Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postfantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postfantastyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 stycznia 2021

Restauracja inna niż wszystkie (W. Szostak, „Cudze słowa”)

 

Jak wielu z nas wie, Cudze słowa Wita Szostaka to powieści obyczajowa, w której siedmiu bohaterów (dwie kochanki, przyjaciel z dzieciństwa, ojciec, wykładowca-mentor, kolega ze studiów i podwładny w pracy) przedstawia siedem różnych wersji historii życia Benedykta Rysia – w młodości wybitnie się zapowiadającego studenta filozofii, a następnie spiritus movens niezwykłej krakowskiej restauracji z kuchnią śródziemnomorską. 

Mnie w niniejszej notce interesuje obecność w tej książce trzech funkcji: nieuchwytnego piękna, dobrej fabuły oraz ciekawie literacko ogranej duchowości chrześcijańskiej. Na koniec ponarzekam bonusowo na konflikt pokoleń, który trochę z początku popsuł mi odbiór Cudzych słów.

 

Fabuła w Cudzych słowach jest i wciąga. To wielki atut na tle większości polskiej głównonurtowej literatury najnowszej.

Notka zawiera ogólne, lecz sugestywne odniesienia do fabuły Cudzych słów, w tym do zakończenia. Osoby, które obawiają się spoilerów, zachęcam do lektury mojego tekstu po przeczytaniu książki.

 

PIĘKNO

Szukam tej cechy w każdej książce Wita Szostaka od czasu, gdy zachłysnęłam się nią w Oberkach do końca świata. Zachwyt wytłumaczyć jest trudno i musicie mi uwierzyć na słowo: w Cudzych słowach on też jest, a dokładnie w pierwszej części powieści, zanim nie zaczyna go przyćmiewać kolejna szukana przeze mnie funkcja, czyli fabuła. W miarę jak autor coraz bardziej zaciekawia czytelnika a to rozwojem jakiegoś romansu, a to upadkiem czy mrocznym sekretem któregoś z bohaterów, to subtelne, charakterystyczne dla prozy Szostaka piękno przestaje być widoczne, ustępując innym bodźcom. Najwyraźniej dostrzegłam je chyba w początkowej części historii Józefa, ojca Benedykta, z jej czułością, pokręconą, błądząca dobrocią i żalem. I może też w historii Jakubka, gdy tę rodzinę małego Benedykta opisywał, a także dużo później, gdy duży Jakub przychodzi do „Isoli”.


FABUŁA

Fabuła w Cudzych słowach jest i wciąga. Wspomniane romanse, upadki, mroczne sekrety, do tego obraz formacyjnej przeprowadzki, bezwzględnego akademickiego wyścigu szczurów, marzycielskiego biznesplanu gastronomicznego tudzież cennych rad rodzica jednego z bohaterów na temat zamążpójścia – te wszystkie wydarzenia budzą taki stopień plotkarskiej ciekawości, że książkę trudno odłożyć. To wielki i rzadki atut, jeśli spojrzymy na Cudze słowa na tle reszty polskiej głównonurtowej literatury najnowszej. Jakiś czas temu nadrabiałam zaległości w tej dziedzinie i wyrywkowa lektura wybranych książek Tokarczuk, Karpowicza, Shutego, Vargi czy Drotkiewicz utwierdziła mnie w przekonaniu, że jeśli jakiś współczesny polski pisarz aspiruje do pisania poza schematami powieści gatunkowych, chce powiedzieć coś ważnego, popisać się kunsztem językowym, to zazwyczaj dzieje się to kosztem przyzwoicie napisanej fabuły. Cudze słowa takie nie są, co wydaje się potwierdzać hipotezę, że wśród naszych pisarzy dobrych fabuł mniej boją się – wyszkoleni w popkulturze – postfantaści.


Dwiema wisienkami na torcie są dwa cudowne twisty fabularne na końcu powieści – zaskakujące, misternie spinające wszystkie wątki, obracające w proch nasze wcześniejsze wyobrażenia na temat czytanej historii. Te twisty uratowały moje pozytywne mniemanie o Cudzych słowach, bo przed doczytaniem do końca trochę miejscami kręciłam na tę książkę nosem – o czym napiszę w końcowej części notki.


Kolejna sprawa – dialog z duchowością chrześcijańską. Nim się tym zajmę, wytłumaczę, co, oprócz subiektywnych zapatrywań, każe mi uważać, że jest to ciekawy temat literacki.


(DYGRESJA: DLACZEGO WARTO PISAĆ O CHRZEŚCIJAŃSTWIE?)

Sprawa jest prosta: uważam, że duchowość – a dokładniej sfera Mitu w sposób, w jaki rozumiał ją np. C.S. Lewis – to ogólnie ważny temat dla literatury. Wątki chrześcijańskie są zaś w tym temacie dobrym wyborem dla naszych lokalnych pisarzy – czy to w realizmie, czy w światotwórstwie – bo dla większości z nas są po prostu najbardziej dostępne i emocjonalnie najbliższe, nawet jeśli dla niektórych w sposób negatywny. Duchowości egzotyczne, wyparta słowiańszczyzna czy new age w większości przypadków mają pod tym względem, moim zdaniem, dużo mniejszą siłę, nie mówiąc już o racjonalizmie, który w duchowość jest zazwyczaj z definicji uboższy.


To w duchowości chrześcijańskiej większość z nas jest zanurzona (nawet gdy ktoś jej nie podziela), to jej legendarium i imaginarium znamy i to ono na nas działa – pozytywnie lub nie – a zatem to na jej podstawie jesteśmy w stanie tworzyć dobry realizm lub przekonujące fantazje. Na niwie fantastyki myślę, że to jest właśnie niewypowiedziany morał eseju Sapkowskiego Piróg, albo nie ma złota w Szarych Górach, z którym pewnie ów autor za nic by się nie zgodził: skoro nie potrafimy budować dobrych opowieści rodzimowierczych jak Anglosasi, bo silniej wyparło je u nas chrześcijaństwo, to może spróbujmy, czy nie będzie nam się ich dobrze budowało właśnie na chrześcijaństwie?  


Tegoroczna Nike wydaje się to potwierdzać w sposób pozytywny a niedawna krytyka pod adresem Dukaja w związku z niewłaściwym odwzorowaniem egzotycznej kulturowo i religijnie bohaterki – w sposób negatywny.


WĄTEK CHRZEŚCIJAŃSKI: TEOLOGIA CIAŁA

Wróćmy do Wita Szostaka i Cudzych słów. W poprzednich książkach tego autora moja spragniona takich właśnie swojskich duchowych tematów czytelnicza dusza znajdowała ukojenie, jednak zawsze były to wzmianki bardzo delikatne: a to zachwycający wątek Meistera Eckharta w Oberkach..., a to subtelne, bardzo szczerze brzmiące odniesienia we Wróżeniu z wnętrzności (piszę o nich w tej notce). W Cudzych słowach mamy mniej takiego subtelnego ducha, a więcej ciała, a konkretnie – teologii ciała. Otóż: dwoje bohaterów – kolega Benedykta ze studiów, Szymon, i jego dziewczyna Magdalena – fascynując się za młodu filozofią personalistyczną i jednocześnie sobą nawzajem, zaczynają na własnym związku testować moralne wytyczne promowane przez zwolenników owego nurtu teologii. Zaczyna się między nimi gra, w której miesza się filozofia, duchowość i erotyka.


Ten wątek jest różnie interpretowany przez recenzentów książki. Paweł Cybulski z Przy muzyce o książkach sprowadza go do dekonstrukcji przez Szostaka „»filozofii« Jana Pawła II, która nie wytrzymuje najprostszej konfrontacji z życiem. Zwłaszcza z życiem ludzi wybitnie myślących, którzy próbowali wcielać ideały tej myśli w życie”.1 Abstrahując od mojej – odmiennej – oceny teologii ciała i jej praktyczności, smutne wydaje mi się takie spłaszczenie wielowymiarowej książki Szostaka do głosu w polityczno-obyczajowej wojence (w recenzji pojawia się pełna uznania uwaga, że autor pisze „jakby na przekór zaleceniom ministra Czarnka”2). Tym bardziej, że wybitność myślenia (i w ogóle wiarygodność jako bohaterów) Szymona i Magdaleny to sprawa mocno dyskusyjna. Bliżej mi emocjonalne do rozpoznania Adama Skalskiego z portalu Katedra, który dopatruje się w historii Magdaleny i Szymona poważnej dyskusji ze wspomnianym nurtem teologii.3 Ale generalnie nie całkiem zgadzam się z tym, że teologia ciała jest w Cudzych słowach przywołana gwoli intelektualnej czy obyczajowej polemiki.


Moim zdaniem funkcja tego wątku jest czysto literacka: teologia ciała jest tu użyta, by w nowy i świeży sposób połączyć dwa mocarne tematy literackie (i życiowe): wiary religijnej i seksualności. Nie wiem, na ile subiektywnie, ideowo, jestem zachwycona rozegraniem tego tematu w Cudzych słowach od pewnego momentu książki. Zastanawiam się nad jego zbytnimi podobieństwami do obiegowych, jurnych „prawd” na temat seksualności i związków. Na pewno jednak temat ten jest bardzo zgrabnie użyty pod względem fabularnym: teologia ciała jest zarówno świetnym motywem dla zawiązania się wątku romansowego, jak i dla splecenia owego romansu z głównym wątkiem książki. Faktem jest też, że finalna sytuacja rodzinno-uczuciowa tej historii czyni ją w moim subiektywnym odczuciu lepszą również pod względem ideowym, dopowiada do niej pewien morał.


Podsumowując – pomimo zastrzeżeń, cieszę się, że ktoś – bardziej czy mniej subtelnie – wprowadził teologię ciała do literatury. Nie spotkałam jej dotąd jako tematu literackiego i chętnie poczytałabym kolejne historie, który ograłyby ten temat – może w sposób bardziej mi odpowiadający, niż w Cudzych słowach.


JEDZENIE I KONFLIKT POKOLEŃ

Miałam ponarzekać na tematy pokoleniowe, które w początkowej części książki trochę zraziły mnie do Cudzych słów. Punkt wyjściowy jest taki: zarówno większość bohaterów, jak i „autor wewnętrzny” wydają się reprezentować punkt widzenia tzw. pokolenia X w jego polskim wydaniu. Dotyczy to przede wszystkim głównego wątku Cudzych słów, dotyczącego restauracji „Isola”. Przez lwią część powieści wokół jadłodajni prowadzonej przez Benedykta i Weronikę unosi się atmosfera zachwytu: jakie to wspaniałe, że ta kuchnia śródziemnomorska, i jak cudownie, że to takie miejsce inne niż wszystkie, w dodatku ciągle ewoluuje, a to wycofują stałą kartę dań i każdego dnia jest coś innego, a to zapraszają gości do gotowania... A ten restaurator jaki charyzmatyczny, a to się dosiądzie i uraczy historią z życia, a to zgromi za chęć polania pilawu keczupem... A jak wspaniale, że ta „Isola” to coś więcej, niż zwykły biznes: pracownicy są powoływani jak apostołowie i codziennie biesiadują do późna jak rodzina, tacy są zżyci, no i w ogóle bycie tam to bardziej duchowe misterium, niż zwykłe przyjście na posiłek...


Ten balonik zostaje pięknie przekłuty w finale powieści, jednak przez większość jej trwania czytelnik musi z tą wizją żyć i znosić kolejne mistyczne zachwyty nad knajpką „inną niż wszystkie”.4 I to jest pewnie bardzo OK, jeśli ktoś taką wizję choć trochę kupuje. Jest to prawdopodobne w przypadku czytelników, którym – podobnie jak większości bohaterów Cudzych słów – blisko jest mentalnie do pokolenia X. Wizja roztaczana w Cudzych słowach może spodobać się np. osobie, która doświadczyła zachłyśnięcia się możliwością podróży i dostępnością egzotycznych kuchni po epoce PRL, czy też nowego, kapitalistycznego podejścia do biznesu, gdzie praca staje się „czymś więcej”, misją i wizją, wartością samą w sobie, a w walce o klienta – również tego gastronomicznego – pojawiają się coraz to nowe, rewolucyjne pomysły. 

 

Taka osoba, jeśli dodatkowo wychowana była przed epoką powszechnej promocji higieny emocjonalnej i asertywności, może łatwiej zachwycić się charyzmatycznym bohaterem, który w imię sobie tylko znanej agendy ingeruje w życie erotyczne przyjaciół a biznes prowadzi tak, jakby był nie usługodawcą, a karzącym prorokiem, choć żadnej moralnej prawdy w zamian od tego proroka nie uświadczymy.


Mnie, jako że bardziej identyfikuję się z pokoleniem Y (w powieści reprezentowanym przez Weronikę), ta wizja od początku wydała się podejrzana. Co więcej, w trakcie czytania martwiłam się, że autor „to wszystko tak na serio” i gdyby nie zakończenie, chyba trochę bym się do niego zraziła. Zachwyty nad pilawem, jagnięciną itp. przywodziły mi na myśl motywacyjne historyjki o rzucaniu korpo i przeprowadzce do cudownej Prowansji. „Niesamowite” pomysły wdrażane w „Isoli” kojarzyły mi się nie tyle z literacką transgresją, co z jak najbardziej mającymi miejsce w realu zabiegami restauratorów, by przyciągać klientów coraz to większymi nowościami. Nieformalna atmosfera, elastyczne menu, zapraszanie gości do przygotowywania potraw czy osób wykluczonych do współpracy to przecież wszystko pomysły z życia wzięte. Sam przywołany przeze mnie wcześniej cytat dotyczący „Isoli” niebezpiecznie kojarzy się ze sloganem „restauracja inna niż wszystkie”, którym często bywa określana pewna restauracja bynajmniej nie włoska, a amerykańska. 

 

Nie zachwyciła mnie też wizja „powoływania” pracowników czy przyjacielskiego ucztowania obsługi noc w noc – wolę transparentną rekrutację, przewidywalne godziny pracy i oddzielenie aktywności zawodowej od prywatnej. Jeśli natomiast chodzi o postać Benedykta i jego oddziaływanie na otoczenie, to osoba, której nieobca jest podstawowa wiedza o zdrowiu psychicznym (a to chyba częściej i wcześniej zdarza się u „igreków”, niż u wcześniejszych pokoleń), nie da się zwieść zachwytom roztaczanym przez większość akcji powieści i dość szybko dostrzeże w nim manipulatorskiego, nieodpowiedzialnego partnera raniącego bliskich, toksycznego szefa i złego usługodawcę (ten keczup szczerze mnie zdenerwował).


ZAKOŃCZENIE JEST SUPER


Ale tak jak powiedziałam, zakończenie jest cudowne i naprawia ten pokoleniowy niedostatek, akcentując przy tym atuty powieści, których subiektywne wyliczenie zawarłam w poprzedniej części notki. A przy okazji oddaje głos rozsądnej, „igrekowej” Weronice, z czego po kibicowsku się cieszę.



Wit Szostak, Cudze słowa, Warszawa 2000: Powergraph.

Ilustracja: 🎄MerryChristmas🎄 z Pixabay

Przypisy:

2 Tamże.

4 W. Szostak, Cudze słowa, Warszawa 2020: Powergraph, s. 265.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Niech nie zachodzi słońce (Sylwia Chutnik, "Kieszonkowy atlas kobiet")

Chutnik Hools, podpowiada mi za każdy razem przeżarta literaturą wyobraźnia. Czyżby Marysia z Kieszonkowego atlasu... miała naśladowców?

Kieszonkowy atlas kobiet Sylwii Chutnik przeczytałam ostatnio w ramach nadrabiania sztandarowych polskich tytułów głównonurtowych z ostatnich dwóch dekad. (Sprawdzam, na ile rzeczywiście książki postfantastów pozytywnie różnią się od uśrednionej reszty polskich głównonurtowców w kwestiach takich, jak bohaterowie, z którymi można się utożsamić, niecyniczne pokazanie elementów wrażliwości i eschatologii okołochrześcijańskiej czy życzliwy, pełen szacunku opis prostych, niepięknych ludzi.)


Choć ta moja wakacyjna wędrówka przez mainstream miała już kilka traumatycznych momentów (ach, ten Varga i Shuty), Kieszonkowy atlas... – zbiór czterech opowiadań, każde z nich poświęcone bohaterowi lub bohaterce znajdującym się w jakiś sposób w spektrum kobiecości – stanowi jak dotąd jeden z jaśniejszych punktów.


Przede wszystkim, książka jest napisana wrażliwie. Nieraz zdarzało mi się już (i nie tylko mi) narzekać na schematyczne, oparte na stereotypach lub wręcz pełne wyższości przedstawianie w niektórych polskich głownonurtowych książkach postaci z tzw. dołów społecznych. 


U Chutnik wygląda to całkiem inaczej, niż w tych mniej chubnych przykładach – i wygląda bardzo ciekawie. Dwa pierwsze opowiadania – o straganiarce Czarnej Mańce i niezamożnej starszej pani, Marii Wachelberskiej – rozpoczynają się od obrazów dość groteskowo przedstawiających grupy społeczne, z których wywodzą się obie kobiety. Tu zgraja mętów społecznych wciskających klientom byle co, tam zbiorowisko kłótnic wściekle awanturujących się w kolejce u lekarza lub nieżyczliwie podglądających sąsiadów z okien. Stereotyp, nieprzychylność i typowy głównonurtowy klasizm, można by powiedzieć. 


W miarę biegu obu historii Chutnik wyłuskuje jednak z tych zbiorowisk postaci bohaterek i nagle okazuje się, że każda z nich ma tak naprawdę żywe emocje, realistycznie odtworzone motywacje, a jej historia – z groteskowej – staje się w pewnym momencie wręcz rozdzierająca. Choć te początkowe obrazy denerwowały mnie chwilami tą stereotypowością – dialogi w kolejce do lekarza kojarzyły się miejscami z gagami z kiepskiego kabaretu – to jestem w stanie wziąć to za dobrą monetę i dopatrzeć się w tym morału: jako masa może i nie jesteśmy zbyt pociągający, ale jeśli popatrzeć bliżej, żulica czy sąsiadka-dziwaczka też okazują się piękne.


Podobało mi się też od strony ideowej. Motyw "paniopana Mariana" z trzeciego opowiadania zniechęcił mnie, gdy przeczytałam o nim w blurbie – zapowiadało się to na nachalnie ideologiczną dżęderową opowiastkę. Tymczasem otrzymujemy opowiadanie cudnie subtelne i apollińskie, tak niewinne, że nie zgorszyłoby zapewne nawet najbardziej purytańskiej pensjonarki. Myślę, że gdybym była niebinarna, też bardzo fajnie by mi się to czytało – w przeciwieństwie, tak myślę, do większości innych narracji o płciowej nieheteronormatywności – a ten odważny, nieskazitelny bohater (ma w sobie coś z arturiańskiego Galahada) mógłby mi być może wtedy pomóc jako role model.


No i wątki religijne. Na pewno przykuwa uwagę fakt, że wszystkie cztery główne postaci z opowiadań mają imiona będące wariacjami imienia Maria, a w fabułach tych historii często przewijają się nawiązania do Matki Bożej. Nie wszystkim mogą się one spodobać w kwestii wrażliwości, bo bywają "po bandzie", ale ciekawy i finalne słuszny teologicznie jest pomysł, że Maryja może być patronką kobiet również wtedy, gdy przepełnia je gniew lub bunt, gdy toczy je nałóg lub szaleństwo. 


Szczególnie poruszyły mnie dwa wątki. Pierwszy to historia o kanalarkach z Powstania Warszawskiego, które, według narratora, jak barwy wojowniczek, malowały sobie na policzkach dwie rysy takie jak na obrazie częstochowskiej Czarnej Madonny. 


Drugi to modlitewna relacja, jaką ma z Matką Bożą bohaterka czwartego opowiadania, mała buntowniczka Marysia. Dziewczynka jest przepełniona gniewem na wszystko wokół, ale z drugiej strony modlitwa jest dla niej czymś bardzo ważnym, te dwa sprzeczne żywioły walczą w niej ze sobą. Jak w życiu, można by powiedzieć. 


I tak, jak w życiu, na pierwszy rzut oka to gniew, to bycie tym bezkompromisowym rebelem, wydaje się być bardziej atrakcyjne, takie niemieszczańskie, uwalniające, autentyczne. Ale gdy przychodzi co do czego... zwróćcie uwagę, jak inaczej potoczyłyby się losy Marysi i jej wymarzonej przyjaciółki w zależności od tego, czy Marysia posłuchałaby Maryi, czy swojego gniewu. Zwróćcie uwagę, jakie opowiadanie Chutnik jest w tym miejscu ewangeliczne.


A, i zwróćcie też uwagę, jakie rekomendacje muzyczne daje Maryja małej buntowniczce. Ci, którzy mieli okazję wsłuchać się bardziej w TEN konkretny rodzaj muzyki, zgodzą się ze mną zapewne, że to dokładnie tak działa. Jak to czytałam, miałam (pozytywne) ciarki.


Chutnik, Sylwia. 2008. Kieszonkowy atlas kobiet. Kraków 2008: Korporacja Ha!art.

środa, 26 października 2016

Kto to jest postfantasta? #2 1/2: Opowiadania



„Płyną ludzie miastem szarzy,
Pozbawieni złudzeń, marzeń,
Omijają wciąż główny nurt”

Wolna Grupa Bukowina, Bez słów


Notka jest luźnym zapisem mojej prelekcji pt. „Postfantastyka: kiedy fantastyczni autorzy przestają pisać fantastykę” z konwentu Polcon – Eurokonferencja (Wrocław 18.08.2016r)

Rys. 1. Zamieszczam infografiki z prelekcji - jestem pewna, że Wasze życie bez nich byłoby smutniejsze.


Wyjaśniwszy termin „postfantaści” i napisawszy, co szczególnego widzę w ich ostatnich książkach, miałam przejść do ostatniej części moich przemyśleń i napisać o postfantastycznych czytelnikach. Ale w międzyczasie wynikł Polcon, z okazji którego zobowiązałam się do prześledzenia, w którym właściwie miejscu w twórczości Szostaka, Orbitowskiego, Twardocha i Małeckiego skończyła się fantastyka jako taka a zaczęło właśnie to, co nazwało mi się postfantastyką. Postanowiłam więc, że podzielę się swoimi znaleziskami i tu.


Oczywiście, aby znaleźć te momenty przejścia od fantastyki do czegoś innego, najlepiej byłoby przeanalizować całą twórczość tych autorów, ale to trochę za dużo jak na konwentową prelekcję. Dlatego zdecydowałam się zawęzić zakres do opowiadań, które czterej postfantaści publikowali w latach 1999-2016 w miesięczniku „Nowa Fantastyka”. Powodów dla tego wyboru było kilka. Po pierwsze, skoro nie analizowałam całej ich twórczości, dobrym pomysłem wydawało się wybranie krótkich tekstów metodą przesiewową – tu „Nowa Fantastyka” sprawdziła się bardzo dobrze, bo każdy z czterech autorów publikował tam przez dobre kilka lat, w międzyczasie pisząc, rzecz jasna, również inne rzeczy. Po drugie, sam fakt publikowania w czasopiśmie fantastycznym – a następnie zniknięcia z z niego – jest jakimś tropem pokazującym, w jakich latach dany pisarz plus minus identyfikował się z fantastyką i fandomem. Jeśli w tym czasie coś się z jego pisarstwem stało, to nawet przy tak wybiórczym czytaniu można założyć, że ta granica między fantastyką a postfantastyką gdzieś się pokaże.

Rys. 2. Dramatyczna próba uchwycenia momentu przejścia


Oto wyniki wstępnego rozpoznania: najwcześniej pisać opowiadania dla „Nowej Fantastyki” zaczął Szostak (1999), później Orbitowski (2001), następnie Twardoch (2004) i na końcu Małecki (2007). Pierwszy przestał się tam (przynajmniej jak dotąd) publikować również Szostak (2008), następny, po trzech latach, był Twardoch (2011), Małecki wyłamał się kolejne dwa lata później (2013), natomiast Orbitowski ostatnie opowiadanie puścił w 2016r., więc zasadniczo trudno jeszcze mówić o wyłamaniu się. Najmniej (cztery opowiadania) napisał Małecki, dalej są Szostak i Twardoch z pięcioma na głowę, natomiast Orbitowski napisał ich dla „Nowej Fantastyki” kilkanaście.


Napisałam, że postaram się znaleźć momenty przejścia tych pisarzy od fantastyki do „niefantastyki”, ale co to konkretnie znaczy? Na pewno należy zrobić to, co nasuwa się na myśl jako pierwsze, czyli sprawdzić, w którym momencie w opowiadaniach danego twórcy zaczyna się zmniejszać ilość wątków fantastycznych na rzecz sztafażu bardziej realistycznego. I tak też zrobiłam, ale to zdecydowanie nie wystarcza. Po pierwsze, fantastyczność to kategoria bardzo niekonkretna i zależna od danego czytelnika – przykładowo, Encyklopedia fantastyki enigmatycznie definiuje fantastyczność jako „subiektywnie odczuwana przez odbiorcę właściwość świata przedstawionego, sprawiająca, że świat ten odbierany jest jako nierzeczywisty” (Smuszkiewicz – Niewiadowski). Ciężko to złapać w analizie. Tym bardziej, że wcale nie jest tak, że postfantaści całkowicie z fantastyczności zrezygnowali – choćby w ich niedawnych powieściach mamy narratora-smoka (Drach Twardocha), beskidzkie wygnajewo morfujące w mityczny neverland (Wróżenie z wnętrzności Szostaka) czy oczy głównego bohatera unoszące się nad miejscem wydarzeń (Inna dusza Orbitowskiego). Fantastyczność u nich została, ale coś się jednak stało, skoro wszyscy mówią, że przeszli do mainstreamu. Nie mówiąc już o tym, że można być mainstreamowym pisarzem i szeroko stosować fantastyczność – prof. Jarzębski (2008) zauważył, że wiele znaczących powieści czołowych mainstreamowych autorów takich jak Olga Tokarczuk czy Ignacy Karpowicz obfituje w wątki nierealistyczne.


Na co więc, oprócz fantastyczności, zwrócić uwagę, żeby dostrzec moment, kiedy postfantaści zaczynają być postfantastami? Zdecydowałam się dołożyć kryteria związane z tym, na ile ich opowiadania spełniają warunki utworów literatury gatunkowej lub innymi słowy popularnej, do której, w przeciwieństwie do mainstreamu, zalicza się fantastyka. Literaturę gatunkową vel popularną definiuje się różnie. Można opisać ją jako przeciwieństwo literatury wysokoartystycznej i zbesztać jako opartą na kliszach, konwencjonalną w kwestii poglądów i skierowaną dla mniej wyrafinowanego czytelnika. (Słownik terminów literackich 2002) Można podzielić literaturę nie na dwie, a na trzy kategorie: gatunkową, mainstreamową i wysoką, stwierdzając, że literatura gatunkowa (fantastyka, romans, kryminał itp.) są najsilniej oparte na specyficznych schematach fabularnych, literatura wysoka jest najbardziej eksperymentalna, poruszająca najbardziej podniosłą tematykę i zorientowana bardziej na wartości artystyczne tekstu, niż na samą fabułę, natomiast literatura mainstreamowa to coś pomiędzy tymi dwiema. (Writer's relief 2009) Albo wstępnie podzielić literaturę na gatunkową i mainstreamową, gatunkową określając jako skierowaną do węższej, bardziej specyficznej publiczności i podejmującą bardziej wyspecjalizowaną tematykę, a mainstreamową – jako adresowaną do czytelnika bardziej masowego i podejmującą tematy bliskie większości ludzi – np. sprawy rodzinne, niepełnosprawność, wykluczenie. (French 2005) Według tego podziału zarówno utwory gatunkowe, jak i mainstreamowe, jeśli są napisane ze szczególnym artyzmem i głębią, mają szansę przejść do trzeciej grupy – do literatury wysokiej.


W niniejszym tekście zastosuję koktajl tych trzech podejść, tropiąc w opowiadaniach postfantastów ślady literatury gatunkowej (klisze, konwencje, wyspecjalizowane tematy i fabuły charakterystyczne dla fantastyki, koncentracja na akcji) w odróżnieniu i od literatury mainstreamowej (typowe, skierowane do ogółu czytelników tematy; koncentracja na bohaterach) i – jeśli traktować ją osobno – od literatury wysokiej (eksperymentalność, podniosłe tematy, przewaga roli artyzmu i języka nad akcją). Będę też szukać, w którym momencie u każdego z pisarzy fantastyczność ustępuje na rzecz realizmu.


To tyle wstępu, teraz przyjrzyjmy się opowiadaniom.

Rys. 3. Niemniej dramatyczna próba odgadnięcia, dlaczego tak się stało.

 

Opowiadania Szostaka: realizm magiczny wyrwany z klatki


Szostak zaczyna w „Nowej Fantastyce” nr 9/1999 opowiadaniem „Kłopoty z błaznem”. Mamy tu jak najbardziej sztafaż pasujący do baśni czy fantasy: jest dwór królewski stylizowany na średniowieczny, występuje też magia. Ciekawe, że rekwizyty fantasy nie grają żadnej roli w fabule: magia zostaje wspomniana, ale nikt jej nie stosuje, a cała akcja, zamiast w okołośredniowiecznym zamku, mogłaby mieć miejsce gdziekolwiek. Osią fabuły jest tu pewien paradoks intelektualny, dla którego i sztafaż, i sami bohaterowie, pełnią rolę służebną. Ta koncentracja na warstwie intelektualnej, nie zaś na akcji czy bohaterach, przybliża to opowiadanie do zestawu cech przypisywanych literaturze wysokiej. W finale pojawia się jeszcze jeden element fantastyczny – motyw grozy (zgodnie z definicją – naruszenie reguł rządzących światem przedstawionym). Dodam – bardzo ciekawy motyw.


„Pierwsza taka drużyna” (NF 2/2000), również nawiązuje do repertuaru fantasy. Opowiadanie nie zadowoli jednak miłośników klasycznych dla tej odmiany rozwiązań fabularnych. Mamy tu motyw questu, ale zostaje on w pewnym momencie ironicznie rozbity. To kwalifikuje „Pierwszą taką drużynę” jako tzw. groteskę fantasy – pododmianę, w której środki charakterystyczne dla fantasy są użyte tak, by ironicznie wykpić sztampowość typowych gatunkowych fabuł. (por. Encyklopedia fantastyki) Sporo radości będą jednak mieli miłośnicy światotwórstwa fantasy – tu uniwersum jest naszkicowane dużo dokładniej, niż w poprzednim opowiadaniu, rekwizyty działają, potwory straszą, a z opisów magicznych stworzeń, fantastycznych lokacji i życia ich mieszkańców wydaje się przebijać autentyczna frajda autora z wymyślania gatunkowych „gadżetów”.


„Sny guślarza” (nr 12/2000) – w kwestii fantastyczności i gatunkowości przypominają „Kłopoty z błaznem”. Znów w centrum mamy paradoks intelektualny, dla którego uniwersum fantasy (to samo, co w „Pierwszej takiej...”) stanowi jedynie tło i mogłoby być zastąpione światem realnym. Wiedząc, jak potoczył się dalej rozwój literacki Szostaka, warto jednak zauważyć, że to w tym opowiadaniu, pierwszy raz w jego twórczości w NF, pojawiają się cechy realizmu magicznego: logika snu oraz zatarcie granicy między realnością a światem nadrealnym.


„Trzy wiosny” (NF 2/2005), choć nadal napisane w tym samym uniwersum fantasy, idą dalej w kierunku mainstreamowego realizmu magicznego. W zasadzie idą ekstremalnie daleko. Do wątków związanych ze snami i przemieszania realności z rzeczywistością dochodzi kolistość czasu oraz symboliczność postaci i zdarzeń (mamy trzech głównych bohaterów – młodzieńca, mężczyznę w sile wieku i starca uosabiających trzy etapy życia człowieka), pojawia się wątek rodzinny, realia życia zamkniętej społeczności, a wszystko razem wzięte jest niezaprzeczalnie piękne. (Ośko 2015) Dodajmy jeszcze fakt, że akcja jest onirycznie rozlewna, a postaci, jak wspomniałam, bardziej są nośnikami mitycznych symboli, niż charakterami z krwi i kości – i wyjdzie nam proza tak wysoka/mainstreamowa, że fakt, że nadal bez żadnego cudzysłowu występują tam motywy charakterystyczne dla fantasy (bohaterami są gnomy, a ich popularnym sposobem przemieszczania się – jazda na gryfie), zaczyna wydawać się dziwny. Wszystkich, którzy w odejściu postfantastów z konwencji dopatrują się sztucznego działania pod publiczkę, zachęcam do lektury „Trzech wiosen”, by mogli się przekonać, że Szostak naprawdę nie mógł pozostać przy fantasy na takich zasadach. To, że zdecydował się nadal utrzymać fantastyczne dekoracje w tym kuriozalnie gatunkowo-niegatunkowym – jakkolwiek przy tym bardzo pięknym – opowiadaniu, nasuwa przypuszczenie, że i tak musiał te dekoracje bardzo lubić i rozstanie, choć jak widać nieuchronne, nie było takie łatwe.


Ostatni „Szostak” w „Nowej Fantastyce” to opowiadanie „Podworzec” (nr 2/2008). W notce od redakcji zakwalifikowano je jako horror. Osobiście nie znalazłam w nim jednak śladu grozy, podczas tajemniczego, odkształconego w czasie oczekiwaniu głównego bohatera na dworcu na przyjazd dziewczyny nie działają żadne wrogie siły, co najwyżej – znów – pojawia się realistyczno-magiczny oniryzm. W ogóle fantastyki tu praktycznie brak, wszystkie anomalie da się zracjonalizować, bo snujący fantazje o sennym labiryncie i alternatywnie płynącym czasie protagonista jest pomyślany tak, by nie budził naszego zaufania.


Podsumowanie: Opowiadania Szostaka w „Nowej Fantastyce” od początku przechylały się w stronę prozy wysokoartystycznej przez to, że intelektualne zagadki były tam ważniejsze od wartkości akcji czy przedstawienia postaci. W pewnym momencie – w „Snach guślarza” - zaczynają się pojawiać motywy charakterystyczne dla realizmu magicznego i ta tendencja się później nasila. To, co do pewnego momentu trzyma prozę Szostaka przy gatunkowej fantastyce, to konwencja fantasy – często odgrywająca jedynie rolę dekoracji, ale stosowana konsekwentnie i – jak się wydaje – z pewnym upodobaniem. W momencie, kiedy autor z niej rezygnuje – w NF dzieje się to między „Trzema wiosnami” (2005) a „Podworcem” (2008) – wszystko zmierza już nieuchronnie ku temu, do czego autor ciążył już wcześniej – ku mainstreamowemu/wysokoartystycznemu realizmowi magicznemu.


Opowiadania Orbitowskiego: horror spoko, ale rzeczywistość kusi


Ponieważ Orbitowski opublikował w „Nowej Fantastyce” sporo więcej opowiadań, niż pozostali postfantaści, dla symetrii zdecydowałam, że zrelacjonuję co trzecie. Pierwsze - „Tunel”, nr 6/2001 – teoretycznie odpowiada definicji gatunkowej grozy, mrocznie odkształcając realia zaczynającej się całkiem zwyczajnie podróży pociągiem. Gdyby jednak trochę podrążyć ontologicznie, wyjdzie na to, że groza to do końca nie jest, bo miejsce wrogich, zmyślonych sił zajmuje tu... tak, chrześcijańska cudowność. Nie mamy tu więc porządku fantastycznego, a mityczny lub wręcz – religijny. Dodatkowo mamy charakterystyczny dla literatury wysokiej/mainstreamowej „ważny temat”: dialog materializmu i światopoglądu teistycznego oraz podbudowę intelektualną – nawiązanie do filozofii Leibniza. Ale funkcjonalnie wszystko się zgadza: jeśli ktoś chce się pobać, „Tunel” nie powinien go zawieść.


Drugi w maszynie losującej wyszedł mi „Pacześniak” (NF 1/2004). Trochę dziwnie trafiłam z tym opowiadaniem. Podobnie, jak w wypadku „Podworca” Szostaka, redakcja reklamuje je jako horror, ale ani nie ma się tu za bardzo czego bać, ani też wątki fantastyczne nie wywodzą się z naruszenia zasad działania świata realnego i zamiast wrogich sił chaosu mamy znów – nie mogę się nacieszyć tym odkryciem – chrześcijańską cudowność, w połączeniu z oniryzmem, który z kolei odsyłałbym nas w kierunku realizmu magicznego. Do tego dochodzi przypowieściowa wymowa i morał na końcu. Krótko mówiąc, fantastyka jest to z całą pewnością, ale trudno wcisnąć to w jakąkolwiek odmianę gatunkową. Gdyby to było dłuższe, pewnie mogłoby pójść w „Kontrapunktach”.


Warto w tym miejscu zrobić pierwszą wzmiankę o realizmie u Orbitowskiego, tak wspaniałym w jego bieżących powieściach. No więc żywe obserwacje rzeczywistości można dostrzec i w „Tunelu”, i w „Pacześniaku” - w tym pierwszym szczególnie w fajnych, nieschematycznych i nieuprzedzonych opisach bohaterów – ksiądz Bartek! - w drugim przez budzące zaufanie odmalowanie półświatka i zawodowych perypetii głównego bohatera. Te obserwacje nie są tu na pierwszym planie, ale chyba zapowiadają już trochę iskrę Bożą do opisu realiów, jaka uwidoczni się u Orbitowskiego później.


Napisane dwa lata później „Nie umieraj przede mną” (NF 6/2006) wypada akurat bardziej jednoznacznie jako gatunkowy horror. Sztafaż jest jak najbardziej na miejscu (duchy i nieumarli), motywacja też jest motywacją grozy (erozja zasad rządzących światem realnym). Z drugiej strony to, co uderza w tym opowiadaniu, to istna, w porównaniu z dwoma wcześniejszymi utworami, erupcja realistycznej błyskotliwości. To może bardzo subiektywne z mojej strony, ale w odmalowaniu społeczności miasteczka, w którym zaczęły nagle dziać się nadprzyrodzone historie, w opisach poszczególnych bohaterów i ich życia wewnętrznego zobaczyłam ten sam dryg obserwacyjny, tę samą pieczołowitość i ciepło, z jakimi opisał społeczność Bydgoszczy w Innej duszy. (Moim ulubionym przykładem w opowiadaniu jest Pani Pierdoła i jej relacja z umarlakiem). Mam wrażenie, że w „Nie umieraj...” ścierają się ze sobą dwa żywioły: sympatia Orbitowskiego do konwencji horroru i ten – dla mnie u niego totalnie niesamowity i lepszy, niż jakakolwiek fantastyka – pociąg do opisu rzeczywistości.


„Czas cezarów” (NF nr 1/2016) wyszedł w tym roku, a zatem po Szczęśliwej ziemi, Innej duszy i pierwszych deklaracjach Orbitowskiego o formalnym pożegnaniu z fantastyką. Można się było zatem spodziewać transgresji w stosunku do gatunkowych ram fantastyki. I rzeczywiście, to opowiadanie o ojcu i nowym partnerze matki protagonisty obkładających się nawzajem okultystycznymi klątwami – tak jak wcześniej „Podworzec” Szostaka – można czytać jako całkowicie realistyczne. Jest to sprawa dyskusyjna, bo są w fabule dość mocne przesłanki na to, że stosowane przez dwóch magów – tatuśka z wąsem i wymoczkowatego nauczyciela – zaklęcia jednak działają, a zatem fantastyka zaburza działanie świata realnego. Jednak nawet, gdyby tak nie było, jest jeszcze sztafaż. W opowiadaniu jest takie przeładowanie tematyką magii, opisami okultystycznych obrzędów, że od strony funkcjonalnej jestem przekonana, że nadal jest to lektura raczej dla fantastów, niż dla kogokolwiek innego. Obstawiam, że miłośnik urban fantasy po przeczytaniu „Czasu cezarów”, pomimo braku elementów fantasy jako takich, będzie czuł, że dostał to, co chciał, natomiast nieprzepadający za fantastycznymi dekoracjami entuzjasta realizmu czy mainstreamowej prozy po prostu się zrazi.


Podsumowanie: Orbitowski jest dość wierny konwencji i dekoracjom horroru, nawet jeśli w aż trzech spośród czterech opisanych przeze mnie opowiadań nie stosuje motywacji grozy jako takiej (cudowność w „Tunelu” i „Nie umieraj przede mną”, realizm w „Czasie cezarów”). W zasadzie to zamiłowanie do horrorowych dekoracji i tematów jest widoczne aż do jego ostatniego opowiadania w NF i gdyby nie jego deklaracje w publicystyce i na spotkaniach, obstawiałabym, że granicy przejścia do postfantastyki w jego przypadku w ogóle jeszcze nie było. Oczywiście, z drugiej strony widać narastającą, przemożną i przewspaniałą u tego autora tendencję do trafnego opisu rzeczywistości. Z tym że, gdyby nie jego osobisty wybór o exodusie – czy tak naprawdę jedno musiałoby drugiemu przeszkadzać?


Opowiadania Twardocha: czniać fabułę, dajcie pomyśleć


Twardoch napisał w „Nowej Fantastyce” tylko jedno opowiadanie, które można by nazwać gatunkową fantastyką – „Cud domu brandenburskiego” (NF 6/2004). Historię o tajemniczym pierścieniu, który zmienił bieg Wojny Siedmioletniej w XVIII-wiecznych Niemczech, a następnie skomplikował życie Ślązaka i byłego żołnierza hitlerowskiego Jorga Szołtyska, można bowiem zaliczyć do tzw. fantastyki historycznonaukowej. Akcja ma charakter przygodowy i nie znajdziemy tu zaawansowanych rozważań o historiografii – nie jest to zatem historia alternatywna – jednak mamy tu jak najbardziej przemieszanie fantastyki i faktów historycznych. Trzeba jednak przyznać, że Twardoch nie lubuje się tu specjalnie w fantastycznych dekoracjach: motyw magicznego pierścienia spina opowiadanie jako klamra kompozycyjna, ale na pierwszym planie opowieści są jednak wątki historyczne i obyczajowe. Poza tym, fantastyczność pierścienia jest motywowana mitycznie, a nie na zasadach fantasy czy science fiction (historia pochodzi z prawdziwych wierzeń starogermańskich), co dodatkowo podważa gatunkowość tego opowiadania.


Kolejne jego opowiadanie, „Quitztlalope” (NF 3/2005) – historia, opowiadająca o losach żołnierza i misjonarza w indiańskiej wiosce – nie ma w sobie żadnego elementu fantastycznego. Co więcej, tematycznie bliżej jej do literatury wysokoartystycznej, niż do zwykłego mainstreamu: główną rolę gra nie tyle akcja czy sylwetki bohaterów, co rozważania na temat wartości (spór militaryzmu z pacyfizmem oraz chrześcijaństwa ze światopoglądem laickim). Sam fakt, że to opowiadanie znalazło się w miesięczniku z fantastyką w tytule, to trochę ewenement.


Trzeci utwór, „Starcy” (8/2007), dzieje się z kolei w niedalekiej przyszłości (zmieniła się sytuacja geopolityczna, a McDonald's stał się vintage), więc można by założyć, że mamy tu fantastykę bliskiego zasięgu. W kwestii świata przedstawionego rzeczywiście tak jest, choć znów warto zauważyć, że wątki fantastyczne są tu dawkowane dość oszczędnie. Natomiast jeśli chodzi o budowę, można mieć wątpliwości nie tylko co do tego, czy mamy tu do czynienia z gatunkową fantastyką, czy raczej z utworem głównonurtowym/wysokoartystycznym, ale nawet – czy w ogóle jest to jeszcze fabularna proza. Ta historia dwóch starszych panów – księdza i świeckiego intelektualisty – którzy prowadzą dysputę na temat kultury masowej i sporu konserwatyzmu z nowoczesnością, praktycznie nie ma fabuły i jest właściwie nie tyle opowiadaniem, co filozoficznym dialogiem obudowanym dwoma epizodycznymi zdarzeniami na początku i na końcu.


„Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” (NF 6/2009) – opowiadanie o zahukanym biuraliście, który poznaje piękną kobietę i jego życie diametralnie się zmienia – ma z kolei zarówno wartką akcję, jak i motyw fantastyczny. Fantastyka jest tu jednak znów motywowana mitycznie (a nawet - biblijnie), trudno zatem zaliczyć „Dwie przemiany... ” czy to do fantasy, czy to do science fiction. Poza tym, nie sposób znaleźć tu również jakichkolwiek schematów kwalifikujących opowiadanie do którejś z pododmian fantastyki. Wątek fantastyczny świetnie pasuje natomiast do tego, co prof. Jarzębski pisze o elementach nierealistycznych w polskich utworach głównonurtowych. Jak w wypadku wielu polskich dzieł mainstreamowych (np. Sławomira Shuty czy Ignacego Karpowicza), mamy tu utwór realistyczny zakończony jedynie fantastycznym motywem, które przywraca swego rodzaju porządek. „Dwie przemiany...”, choć bardziej fabularne, bardziej fantastyczne i mniej intelektualne, niż poprzednie utwory Twardocha w NF, nie są zatem ani trochę bliżej gatunkowej fantastyki.


Ostatnie opowiadanie, „Tak jest dobrze” (3/2011), będące historią o młodym mężczyźnie wędrującym przez Spitsbergen i rozpamiętującym rodzinną tragedię, można czytać jako całkowicie realistyczne. Jest tu możliwość interpretacji fantastycznej – chodzi o postać Małego – i byłaby to interpretacja w duchu grozy. Ta możliwość odczytania nie jest widoczna od razu, bo opowiadanie jest niesamowicie naładowane emocjami i przy pierwszej czy drugiej lekturze czytelnik jest skłonny raczej wzruszyć się do łez historią tej rodziny (bo kto nie chciałby przeżyć takiej miłości, jak ta, która przydarzyła się Nikodemowi zanim wszystko się popsuło?), niż wysuwać brzydkie podejrzenia światotwórcze (np. o tym, jaka może być natura istoty, która żąda od słaniającego się ze zmęczenia wędrowca, by przebył przed odpoczynkiem jeszcze dwukrotność trasy z poprzedniego dnia, albo by zamiast w stronę jedynego pobliskiego schronienia skierował się w stronę śnieżnej pustaci). Ta groza kryjąca się pod płaszczykiem realizmu i konieczność kilkukrotnego czytania upodabnia „Tak jest dobrze” do Pokoju Gene'a Wolfe'a. Co w zasadzie tylko potwierdza, że również i to opowiadanie to żadna gatunkowa fantastyka.


Podsumowanie: Od początku swojej działalności w „Nowej Fantastyce” Twardoch wydaje się tak naprawdę niechętny repertuarowi fantastyki. Motywów nierealistycznych jest niewiele, a jeśli już są, są motywowane mitycznie, nie zaś przez motywację fantasy czy fantastycznonaukową. Dwa opowiadania to bardziej rozprawy na ważkie tematy, niż utwory fabularne, a w dwóch kolejnych fantastyka występuje na takich samych zasadach, jak ma to miejsce w utworach mainstreamowych. Jeśli miałabym wykreślić granicę, po przekroczeniu której Twardoch-fantasta stał się na łamach NF Twardochem-postfantastą, to byłoby to już w latach 2004-2005 – po tym, jak opublikował w tym periodyku swoje jedyne gatunkowo fantastyczne opowiadanie, „Cud domu brandenburskiego”.


Opowiadania Małeckiego: ulubiona konwencja? „Typowy polski mainstream”!


Jakub Małecki zaczyna w „Nowej Fantastyce” opowiadaniem „Śmierć szklanego Kazimierza” (11/2007). Jest to opowiadanie science-fiction, przedstawiające historię grupy astronautów, którzy podczas międzygwiezdnej podróży nabawili się osobliwych mutacji i odbywają kwarantannę przed powrotem na Ziemię. Pojawia się kilka tropów charakterystycznych dla sf, takich jak „podróż kosmiczna” i „eksperyment”. Akcja nie pędzi na łeb, na szyję, ale opowiadanie można jednak uznać za przygodowe i podporządkowane zdarzeniom, nie zaś portretom bohaterów czy ważkim tematom. Za jedyne ukłony w stronę literatury głównonurtowej/wysokoartystycznej można uznać pojawienie się w finale ważkiej kwestii natury metafizycznej (nawiasem mówiąc – bardzo mocny motyw, zachęcam) oraz to, że opisom mutacji, jakim ulegli bohaterowie – człowiek ze szkła, człowiek-drzewo – zdecydowanie bliżej do mainstreamowego surrealizmu rodem z filmów Jana Švankmajera, niż do fantastycznonaukowych, spójnych światotwórczo spekulacji o wpływie pozaziemskiego środowiska na ludzki organizm.


„Oko” z NF 9/2008 jest z kolei typowym horrorem. Historia sfrustrowanego pracownika banku, który na skutek niewinnego oparzenia podczas gotowania zyskuje możliwość kontaktu z mrocznymi siłami, wpisuje się w charakterystyczne dla grozy naruszenie zasad świata realnego przez wrogie czynniki nadprzyrodzone; mamy tu też autentycznego potwora, sporo strachu i krwawych scen. I prawdę mówiąc, nie wygląda to wszystko dobrze. Sztafaż horroru jest tu bardzo dosłowny i przywodzi na myśl klisze z kina klasy B, a opisy, pomimo wspomnianej drastyczności, nie budzą prawdziwego lęku – może przez fakt, że realizm również tu leży i z kartonowymi bohaterami (przepracowany urzędnik, szef-tyran) trudno się identyfikować, a co dopiero – dzielić ich przerażenie. Jedynej ciekawszej strony tego opowiadania upatrywałabym znów w motywach surrealnych – zaburzeniu logiki zdarzeń przez logikę snu/obłędu i surrealistycznych, „lalkarskich” obrazach (padający z nieba deszcz włosów, postać tramwajarza ulepionego z włosów i ciała), które znów mocno kojarzą się z animacjami surrealistów albo z fiksacjami Brunona Schulza na temat manekinów i postaci stworzonych z byle czego.


Żeby było jeszcze ciekawiej, trzecie opowiadanie to jeszcze całkiem inna odmiana fantastyki – fantastyka religijna. „Pantomima starego niedołęgi” (NF 2/2010), historia o starszym panu odwiedzonym pewnego dnia przez dwóch dresiarzy, mogłaby od biedy zostać napisana przez Marka S. Huberatha. Głównym motorem fantastyczności opowiadania jest bowiem tajemnica śmierci, pojmowanych na sposób chrześcijański zaświatów i wymierzanej w nich sprawiedliwości. Ta fantastyczność jest dobrze umocowana w świecie, w którym toczy się opowiadanie (pomaga tu chyba polaryzujący ją, dużo lepszy, niż np. w „Oku”, realizm, z trafnymi obserwacjami na temat życia starszego człowieka czy chłopaków z blokowiska) i absolutnie nie można powiedzieć, że obecność „Pantomimy...” w czasopiśmie typowo fantastycznym jest w jakikolwiek sposób rażąca. Warto jednak zwrócić uwagę, że i tu mamy elementy estetyki surrealistycznej i lalkarsko-teatralnej: postaci zlizujące powierzchnię pokoju, by odsłonić prawdziwą rzeczywistość, czy też sam tytuł, nawiązujący do koncepcji świata jako teatru i Boga śmiejącego się z ludzi-marionetek.


Tego, że jego obecność w czasopiśmie fantastycznym nie jest rażąca, nie można natomiast powiedzieć o ostatnim opowiadaniu Małeckiego w NF – o „Sztuce w zaścianku” (nr 2/2010), inspirowanej obrazem Jacka Malczewskiego opowieści o Pokrzywie, odrzuconym przez społeczność wioskowym dziwaku, który może ma skrzydła i kopyta i jest faunem albo aniołem, a może po prostu cierpi na jakąś niepełnosprawność. Jak wynika z powyższego, fantastyki jako takiej jest w tym opowiadaniu jak na lekarstwo, a można je też zinterpretować tak, że nie będzie jej wcale. Ponadto, sam sposób poprowadzenia historii, opisania „ciemnej” prowincjonalnej społeczności i bohatera, który od tej społeczności odstaje, zaskarbiając sobie tym sympatię czytelnika, kojarzy się dużo bardziej z mainstreamowym potraktowaniem tematu – prozą Myśliwskiego albo kadrami z filmów Kolskiego – niż z jakąkolwiek odsłoną rural fantasy. Powiedziałabym wręcz, że gdyby ktoś ogłosił konkurs pt. „Napisz mainstreamowe polskie opowiadanie w wiejskich dekoracjach”, „Sztuka w zaścianku” wydawałaby mi się bardzo dobrą nominantką.


Podsumowanie: Kiedy Małecki przechodzi w NF od fantastyki do postfantastyki? Tu granica wydaje się dość jasna: w huberathowskiej „Pantomimie...” w 2010 roku fantastą jeszcze jak najbardziej jest, natomiast w 2013r., w „Sztuce w zaścianku”, zdecydowanie jest już postfantastą. Jego droga przez fantastykę w tych czterech opowiadaniach jest bardzo ciekawa: zaczyna od kosmicznego science-fiction, następnie bierze się za horror, by potem przejść do fantastyki religijnej. W każdej z tych odmian wydaje się chętnie korzystać z dostępnego sztafażu i wygląda na to, że musiało mu się jakoś podobać takie przechodzenie od konwencji do konwencji. W „Sztuce w zaścianku” sprawia wrażenie, jakby stwierdził, że teraz wypróbuje konwencję pt. „typowy polski mainstreamowy sposób pisania o wsi”. Z tym że tym razem chyba mu już tak zostało.


Wszyscy razem: niby już nie pasujemy, ale w tej fantastyce tak fajnie...


Co z tego wszystkiego wynika? Choć można z tym oczywiście dyskutować, u każdego z postfantastów można dostrzec cezurę, po przejściu której ich opowiadania zaczynają mieć w sobie tyle z literatury głównonurtowej/wysokoartystycznej, że zaczynają dziwnie wyglądać na łamach czasopisma poświęconego fantastyce. Szostaka, Orbitowskiego i Twardocha łączyła przejawiana już od początku skłonność do wycieczek intelektualnych (tematy powszechnie uznawane za ważne, nawiązania filozoficzne) kojarzonych z literaturą wysokoartystyczną, przy czym Szostaka i Orbitowskiego do pewnego momentu trzymała przy gatunkowej fantastyce konwencja, natomiast z publikowanych w NF opowiadań Twardocha od początku wydaje się wyzierać niechęć do fantastycznych dekoracji i wygląda trochę jak przyklejony do tego czasopisma na doczepkę. Małecki próbował różnych konwencji i w końcu osiadł w konwencjonalnym polskim mainstreamie. W pewnym momencie widoczne stało się, że Orbitowskiego zaczął pociągać realizm, Szostaka – realizm magiczny, Małeckiego i Twardocha – trudno powiedzieć, co dokładnie, ale chyba właśnie po prostu typowy, lekko eksperymentalny polski główny nurt.


Z mojego zestawienia wydaje się wynikać, że nie mają racji ci, którzy oskarżają postfantastów o porzucenie fantastyki z przyczyn sztucznych, przyziemnych i pozaliterackich. To, co pisali do „Nowej Fantastyki” - i jak długo to robili – jasno pokazuje, że oni naprawdę wytrwale trzymali się fandomu i fantastycznego sztafażu, nawet gdy ich twórczość zbytnio tam już nie pasowała. I jest to chyba pewien komplement pod adresem tejże fantastyki i fandomu – widać musiało być w nas coś fajnego, skoro warto było tak długo tu pozostać.


Co do tych, którzy są przeciwni oddzielaniu tworów fantastykopodobnych, eksperymentalnych, nietypowych, od fantastyki jako takiej, żeby przypadkiem fantastyce nie zaszkodzić i nie sprowadzić jej do kosmicznych nawalanek – cóż, chyba nie mam odpowiedzi, ja mam po prostu inaczej. Dla mnie prototypowa fantastyka to jednak proza przygodowa, rozrywkowa, gatunkowa (i dobrze się wpasowująca w typowe fantastyczne dekoracje, klisze i pododmiany gatunkowe), stawiająca wyżej akcję i/lub światotwórstwo, niż eksperyment artystyczny i rozkminę. Nie mam z tego powodu, jako fantastka, kompleksów i nie boję się, że takim podejściem fantastykę popsuję. Tak więc kiedy widzę, że jakieś zjawisko literackie – jak postfantaści na przykład – staje się dla fantastyki na tyle nieprototypowe, że przestaje spełniać jej kryteria, to zamiast łapać doła, oskarżać o coś pisarzy czy bić na alarm, wolę się spokojnie przyjrzeć, o co właściwie chodzi, bo całkiem możliwe, że o coś ciekawego.


Jeśli chodzi o tych, którym jest smutno, że Szostak, Orbitowski, Twardoch i Małecki porzucili fantastyczne dekoracje, podczas gdy oni te dekoracje nadal lubią – cóż, częściowo się solidaryzuję, a częściowo chciałabym pocieszyć. Wydaje mi się bowiem, że w twórczości tych pisarzy nadal pozostało sporo cech zaczerpniętych z fantastyki, i że to właśnie one czynią ich wyjątkowymi. I o tej swojej teoryjce postaram się opowiedzieć następnym razem.



Bibliografia

„Czym jest fantasy, fantastyka, sf? Fantasy jako gatunek”. Poltergeist. (http://polter.pl/Czym-jest-fantasy-fantastyka-sf-Fantasy-jako-gatunek-b9161) (data pobrania: 12.08.2016)
Encyklopedia fantastyki. (http://encyklopediafantastyki.pl/index.php/Strona_g%C5%82%C3%B3wna) (data pobrania: 12.08.2016)
French, Christy Tillery. 2005. „Literary fiction vs. genre fiction”. AuthorsDen. (http://www.authorsden.com/visit/viewArticle.asp?id=18884) (data pobrania: 12.08.2016)
Gilks, Marg. „Defining the sub-genres of speculative fiction”. Scripta Word Services. (http://www.scripta-word-services.com/article-Sfdefinitions.html) ( (data pobrania: 12.08.2016))
„How do you know if your novel is literary or mainstream fiction? How long is a general fiction book?”. 2009. Writer's Relief. (http://writersrelief.com/blog/2009/07/how-do-you-know-if-your-novel-is-literary-or-mainstream-fiction-how-long-is-a-general-fiction-book/) ((data pobrania: 12.08.2016))
Jarzębski, Jerzy. 2008. „Realizm podszyty fantastyką”. „Teksty Drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja”. Nr 6 (114), 44-53 (http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Teksty_Drugie_teoria_literatury_krytyka_interpretacja/Teksty_Drugie_teoria_literatury_krytyka_interpretacja-r2008-t-n6_(114)/Teksty_Drugie_teoria_literatury_krytyka_interpretacja-r2008-t-n6_(114)-s44-53/Teksty_Drugie_teoria_literatury_krytyka_interpretacja-r2008-t-n6_(114)-s44-53.pdf) (data pobrania: 26.10.2016)
Ośko, Katarzyna. 2015. „Realizm magiczny w literaturze iberoamerykańskiej”. Oblicza Kultury – portal kulturalno-informacyjny. (http://www.obliczakultury.pl/publicystyka/felietony-i-eseje/2518-realizm-magiczny-w-literaturze-iberoamerykanskiej) (data pobrania: 26.06.2016)
Roszczynialska, Magdalena. 2005. „Fantastyczna krytyka – krytyczna fantastyka. O kłopotach współczesnej krytyki literackiej z literaturą fantastyczną”. „Annales Universitatis Paedagogicae Cracoviensis. Studia Historicolitteraria 5”, 220-232 (http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Annales_Universitatis_Paedagogicae_Cracoviensis_Studia_Historicolitteraria/Annales_Universitatis_Paedagogicae_Cracoviensis_Studia_Historicolitteraria-r2005-t5/Annales_Universitatis_Paedagogicae_Cracoviensis_Studia_Historicolitteraria-r2005-t5-s220-232/Annales_Universitatis_Paedagogicae_Cracoviensis_Studia_Historicolitteraria-r2005-t5-s220-232.pdf) (data pobrania: 26.10.2016r.)
Russell, Anna i Jennifer Maloney. 2015. „Slipstream fiction goes mainstream”. „The Wall Street Journal”. (http://www.wsj.com/articles/slipstream-fiction-goes-mainstream-1423072888) (data pobrania: 26.10.2016r.)
Sławiński, Janusz (red.). 2002. Słownik terminów literackich. Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo.