)

O Flannery O'Connor (1925–1964), wybitnej amerykańskiej autorce opowiadań i powieści i zarazem głęboko wierzącej katoliczce, dowiedziałam się w latach późnolicealnych lub wczesnostudenckich z któregoś ówczesnego czasopisma hipster katolickiego, prawdopodobnie była to, wówczas znakomita, „Fronda”. Choć do niedawna nie miałam okazji, żeby przeczytać którekolwiek z jej dzieł, czytywałam w międzyczasie kolejne teksty o niej i zafascynowała mnie sama jej osoba.


Urzekł mnie rys abstrakcji w osobowości O'Connor – na przykład jej zachwyt nad ptakami, zwłaszcza pawiami.

Fascynowała – to mało, przyznam się, że stała się dla mnie trochę wzorem osobowym. Kochana przez czytelników i doceniana przez krytyków jako znakomita pisarka o iskrzącej inteligencji, niestroniąca od drastycznych i kontrowersyjnych tematów, bezlitosna w obnażaniu prawdy o ludziach – uwielbiam znajdować takie persony i dowiadywać się, że łączyli to z silną wiarą, i zawsze, a we wczesnej młodości szczególnie, trochę chciałam sama dążyć do stania się kimś takim.


DLACZEGO FLANNERY O'CONNOR JEST WSPANIAŁA

Dodatkowo urzekł mnie rys abstrakcji w osobowości O'Connor – na przykład jej zachwyt nad ptakami, zwłaszcza pawiami, czy też to, że w dzieciństwie została opisana w prasie lokalnej, bo udało jej się nauczyć swoją kurę chodzić do tyłu. I wreszcie to, że jej religijna żarliwość nie stała na przeszkodzie wolnemu stylowi bycia, w tym uczestnictwu w barowym życiu bohemy, dyskusjom na „krawędziowe” tematy i udzielaniu rozmówcom „krawędziowych” ripost – choćby słynny bon mot „Jeśli to tylko symbol, do diabła z tym” rzucone drżącym głosem w rozmowie z mniej wierzącą pisarką na temat Najświętszego Sakramentu. Do tego wszystkiego Flannery, moim zdaniem, bardzo ładnie wyglądała.


Te wszystkie cechy sprawiały, że w młodości nieraz marzyłam, by też stać się taką przenikliwą, uduchowioną intelektualistką, która przyjaźni się z wielkimi ludźmi epoki (znała się m. in. z Mertonem i Chestertonem) a podczas barowych dyskusji rzuca, w dobrej wierze i w dobrym celu, uwagami mocniejszymi, niż jej liberalni znajomi.


WRAŻENIA Z LEKTURY OPOWIADAŃ

Takoż i wzięłam się w końcu za czytanie jej prozy, a konkretnie za kompletny zbiór jej opowiadań wydany pod tytułem Ocalisz życie, może swoje własne. Są znakomite, ale z drugiej strony, żyjąc przez lata legendą autorki, teraz, po lekturze i odświeżonym researchu na jej temat, odczułam, jak to jest, gdy legenda zderza się z rzeczywistością.


WĄTKI RELIGIJNE – RADOŚĆ Z EGZOTYKI

W istocie, tematyki religijnej jest w tych opowiadaniach sporo, choć jest to zrobione w najuczciwszy z możliwych sposobów. Jestem pewna – i odzew czytelniczy to potwierdza – że te teksty z jednakowym zainteresowaniem przeczyta zarówno osoba religijna, jak i niewierząca. Wiara występuje tu po prostu jako jeden z tematów – nieraz bardzo ważny dla bohaterów i niekiedy pchająca ich do bardzo dramatycznych działań, jak w przypadku małego, wychowanego w ateizmie Bevela we wstrząsającym opowiadaniu Rzeka, czy tytułowego bohatera, entuzjasty tatuaży, w pełnych emocji Plecach Parkera.


Jest to jednak zrobione bez popadania w niszowość – osoba nieznająca teologicznych detali nie będzie miała wrażenia, że te teksty traktują o rzeczach dla niej nieinteresujących. Co więcej, uważam, że motywowane wiarą osobliwe decyzje czy przemyślenia bohaterów mogą, szczególnie właśnie dla odbiorców niewierzących, mieć posmak ciekawej egzotyki. Muszę przy tym przyznać, że we mnie, jako osobie wierzącej, te wątki religijne wprawdzie wzbudziły właśnie zaciekawienie i poruszenie, jednak nie było w tym zachwytu czy duchowej łączności z odczuciami bohaterów; nie znalazłam tam odbicia własnej wiary.


Może to kwestia różnicy epok i sytuacji – we współczesnej Polsce po Soborze mamy inny krajobraz duchowy, niż w protestanckich Stanach trzy czwarte wieku temu. Najsilniejszym przeżyciem religijnym odnośnie do Flannery O'Connor i jej twórczości pozostaje więc dla mnie fakt, że pośród „naszych” mamy tak wybitną pisarkę, która potrafi w tak ciekawy sposób opowiedzieć o swoim doświadczeniu religijnym w prozie.


ŚMIERĆ I DRGAWKI PRZEZ SZOK KULTUROWY

Osobliwe decyzje, czyny, myśli i reakcje postaci z opowiadań Flannery O’Connor to kolejna sprawa, która mnie urzekła. Autorka reprezentuje literacki nurt amerykańskiego południowego gotyku, którego flagowymi cechami są właśnie osobliwość, groteska, niestronienie od okrucieństwa, pokazywanie zewnętrznych lub wewnętrznych ułomności bohaterów oraz ich przerysowanych emocji. Nie miałam wcześniej świadomie do czynienia z tym nurtem (gdy czytałam Faulknera, nie wiedziałam, że on też w nim pisze, zresztą czytany przeze mnie Intruz jest chyba mało gotycki) i muszę przyznać, że poczułam się w tym emocjonalnym klimacie jak ryba w wodzie.


Takie przesadne (z punktu widzenia normalsa) reakcje emocjonalne i cielesne na sprawy, które dla człowieka nieceniącego spraw ducha wydają się błahe a dla osoby mocno duchowej – wprost przeciwnie, to coś, o czym zawsze chciałam czytać i co chętnie włączam we własne próby fabularne, jeśli już się zdarzają. U Flannery O'Connor takie skrajne emocje wywołują niekiedy wspomniane już przeżycia religijne (jak w wypadku nawrócenia Ashbury’ego w opowiadaniu Dreszcz), ale najczęściej – szok kulturowy związany z kwestiami bliskimi amerykańskiemu Południu z połowy XX wieku, czyli tarciami między białymi a czarnymi, klasą posiadającą a tzw. „białą hołotą”, czy też miejscowymi a imigrantami.


W opowiadaniach dzieją się zatem dantejskie sceny. Staruszkowie i gospodynie w średnim wieku dostają ataków lub umierają na miejscu, bo ktoś, kogo uważali za gorszego od siebie – osoba o innym kolorze skóry lub imigrant – dostał równe im prawa lub zachował się niezgodnie z ich oczekiwaniami. Krzepki dziadek dokonuje morderstwa na krewnym, który ośmielił się identyfikować z drugą, mezaliansową stroną rodziny. Liberalna nastolatka wpada w histerię połączoną z atakiem epilepsji, bo nie spodobało jej się to, co powiedziała kobieta czekająca z nią w kolejce do lekarza.


BOHATEROWIE FLANNERY I RASA

Przeniesienie przez Flannery O'Connor na zewnątrz tego, co zazwyczaj dzieje się w psychice człowieka, pozwala dokładniej przyjrzeć się pewnym mechanizmom – szczególnie mocno akcentowanym przez autorkę kwestiom związanym z dyskryminacją – co może mieć korzystny skutek etyczny dla czytającego i, szczególnie w naszych napiętych czasach, działać pojednawczo.


Osoba, która rzeczywiście zwykła traktować innych jako gorszych, w opowiadaniach O'Connor zobaczy swoje emocje na tacy, poddane wiwisekcji eksponującej – co tu dużo mówić – ich brzydotę. Niektórych mogą również przekonać (w moim przypadku było to przyjemne w odbiorze przekonywanie przekonanej) morały O'Connor na temat równości biednych i bogatych czy czarnych i białych w dostępowaniu zbawienia, z pierwszeństwem dla tych mniej uprzywilejowanych. Taki morał najdobitniej przedstawiony został w często cytowanej wizji pani Turpin w opowiadaniu Objawienie.


Korzyść moralną i zachętę do budowania pokoju mogą tu znaleźć jednak również ci, którzy z dyskryminacją walczą. Flannery O'Connor w swoich wiwisekcjach uczuć rasistów czy klasistów jest bowiem bardzo empatyczna i pokazuje, że to wszystko nie jest takie proste. Zwolennicy szerzenia równości i sprawiedliwości za pomocą ognia, siarki, cancelu i calloutu mogą zadumać się np. nad tym, że niektóre podziały siedzą w ludziach i wspólnotach ludzkich tak głęboko, że trudno je wyrwać drastycznymi metodami bez zrobienia komuś krzywdy (przykładem otwierające zbiór opowiadanie Pelargonia). O ile to ich jeszcze obchodzi. Bardzo poruszające i wyraźnie pokazujące tę drugą stronę medalu są również te opowiadania, w których przywiązanie do dyskryminacyjnej wizji świata wykazują osoby, które są dla innych bohaterów bardzo drogie – np. czyjaś ukochana żona (opowiadanie Uchodźca, nawiasem mówiąc zawierające bardzo w tym temacie interesujący wątek polski) czy mama (słynne, również z powodu odniesień do filozofii Teilharda de Chardin, opowiadanie Spotkanie).


FLANNERY I RASA

Na koniec powiem, że przy okazji wspomnianego odświeżonego researchu o Flannery O'Connor zimnym prysznicem okazało się dla mnie odkrycie, że, szczególnie we wcześniejszym okresie życia, ona sama również miała tzw. problemy z rasizmem. Oczywiście nie sprzyjała jakiemukolwiek uciskowi, przemocy czy nierówności wobec czarnoskórych, jednak emocjonalnie czuła się ponoć nieswojo w związku ze zniesieniem segregacji, za młodu niechętnie siadała w komunikacji miejskiej obok osób czarnoskórych a i później, już jako pisarka, miewała okazjonalne opory przed interakcją towarzyską z nimi (tu można przeczytać bardzo wielostronny artykuł na ten temat w New Yorkerze, a tu – mądry tekst autorstwa siostry ze zgromadzenia paulistek).


Cóż, może jest to morał dla katolików, że nigdy nie można odpuszczać – nawet jeśli jakaś nasza słabość wydaje nam się taka głęboko zakorzeniona, i taka swojska i nasza, i wszyscy naokoło to rozumieją, i w ogóle nie chcemy być tacy świętoszkowaci w każdej dziedzinie, więc sobie pozwalamy kogoś mniej kochać czy w czymś tam sobie folgować. Bo może np. później zostaniemy kimś sławnym i jakaś mała Shee, czy inna siostra Helena, odczują przez nas czasowe zgorszenie.


Ale ogólnie rzecz biorąc, mam szczerą nadzieję, że Flannery O'Connor jest w niebie (wraz ze zwizualizowanymi przez siebie w Objawieniu ludźmi różnych stanów i ras) a czytać ją – zarówno ze względu na doskonałość literacką, jak i na wspomniane sprawy moralne – bardzo warto.


Flannery O'Connor, Ocalisz życie, może swoje własne. Opowiadania zebrane [The Complete Stories], przeł. M. Skibniewska i M. Kłobukowski, Warszawa MMXIX: Wydawnictwo W.A.B.

Ilustracja: OpenClipart-Vectors z Pixabay

środa, 12 sierpnia 2020

Jak podróżować w czasie koronawirusa? – Olga Tokarczuk, „Bieguni”

Nie dajcie się zwieść Komitetowi Noblowskiemu – Bieguni Olgi Tokarczuk to nie żadna nadmiernie ambitna cegła, a przemiła, lekka lektura, angażująca czytelnika zarówno ciekawymi historyjkami, jak i sympatyczną rozkminą. Nie myślcie też, że książkę opowiadającą o podróżach źle się czyta w czasie koronawirusa, gdy egzotyczne eskapady są utrudnione. Wprost przeciwnie – jej lektura w dobie pandemii odkrywa nowe atuty i sensy.


Nie jestem aż tak ekologiczna, by marszczyć brwi na nieistniejącą narratorkę,
która radośnie rozbija się po świecie generując ślad węglowy.

Biegunów Olgi Tokarczuk czytało mi się dużo bardziej potoczyście niż cokolwiek w ostatnim czasie. Ciekawa sprawa, biorąc pod uwagę, że jestem fanką czytelniczej popkultury, która okazjonalnie wzięła się za coś „ambitnego”.


LEKTURA PODRÓŻNA – ŁATWA I PRZYJEMNA

Ta łatwość czytania bierze się pewnie ze struktury tej powieści. Gdzieś na początku Biegunów narratorka kokieteryjnie daje do zrozumienia, że książka ta jest lekturą podróżną, „wagonową” – czytadłem, którym można umilić sobie chwile lotu czy przejazdu, po czym bez żalu zostawić w kabinie czy przedziale. Myślę, że jest to całkiem prawdziwe. Bieguni mają niezobowiązującą, nieco poszatkowaną budowę. Luźne, a przy tym ciekawe rozmyślania i wspominki narratorki na tematy ogólne związane z podróżą, przeplatają się z również ciekawymi i angażującymi czytelnika historyjkami fabularnymi: a to jakieś zaginięcie, a to miłostka z nauką w tle, a to dzieje drugoplanowej postaci znanego wydarzenia historycznego.


Dzięki tej budowie Bieguni świetnie nadają się do czytania dla zabicia czasu, krótkimi partiami – na przykład właśnie w podróży. Główny zamysł książki i tak jest dość wyrazisty, można go zapamiętać nawet przy niezbyt wnikliwej lekturze, a znajomość szczegółowych powiązań pomiędzy pomniejszymi wątkami i fragmentami nie wydaje się być niezbędna, by czerpać z lektury Biegunów satysfakcję i intelektualne korzyści.

Wielkie piękno, czyli żółciutki Lipsk na uboczu
centrum Warszawy. Pamiątka z mikrowycieczki po stolicy.


MAPA ŚWIATA, MAPA LUDZKICH ŻYŁ

A jaki jest ten główny zamysł książki? Wygląda na to, że splecenie dwóch tematów: podróży i anatomii ludzkiego ciała. Podróż jest, zwłaszcza na początku, tematem przewodnim. Narratorka rozpoczyna opowieść od wspomnień z dzieciństwa i początków swojego życia nomady. Te podróżnicze wspomnienia – opisy odwiedzanych miejsc, historie zasłyszane od współpasażerów i miejscowych, przemyślenia i fantazje związane z podróżowaniem, przestrzenią, kartografią – stają się kanwą całej książki. Także pierwsza dygresyjna historyjka – opowieść o Kunickim – traktuje o rodzinnej, wakacyjnej podróży.


Bardzo szybko w narracji Biegunów pojawia się jednak ten drugi ważny temat, dotyczący anatomii. Jedna z pierwszych turystycznych przygód, jakie opisuje narratorka, to zwiedzanie przyszpitalnej wystawy anatomicznych osobliwości – preparatów zdeformowanych organów ludzkich i zwierzęcych. Autorka podsumowuje: „Właśnie ku temu się cierpliwie poruszam w moich podróżach, tropiąc błędy i wpadki stworzenia”1 – i pewnie to zdanie, jakkolwiek by nie oceniać słuszności takiej negatywnej motywacji, można potraktować jako pierwszy zwornik między dwiema przewodnimi myślami w Biegunach, dotyczącymi podróży i ciała. Tych wątków anatomicznych robi się z czasem w książce Tokarczuk więcej. Mamy m.in. historię doktora Blaua, współczesnego eksperta w dziedzinie plastynacji, czyli konserwacji zwłok z zachowaniem ich oryginalnego wyglądu; wątki jego mistrza, XVII-XVIII-wiecznego anatoma, dr. Ruyscha, oraz jego córki i ucznia; czy też końcowy wątek – kolejny zwornik tematu podróży i tematu ciała – wylew krwi do mózgu jednego z bohaterów opisywany tak, jak opisuje się powódź albo zatopienie kontynentu, gdzie anomalia zdrowotna powodująca zanik pamięci i świadomości człowieka porównana jest do fizycznego zniszczenia geograficznego świata.


Ta sama mikrowycieczka i ten sam Lipsk – jeno w kontekście.


EKOLOGICZNE DYLEMATY PODRÓŻNIKA

Czy, obok wspomnianej niewątpliwej przyjemności z lektury, wyciągnęłam z Biegunów Tokarczuk coś jeszcze? Raczej nie, jeśli mówimy o rzeczach naprawdę wielkich i pięknych: to misterne, choć też i dość luźne splecenie dróg i żyłek nie zaprowadziło mnie do żadnego splotu słonecznego ani węzła komunikacyjnego, nie przeżyłam żadnej duchowej epifanii, ciężkiej rozkminy moralnej czy wstrząsu estetycznego.


Przy czym ja oczywiście jestem tylko prostą młodą kucharką, wszędzie szukającą doznań teologicznych i popkulturowych, ale, co ciekawe, również postępowi eksperci od literatury przyznają niekiedy, że nie są pod etycznym wrażeniem Biegunów. Maciej Jakubowiak w artykule w Dwutygodniku o Noblu dla Olgi Tokarczuk wbija na przykład Biegunom szpileczkę za pochwałę mobilności, która w naszych czasach nie jest do końca moralnie niewinna.2 Nie wiem, czy jestem tak ekologicznie wrażliwa, by aż marszczyć brwi na nieistniejącą narratorkę, która radośnie rozbija się po świecie, generując ślad węglowy. Jeśli coś wywoływało we mnie pewien dyskomfort, to raczej fakt, że powieść czytałam w pandemii, w której loty do egzotycznych krajów zaczęły się kojarzyć zgoła inaczej i bardziej abstrakcyjnie, niż było to kilkanaście lat temu, w czasie publikacji książki.


Odpadły trzy literki, został słoń Babar, czy Barbar.
Nie trzeba jechać do Disneylandu, by spotkać
postaci z bajki!


MIKROPODRÓŻE W PANDEMII

Ale Bieguni to, przyznaję po namyśle, dobra lektura na pandemię – i to jest druga wartość, którą wyciągnęłam z lektury tej książki Tokarczuk. Myślę, że jest to też dobra lektura w obliczu zmian w podróżniczych przyzwyczajeniach, które, być może, czekają nas w związku ze zmianami ekologicznymi czy ekonomicznymi. 

 

Przede wszystkim – poszatkowana struktura Biegunów czyni z nich, jak wspomniałam, dobrą lekturę podróżną – jednak niekoniecznie na wielogodzinne rejsy samolotem czy wycieczkowcem, czy też na trasy kolejowe na miarę Transsibu. Weźcie lepiej Biegunów na eskapadę tramwajem, między założeniem maseczki przy wejściu a zdezynfekowaniem łapek przy wyjściu spokojnie zdążycie przeczytać któryś z ich minirozdziałów. Z podobnych powodów zaplanujcie tę książkę Tokarczuk jako lekturę na popas podczas mikrowycieczki do parku w sąsiedniej dzielnicy. Zresztą historia „zakutanej biegunicy” pokazuje, że uwalniającą podróżą może być wszystko – nawet dreptanie w miejscu czy kołysanie się na boki. A zatem każda nasza mikrowycieczka, każda wyprawa do lasu, który tworzą trzy drzewa za domem (jak to robił bohater Stroiciela lasu Marka Stokowskiego), każde odnalezienie Bieszczadów w zakątku ogrodu (czego dokonała moja kochająca góry przyjaciółka po odkryciu powołania do zakonu klauzurowego) – to doświadczenie, które pozwoli nam identyfikować z sytuacjami opisanymi w Biegunach nawet w obecnej sytuacji.


No i jeszcze to, że według narratorki Biegunów podróżujemy, bo uciekamy przed złem. Jako młodą kucharkę, a zatem osobę, która niekoniecznie musi sobie własnoręcznie budować duchowość, zazwyczaj niespecjalnie ekscytuje mnie w literaturze tego typu górnolotne, New Age’owe pipczenie (choć doceniam samą próbę rozkminy, po co tak naprawdę robimy coś, co jest pozornie oczywiste). Jednak teraz, w pandemii, zyskuje to sporo sensu. Przypomniałam sobie o tym, kiedy ostatnio, uziemiona na stołecznym dworcu na dwie godziny (pandemiczne limity miejsc siedzących), złapałam się na tym, że nie mam wcale aż takiej jak zwykle ochoty zaszyć się z książką w kawiarni czy rozłożyć się na trawniczku w parku. Wolę wyjść z dworca i pokursować sobie po uliczkach, bo po co generować zagrożenie w tak ludnym miejscu. I co? Zyskałam sporo dobra w postaci świeżych obserwacji i paru fajnych zdjęć. „Kiwaj się, ruszaj się, ruszaj”.3

 

PRZYPISY

1 O. Tokarczuk, Bieguni, Kraków 2019: Wydawnictwo Literackie, s. 24.

2 M. Jakubowiak, „Kibicowskie emocje”, Dwutygodnik, wyd. 266, 10/2019, https://www.dwutygodnik.com/artykul/8520-kibicowskie-emocje.html (pobrano 12.08.2020). O istnieniu tego miłego nawiązania dowiedziałam się od Ziuty.

3 O. Tokarczuk, op. cit., s. 291.

 

 ILUSTRACJE

Obrazek z nagłówka: Clker-Free-Vector-Images z Pixabay

Zdjęcia z mikrowycieczki po Warszawie: autorka 

niedziela, 30 października 2016

Wyzwanie Hain #1: U.K. Le Guin, „Świat Rocannona”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy.

Autorka: Rusty Angel


„Świat Rocannona” jest pierwszą częścią cyklu Le Guin opowiadającego o rasie Hain, która zasiedliwszy dawno temu różne zakątki Wszechświata, po wielu latach rozproszenia i braku kontaktu pomiędzy poszczególnymi koloniami chce na nowo zjednoczyć się we wspólnocie o nazwie Ekumena. W tej powieści poznajemy planetę Fomalhaut II, zasiedloną przez kilka plemion/ras różniących się wyglądem i zaawansowaniem cywilizacyjnym – m.in. żyjących pod ziemią Gdemiarów, koczowniczych Fiia i przypominających ziemskie średniowieczne rycerstwo Liuarów. Na planetę tę przybywa z ekipą badawczą „kosmiczny etnograf” Gaveral Rocannon, który po tragicznej śmierci swoich towarzyszy musi nawiązać współpracę z przedstawicielami lokalnych plemion, by móc wrócić do domu, a przy okazji zażegnać niebezpieczeństwo grożące nie tylko Fomalhaut, ale również potencjalnie całej Ekumenie.


Miałam silne przekonanie, że czytałam już wcześniej „Świat Rocannona”, ale jednak nie. Szkoda, bo od razu widać, że to powieść do parokrotnej lektury i te kwestie, które teraz tylko mi zamajaczyły (symbolika naszyjnika Semley, wzmianka o podróżnikach uznawanych za bogów we wstępie i jej relacja do całości historii, tożsamość Strażnika Źródła i znaczenie sceny poświęcenia w finale, powiązanie legend o tajemniczej rasie z tym, co drużyna Rocannona znalazła przy końcu podróży), ładnie rozwiną się przy drugim albo trzecim czytaniu. Mając za sobą dopiero pierwsze, mogę podzielić się tylko odniesieniami do bieżączki i pobieżnymi wrażeniami wyobraźniowo-zmysłowymi. Ale i tego nazbierało się trochę.


Le Guin, czyli kwestie społeczne. Tu kwestią społeczną nr 1 jest relacja z przedstawicielami innej kultury i szacunku lub wrogości wobec niej, a także sposób, w jaki można okazywać jej, hmm, naukową, etnograficzną ciekawość.


Oczywiście, ponieważ książka została wydana w 1966 roku, wszystko to jest słodko staroświeckie. Gdzieniegdzie można się w tym dopatrzyć ironii (gdy jeden z bohaterów gimnastykuje się językowo, by nie nazwać Gdemiarów troglodytami i przechodzi na grzecznościowe „trolle”), ale ogólnie te wszystkie momenty zdziwienia innością mieszkańców planety i plastycznego skupienia się na cechach ich odmiennego wyglądu, łącznie ze śmiałymi, subiektywnymi komentarzami na ich temat (w myślach bohaterów i w opisach), bardziej wyglądają na szczerą obserwację, że ludzie tak po prostu reagują, niż na satyrę na głupich, uprzedzonych uczestników wyprawy.


To podejście do tematu może się to podobać albo nie – na mnie akurat ta wizja ciekawskiego, staroświeckiego „wglapienia się” bohaterów w swoją wzajemną inność podziałała jakoś przewrotnie kojąco. W sytuacji, gdy w kwestiach etnicznych jedni dopuszczają się dziś znieczulicy albo i okrucieństwa a inni z kolei dywagują, jak straszną zbrodnią jest przebranie się na halołin za gejszę albo rastamana, dobrze było na trochę zanurzyć się w świecie, gdzie kwestie relacji między rasami są sprowadzone do wzajemnego zdziwienia, ciekawości, ale także bliskości i ciepła następujących po zauważeniu wzajemnych różnic.


Łatwiej i raźniej później wrócić do skomplikowanej rzeczywistości po takiej bajce. A może i łatwiej jest, dzięki takim bajkom i wytchnieniu, które dają, zachować się przyzwoicie, kiedy rzeczywiście spotka człowieka jakaś trudna sytuacja na tle etnicznym? Tak czy inaczej – niech żyje Urszula i jej nieaktualna metodologia z wczesnych książek.


To zagapienie się i obcość przyczyniają się też w dużej mierze do klimatu „Świata Rocannona”. Opisy wyglądu plemienia Gdemiarów są w tak cudowny sposób creepy. Poza tym, wiele zjawisk, które okazują się ważne dla akcji – np. środek lokomocji, którym podróżowała Semley, czy tajemnicze miejsce wypalone w lesie – oglądamy w książce najpierw z punktu widzenia „prostego” ludu, nie rozumiejącego natury tych zdarzeń i przekazującego informacje o nich szczątkowo i z zabobonnym przestrachem, przydając im aury tajemniczości. To w sumie dość częsty chwyt, ale strasznie lubię ten sposób budowania napięcia.


Wspomniałam, że warstwa społeczna „Świata Rocannona” to był dla mnie eskapizm i możliwość ożywczego odpoczęcia od obecnych paradygmatów. Podobnie odebrałam sposób opisania tu relacji międzyludzkich i obyczajów. Te wątki dobrze się czyta, bo są dość mało „opatrzone” w bieżącej kulturze. I tak, mamy tu na przykład – jak często u tej autorki – dużo niezwykle bliskich i ładnie sproblematyzowanych relacji międzyludzkich, które nie są relacjami romantycznymi – nie tylko przyjaźń, ale też opiekuńczość wobec słabszych, czy np. silna więź łącząca przełożonego i służącego. Dalej – jest tu sporo niewinnej, niekojarzącej się i nieepatującej nagości: nagość „etnograficzna” traktowana jak kostium (niektóre kobiety z rasy Gdemiarów), nagość wędrowca zażywającego kąpieli, czy też kombinezon ochronny, w którym człowiek wygląda, jakby chodził na golasa, ale nikt się tym w tym świecie zbytnio nie przejmuje. Pojawia się też w którymś momencie porównanie międzyludzkiej, przyjaznej bezpośredniości do położenia dłoni na nagiej skórze. Jeśli ktoś nasłuchał się ostatnio za dużo bounce'owego rapu, może rozważyć przeczytanie „Świata Rocannona” jako odtrutkę. 


Kończąc temat relacji, są w książce dwie przepiękne historie miłosne, jedna na początku, jedna na końcu, trochę podobne do romansów średniowiecznych, ale niespaskudzone konceptem dwornej miłości, za to uzupełnione o współczesną uczuciowość. Kolejny raz podczas swojego blogowania mam ochotę zakrzyknąć, że gdyby tak pisano gatunkowe romanse, zostałabym ich fanką.


I ostatnia kwestia, czyli wrażenia zmysłowo-wyobraźniowe. Najpierw kwestia temperatury. Jako czytelniczka, mam osobliwą wrażliwość na opisy ciepła i zimna w literaturze, a Le Guin chyba jest z kolei na nie wyczulona jako autorka. Co prawda w „Świecie Rocannona” nie było aż tylu możliwości oddania kontrastów zimna i gorąca czy innych termicznych niuansów, jak w pierwszej przeczytanej przeze mnie „Le Guin” – w „Lewej ręce ciemności”-- ale i tak przy fragmentach takich, jak „Młoda żona Durhala stawała wąskimi bosymi stopami na zaśnieżonej podłodze, zaplatając pożar swoich włosów i śmiejąc się do młodego małżonka w srebrnym lustrze zdobiącym ścianę jej pokoju” (s. 8), czy „Słuchał skomlenia uwiązanych bestii podczas gdy przejmująco zimna wilgoć spływała mu po szyi” (s. 56) sama prawie czułam gęsią skórkę. Ciekawa jestem, czy krytyka termiczna sprawdziłaby się jako jedna ze szkół analizy dzieł literackich.


Druga sprawa to krajobrazy. Krótko mówiąc – wzniosłe, monumentalne, cudowne. W tej kwestii też odczuwam z „autorką wewnętrzną” powieści Le Guin osobliwą wspólnotę w kwestii preferowania tych samych wrażeń i jeśli chodzi o widoki, przy których można eskapistycznie odpłynąć – melancholijne, postrzępione wybrzeża, monumentalne skały zwieszające się nad głowami wędrowców czy morza lasów albo traw oglądane z lotu ptaka – nigdy się na jej książkach nie zawodzę. Nie jest aż tak niesamowicie, jak w wypadku Tolkiena, ale prawie. Swoją drogą, zaciekawiło mnie, skąd właściwie wzięło się to „prawie” i dlaczego jednak Tolkien przemawia do mnie bardziej, niż Le Guin. Może znajdę odpowiedź przy okazji tego wyzwania?


Le Guin, Ursula K. 2015 [1966]. Świat Rocannona. Przełożyli Danuta Górska, Lech Jęczmyk, 5-116. [W:] Le Guin, Ursula K. 2015. Sześć światów Hain. Warszawa: Prószynski i S-ka.

środa, 13 stycznia 2016

Wokół „Herrenvolk” S. Uznańskiego, czyli biedny/a hipster/ka patrzy na II wojnę światową

Jakiś czas temu, w bardzo fajnych okolicznościach, wpadła mi w ręce powieść Herrenvolk Sebastiana Uznańskiego, I dobrze, że wpadła, bo dawno nie miałam okazji podumać na temat II wojny światowej. W bąblu kulturowym, w którym się znajduję, temat jakby w ostatnich latach zamarł. Kiedy chodziłam do szkoły, jaranie się tą epoką było poniekąd na czasie. Były jakieś podwórkowe zabawy z wojną jako motywem przewodnim a na lekcjach historii można było czniać Napoleona czy wojny punickie, ale kiedy wjeżdżała II wojna, wypadało przestać rysować głupoty po marginesach i z pompatycznie wzniosłym wyrazem twarzy posłuchać, co to był ten odcinek „Wizna” albo wyspa Guadalcanal, a z kartkówki dostać nieco lepszą ocenę, niż miało się z pozostałych. Wypadało się tym interesować chłopakom, bo to takie męskie i militarne i dziewczynom, bo jak się coś o tym wiedziało, to nie wychodziło się na pustą dziunię.

A teraz – zupełnie kontrastowo. Kiedy myślę, o czym zazwyczaj rozmawia się ze znajomymi, gdy temat schodzi na historię, to chyba najbardziej przemawia ludziom do wyobraźni dwudziestolecie międzywojenne, albo jeszcze wcześniej, czyli kminienie, kto jest z jakiego zaboru i co to oznacza. Następne w kolejce byłyby lata 50-te XX wieku – to już może nie w rozmowach, ale w kulturze niewerbalnej, vide popularność lindy hop i ten niedawny, jakże pozytywny zwrot w modzie damskiej. Podsumowując, na tapecie są wszystkie dekady naokoło, a o II wojnie cisza. Lekturowo i filmowo sprawy mają się może nieco lepiej, ale i tak zaczynając Herrenvolk, miałam wrażenie, że odblokowuję sobie nieczęsto używane synapsy.

Jest zatem Herrenvolk historią alternatywną, w której główny bohater, Artur Sosnowski, ot taki sobie, żyjący w naszych czasach zwykły chłopak w wieku wczesnodorosłym, zostaje przeniesiony w czasie do roku 1940 i trafia do hitlerowskiej niewoli. Ponieważ niektórzy spośród nazistowskich oficjeli są w stanie łyknąć historię o tym, że gość przybył z przyszłości (duch niemieckiego romantyzmu!), Artur zdobywa sobie pewien posłuch w strukturach III Rzeszy i zaczyna świadczyć hitlerowcom usługi jako doradca. Zarówno jego wskazówki, jak i pewne trudne do zidentyfikowania siły związane z naruszeniem kontinuum czasowego sprawiają, że historia II wojny światowej zaczyna się w powieści toczyć całkiem inaczej, niż pamiętamy z rzeczywistych dziejów. Brawurowo zmieniają się (w stosunku do stanu faktycznego) linie frontu, miejsca ważnych potyczek i ich wyniki. Przyznam, że trochę żałowałam, że nie znam lepiej historii II wojny światowej (jednak lubiłam rysować po marginesach), bo pewnie doceniłabym to jeszcze bardziej, ale i tak miałam z tych odkształceń sporo zabawy. Najbardziej podobały mi się rozwiązania odnośnie do walk w Wielkiej Brytanii, a szczególnie motyw z lisem i jego tradycyjnym znaczeniem w brytyjskiej kulturze. Rany, jakież to było dobre.

To tak tytułem odblokowywania synaps odpowiadających za wrażenia militarystyczne. Mnie akurat bardziej, niż historie alternatywnych potyczek, zajmowała postać głównego bohatera i jego rozmyślania nad wojną, własną sytuacją i moralnymi wyborami. Artur nie jest bohaterem całkiem bez właściwości, ale można powiedzieć, że to dość typowy człowiek naszych czasów, a przy tym osobowościowo raczej średniak. Nie ma dziwactw ani jakichś szczególnie paskudnych cech charakteru. Jest trochę oportunistą, ale ewidentnie wyposażonym w sumienie i skłonność do refleksji. Łatwo się z nim identyfikować.

Problem polega jednak na tym, że z tym swoim nieszkodliwym charakterem Artur mimochodem staje się w powieści zdrajcą swojego kraju, cudowną bronią w rękach wojsk hitlerowskich i pośrednim sprawcą śmierci niewyobrażalnej liczby ludzi. Fakt, ma na ten temat jakieś przemyślenia i widzi, że wokół niego dzieją się złe rzeczy, ale bojąc się bólu, deprywacji i utraty życia, godzi się na to wszystko, podejmując co najwyżej jakieś żałosne, niewidoczne dla ogółu formy sprzeciwu typu dopuszczanie się drobnych niebłagonadiożnosti w pożyciu erotycznym, żeby nie wszystko było tak, jak Hitler nakazał. Czytając, trudno nie patrzeć na Artura krytycznie i z wyższością, ale jego sytuacja jest na tyle podobna do współczesnych pokus typu praca na nie do końca uczciwą umowę czy tolerowanie czyichś nieakceptowalnych dla nas poglądów, że łatwo wyobrazić sobie, że na jego miejscu można by się podobnie zaplątać. Dosyć to straszne.

Druga, oprócz protagonisty, postać, która szczególnie rzuca się w oczy i prowokuje do rozkminy, to Weiner - „dobry Niemiec”, który od początku obdarza Artura zaufaniem i staje się jego przewodnikiem po wojennej rzeczywistości. Z tą swoją dwoistą postawą – szlachetna dusza i sprzeciw wobec nazizmu, ale z drugiej strony motywowana patriotyzmem decyzja o pozostaniu wysoko postawionym żołnierzem III Rzeszy i w zasadzie prowadzenie w ramach służby dość przyjemnego i dostatniego życia – totalnie kojarzył mi się z Ernstem Jüngerem i dlatego też jakoś mnie elektryzował podczas lektury. Ponieważ jednak do fikcyjnego bohatera podchodzi się z mniejszą atencją i bardziej na zimno, niż do postaci historycznej, a przy tym potężnego klasyka i moralisty, jakim był autor Promieniowań, w pewnym momencie nasunęło mi się w odniesieniu do Weinera nieco zgryźliwe skojarzenie z memem z cyklu Things Jesus never said: „tak naprawdę nie liczy się to, co robisz, jeśli w głębi duszy pozostajesz dobrym człowiekiem”.1 Przez większość czasu trwania powieści „dobroć” Weinera wydaje się polegać na w miarę cywilnym zachowaniu i górnolotnych przemyśleniach, podczas gdy obsługiwany przez niego system wyrządzał zbrodnie. Wstępna moja konkluzja z zapoznania się z postacią Weinera była taka, że jeśli rzeczywiście tak (w sensie, spijaniem koktajli na koszt reżimu i moralnym kompromisem) kończy się przygoda z przebieraniem w orientacjach politycznych i nieopowiadaniem się za żadną z opcji, to nie wiem, czy to jest dobre rozwiązanie i czy sama rzeczywiście chcę w tę stronę. Plus jeszcze nasunęło mi się, że strasznie przydatną cechą jest umiejętność wyczucia momentu, kiedy „nasi” zaczynają przeginać.

Podobał mi się przekaz Herrenvolk. Fajny, nienarzucający się narrator, kilka zapadających w pamięć zdań wypowiedzianych przez Annę czy psychoterapeutę Hoffmana, czy wspomniane przemyślenia Artura. Był jednak jeden moment, który mnie zirytował. Chodzi mi o pobyt Artura w schronie państwa Meyers – prostej rodziny, fanatycznie wielbiącej Hitlera. W opisie tej rodzinki przerysowane, potworne wręcz ubóstwienie führera (wiara, że powieszenie jego podobizny na ścianie chroni przed bombardowaniem) niepokojąco miesza się z cechami neutralnymi lub wręcz poczciwymi: ci ludzie wyznają obrzydliwe poglądy polityczne, ale jednocześnie są gościnni dla nieznajomego, prowadzą zwyczajne, ciepłe życie rodzinne, wierzą w Boga, a kiedy w schronie rodzi się dziecko, z którym jest jakiś problem, w ich rozmowach absurdalne, okrutne poglądy z domeny eugeniki mieszają się z czymś, co dziś wyglądałoby jak humanistyczny prolajf („Nie my daliśmy mu życie. Nie my powinniśmy je zabrać”2). Przy tym ci prości, tradycyjnie żyjący ludzie są przedstawieni w książce jako ideologicznie wyprane potwory, z którymi nie da się żyć – tak jakby w opozycji do takich bohaterów, jak Artur czy Liliane, prowadzących z kolei dość libertyński styl życia, a przy tym równie uwikłanych w system, ale przedstawionych jako zasługujących na względną sympatię, bo przecież oni się zastanawiają, oni kwestionują. Nie podważam zasadności takiego przedstawienia – z epilogu Herrenvolk wynika, że podbudowę pod opis życia codziennego w Rzeszy stanowił solidny research – ale zawsze deprymowały mnie zestawienia tego typu. Podobnie mam z Kabaretem Boba Fosse'a. Urzeka mnie ten film, ale denerwuje mnie, że bywa odbierany na zasadzie: akceptuj reguły Kabaretu, z jego płytkością, hedonizmem, przelotnymi więziami i brakiem apetytu na „coś więcej” w życiu, bo jak nie będziesz akceptował, toś faszysta i pobratymiec tego chłopca, co to śpiewa „Tomorrow belongs to me”. No, mnie nie odpowiada żadna z tych opcji i zawsze miałam nadzieję, że istnieje trzecia droga. Chociaż jeśli jednak jej nie ma, to wiadomo, lepszy chyba Kabaret, w którym można istnieć na własnych zasadach i delikatnie zarażać innych swoim stylem bycia (w filmie coś takiego robi moja przesympatia, panna Landauer), niż totalitaryzm.

Jeszcze na osi Herrenvolk kontra Kabaret, w Herrenvolk mamy rozbicie drugiej dychotomii widocznej w filmie: faszyzm kontra dekadencka sztuka. W Kabarecie świat artystów, z jego frywolnością i kontrowersyjnymi środkami ekspresji, wyraźnie odcina się od prostoty, brutalności i starań o „czystość przekazu” hitlerowców. W Herrenvolk natomiast, za sprawą podróży Artura w przeszłość i w konsekwencji zachwiania biegu historii, kultura III Rzeszy zaczyna się zmieniać i obok topornych form sztuki, których jedynym celem miała być służba Hitlerowi czy rozrostowi narodu niemieckiego, pojawiają się zjawiska, które Anglofoni ładnie określają jako edgy: kluby z ostrą muzyką przypominającą techno czy stroje nawiązujące do czegoś pomiędzy ciuchami metalowców a estetyką BDSM. Celem tych form kulturowych okazuje się zresztą dla odmiany, hm, służba Hitlerowi i rozrost narodu niemieckiego. Tym niemniej, ciekawie się o tym czyta. Podobnym odkształceniom podlega w Herrenvolk technologia – pojawiają się wynalazki, o których w rzeczywistych latach 40. nikt nie słyszał – a także design: przyciężkie formy architektoniczne Speera, które kojarzymy z historii, czy kanciastość ówczesnych urządzeń mechanicznych zostaje zastąpiona opływową, organiczną estetyką kojarzącą się z budową organizmów roślinnych czy zwierzęcych. Trochę się podczas czytania zastanawiałam, czemu poszło to akurat w tę stronę, ale pewnie nikt mi na to pytanie nie odpowie.

Książkę czytało mi się potoczyście, ciężko ją było odłożyć i dopiero po skończeniu zdałam sobie sprawę, że po pierwsze, w sumie czytałam ją jednak dość długo (nie zauważyłam tego wcześniej), a po drugie, chociaż w trakcie lektury zdecydowanie chciało się wiedzieć, co będzie dalej, to w sumie nie jest to rzecz jakoś szczególnie napakowana akcją. Moim zdaniem, Herrenvolk to bardzie opisanie alternatywnego świata, coś jak Podróże Guliwera, niż historia niesamowitych przygód. Ale tak jak wspomniałam, procesu lektury to nie zakłóca. A tak ogólnie, czy zachęcam do lektury? Jeśli ktoś nie jest podatny na zgorszenie przez okrutnawe opisy tortur (na początku książki), czy też dość naturalistyczne sceny erotyczne (to bardziej w dalszej części), to tak, jak najbardziej. Jak na moje, ciekawa, wartościowa rzecz, w dodatku przypominająca o sprawach, nad którymi na co dzień nie ma okazji się zastanowić. I nawet, jeśli zastanawiając się nad nimi, zaczyna się brzmieć trochę tak, jak gość z wiersza zahintowanego w tytule notki, to i tak myślę, że lepiej się nad takimi rzeczami zawczasu zastanawiać, niż nie.


1 <http://www.churchpop.com/wp-content/uploads/2014/08/114.jpg>. Na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości – to naprawdę NIE SĄ słowa Jezusa. (przyp. Shee)


2 Uznański, Sebastian. 2011. Herrenvolk. Rzeszów: FOX Publishing Bartosz Kusibab, s. 217.