Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gorące tematy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gorące tematy. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 sierpnia 2020

Jak podróżować w czasie koronawirusa? – Olga Tokarczuk, „Bieguni”

Nie dajcie się zwieść Komitetowi Noblowskiemu – Bieguni Olgi Tokarczuk to nie żadna nadmiernie ambitna cegła, a przemiła, lekka lektura, angażująca czytelnika zarówno ciekawymi historyjkami, jak i sympatyczną rozkminą. Nie myślcie też, że książkę opowiadającą o podróżach źle się czyta w czasie koronawirusa, gdy egzotyczne eskapady są utrudnione. Wprost przeciwnie – jej lektura w dobie pandemii odkrywa nowe atuty i sensy.


Nie jestem aż tak ekologiczna, by marszczyć brwi na nieistniejącą narratorkę,
która radośnie rozbija się po świecie generując ślad węglowy.

Biegunów Olgi Tokarczuk czytało mi się dużo bardziej potoczyście niż cokolwiek w ostatnim czasie. Ciekawa sprawa, biorąc pod uwagę, że jestem fanką czytelniczej popkultury, która okazjonalnie wzięła się za coś „ambitnego”.


LEKTURA PODRÓŻNA – ŁATWA I PRZYJEMNA

Ta łatwość czytania bierze się pewnie ze struktury tej powieści. Gdzieś na początku Biegunów narratorka kokieteryjnie daje do zrozumienia, że książka ta jest lekturą podróżną, „wagonową” – czytadłem, którym można umilić sobie chwile lotu czy przejazdu, po czym bez żalu zostawić w kabinie czy przedziale. Myślę, że jest to całkiem prawdziwe. Bieguni mają niezobowiązującą, nieco poszatkowaną budowę. Luźne, a przy tym ciekawe rozmyślania i wspominki narratorki na tematy ogólne związane z podróżą, przeplatają się z również ciekawymi i angażującymi czytelnika historyjkami fabularnymi: a to jakieś zaginięcie, a to miłostka z nauką w tle, a to dzieje drugoplanowej postaci znanego wydarzenia historycznego.


Dzięki tej budowie Bieguni świetnie nadają się do czytania dla zabicia czasu, krótkimi partiami – na przykład właśnie w podróży. Główny zamysł książki i tak jest dość wyrazisty, można go zapamiętać nawet przy niezbyt wnikliwej lekturze, a znajomość szczegółowych powiązań pomiędzy pomniejszymi wątkami i fragmentami nie wydaje się być niezbędna, by czerpać z lektury Biegunów satysfakcję i intelektualne korzyści.

Wielkie piękno, czyli żółciutki Lipsk na uboczu
centrum Warszawy. Pamiątka z mikrowycieczki po stolicy.


MAPA ŚWIATA, MAPA LUDZKICH ŻYŁ

A jaki jest ten główny zamysł książki? Wygląda na to, że splecenie dwóch tematów: podróży i anatomii ludzkiego ciała. Podróż jest, zwłaszcza na początku, tematem przewodnim. Narratorka rozpoczyna opowieść od wspomnień z dzieciństwa i początków swojego życia nomady. Te podróżnicze wspomnienia – opisy odwiedzanych miejsc, historie zasłyszane od współpasażerów i miejscowych, przemyślenia i fantazje związane z podróżowaniem, przestrzenią, kartografią – stają się kanwą całej książki. Także pierwsza dygresyjna historyjka – opowieść o Kunickim – traktuje o rodzinnej, wakacyjnej podróży.


Bardzo szybko w narracji Biegunów pojawia się jednak ten drugi ważny temat, dotyczący anatomii. Jedna z pierwszych turystycznych przygód, jakie opisuje narratorka, to zwiedzanie przyszpitalnej wystawy anatomicznych osobliwości – preparatów zdeformowanych organów ludzkich i zwierzęcych. Autorka podsumowuje: „Właśnie ku temu się cierpliwie poruszam w moich podróżach, tropiąc błędy i wpadki stworzenia”1 – i pewnie to zdanie, jakkolwiek by nie oceniać słuszności takiej negatywnej motywacji, można potraktować jako pierwszy zwornik między dwiema przewodnimi myślami w Biegunach, dotyczącymi podróży i ciała. Tych wątków anatomicznych robi się z czasem w książce Tokarczuk więcej. Mamy m.in. historię doktora Blaua, współczesnego eksperta w dziedzinie plastynacji, czyli konserwacji zwłok z zachowaniem ich oryginalnego wyglądu; wątki jego mistrza, XVII-XVIII-wiecznego anatoma, dr. Ruyscha, oraz jego córki i ucznia; czy też końcowy wątek – kolejny zwornik tematu podróży i tematu ciała – wylew krwi do mózgu jednego z bohaterów opisywany tak, jak opisuje się powódź albo zatopienie kontynentu, gdzie anomalia zdrowotna powodująca zanik pamięci i świadomości człowieka porównana jest do fizycznego zniszczenia geograficznego świata.


Ta sama mikrowycieczka i ten sam Lipsk – jeno w kontekście.


EKOLOGICZNE DYLEMATY PODRÓŻNIKA

Czy, obok wspomnianej niewątpliwej przyjemności z lektury, wyciągnęłam z Biegunów Tokarczuk coś jeszcze? Raczej nie, jeśli mówimy o rzeczach naprawdę wielkich i pięknych: to misterne, choć też i dość luźne splecenie dróg i żyłek nie zaprowadziło mnie do żadnego splotu słonecznego ani węzła komunikacyjnego, nie przeżyłam żadnej duchowej epifanii, ciężkiej rozkminy moralnej czy wstrząsu estetycznego.


Przy czym ja oczywiście jestem tylko prostą młodą kucharką, wszędzie szukającą doznań teologicznych i popkulturowych, ale, co ciekawe, również postępowi eksperci od literatury przyznają niekiedy, że nie są pod etycznym wrażeniem Biegunów. Maciej Jakubowiak w artykule w Dwutygodniku o Noblu dla Olgi Tokarczuk wbija na przykład Biegunom szpileczkę za pochwałę mobilności, która w naszych czasach nie jest do końca moralnie niewinna.2 Nie wiem, czy jestem tak ekologicznie wrażliwa, by aż marszczyć brwi na nieistniejącą narratorkę, która radośnie rozbija się po świecie, generując ślad węglowy. Jeśli coś wywoływało we mnie pewien dyskomfort, to raczej fakt, że powieść czytałam w pandemii, w której loty do egzotycznych krajów zaczęły się kojarzyć zgoła inaczej i bardziej abstrakcyjnie, niż było to kilkanaście lat temu, w czasie publikacji książki.


Odpadły trzy literki, został słoń Babar, czy Barbar.
Nie trzeba jechać do Disneylandu, by spotkać
postaci z bajki!


MIKROPODRÓŻE W PANDEMII

Ale Bieguni to, przyznaję po namyśle, dobra lektura na pandemię – i to jest druga wartość, którą wyciągnęłam z lektury tej książki Tokarczuk. Myślę, że jest to też dobra lektura w obliczu zmian w podróżniczych przyzwyczajeniach, które, być może, czekają nas w związku ze zmianami ekologicznymi czy ekonomicznymi. 

 

Przede wszystkim – poszatkowana struktura Biegunów czyni z nich, jak wspomniałam, dobrą lekturę podróżną – jednak niekoniecznie na wielogodzinne rejsy samolotem czy wycieczkowcem, czy też na trasy kolejowe na miarę Transsibu. Weźcie lepiej Biegunów na eskapadę tramwajem, między założeniem maseczki przy wejściu a zdezynfekowaniem łapek przy wyjściu spokojnie zdążycie przeczytać któryś z ich minirozdziałów. Z podobnych powodów zaplanujcie tę książkę Tokarczuk jako lekturę na popas podczas mikrowycieczki do parku w sąsiedniej dzielnicy. Zresztą historia „zakutanej biegunicy” pokazuje, że uwalniającą podróżą może być wszystko – nawet dreptanie w miejscu czy kołysanie się na boki. A zatem każda nasza mikrowycieczka, każda wyprawa do lasu, który tworzą trzy drzewa za domem (jak to robił bohater Stroiciela lasu Marka Stokowskiego), każde odnalezienie Bieszczadów w zakątku ogrodu (czego dokonała moja kochająca góry przyjaciółka po odkryciu powołania do zakonu klauzurowego) – to doświadczenie, które pozwoli nam identyfikować z sytuacjami opisanymi w Biegunach nawet w obecnej sytuacji.


No i jeszcze to, że według narratorki Biegunów podróżujemy, bo uciekamy przed złem. Jako młodą kucharkę, a zatem osobę, która niekoniecznie musi sobie własnoręcznie budować duchowość, zazwyczaj niespecjalnie ekscytuje mnie w literaturze tego typu górnolotne, New Age’owe pipczenie (choć doceniam samą próbę rozkminy, po co tak naprawdę robimy coś, co jest pozornie oczywiste). Jednak teraz, w pandemii, zyskuje to sporo sensu. Przypomniałam sobie o tym, kiedy ostatnio, uziemiona na stołecznym dworcu na dwie godziny (pandemiczne limity miejsc siedzących), złapałam się na tym, że nie mam wcale aż takiej jak zwykle ochoty zaszyć się z książką w kawiarni czy rozłożyć się na trawniczku w parku. Wolę wyjść z dworca i pokursować sobie po uliczkach, bo po co generować zagrożenie w tak ludnym miejscu. I co? Zyskałam sporo dobra w postaci świeżych obserwacji i paru fajnych zdjęć. „Kiwaj się, ruszaj się, ruszaj”.3

 

PRZYPISY

1 O. Tokarczuk, Bieguni, Kraków 2019: Wydawnictwo Literackie, s. 24.

2 M. Jakubowiak, „Kibicowskie emocje”, Dwutygodnik, wyd. 266, 10/2019, https://www.dwutygodnik.com/artykul/8520-kibicowskie-emocje.html (pobrano 12.08.2020). O istnieniu tego miłego nawiązania dowiedziałam się od Ziuty.

3 O. Tokarczuk, op. cit., s. 291.

 

 ILUSTRACJE

Obrazek z nagłówka: Clker-Free-Vector-Images z Pixabay

Zdjęcia z mikrowycieczki po Warszawie: autorka 

niedziela, 2 sierpnia 2020

William Onyeabor – dlaczego afrykański Kraftwerk ucichł?

Rzadko zachwyci mnie jakiś wykonawca muzyki pop. William Onyeabor, ze swoimi retro elektronicznymi bitami, ciepłym wokalem i wartościowymi tekstami, jest jednym z tych nielicznych. Prócz świetnych piosenek – to doskonała muzyka na lato – ten nigeryjski muzyk tworzący w latach 70-tych i 80-tych miał fascynujące życie. Był multiinstrumentalistą, biznesmenem, wodzem plemienia i duchownym, a na końcu tajemniczo zniknął z popkultury.

Ciepła i jasna elektronika w stylu retro, magnetyczne bity i ciepły wokal – trochę
jak u Daft Punk. A do tego teksty o tematyce pacyfistycznej, mądrościowej i biblijnej.


Słuchałam ostatnio radia KEXP, alternatywnej rozgłośni z Seattle, w której w związku z protestami w Stanach puszczali akurat sporo
muzyki czarnoskórych twórców. Przez różnicę stref czasowych gdy u mnie był późny ranek, u nich panował blady świt, a zatem muzyczka leciała raczej chilloutowa, takie neutralne tło.


I nagle usłyszałam kawałek, który mnie zelektryzował. Niesamowicie radosne, energetyczne brzmienie, mocno „wkręcający się” refren, magnetyczna oldskulowa elektronika w tle i wokale: ciepły głos męskiego solisty i nieco etnicznie brzmiący żeński chórek, wszyscy śpiewający z sympatycznie egzotycznym akcentem.



Całość tak mocno przyciągała uwagę, że stwierdziłam, że to pewnie jakiś wielki, klasyczny hit, który jakimś cudem dotąd mnie ominął, coś na miarę Glorii Jimiego Hendrixa czy Roxanne The Police – charyzmatyczność owego kawałka była porównywalna z tymi utworami. Kiedy jednak sprawdziłam nazwisko wykonawcy, okazało się, że nic mi ono nie mówi: był to niejaki William Onyeabor, piosenka zwała się Atomic bomb.


NIGERYJCZYK, PREKURSOR TECHNO, WÓDZ I BIZNESMEN

Zaintrygowana, zaczęłam guglać informacje o tym wykonawcy. Jak się okazało, Onyeabor był Nigeryjczykiem, żył w latach 1946–2017 ale tworzył muzykę jedynie przez osiem lat (1977–1985), wydając na własną rękę dziewięć albumów.1 Muzyka była tylko jedną z dziedzin, którą się zajmował: był również biznesmenem (zajmował się realizacją zamówień publicznych i miał własny młyn; w 1987 r. otrzymał nawet tytuł Zachodnioafrykańskiego Przedsiębiorcy Roku), miał żonę i dzieci, został też obwołany wodzem plemiennym w swoim rodzinnym Enugu i ponoć był pastorem.2 Jak wspomina autor noty pożegnalnej na stronie wytwórni muzycznej Luaka Bop, był społecznikiem i osobą mocno przejętą problemami współczesnego świata.3



BYĆ JAK DAFT PUNK – ZANIM TO BYŁO MODNE

Choć w latach osiemdziesiątych XX w. William Onyeabor tajemniczo wycofał się ze świata muzyki, został na nowo odkryty przez hipsternię i współczesnych wykonawców, a jego muzyka jest uważana za prekursorską dla techno.4 Często bywa porównywany z Kraftwerk i klasykami nurtu afrobeat.5 Mnie klimatem i charakterystycznym połączeniem synestetycznie ciepłej i jasnej elektroniki w stylu retro, zachwycająco natarczywych bitów i również ciepłego wokalu kojarzy się jednak przede wszystkim z Daft Punk i ich płytą Random Access Memory. Atomic Bomb to zresztą pierwszy kawałek pop, który naprawdę wpadł mi w ucho od czasu, gdy ukazało się Get Lucky autorstwa właśnie Daft Punk.


PRZYJEMNE POGLĄDY W TEKSTACH PIOSENEK

Ciekawe są teksty jego utworów. Przyjemny światopogląd Onyeabora – lokalnego społecznika, który ponoć oglądał wiadomości z USA, Europy i Chin, by zrozumieć różne punkty widzenia ludzi z całego świata, i późniejszego chrześcijańskiego kapłana – dobrze wydaje się pokazywać kawałek pt. Better change your mind:


Ameryko,

ty myślisz, że ten świat jest twój, ha?
A ty, Rosjo, hej tam,
ty myślisz, że ten świat jest twój?
(...)

Ty, biały,
ty myślisz, że ten świat jest twój?
A ty, czarny,
ty myślisz, że ten świat jest twój?
(...)

Jeśli myślisz tak,
to źle,
Lepiej zdanie zmień.
(...)

Bo nikt wśród ludzi i państw,
tylko Bóg,
ma w ręku świat.

[przekład własny; da się zaśpiewać]


Innym przyjemnym ideowo kawałkiem jest Why go to war, gdzie podmiot liryczny pyta białych i czarnych ludzi, dlaczego idą na wojnę, skoro potrzebują pokoju, i czemu zawsze chcą zatrzymać pocisk wymierzony w nich samych a nigdy nie dbają o ten wymierzony w innego człowieka.



„TECHNIAWKA” Z AFORYZMEM

Teksty piosenek Williama Onyeabora, jak przystało na kawałki prekursorskie wobec tanecznej muzyki elektronicznej, mają strukturę podobną do współczesnych tekstów muzyki house: krótkie frazy lub zwrotki, przerywane partiami instrumentalnymi i wielokrotnie powtarzane. Różnią się jednak od nich treścią.


We współczesnych tekstach tzw. „techniawek” strasznie drażni mnie ich miałkość i nieadekwatność. Zasłyszane lub podczytywane przeze mnie kawałki Darude’a, Tiesto, Armina van Buurena i im podobnych z reguły okazywały się być albo okrągłymi frazami o miłości sprawiającymi wrażenie, jakby tekściarz całą wiedzę o niej czerpał z tekstów innych „techniawek”, albo frazesami o treści ludycznej lub autotematycznej.


Na tym tle Onyeabor tchnie miłą jednostkowością.
On również ma kilka (bardzo niewinnych) kawałków zabawowo-miłosnych, takich jak Beautiful Baby. Jednak większość jego tekstów świetnie wykorzystuje budowę utworów tanecznej elektroniki, których teksty przypominają trochę powtarzające się mantry albo wykuwane lekcje, i tę powtarzalną, mnemotechniczną strukturę wypełnia treściami, które rzeczywiście warto przemedytować lub wbić sobie w pamięć.


I tak wiele tekstów Onyeabora ma charakter „mądrościowy”, powtarzane między instrumentalnymi wstawkami zdanie to często jakaś
uniwersalna sentencja na temat ludzkiego życia. Przykładem piosenka When the going is smooth and good:

Gdy masz w życiu ogromny fart,
wielu ludzi z tobą jest za pan brat.

Lecz gdy cię w życiu dosięgnie pech,

wielu, wielu ludzi ucieknie precz.

[przekład własny; da się zaśpiewać]


Dodatkowym plusem jest styl tych tekstów – nie silą się na żadną konwencję (nie na darmo Onyeabor był prekursorem), są proste, treściwe, kolokwialne, napisane w uroczej angielszczyźnie wskazującej, że autor nie jest rodzimym użytkownikiem angielszczyzny i nie wstydzi się tego.


BIBLIA I NIGERYJSKIE BULWY

Inne kawałki Onyeabora otwarcie – a przy tym kreatywnie – nawiązują do cytatów biblijnych. Kolejnym „mądrościowym” tekstem jest np. Good name, który jest oparty na wersecie ze starotestamentowej Księgi Przysłów (Prz 22:1) – jednak ładnie go kolokwializuje i zwraca się do słuchacza:

Mam dobre imię,
to więcej niż skarb,

nikomu, nikomu, nikomu nie odsprzedam go.

Czy masz dobre imię?

Czy masz dobre imię?
Nikomu, nikomu, nikomu nie sprzedawaj go.

[przekład własny; da się zaśpiewać]

Inna piosenka, Anything you sow, to z kolei nawiązanie do fragmentu nowotestametowego Listu św. Pawła do Galatów (Ga 6:8). Tu z kolei podmiot liryczny modląc się, zadaje Bogu pytanie o przyczynę zła na świecie i słyszy uzasadnienie nawiązującego do Pawłowego „co człowiek sieje, to i żąć będzie”. Mamy tu przy tym piękny smaczek kulturowy: Onyeabor zamienia charakterystyczną dla Biblii metaforę związaną ze zbożem i zastępuje ją bardziej swojskim dla Nigeryjczyka nawiązaniem do bulwiastej rośliny będącej podporą tamtejszej kuchni i gospodarki. Śpiewa więc: „gdy siejesz pochrzyn, oczekuj pochrzynu”.



DLACZEGO WILLIAM ONYEABOR ZAMILKŁ?

Wygląda jednak na to, że społecznictwo i pozytywny przekaz w piosenkach nie zadowoliło sumienia Williama Onyeabora i zdecydował się on na większy duchowy hardkor.


W okolicach roku 1985
stał się „nowonarodzonym” chrześcijaninem (w rozumieniu protestanckich kościołów ewangelikalnych), po czym zamilkł jako świecki muzyk i odciął się od dawnego życia. Zaszył się w swojej posiadłości w Enugu, poświęcił się wyłącznie wierze, działalności biznesowej i społecznej, został też wyświęcony na pastora.


Pomimo fali wielkiego wzrostu zainteresowania jego muzyką w latach 2013–2014, związanej ze wznowieniem jego nagrań i trasą koncertową supergrupy wykonującej jego przeboje, kontakt dziennikarski z nim był niemal niemożliwy. Pytany o muzykę czy swoją przeszłość, odpowiadał z uśmiechem:
„chcę rozmawiać tylko o Bogu”.6


LEPSZA CZĄSTKA

I co ja na to? Kiedyś taka historia, jak ta o zamilknięciu Williama Onyeabora, bardzo by mnie zasmuciła. Wolę historie, gdzie Bóg zgadza się, by ktoś do końca życia, na Jego chwałę, zajmował się tym, co kocha i co jest jego talentem.


Ale obecnie wydaje mi się, że wybór, którego dokonał Onyeabor, może być w pewnych przypadkach lepszą opcją. Może odkrył większe piękno, a może uciekł od czegoś, co go w poprzednim życiu męczyło. Bo przecież my, odbiorcy, chcemy cieszyć się sztuką, a tymczasem twórcy może nie być z tą sztuką równie wesoło.


William Onyeabor obrał swoją najlepszą cząstkę a nam zostawił na pamiątkę dziewięć albumów zawierających tyle dobra i talentu w muzyce i tekstach, że wydaje mi się, że Pan Bóg wiedział, co robi, nie powołując go do służby czynnej od razu.



PRZYPISY

sobota, 8 lutego 2020

Duchowa dieta na literę „M”. Vol. 1: Mata, czyli znów przeżuwam piosenki



Kumpela ostatnio dietuje i przesyła różne zdrowe przepisy ze swojej diety, jak już sama wypróbuje i stwierdzi, że smaczne. Pomyślałam, że zrobię coś podobnego i podzielę się z Wami namiarami na trzy potrawy „dla ducha”, które najefektywniej odżywiały mnie przez ostatni kwartał. Łączy je to, że ich twórcy zwą się na tę samą literkę. Dziś o tym, co poznajdowałam w rapowych tekstach niejakiego Maty.

Używając niesamowicie prostych środków językowych (no, może z wyjątkiem
„przykładu” i „jarzębiny”), Mata
przekazuje całe doświadczenie sacrum.


Dlaczego rapsy Maty mnie urzekły? Bo uwielbiam takie sytuacje: być w otoczeniu niepięknym i niezbyt dobrym i nagle wśród takiego względnego syfu znaleźć Wielkie Piękno i Wielkie Dobro, którego człowiek się tam kompletnie nie spodziewał. (Jak już kiedyś wspominałam, najbardziej modelową sytuacją tego typu jest dla mnie motyw z Meisterem Eckhartem w „Oberkach do końca świata” Wita Szostaka, obczajcie.)


No i mamy młodziutkiego rapera, który składa rymy wprawdzie sprawnie, ale na ogół w tematyce niesprzyjającej zachwytom, a i forma tego bywa niekiedy chropawa. I nagle taki koleś wylatuje z kawałkiem „Żółte flamastry i grube katechetki”. Nie umiem nawet za wiele powiedzieć na temat tego, za dużo emocji. W sumie to bardziej napisałam ten wpis po to, żeby Wam dać znać, żebyście tego kawałka posłuchali i go wchłonęli, niż żeby wielce kminić na jego temat.


Dobra, jednak trochę pokminię. Podoba mi się u Maty to, że w swoich rapsach stosuje się do ewangelicznego „tak-tak, nie-nie”. Kiedy nie ma konceptu, po prostu nawija sobie o moralnym zepsuciu bogatej młodzieży, wyprawie do Freshmarketu albo przepitych feriach we Włoszech – czysta, klarownie przekazująca myśli narracja, bez językowych udziwnień albo banalnych frazesów o dźwięku potłuczonego szkła i księżycu, który głowę schował. Ale kiedy już ten koncept ma, wychodzą duże rzeczy.


Nie wiem, czy ktoś już wcześniej użył metafory o Bogu, który podnosi i całuje błądzącego człowieka jak całuje się chleb, który upadł, ale coś się od tego w człowieku takiego robi, że miałby ochotę powiedzieć tak swoim dzieciom, tłumacząc jak odnosić się do chleba, Boga i siebie. Albo „bo są rzeczy, których nie wolno nam pić/ i których nie wolno nam jeść/ jak na przykład jarzębina” – koleś, używając niesamowicie prostych środków, niemal prymitywów językowych (no, może z wyjątkiem „przykładu” i „jarzębiny”), przekazuje całe doświadczenie sacrum: tego, jak to jest być bardzo, bardzo młodym człowiekiem albo wyznawać bardzo, bardzo młodą religię. Skojarzyło mi się to ze Starym Testamentem i odświeżyło moje ciepłe uczucia do niego.


W innej piosence, „100 dni do matury” (podobnie jak na „Żółte flamastry”, zwrócił mi na ten fragment uwagę Ziuta – pozdro, ziom) mamy zwrot Maty do rodziców, w którym tłumaczy znaczenie swojej ksywy: „Jak się boicie, że zapomnę zatracając się w rapach/ to pamiętajcie MA jak mama TA jak tata” i to też mnie rozstraja niesamowicie. Pewnie dlatego, że każdy z nas, bez wyjątku, jest złożony z takich dwóch połówek, więc każdego ten temat jakoś rusza. Pewnie już pisałam, że w taki sposób mój pan od literatury tłumaczył siłę „Króla Leara” Szekspira: nie każdy człowiek przeżył zakochanie, nie każdy ma dzieci, wiarę albo wrogów, więc tekst o miłości, rodzicielstwie, świętości czy zbrodni nie przemówi do każdego, ale rodziców ma lub miał każdy.


No i generalnie wychodzi mi, że siłą tekstów Maty w miejscach, gdzie one są mocne, jest to, że dotyka tam rzeczy bardzo uniwersalnych. Mnie bardzo siedzi jeszcze w pamięci ten fragment z „Patointeligencji”: „miałem już (...) tak dość tego ciepła i piękna”, ale to już nie wiem, dlaczego, nie wpisuje mi się to w teorię. Chyba po prostu jest to dobra, przekonująca antyteza: czego jak czego, ale ciepła i piękna większość z nas naprawdę chce, a tu ktoś pisze, że miał go dość, więc budzi to jakieś uczucia.


Jeszcze jedna ważna rzecz odnośnie do „Żółtych flamastrów”: oprócz relacji z Bogiem i kwestii językowych jest tam bardzo piękny obraz męskiego dzieciństwa. I to nas ładnie prowadzi do kolejnej notki, gdzie też coś o tym będzie. Widzimy się niebawem, yo.

___

P.S. Jeśli komuś mało, to pod tym linkiem można znaleźć bardzo ciekawą i lepiej niż moja ogarniętą w temacie rapu recenzję albumu Maty autorstwa Macieja Wernio z Noizz.pl.

P.S.2 Już po napisaniu tego tekstu przesłuchałam kawałek Maty pt. „Konkubinat” i świadomość metajęzykowa, którą autor w nim pokazuje, to dowód, że to, o czym napisałam w notce, nie wyszło mu przez przypadek. A refren, w którym Mata wydaje przesterowane jęki bólu spowodowanego brzmieniem nielubianych słów, to kolejny motyw, który można by chyba nazwać uniwersalnym. No powiedzcie sami, kto z Was nie zna tego uczucia?

Źródło obrazka: OpenClipart-Vectors, Pixabay

sobota, 18 marca 2017

Geek ze szponami Wolverine'a



Kochani popkulturyści, nie zjadajmy się, dobrze...?

W poprzedniej notce odniosłam się do tekstu Lidii Pustelnik z NaTemat.pl pt. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<”. Podczas gdy na znany mi wycinek nerdowskiego/geekowskiego Internetu tekst zadziałał jak płachta na byka, ja stwierdziłam, że opisywany w nim odbiór kina jest mi w pewien sposób bliski. Pominęłam jednak wątki, których najczęściej czepiali się internetowi dyskutanci – w najbardziej chyba wyczerpującej formie przedstawiła je na swoim blogu Zwierz Popkulturalny – a mianowicie zarzuty seksizmu i nagannej wyższości wobec fanów popkulturowego kina. Dziś chciałabym wrócić na chwilkę do tych właśnie tematów.


Zatem jeśli chodzi o zarzut seksizmu w tekście Pustelnik – cóż, to, czy komuś w ogóle przeszkadzają stereotypy płciowe, to kwestia światopoglądu. Przykładowo, ja osobiście źle reaguję tylko na te, które są podawane w sposób pogardliwy, agresywny, umniejszający przedstawiciela danej płci jako człowieka. Tu, na tyle na ile rozumiem, mamy stereotyp poniekąd neutralno-pozytywny – kobieta, według autorki artykułu, to istota subtelna, nieco wyniosła, skłonna wybierać rozrywkę na dobrym poziomie; stereotypowy mężczyzna to natomiast bezpretensjonalny nerd świetnie bawiący się na filmach gatunkowych. Rozumiem, że ten obrazek może budzić pewną irytację przez fakt, że często okazuje się po prostu nieprawdziwy, bo wiele z nas w praktyce do takiego stereotypu nie przystaje, ale co w tym obraźliwego?


Oczywiście, tu znowu wchodzi kwestia światopoglądu, bo mogą poczuć się urażeni płciowi konstruktywiści, dla których niewłaściwe będzie podkreślanie jakiejkolwiek różnicy między płciami poza trzeciorzędnymi fizjologicznymi. Rozumiem. Ale zdajmy sobie jednak sprawę, że naprawdę nie wszyscy jesteśmy konstruktywistami. Wielu ludzi nadal uważa, że płeć – i różnice między płciami – to coś ważnego nie tylko w kwestii biologii i chyba nie warto wyzywać ich od idiotów tylko dlatego, że działają w innym paradygmacie.


Osobiście jak najbardziej jestem w spektrum odbiorców ludycznej superbohaterszczyzny czy kosmicznych nawalanek i nie wpasowuję się przez to w schemat zastosowany przez autorkę, kojarzącą kobiecego widza raczej z jakimś subtelnym, poetyckim filmem w kinie studyjnym. Pomimo to, nie mam absolutnie nic przeciwko temu unoszącemu się gdzieś przede mną w myślosferze nieosiągalnemu ideałowi kobiecości, który przypomina, by czasem choć spróbować wypracować w sobie odrobinę stereotypowej subtelności i wyrafinowania. Wprost przeciwnie, byłoby mi strasznie smutno, gdyby tego ideału nie było, albo gdyby był identyczny dla kobiet i mężczyzn, i jakoś się cieszę, że Pustelnik mi o nim przypomniała.


Ale tu pojawia się zarzut drugi, dotyczący nastawienia autorki artykułu do nerdów/geeków. Faktem jest, od insynuacji, że jeśli lubi się filmy superbohaterskie, to jest to znak, że nie jest się inteligentnym czy trzeźwo myślącym, może zrobić się przykro. Powiedzmy sobie jednak szczerze – takie kulturowe wojenki między zwolennikami poszczególnych dzieł czy nurtów (tu – popkultury vs ambitnego mainstreamu), w których ciśnie się zwolennikom opcji przeciwnej, to nic nowego i jeśli chce się brać udział w dyskusji o kulturze, chyba warto się na to uodpornić.


Tu problem dodatkowo polega jednak na tym, że autorka nie tylko beszta pewną grupę dyskutantów, ale dodatkowo popełnia błąd rzeczowy. Umknął jej mianowicie fakt, że popkultura coraz bardziej się z tym wspomnianym wcześniej ambitnym mainstreamem miesza. Wiadomo już nie tylko w branży, że filmami i serialami gatunkowymi coraz częściej i wnikliwiej zajmują się poważni badacze naukowi a powiązanie ich fabuł z rzeczywistością społeczną jest tak silne, że sposób przedstawienia w nich poszczególnych grup społeczeństwa staje się sprawą nieledwie najważniejszą. Kwestia, czy rzeczywiście inteligentny odbiór popkultury i wrażliwość na reprezentację wykluczonych grup w sformatowanych marketingowo blockbusterach jest czymś równie wartościowym, jak kontemplacja dzieł „wysokich” i moralnych kwestii, jakie podnoszą, pozostaje (przynajmniej dla mnie) otwarta. Tym niemniej, w obecnej sytuacji dużo bardziej chwiejnie, niż choćby parę lat temu, gdy jeszcze się o tym wszystkim w Polsce powszechnie nie mówiło, brzmi teza, że fani popkulturowych filmów i seriali są mało inteligentni albo oderwani od rzeczywistości.


Autorka z NaTemat.pl nie zauważyła też, że w ciągu ostatnich paru lat kultura geekowska zaczęła być u nas po prostu modna. Te „parę lat” to oczywiście karkołomna generalizacja, ale powołuję się na opinie zacnych gości panelu pt. „Co fantastyka traci przechodząc do mainstreamu?”, któremu gospodarzyłam na Falkonie '2016. A co do mody na geekowską kulturę – kto bywa na Pyrkonie, ten wie. Kto był ostatnio na dowolnym filmie superbohaterskim i próbował później przyznać się w towarzystwie, że go za bardzo nie wzięło, też wie. Osoba zaprawiona w przekornym odbiorze kultury oczywiście wybrnie, ale jednak intuicyjnie i tak czuje się, że to trochę poruta. Trochę tak, jakby piętnaście lat temu przyznać się, że woli się różowy pop od prog rocka. I to właśnie na filmowy pop – w żadnym wypadku nie na lekceważenie go w czambuł i wynoszenie pod niebiosa „kultury wysokiej” – najwygodniej się dziś, jeśli ktoś lubi, snobować.


Na tym polega chyba największy błąd dziennikarki z NaTemat.pl – swój tekst napisała jako pewna siebie mainstreamowiczka podśmiewająca się ciepło z niszowego zjawiska, a tu nagle okazało się, że jest osobą o niemodnym i niecenionym (od niedawna) punkcie widzenia, która usiłuje zadzierać z silnym i potrafiącym się doskonale i agresywnie bronić mainstreamem.


Bo to, jak łatwo przyszło oburzonym popkulturystom, w tym Zwierzowi, przypisać autorce „Godzilli, Logana i innych...” głupotę czy drańskość, to moim zdaniem kolejny czytelny dowód na to, że staliśmy się, jako geekowie czy fantaści, kulturowym hegemonem, który po dekadach niszowości i niedocenienia powstał w końcu z kolan i który ma już prawo osądzać, co w kulturowej dyskusji wolno, a co nie i kto (parafrazując Zwierza) siedzi w paskudnej, ciemnej dziurze, a kto stąpa w słońcu.


Mnie osobiście (pomimo atencji dla popkulturowej wiedzy dyskutantów, a także – w wypadku Zwierza – mimo pewnej ciepłej, przekraczającej różnice poglądowe sympatii dla jej moralistycznego zacięcia i skłonności do patosu) trochę rozdrażniło to autorytarne, świadome własnej przewagi osądzenie przez fandomitów autorki z NaTemat.pl. Jakoś wolałam tę skromną, bezpretensjonalną, nawet nieco zakompleksioną niszowość, którą widywałam w fandomie – i w sobie samej – jeszcze do niedawna.


Ktoś powie, że flejm przeciwko tekstowi z NaTemat.pl wynikł nie z uczucia przewagi, a z kwestii etycznych, z chęci poskromienia bucerii. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby ta lekka geekosceptyczna wyższość autorki artykułu o „innych Kongach” była w jakikolwiek sposób moralnie gorsza od wyższości, którą wobec niej zamanifestowali internetowi polemiści – wyższości konstruktywistów nad esencjalistką czy modnych geeków nad niemodną geekosceptyczką. Wprost przeciwnie – polemiści byli od autorki wspomnianego tekstu o niebo bardziej kostyczni i mniej przebierali w słowach, co świadczy o nich mocno na minus.


Zresztą w ogóle wydaje mi się, że każdy z nas, fanów i amatorskich (lub nie) komentatorów kultury ma w sobie jakiegoś tam małego, wewnętrznego snoba, który czasem się ujawnia – a to, czy otoczenie temu snobkowi przyklaśnie, czy zmiesza go z błotem, zależy od aktualnej mody. Pod względem moralnym natomiast, stawiam taką nieśmiałą hipotezę, jesteśmy pod tym względem plus minus po jednych pieniądzach. I stąd moja, równie nieśmiała, prośba – może w takim razie spróbujmy nie wydrapywać sobie o to nawzajem oczu? Nawet jeśli kulturowa moda wyposażyła chwilowo nas, fantastów i popkulturystów, w argumentacyjne szpony godne Wolverine'a.



Pustelnik, Lidia. 2017. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<”. NaTemat.pl. (http://natemat.pl/203647,godzilla-logan-i-inne-kongi-czyli-jak-inteligentna-trzezwo-myslaca-kobieta-ma-przetrwac-na-filmie-dla-nerdow) (data pobrania: 15 marca 2017) 
„Głupoty, pierdoły i inne idiotyzmy czyli jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przeczytać artykuł na >NaTemat<”. 2017. Zwierz popkulturalny.(http://zpopk.pl/glupoty-pierdoly-inne-idiotyzmy-czyli-inteligentna-trzezwo-myslaca-kobieta-przeczytac-artykul-natemat.html#ixzz4bcSjfFTq) (data pobrania: 17 marca 2017)

poniedziałek, 8 lutego 2016

Bądź mądry, bądź jak recenzenci z Lubimy Czytać, czyli gdy przypili cię klasyka

Czytam kolejne notki z Recenzji z Lubimy Czytać. Zaglądam do komentarzy, wściekam się. Przemyśliwam o tym jakiś czas, przychodzi mi do głowy jakaś teoria. Zapisuję. W międzyczasie w prasie albo necie pojawia się kolejny komentarz na temat całego zjawiska. Czytam, wściekam się. Wprowadzam poprawki w notatkach. I tak w koło Macieju.

W skrócie dla tych, którzy nie znają sprawy: Recenzje z Lubimy Czytać to facebookowy fanpejdż, na który wklejane są opinie internautów z portalu Lubimy Czytać dotyczące klasycznych dzieł literackich. Recenzje czasem zawierają błędy rzeczowe, częściej jednak ich autorzy po prostu interpretują klasykę według własnych, subiektywnych skojarzeń – a to bazujących na popkulturze, a to na światopoglądzie czytającego, a to na jakimś porównaniu z życia wziętym. Całość ma, jak rozumiem, wywoływać efekt komiczny, tzn. mamy poczuć się lepsi od autorów opinii jako ci, którzy lepiej potrafią interpretować klasyczne dzieła i mogą pośmiać się z ich głupoty.

Wklejki z tych amatorskich recenzji śledzę z sympatią, komentarze publicystyczne na ich temat – z irytacją i rosnącym wrażeniem wyobcowania. Już myślałam, że uratuje mnie Żulczyk w bieżącej Polityce (nr 6 (3045), 3.02.-9.02.2016), bo jego felieton „Beka i kara” był reklamowany jako obrona czytelników wystawianych na pośmiewisko na fanpejdżu. Ale nie, mówi mniej więcej to, co inni. Ta sama żartobliwa, protekcjonalna wyższość, to samo założenie, że te „łobuzy”, które ośmielają się te książki czytać poza kontekstem epoki albo oceniać je negatywnie, to jakiś inny, gorszy typ człowieka, który musi ewentualnie dopiero dorosnąć do prawdziwej lektury.

Złości mnie i smuci i sam fakt istnienia Recenzji z Lubimy Czytać, i ta afera wokół nich. I tak, oczywiście, powodem tej irytacji jest moja urażona duma. A to dlatego, że wykpiony na RzLC sposób czytania klasyki, uznany przez komentatorów za automatycznie wykluczający z szeregów inteligencji i/lub niedojrzały – czyli czytanie potoczne, subiektywne, niekoniecznie poprzedzone wnikaniem w konteksty, traktujące książkę bardziej jako artefakt dnia dzisiejszego i własnego życia czytelnika, niż element epoki, w której powstała – to coś, co sama z chęcią praktykuję, pomimo niegimnazjalnego wieku i humanistycznego wykształcenia. Lubię tak klasykę czytać i lubię w ten sposób o niej rozmawiać. A kiedy najdzie mnie na to ochota, nie zawaham się również w takim subiektywnym, ahistorycznym duchu o klasyce napisać – zresztą robiłam już tu takie próby.

No właśnie, bo czytanie czytaniem, ale co ma zrobić czytelnik-amator, kiedy zachce mu się opisać wrażenia z lektury jakiegoś klasycznego dzieła? Na portalu takim jak Lubimy Czytać, na forum, na blogu? Po odrzuceniu przesądów typu że nie wypada, ja nie godzien, wychodziłoby na to, że główny problem to gigantyczny, w porównaniu z tym, do czego jesteśmy przyzwyczajeni przy bardziej popkulturowym pisaniu, stan badań. Tak długo, jak piszemy o nowościach i/lub literaturze gatunkowej, mamy w miarę fajnie, bo często wystarczy odpalić wyszukiwarkę i już plus minus wiadomo, co o danej książce zostało napisane, do czego warto się odwołać, a czego napisać już nie możemy, żeby nie powtórzyć po poprzedniku. Ale co jeśli przeczytało się właśnie coś z klasyki, głowę ma się pełną wrażeń i chciałoby się to uzewnętrznić, a tu nagle brakuje czasu i kwalifikacji, żeby przedrzeć się przez stu- czy dwustuletnie zwały pism teoretycznoliterackich poświęconych tej książce, a co więcej, możemy mieć podejrzenia, że w tychże zwałach opisano już wszelakie mądre, obiektywne i szanujące kontekst teorie interpretacyjne, jakie można było na temat tego dzieła wysnuć i czegokolwiek byśmy w tej kwestii nie zrobili, narażamy się na powtarzalność, jeśli nie plagiat?

Moja robocza odpowiedź jest następująca: nie da się tego zrobić inaczej, niż tak, jak robią to czytelnicy z Lubimy Czytać. I właśnie dlatego nie ma co się z nich śmiać. Wydaje mi się, że pisanie o klasyce tak, jak oni – z perspektywy swojego bąbla kulturowego, przez pryzmat własnych, wybiórczych doświadczeń książkowych czy filmowych (w tym całkiem popkulturowych), z użyciem wszelakich dziwnych, eklektycznych skojarzeń, jakie przychodzą w danym momencie do głowy, z odniesieniem do bieżących spraw, memów, własnych przeżyć – to jedyny sposób, żeby napisać o klasycznym dziele coś, co będzie oryginalne, a nie będzie wymagało przeprowadzenia wcześniej regularnych badań literaturoznawczych. Tło historyczne i kulturowe klasycznego dzieła, adekwatne fakty z biografii autora czy też oficjalna, „poprawna” interpretacja to coś, co raczej dawno opracowali lepsi od nas. Ale jest prawie pewne, że nikt nie uprzedzi nas w skromnym, subiektywnym opisaniu, jak czytana właśnie przez nas powieść Hugo czy opowiadanie Czechowa ma się do wątku z jakiegoś współczesnego filmu, widoku, jaki mamy z okna, ulubionej piosenki albo czegoś, o czym aktualnie jest głośno w mediach, a co nam się jakoś subiektywnie skojarzyło z książką. Nie wątpię, że większość tego typu skojarzeń nie porwie tłumów ani nie zrewolucjonizuje sposobu patrzenia na dane dzieło, ale my będziemy szczęśliwi, bo się wywnętrzyliśmy, a przy tym będziemy mieć niemal pewność, że taka interpretacja, jak nasza, nigdy wcześniej nie powstała. A jeśli mamy talent, to kto wie, może nawet to nasze pisanie okaże się ciekawe.

Pomysł przyszedł mi do głowy pod wpływem tekstów z RzLC (i co tu dużo mówić, własnych ciągot, bo np. tekst o Krúdym to jak niby pisałam?), ale konsultacja z koleżanką, która siedzi w branży, uświadomiła mi, że jest nawet taki przyjemny nurt krytycznoliteracki, zwany prezentyzmem, który podobną procedurę – czytanie dzieł nie tyle przez ich historię, co przez współczesnej konteksty – w mądrzejszej, bardziej dopracowanej wersji stosuje do całkiem poważnej analizy literaturoznawczej (więcej można sobie o tym przeczytać np. tutaj).1 Jesteśmy więc po bezpiecznej stronie.

Zresztą podobne literaturoznawcze alibi można by znaleźć dla niejednej recenzji wyśmiewanej na RzLC. Trochę mi się chce śmiać, że już taki szmat czasu temu przetoczyły się przez literaturę takie burze, jak postmodernizm mieszający sacrum z profanum i patchworkujący style i epoki, dekonstrukcja rozpierniczająca „oficjalne” sposoby odczytywania tekstów, czy też proklamacja śmierci autora dokonana przez Rolanda Barthes'a, a tymczasem subtelni intelektualiści w komentarzach pod postami RzLC nadal dostają raka, napadów śmiechu albo serca palpitacji, kiedy komuś się Dostojewski skojarzy z kryminałem a Gra w klasy Cortázara – z mieszanką nie zawsze smacznych czekoladek, albo kiedy Gombrowiczowi dostaje się za przesadzanie z formą i stylem. Podobnie bawi mnie fakt, że literaturoznawstwo już dawno zdało sobie sprawę, że można czytać teksty przez pryzmat określonej wrażliwości politycznej, przez co mamy krytykę marksistowską, feministyczną, gejowską, ekokrytykę i co tam nie jeszcze, a na RzLC czymś tak niesamowicie śmiesznym dla autorów komentarzy okazuje się fakt, że ktoś krytykuje Sto lat samotności za seksualną nieobyczajność bohaterów albo Mistrza i Małgorzatę – za sceny nieprzyjemne dla wegetarian. No co, też patrzenie na literaturę przez pryzmat etyki, tylko orientacje etyczne inne. W sumie wydaje mi się, że takie analizowanie książek z perspektywy swojego systemu wartości – przyjęcie takiej własnej, jednostkowej, prywatnej krytyki politycznej – to kolejny sposób na oryginalność dla książkowego interpretatora-amatora.

A zatem, w skrócie – bronię subiektywnego, ahistorycznego odczytywania literatury, uważam, że jest ono sensowną opcją w amatorskim pisaniu o klasycznych dziełach, a poza tym na takie czytanie są odpowiednie paragrafy w teorii literatury. Recenzenci z Lubimy Czytać są w dechę. Trudno mi się to wszystko pisało. Nie jest to moja działka, poza tym temat z gatunku tych bardziej ogólnych, a ja wolę mikroskalę. Jeśli ktoś mnie złapał na jakimś błędzie albo głupstwie, niech da znać. Ale nie chciałam tej całej sprawy z Recenzjami z Lubimy Czytać zostawiać bez komentarza, bo skoro weszło w modę publiczne mieszanie z błotem amatorskiego pisania o klasyce, a ja tu, na Samej porcelanie, z rozmysłem stosuję rejestr amatorski i lubię zestawiać gatunki wysokie z niskimi, to wypadało się jakoś wytłumaczyć. Zresztą kiedy wybuchła ta afera, miałam właśnie pomysł na notkę o czymś kosmicznie klasycznym, ale w ujęciu bardzo dyletanckim. Pomyślę, może ją wrzucę, jeśli się nie będę za bardzo bała.



P.S. Wiadomość z ostatniej chwili: na stronie Recenzje z Lubimy Czytać ukazał się właśnie (7.02.2016) post w odpowiedzi na tekst Żulczyka, w którym gospodarze deklarują sympatię do czytelników z Lubimy Czytać i radość z tego, że wyżej wymienieni „nie wierzą w kanon” i „mają odwagę podzielić się swoją czytelniczą frustracją”. W sumie sympatycznie, chociaż moja duma czytelnicza jest nadal urażona. Pod postem komentarze, spośród których część hejtuje już Żulczyka, część – nadal czytelników z Lubimy Czytać, a jeden – czytanie jako takie. Cudowności.



1Fernie, Ewan. 2005. „Shakespeare and the prospect of presentism”, [w:] Holland, Peter. 2005. Shakespeare Survey: Volume 58, Writing about Shakespeare. Cambridge: Cambridge University Press, 169-184. (https://books.google.pl/books?id=jbjHkT1W1UgC&printsec=frontcover&hl=pl&source=gbs_ge_summary_r&cad=0#v=onepage&q&f=false) (data pobrania: 07.02.2016)

środa, 23 grudnia 2015

„Smok” Bagińskiego i kobiety



30 listopada miał premierę krótkometrażowy filmik fantastyczny pt. Smok w reżyserii Tomasza Bagińskiego. Kto jeszcze nie miał okazji, może go sobie zobaczyć tutaj – dajcie szansę, to tylko 13 minut, będziecie wiedzieli, o czym piszę. Tym bardziej, że sadzę w tej notce spoiler za spoilerem.


Cóż mogę powiedzieć? Fajny statek i sympatyczne roboty, fabuła prościutka, gdzieniegdzie jakby niedopracowana, a gdzieniegdzie okraszona kuriozalnymi pomysłami. Generalnie, filmik spłynąłby po mnie jak woda po kaczce, gdyby nie to, że Łaku w fejsowym wpisie wywołał temat sposobu przedstawienia w Smoku postaci kobiecych. Wpis jest w statusie dla znajomych, cytuję za zgodą autora:


Obejrzałem "Smoka", Bagiński dostarcza sporo zabawy. Nawet nie wiem czy nad takim pół serio szortem pochylać się z jakimiś serjaśnymi uwagami ale leży sposób prezentowania kobiecych postaci - albo są przechwytywaną nagrodą dla obu stron, albo nadtroskliwą i nie do końca zorientowaną mamą protagonisty. Bo i po co pokazywać że się pogrywa z legendą i z smoka robi terroryste w wunderwaffe skoro tak naprawdę się z nią nie pogrywa. Razi zwłaszcza ta inspiracja "Ghost in the Shell", gdzie przecież (chyba w serialu), pada bardzo fajne pytanie do głównej bohaterki-cyborga spod znaku - możesz mieć każde ciało, dlaczego zostałaś przy kobiecym? A tutaj mamy sprowadzenie całości do high-techowej owcy wypchanej siarką i smołą. (…)
(Łaku na swym profilu na Facebooku, 30.11.2015r.)


Ghost in the Shell nie oglądałam – wygląda na to, że rzeczywiście Bagiński zepsuł ciekawy intertekstualny motyw i strywializował, sądząc po przytoczonym zdaniu, fajny sposób spojrzenia na kobiecość. Co do pozostałych rzeczy, to poczułam się na tyle zaintrygowana, że obejrzałam Smoka jeszcze raz, skupiając się właśnie na wizerunku kobiet. Poniżej subiektywne wnioski. Ton lekko polemiczny nie odnosi się do wpisu Łaka (któremu jestem generalnie wdzięczna za inspirację do zabawy w taką analizę i zapodanie motywu z Ghost in the Shell), ale wynika z mojego ogólnie przekornego nastawienia do tematu przedstawiania kobiet w kulturze.


Rzeczywiście, sporo (chociaż nie wszystkie – o tym za chwilę) scen ze Smoka z udziałem kobiet pokazuje bohaterki stereotypowo: kobieta bajerowana przez mężczyznę, bezwolnie przezeń uprowadzona, czy też naiwnie zatroskana o swoje dziecko. Mam jednak wrażenie, że stereotypizacji poddane są w tym filmie wszystkie postaci. Stereotypowo, przy użyciu wyświechtanych klisz pokazani są mężczyźni (macho – Kamczatkow, rycerz na białym koniu – Janek), przedstawiciele władz (oczywiście nieskuteczni i biorący łapówki), dziennikarze (koniecznie wścibscy i zadające debilne pytania), paneliści w TV (wiadomo, nic mądrego nie powiedzą, tylko się pokłócą), Rosjanie (Kamczatkow jako muzykalny brutal-romantyk), czy krakowianie (ich główną motywacją, by w ogóle wyjść z domu, jest zakup precli, vide 7:10). Taki sposób pokazania postaci jest strasznie dziwny, bo sugerowałby, że Smok to jakaś komedia charakterów, co jest nieprawdą, bo to przecież film(ik) akcji i komediowo przerysowani bohaterowie gryzą się z konwencją. Zamiast śmiesznie, jest zatem kuriozalnie, a dla widzów wrażliwych na stereotypy – potencjalnie krzywdząco.


To, że w kwestii stereotypów kobiety nie są, moim zdaniem, przedstawione w Smoku gorzej od innych grup bohaterów, nie znaczy, że nie ma w filmie scen, gdzie żeńskie bohaterki są źle traktowane. Niektóre momenty wywołały na mnie naprawdę przykre wrażenie. Zrobiło mi się niemiło, kiedy Kamczatkow pogardliwie wziął pod brodę Olę, gdy ta próbowała go atakować (6:25). Komentarz z Internetu z 7:10 o tym, że porwanym dziewczynom się należało, to chamski victim blaming, a rada, by kobiety nie wychodziły w ogóle z domów, by ustrzec się porwania – protekcjonalność i niemiłe ograniczenie wolności. Co prawda nie rozumiem feministycznego hejtu na komplementowanie kobiet, nawet w sytuacjach nieadekwatnych, ale telewizyjny komentarz z 11:51 na temat dopiero co wyswobodzonych ofiar porwania, informujący, że „wyglądają ślicznie” zrobił na mnie dość mroczne wrażenie: naprawdę, w sytuacji potencjalnego zagrożenia życia ważniejsze są inne rzeczy. A następujące zaraz potem pytanie dziennikarza do jednej z ofiar (11:52), czy Kamczatkow był „oziębły” i miał „nieświeży oddech”, to już w ogóle mrok. Wprawdzie wszelakie przesłanki wskazują na to, że Smok nie dopuszczał się na swoich więźniarkach żadnych aktów przemocy, w tym seksualnej (nie ma takich scen w filmie a dziewczyny po wyjściu z niewoli nie wyglądają na straumatyzowane), jednak skoro dziennikarz tak pyta, to zapewne sam uznaje, że przemoc seksualna jednak była, a w takim przypadku są to dość ohydne żarty.


W tym momencie nasuwa mi się jednak pytanie – i co z tego, że źle się czuję, oglądając te sceny? Na pewno te ordynarne zachowania bohaterów świadczą jakoś o nich samych i przyczyniają się do ich charakterystyki – możemy sklasyfikować internautów ze Smoka jako prymitywów, a dziennikarza – jako pozbawionego empatii idiotę. O samych bohaterkach-kobietach te akurat momenty filmu mówią niewiele. Osoba wierząca w to, że poprzez teksty kultury można i należy wychowywać społeczeństwo, może tu rzeczywiście znaleźć garść niewychowawczych przykładów. Ja akurat w tę wychowawczą rolę nie wierzę, więc powyższe swoje wrażenia odbieram po prostu na zasadzie „OK, ten utwór wywołał we mnie takie i takie emocje”.


Zresztą nawet jeśli by potraktować sztukę filmową jako potencjalny oręż do walki z nierównością płci, to Smok nie pokazuje kobiet wyłącznie jako słabych, biernych dam w opałach. OK, główne wątki – porwanie głównej bohaterki, dziewczyny więzione przez Kamczatkowa czy kobieta-cyborg, która nic nie robi – rzeczywiście pokazują kobiety jako postaci pasywne. Ale jest też sporo motywów, gdzie zaakcentowana jest siła kobiet i ich status równy męskiemu.


Rozumiem, na ten przykład, że postać mamy Janka nie kojarzy się z emancypacją, bo to taka stereotypowa mama. Z drugiej jednak strony, ma ona przemożny wpływ na syna (funkcja „Kontrola rodzicielska” w komputerze; telefon podczas akcji z cyborgiem), więc nawet jeśli jest stereotypowa, to jednak jednocześnie silna i mająca kontrolę.


Poza tym, kobiece bohaterki Smoka nie są ciągle sztampowo słodkie i miłe – są w filmie sceny, gdzie okazują złość, używają mocnego języka, a nawet przemocy: Ola, która ostatecznie daje się udobruchać, ale jednak reaguje gniewem, kiedy Janek ją filmuje (1:26); internautka Kasia Kowalskia [sic!] z 5:46, ucinająca seksistowskie komentarze na temat porwanych dziewczyn słowami „Co ty p******lisz gościu?!”, znów Ola, rzucająca się z pięściami na Kamczatkowa (6:25), czy też jedna z uwięzionych dziewczyn fizycznie atakująca wścibskiego dziennikarza (11:53).


Szczególnie ciekawa jest postać panelistki z telewizyjnej debaty (3:59). Już przez sam fakt, że w takim panelu bierze udział kobieta, robi się bardziej równościowo, niż w realu, gdzie często słychać narzekania, że do programów politycznych są zapraszani praktycznie tylko politycy-mężczyźni. A w Smoku kobieta-panelistka nie dość, że jest, to jeszcze wykazuje się największą stanowczością: po jakimś czasie niemrawej pogawędki na wizji, to ona nadaje ton, pytając surowo: „Jak można dogadać się z gangsterem?” (4:12), a kiedy pozostali rozmówcy – mężczyźni – nadal nie wykazują chęci do konstruktywnej dyskusji, energicznie opuszcza studio (4:26).


Wątek romantyczno-ratunkowy między Jankiem a Olą istotnie jest stereotypowy, ale Ola wykazuje inicjatywę, sama przysiadając się do Janka w 12:24 i dopominając o obiecane kino. Poza tym na początku filmu (1:05) widzimy ją, jak gra w kosza w mieszanym składzie, więc można wnioskować, że i krzepę fizyczną ma nie gorszą od facetów.


Co do równouprawnienia obyczajowego, to warto zauważyć, że dwuznaczne fotki robi w Smoku nie tylko bohater męski bohaterce żeńskiej (Janek fotografujący Olę), ale i bohaterka żeńska bohaterom męskim (Pinky Dragonetta robiąca zdjęcia skaterom w 1:00). W tej kwestii jest więc jeden do jednego. Przyznam się, że sama nie wiem, co w kwestii obyczajowości myśleć o fascynacji Kamczatkowem, jaką przejawia Pinky Dragonetta i internautka Dominica (ta ostatnia w bardzo bezpośredni sposób, słowami „Bierz mnie, Smoku!!!” w 7:09). Bo z jednej strony jest to takie wiernopoddańcze i tak naprawdę stereotypowe, ale z drugiej – no, mówią jednak dziewczyny, czego chcą, prawda?


A, no i nie żeby akurat mnie te wszystkie powyższe rzeczy, jako odbiorczynię, ziębiły czy grzały – pozbierałam je tylko po to, by pokazać, że bohaterki Smoka to jednak nie stuprocentowe ciepłe kluchy i pewne cechy stockowej Silnej Postaci Kobiecej można u nich znaleźć.


A część z przedstawień kobiet i tematów okołokobiecych w Smoku, pomimo pewnej kontrowersyjności, po prostu mi się spodobała. To cukierkowe, przerysowane zauroczenie Oli i Janka, z tymi ich uśmiechami i zacukaniem, oglądało mi się uroczo, wprost proporcjonalnie do tego, jak bardzo jest zapewne od czapy psychologicznie (no bo kto się jeszcze dzisiaj potrafi tak cieszyć drugą osobą i się tego nie wstydzić, no kto?). Nie ruszył mnie negatywnie motyw z filmowaniem i to, że Ola uznała je za komplement – ostatecznie, chodziło o zupełnie jawną sytuację w miejscu publicznym a Janek nie miał złych zamiarów. I motyw z mamą cieszącą się, że syn ogląda zdjęcia (ubranych!) dziewczyn a nie robotów, choć głupawy i moralnie wątpliwy, też ma jeden pozytywny aspekt. Przecież samotność i ucieczka w technologię to też poważny problem społeczny. Może mama Janka, przypominając synowi w taki, nieco koszarowy sposób, że ludzie są jednak ważniejsi niż przedmioty, przed czymś – na przykład taką właśnie samotnością i ucieczką – go uratowała?


Podsumowując, wrażenia co do wizerunku kobiet w Smoku mam mieszane, ale bardziej pozytywne, niż negatywne. Pewnie częściowo powodem są moje osobiste popkulturowe preferencje – niespecjalnie rusza mnie kult silnych bohaterek i odwracania tradycyjnych ról genderowych wszędzie, gdzie się da. Ale nawet pomijając to, myślę że taki właśnie sposób przedstawienia kobiet – zresztą, po dokładniejszym przyjrzeniu się, nie taki jednoznacznie stereotypowy – po prostu pasuje do stylistyki filmu i – szerzej – cyklu Legendy polskie. Po obejrzeniu drugiego filmu z cyklu – Twardowskyego – zdałam sobie sprawę, że przaśność, która wychodziła tu i ówdzie w kreacji postaci kobiecych w Smoku, to – stety bądź niestety – klamra kompozycyjna obu filmów. W Smoku mamy przaśnie przedstawione i przaśnie traktowane kobiety, a w Twardowskym główny bohater urządza w statku kosmicznym ołtarzyk z kibolskimi gadżetami i wykazuje się stereotypowo polskim cwaniactwem i niesubordynacją. Może zatem klisze w przedstawianiu i traktowaniu kobiet, w jakie na pierwszy rzut oka obfituje Smok, można odczytać również na zasadzie satyry na seksizm jako jeszcze jedną naszą narodową przywarę?




P.S. W grudniowym Regularniku Drugiej Ery moja recenzja Antipolis Tomasza Fijałkowskiego, a konkretnie m.in. dlaczego Antipolis jest fajną opowieścią o apokalipsie (bo są tam kawiarenki i kamieniczki) a Mad Max niefajną (bo brudno, obskurnie i dużo rdzy). Innymi słowy, porcelana level hard. Zapraszam!