poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Jak tam twoja naturalna pomyślność? (Virginia Woolf, "Fale")

Jak to z klasyką na Samej Porcelanie bywa, Fale Virginii Woolf interpretuję subiektywnie i z pominięciem wątków ważnych dla wyrobionych czytelników. Bo po co otwierać się empatycznie na głęboki psychologicznie, poetycki, strumienioświadomościowy, subwersyjny, queerowy, pełen nawiązań historycznych wszechświat, skoro można ograniczyć się do odbicia w tej powieści jedynie nudnej siebie?

Naturalna pomyślność to w Falach Woolf miks szczęścia rodzinnego, obcowania z przyrodą, prostoty i braku komplikacji wewnętrznych. Chwytliwe określenie.


Piękny był mój początek lektury Fal. Pierwszy rozdział, złożony z krótkich, enigmatycznych kwestii wypowiadanych kolejno przez bohaterów, poraził mnie i zachwycił dziwnością. Co to za osobliwie rozumujące stworki tak mówią, myślałam sobie, wyobrażając sobie świat przedstawiony Fal jako coś w rodzaju scenerii z Wrócieeś, Sneogg, wiedziaam Huberatha. Dopiero drugi rozdział uporządkował mi postrzeganie – i minimalnie rozczarował. No tak, to nie były księżycowe stworki, ale dzieci, dzieci z przedszkola albo jeszcze młodsze.


ŻYCIE LUDZI I ŻYCIE OGRODU

Jak bowiem niektórzy mogą wiedzieć, Fale to poetycka proza o życiu sześciorga przyjaciół – Susan, Rhody, Jinny, Bernarda, Louisa i Neville'a – których poznajemy jako maleńkie dzieci i którym towarzyszymy migawkowo poprzez dorastanie, młodość, wiek dojrzały, do schyłku życia. Kolejne migawki, przedstawiane za pomocą serii krótkich monologów – strumieni świadomości – poszczególnych postaci, przeplatane są poetyckimi obrazami domu z ogrodem na morskim wybrzeżu w kolejnych porach dnia. I tak, dzieciństwo poprzedzone jest opisem nadmorskiego poranka, młodość – przedpołudnia itd.


Gdy zatem pojęłam, że Fale to nie będzie zaskakująca fantastyka psychologiczna lub przynajmniej studium zbiorowego bzika, ale właśnie taka dostojna powieść z konceptem, wyluzowałam i skupiłam się z jednej strony na pięknie tych poetyckich opisów, z drugiej na obyczajowym, plotkarskim potencjale opowieści szóstki bohaterów. Co do opisów, mają w sobie co nieco wzniosłości i dotyczą przyjemnego wycinka angielskiej przyrody. Jeśli mam tu na pokładzie osoby lubiące anglosaskie legendarium lub fantasy oraz mające plastyczną wyobraźnię, to myślę, że podczas lektury Fal będzie Wam równie miło, jak mnie.


NAGRODA DLA NAJMILSZEGO BOHATERA IDZIE DO...

Co do plotkarskiego potencjału – czy to tylko moje wrażenie, że jedynie Susan i Bernard dają się w tej ekipie lubić? Jinny to zapatrzona w siebie wielkomiejska trzpiotka, Louis i Neville stanowili dla mnie jakiś trudno odróżnialny od siebie nawzajem konglomerat marudzenia, kompleksów, pracy w jakichś biurach i och-jacy-jesteśmy-wywrotowi-jak-na-lata-trzydzieste obyczajowości. Jeszcze ewentualnie eteryczną, zagubioną, niezręczną towarzysko Rhodę daję radę zrozumieć, bo się nią pewnie bywało. Natomiast w każdym rozdziale szczerze czekałam na lakoniczną wypowiedź chmurnej za młodu, nienawidzącej szkoły z internatem i tęskniącej za swoją wsią, ojcem i przyrodą Susan, która w dorosłości wychodzi za mąż i cieszy się (z pewnymi wyjątkami) krzepkim macierzyństwem i uprawą roli, oraz na rozlewną, jowialną opowieść Bernarda, poetyckiej duszy i duszy towarzystwa odbijającej się w innych ludziach, który także zakłada później rodzinę.


NATURALNA POMYŚLNOŚĆ A BLOGI ODGRACANIOWE

W odniesieniu do losu Susan zostaje w Falach użyte określenie „naturalna pomyślność”, które mocno zapadło mi w pamięć. Pojawia się ono też jako wartość ujemna – pada gdzieś w powieści określenie, że Louis czy Neville tej właśnie naturalnej pomyślności nie mają. Czym ono właściwie jest, trudno powiedzieć – to coś na przecięciu szczęścia rodzinnego, obcowania z przyrodą, pewnej prostoty życia i braku niepotrzebnych komplikacji wewnętrznych. Jest to dla mnie bardzo atrakcyjny pakiet. Można by to nazwać: życie po Bożemu (choć takie pastoralne nawiązanie oczywiście u Virginii Woolf nie pada). Jeśli chcemy jeszcze bardziej potocznie i ahistorycznie – naturalna pomyślność kojarzy mi się ze stylem życia promowanym cyfrowo przez niektóre pozytywnie uduchowione minimalistki, np. autorka bloga odgracaniowego Uwalniam od nadmiaru. 


PRZEMIJANIE: TEAM „SYTY DNI

Jest jeden poważny i oficjalnie dostrzegany w Falach Virginii Woolf temat, który zainteresował i mnie. To przemijanie. Trzeba przyznać, że porównanie życia bohaterów do przebiegu jednego dnia, jakby byli jętkami jednodniówkami, ma swoją moc. Dodatkowo, obrazy słońca chylącego się do zachodu, z narastającym stopniowo mrokiem, chłodem, martwotą przyrody, rozmywającymi się barwami, tym bardziej sprawiają, że myśląc o własnym życiu – w którym jestem teraz rozdziale? – czytelnik może poczuć chłód pełznący wzdłuż kręgosłupa. Jako młodszy człowiek i czytelnik, kompletnie się takiej tematyki nie bałam. Współgrało ze mną sformułowanie C.S. Lewisa z Listów starego diabła..., że wręcz dobrze jest umrzeć młodo, bo człowiek może nie zdążyć nagrzeszyć. Jednak to chyba właśnie zaznanie tej – tak polubionej przeze mnie, jako koncept, w Falach naturalnej pomyślności daje człowiekowi inną perspektywę, pragnienie osiągnięcia biblijnego ideału człowieka, który jest „syty dni” – bo przecież niespecjalny zachwyt przemijaniem i pragnienie życia to niekoniecznie tylko pustota i przyziemność, ale też duchowa sprawa.


Na zakończenie małe przypomnienie dla Was: Fale Virginii Woolf to dostojna klasyka i literatura wysoka. Czy można spędzić szmat czasu nad każdym rozdziałem, deliberując nad symbolistyczną wymową opisów przyrody i tropiąc mikropowiązania między nimi a warstwą fabularną? Oczywiście, że można. Czy można czytać kątem oka, jednocześnie nadrabiając na drugim nośniku stan badań literaturoznawczych o twórczości Woolf? Jak najbardziej. Czy można, wreszcie, czytać po prostu dokładniej, niż ja, i wysnuwać wnioski wznioślejsze, niż recepcja opisów chęchów u fanów fantasy czy skojarzenie z influencerami odgracaniowymi? I owszem. Natomiast na tym blogu, jak już zapowiedziałam we wstępie (i jak mówi mój tekst programowy o klasyce), takie utwory czyta się i recenzuje inaczej. Ale Wy oczywiście, jeśli chcecie, bądźcie mądrzy, nie bądźcie tacy jak ja.


Woolf, Virginia. 2021 (1931). Fale. Przełożył Lech Czyżewski. Kraków: Wydawnictwo Literackie.

Obraz: OpenClipart-Vectors z Pixabay

piątek, 17 lipca 2026

Dobre uszkodzenie duszy (s. Benedykta Karolina Baumann OP, "Teraz. Bardzo osobista historia")

 

Agata, bohaterka Teraz. Bardzo osobistej historii, szuka łącznika między miłością do teatru i do Boga. 


Siostra Benedykta Karolina Baumann OP, dominikanka, reżyserka teatralna i blogerka, jest na mojej prywatnej liście fajnych ludzi wierzących. Ucieszyłam się, że rok temu wydała nową powieść.

Książka Teraz. Bardzo osobista historia opisuje życie Agaty, córki aktorów dorastającej w cieniu rozstania rodziców, alkoholizmu i nieodpowiedzialnego życia matki oraz nieczułości wychowującej ją babci – członkini zboru Świadków Jehowy. Dziewczynka, pomimo trudnego startu, odnajduje swoją pasję – polonistykę. Następnie czytamy o tym, jak dalej układa sobie życie – o odbudowywaniu trudnych relacji rodzinnych, odkrywaniu wiary i powołania oraz częściowym podążeniu w ślady rodziców w kwestii zamiłowania do teatru.

Dla kogo to książka, prócz takich osób jak ja, szukających interfejsu między wiarą i twórczością, i interesujących się ludźmi, które te dziedziny łączą? Na pewno dla entuzjastów historii opartych na faktach (autorka pisze, że postać Agaty współdzieli z nią część doświadczeń życiowych), w tym szczególnie nietypowych herstorii albo nieucukrowanych świadectw nawrócenia

TRUDNE DZIECIŃSTWO I SZUKANIE BOGA


Ponadto, początkowa część książki, o dzieciństwie Agaty, dostarcza wzruszeń i jest mocną historią o zmaganiu z nałogiem w rodzinie. Mnie poruszyła, na pewnych etapach życia jest się szczególnie wyczulonym na punkt widzenia dziecka i empatyzowanie z jego smutkami i marzeniami. Z zainteresowaniem i również poruszeniem przeczytałam o nawróceniu religijnym Agaty. Prócz tego, że moje doświadczenia jako dojrzewającej katoliczki były częściowo podobne, zaciekawiło mnie to, że bohaterka swoją wiarę przeżywa w pewnej niszy – w duchowości dominikańskiej, w dużym mieście, otoczona "fajnymi księżmi" i przez nich prowadzona. Pojawia się wręcz wrażenie, że nie wyobraża sobie wzrastania w wierze poza tą niszą. Gadałam o tym z ludźmi w grupie synodalnej i spotkałam się z podobnymi odczuciami – z żalem, że trzeba się naszukać, żeby znaleźć dobre środowisko do odkrywania wiary.

ACH, TA MŁODZIEŻ...


Druga część Teraz. Bardzo osobistej historii skupia się na nauczycielskich i teatralnych doświadczeniach bohaterki. Jest pogodniejsza, mniej tam dramatycznych zwrotów akcji. Zawiera natomiast ciekawe, aktualne i dokonane z niecodziennej perspektywy (siostry zakonnej, katechetki i reżyserki) obserwacje na temat współczesnej młodzieży i wyzwań w pracy z nią. Kto miewa również zawodowo do czynienia z młodzieżą, może – jak ja – skonfrontować je z własnymi doświadczeniami. Dla mnie ciekawy był obraz tego, że nawet będąc popularną, osiągającą sukcesy mentorką młodzieży, w wielu sytuacjach wraca się na tarczy. Nie uniknie się agresywnych pytań o wiarę, na które brak odpowiedzi, czy popełniania zwyczajnych głupstw.

SZTUKA CZY BIOGRAFIA?


Z doznań bardziej ambiwalentnych, szczególnie w drugiej części powieści siostry Baumann miałam wrażenie wpadnięcia w dolinę niesamowitości między biografizmem a fikcją literacką. Czy czytam jeszcze historie prawdziwych ludzi, czy jest to już wyobraźnia autorki? Wolę, kiedy te sfery są jaśniej rozgraniczone, kiedy wiem, że oto czytelnik powinien zachować powagę należną zwierzeniom albo przeciwnie, może pozwolić sobie na lekkość interpretacji pisarskiego zmyślenia. Przy czym od biografizmu sauté wolę rzeczywistość mocniej przefiltrowaną przez wyobraźnię.

ELEKTRYZUJĄCY ŚMIECH MARIKI


Natomiast najbardziej zapadły mi w pamięć w Teraz. Bardzo osobistej historii trzy hasła, którymi Agata/autorka wewnętrzna opisuje swój stosunek do sztuki. Wszystkie są zebrane w tym fragmencie: 


A ja mam do zaoferowania światu tylko to jedno krótkie: 'Galilejczyku, zwyciężyłeś!' i mój śmiech Mariki, to uszkodzenie duszy, tę malutką, nie do końca zabliźnioną ranę, która wywołuje wieczny niepokój. Ukoić go może jedynie sztuka.
To tak mało – a może Tobie wystarczy, Jezu? Może to jest właśnie moja najpiękniejsza opowieść o Tobie? 

s. B.K. Baumann OP, Teraz. Bardzo osobista historia, s. 495-496 


Śmiech Mariki to wspomnienie Agaty o roli jej matki w Niemcach Kruczkowskiego. Kilkuletnia Agata była przerażona i zarazem zafascynowana, gdy matka, odgrywając rolę ukochanej esesmana, wybuchnęła nienaturalnie głośnym śmiechem, pokazując zszokowanie bohaterki niegodziwością wybranka. Agata przejęła się teatralną sztucznością tego śmiechu, jego emocjonalną wieloznacznością i trudną moralnie sytuacją w tle. W dorosłości odkryła, że siła doznań artystycznych, którą odkryła w tamtym śmiechu, to coś, czego najbardziej szuka w teatrze i sztuce w ogóle.

Uszkodzenie duszy – tak jak widać w cytacie: niepokój duchowy wywołany sztuką. Dla osób twardo stąpających po ziemi uczucie może nieco podejrzane a przynajmniej niepraktycznie, ale widać po coś Pan Bóg zasiał je w niektórych duszach.

I "Galilejczyku, zwyciężyłeś!" – zawołanie buntownika Pankracego z Nie-boskiej komedii Krasińskiego. Pankracemu udało się obalić wcześniejszy porządek polityczny, ale nie udało się pokonać Boga. Dla książkowej Agaty to zawołanie jest łącznikiem między jej miłością do sztuki i do Boga. 

Szukanie takich łączników jest bliskie również mnie, uszkodzenie duszy też odczuwam. Śmiech Mariki rozumiem, choć jaki jest odpowiednik dla mnie? Może Meister Eckhart z Oberków do końca świata Wita Szostaka – też jest jakaś sztuczność literackiego konceptu, przy tym niejednoznaczność w podziale na dobro i zło (choć u Szostaka więcej dobra), a wszystko razem kopie z nieoczekiwaną emocjonalną siłą. 

Podsumowując – Agato, siostro Estero, rel.

 

S. Benedykta Karolina Baumann OP, Teraz. Bardzo osobista historia. Kraków 2025: Wydawnictwo Esprit.

Ilustracja: 
projetotudoaver0 z Pixabay