Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język i komunikacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język i komunikacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2022

Podsumowanie roku 2022. #1 Juhani Karila, "Polowanie na małego szczupaka"

Zbliża się koniec roku, pora podsumowań. Przedstawiam serię kilku wpisów o tym, co mnie w 2022 roku zajęło i/lub ucieszyło na niwie literackiej, audiowizualnej i duchowej. Niezależnie od daty publikacji, bo jak zwykle liczy się tylko me, myself and I. Dziś powieść Polowanie na małego szczupaka, której autorem jest fiński pisarz Juhani Karila.

Jeśli kogoś, o dziwo, nie pociągają Kalevala, bąki, lingwistyka i sitowie, to Polowanie na małego szczupaka warto przeczytać też dla wątku obyczajowego i fabuły.

 

Tę książkę zapośredniczyli nam znajomi, miałam okazję czytać ją w warunkach bardzo sprzyjających eskapizmowi i jako wyzwalacz owego eskapizmu sprawdziła się wyśmienicie. Jest to dziejąca się podczas lapońskiego lata mocno fantastyczno-baśniowa, dość przaśna i zabawna, trochę kryminalna, trochę obyczajowa historia o dziewczynie, która z pewnych tajemniczych powodów co roku przybywa w swoje rodzinne strony, by upolować tytułową rybę. 

 

Ponieważ od czasu licealnych poszukiwań tolkienowskich kocham wszystko, co fińskie, już to było powodem, bym z entuzjazmem podeszła do tej książki. Kolejnym plusem dla mnie był komizm - począwszy od przaśnych historyjek takich, jak legenda o bożku Pierdunie, wpasowujących się idealnie w moje przedszkolne poczucie humoru, skończywszy na komizmie językowym - tłumacz, Sebastian Musielak, w bardzo udatny, zabawny, a zarazem w pełny szacunku sposób spreparował gwarę mającą oddawać dialekt Lapończyków. Trzeci powód, dla którego wsiąkłam w tę książkę, to sceneria. Kocham szuwary i zarośla, kojarzą mi się z rodzinnymi stronami a i obecnie uwielbiam wśród nich wędrować, a w Polowaniu na małego szczupaka mamy tego mnóstwo. Zresztą Elina, główna bohaterka, to jest taka właśnie szuwarowa dziewczyna, znająca się na przyrodzie i dobrze w niej funkcjonująca, przez co mocno się z nią identyfikowałam. 

 

Choć nie tylko przez to. Gdybym czytała tę książkę osiem czy dziesięć lat temu, pewnie strasznie spłakałabym się nad zakończeniem (bo wypada zaznaczyć, że jeśli kogoś, o dziwo, nie pociągają klimaty Kalevali, dowcipy o bąkach, eksperymenty lingwistyczne i sitowie, to Polowanie na małego szczupaka warto przeczytać również m.in. ze względu na łapiący za serce wątek obyczajowy i angażującą fabułę). Ale przeczytałam teraz, więc mogłam tylko pogodnie podumać, czego więcej byśmy się dowiedzieli, gdyby akcja potoczyła się tydzień, miesiąc czy rok dłużej.

 

Niebawem pojawią się kolejne odcinki podsumowania, pozostańcie na łączach.


Karila, Juhani, Polowanie na małego szczupaka. Przełożył Sebastian Musielak. Gdańsk 2021: Marpress. 

Obrazek autorstwa Gordon Johnson z Pixabay

sobota, 8 lutego 2020

Duchowa dieta na literę „M”. Vol. 1: Mata, czyli znów przeżuwam piosenki



Kumpela ostatnio dietuje i przesyła różne zdrowe przepisy ze swojej diety, jak już sama wypróbuje i stwierdzi, że smaczne. Pomyślałam, że zrobię coś podobnego i podzielę się z Wami namiarami na trzy potrawy „dla ducha”, które najefektywniej odżywiały mnie przez ostatni kwartał. Łączy je to, że ich twórcy zwą się na tę samą literkę. Dziś o tym, co poznajdowałam w rapowych tekstach niejakiego Maty.

Używając niesamowicie prostych środków językowych (no, może z wyjątkiem
„przykładu” i „jarzębiny”), Mata
przekazuje całe doświadczenie sacrum.


Dlaczego rapsy Maty mnie urzekły? Bo uwielbiam takie sytuacje: być w otoczeniu niepięknym i niezbyt dobrym i nagle wśród takiego względnego syfu znaleźć Wielkie Piękno i Wielkie Dobro, którego człowiek się tam kompletnie nie spodziewał. (Jak już kiedyś wspominałam, najbardziej modelową sytuacją tego typu jest dla mnie motyw z Meisterem Eckhartem w „Oberkach do końca świata” Wita Szostaka, obczajcie.)


No i mamy młodziutkiego rapera, który składa rymy wprawdzie sprawnie, ale na ogół w tematyce niesprzyjającej zachwytom, a i forma tego bywa niekiedy chropawa. I nagle taki koleś wylatuje z kawałkiem „Żółte flamastry i grube katechetki”. Nie umiem nawet za wiele powiedzieć na temat tego, za dużo emocji. W sumie to bardziej napisałam ten wpis po to, żeby Wam dać znać, żebyście tego kawałka posłuchali i go wchłonęli, niż żeby wielce kminić na jego temat.


Dobra, jednak trochę pokminię. Podoba mi się u Maty to, że w swoich rapsach stosuje się do ewangelicznego „tak-tak, nie-nie”. Kiedy nie ma konceptu, po prostu nawija sobie o moralnym zepsuciu bogatej młodzieży, wyprawie do Freshmarketu albo przepitych feriach we Włoszech – czysta, klarownie przekazująca myśli narracja, bez językowych udziwnień albo banalnych frazesów o dźwięku potłuczonego szkła i księżycu, który głowę schował. Ale kiedy już ten koncept ma, wychodzą duże rzeczy.


Nie wiem, czy ktoś już wcześniej użył metafory o Bogu, który podnosi i całuje błądzącego człowieka jak całuje się chleb, który upadł, ale coś się od tego w człowieku takiego robi, że miałby ochotę powiedzieć tak swoim dzieciom, tłumacząc jak odnosić się do chleba, Boga i siebie. Albo „bo są rzeczy, których nie wolno nam pić/ i których nie wolno nam jeść/ jak na przykład jarzębina” – koleś, używając niesamowicie prostych środków, niemal prymitywów językowych (no, może z wyjątkiem „przykładu” i „jarzębiny”), przekazuje całe doświadczenie sacrum: tego, jak to jest być bardzo, bardzo młodym człowiekiem albo wyznawać bardzo, bardzo młodą religię. Skojarzyło mi się to ze Starym Testamentem i odświeżyło moje ciepłe uczucia do niego.


W innej piosence, „100 dni do matury” (podobnie jak na „Żółte flamastry”, zwrócił mi na ten fragment uwagę Ziuta – pozdro, ziom) mamy zwrot Maty do rodziców, w którym tłumaczy znaczenie swojej ksywy: „Jak się boicie, że zapomnę zatracając się w rapach/ to pamiętajcie MA jak mama TA jak tata” i to też mnie rozstraja niesamowicie. Pewnie dlatego, że każdy z nas, bez wyjątku, jest złożony z takich dwóch połówek, więc każdego ten temat jakoś rusza. Pewnie już pisałam, że w taki sposób mój pan od literatury tłumaczył siłę „Króla Leara” Szekspira: nie każdy człowiek przeżył zakochanie, nie każdy ma dzieci, wiarę albo wrogów, więc tekst o miłości, rodzicielstwie, świętości czy zbrodni nie przemówi do każdego, ale rodziców ma lub miał każdy.


No i generalnie wychodzi mi, że siłą tekstów Maty w miejscach, gdzie one są mocne, jest to, że dotyka tam rzeczy bardzo uniwersalnych. Mnie bardzo siedzi jeszcze w pamięci ten fragment z „Patointeligencji”: „miałem już (...) tak dość tego ciepła i piękna”, ale to już nie wiem, dlaczego, nie wpisuje mi się to w teorię. Chyba po prostu jest to dobra, przekonująca antyteza: czego jak czego, ale ciepła i piękna większość z nas naprawdę chce, a tu ktoś pisze, że miał go dość, więc budzi to jakieś uczucia.


Jeszcze jedna ważna rzecz odnośnie do „Żółtych flamastrów”: oprócz relacji z Bogiem i kwestii językowych jest tam bardzo piękny obraz męskiego dzieciństwa. I to nas ładnie prowadzi do kolejnej notki, gdzie też coś o tym będzie. Widzimy się niebawem, yo.

___

P.S. Jeśli komuś mało, to pod tym linkiem można znaleźć bardzo ciekawą i lepiej niż moja ogarniętą w temacie rapu recenzję albumu Maty autorstwa Macieja Wernio z Noizz.pl.

P.S.2 Już po napisaniu tego tekstu przesłuchałam kawałek Maty pt. „Konkubinat” i świadomość metajęzykowa, którą autor w nim pokazuje, to dowód, że to, o czym napisałam w notce, nie wyszło mu przez przypadek. A refren, w którym Mata wydaje przesterowane jęki bólu spowodowanego brzmieniem nielubianych słów, to kolejny motyw, który można by chyba nazwać uniwersalnym. No powiedzcie sami, kto z Was nie zna tego uczucia?

Źródło obrazka: OpenClipart-Vectors, Pixabay

poniedziałek, 12 marca 2018

Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa #2: Coś dla fanów fantasy (?)


Poprzednio wspomniałam, że powieść Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa Anny Borkowskiej nie jest według mnie typową fantasy. W międzyczasie trafiło do mnie sporo głosów – zarówno od współczytaczy, jak i fachowców – że książkę tę mają za fantasy bez żadnych zastrzeżeń. Cóż, nawiązując do ciut dawniejszej tradycji monastycznej – vox populi, vox Dei. Nie będę zatem – przynajmniej dziś – udowadniać, na ile Gar'Ingawi fantasy nie jest. Wprost przeciwnie – dziś opowiem o tym, co dla miłośnika tej literatury może być w powieści pociągające. Z problemami zmierzę się w kolejnej notce.


Zacznijmy od nakreślenia, o czym Gar'Ingawi w ogóle jest. A zatem, w neverlandowym archipelagu (ładnie wyrysowanym na mapce w pierwszym tomie), gdzie poszczególne wyspy noszą dźwięczne, nieindoeuropejskie nazwy, znajduje się maleńka wysepka, zwana przez mieszkańców Wyspą Szczęśliwą. Mieszkańcy ci prowadzą proste i niewinne życie – noszą białe ubrania, zajmują się rolnictwem i rybołówstwem, wiodą uregulowane życie rodzinne, nie znają zbrodni ani chciwości, a większość energii zajmuje im podobne do religijnej kontemplacji tzw. Oczekiwanie: czekają na kolejne przyjście Ora, Jasnego Brata, jednego z dwóch braci władających światem i uosabiających dobro i zło. W przeszłości Or podobno wielokrotnie pojawiał się na Wyspie, jednak w momencie rozpoczęcia akcji prawie nikt już tego nie pamięta.


W otaczających Wyspę rejonach świata bynajmniej nie jest tak spokojnie i kontemplacyjnie – pomiędzy zamieszkującymi je licznymi i nieraz przedziwnymi rasami zawiązują się handlowe sojusze, toczą się wojny, zawierane są i rozwiązywane strategiczne małżeństwa, rosną w siłę i podupadają narody i plemiona. Potomek władcy jednego z tych plemion, zwanego Dżugidami, pozbawiony szans na tron w swoim kraju, wpada na pomysł, jak podporządkować sobie nową ziemię: przypływa na Wyspę Szczęśliwą i udaje Ora, oszukując mieszkańców, że właśnie nastąpił Powrót. Plan się udaje a życie na Wyspie zmienia się nie do poznania. Na straży dawnych obyczajów i Oczekiwania zostają tylko cztery osoby – starzec i trójka dzieci...


NARESZCIE COŚ NOWEGO

Nawet jeśli mało udatnie to opisałam, to wydaje mi się, że już te pierwsze informacje o książce mogą podziałać zachęcająco na niejednego miłośnika fantasy. Mnie historia zaintrygowała od pierwszych dziesiątek stron.


Bo z jednej strony mamy doznania znane i przyjemne – wymyślony świat, różnorodność fantastycznych ras, pseudohistoriograficzne konflikty i zwroty akcji a z drugiej – ta fabuła nie kojarzy nam się za bardzo z niczym, prawda? Jeszcze sam wątek dobrego i złego brata czy spokojnej krainy, nad którą nadciąga jakaś plaga, są archetypowe, ale cała reszta – czytaliście kiedyś coś takiego? Ten motyw z Oczekiwaniem, z przejęciem władzy przez udawanie wyczekiwanego przez lud bohatera, z geriatryczno-dziecięcą drużyną kultywującą dawną wiarę? Nawet jeśli ktoś miał okazję spotkać podobne rozwiązania fabularne w innym utworze, to mam silne przekonanie, że nie było tego tyle, żeby uznać Gar'Ingawi za książkę kliszową.


Zaznaczę przy tym od razu, że im dalej, tym ciekawiej – jest sporo paradoksów, zwrotów akcji, mistyfikacji, intryg, nieoczywistych sytuacji psychologicznych – tak więc nawet jeśli jesteście osobami dobrze obczytanymi w historiach z przeróżnych neverlandów, jest spore prawdopodobieństwo, że, może z pewnymi wyjątkami, nie będziecie w stanie domyślić się kolejnych meandrujących decyzji fabularnych autorki. Mam też podejrzenie, że jeszcze więcej atrakcji czeka na czytelnika zabierającego się za książkę po raz drugi – ja czytałam tylko raz i kartkując ją teraz przy pisaniu notki, zauważyłam, że imiona i sytuacje z początku powieści, które przy pierwszym czytaniu potraktowałam jako dane, nabierają znaczenia, gdy zna się już całą opowieść.


Wspomniałam o dostarczanych przez Gar'Ingawi doznaniach potencjalnie przyjemnych dla entuzjasty fantasy. Oprócz przyjemności związanych z fabułą, jest też tego trochę w formie książki.


RADOŚĆ TWORZENIA

Wspomniana wielość ras i kultur w książce wydaje się być wykreowana z autentyczną światotwórczą radością i puszczeniem wodzów fantazji. Jeśli ktoś, jak ja, nie cierpi elfów i krasnoludów, odetchnie z ulgą – książka Borkowskiej to nie kolejne popłuczyny po Tolkienie, nie rozpoznałam też zresztą odniesienia do żadnej z mitologii. To raczej wyobraźnia rodem z Podróży Guliwera Jonathana Swifta albo ze średniowiecznych „opisań świata” – w sąsiedztwie Wyspy Szczęśliwej zamiast ras typowych dla fantasy spotkamy np. pajęczonogich żeglarzy ze skłonnością do dyplomatycznych wybiegów, kuliste stworzenia mające wiele kończyn i tworzące minimalistyczną poezję, czy też też małpy budujące utopię.


Autorka ciekawie buduje powiązania i spięcia kulturowe między nimi, umiejętnie dozuje też dziwność czytelnikowi – nieraz zaczynałam sobie wyobrażać danego bohatera jako zwyczajnego człowieka i dopiero późnej stopniowo dowiadywałam się, że w istocie jest to patykowaty stwór albo przedstawiciel rasy o nadzwyczajnej długowieczności.


Miło jest również w opisach. Choć to inne krajobrazy i inny klimat, ten, kto pokochał Tolkiena za pełne wzniosłości opisy gór czy za podkreślanie poruszających chwil w fabule opisem światła igrającego na wodzie albo cudownego, dającego wytchnienie oczom lasu, pokocha również Gar'Ingawi. Nawiasem mówiąc, o konotacjach duchowych tej książki będę jeszcze pisać w jednej z kolejnych notek, ale kiedy pomyślę, że te opisy, pełne wrażliwości sensorycznej, kolorów, faktur, gry światłem, stworzyła pisarka żyjąca w klauzurowym klasztorze, to dochodzę do wniosku, że Oczekiwanie musi naprawdę wspomagać działanie wyobraźni.


SZYBKA MOWA W WYGWIZDOWIE

Szczególnie spodobały mi się, a momentami wręcz imponowały, rozwiązania dotyczące języka w Gar'Ingawi. Przede wszystkim – nie bolą. Po pierwsze, nazwy własne i elementy fikcyjnych języków w powieści wyglądają oryginalnie: Borkowska nie zastosowała żadnego ze „znanych i lubianych” chwytów: nie ma wariacji na temat języka angielskiego, słowiańskich „pirogów” ani silenia się na stylizację pt. „niech to wygląda jak typowy język fikcyjny w fantasy”. Słowa i nazwy brzmią nieindoeuropejsko i robiąc małe badanie z użyciem translatora online, stwierdziłam, że raczej nie są zaczerpnięte z jakiegoś konkretnego, istniejącego języka, choć pojedyncze słowa bywały przez komputer przyporządkowywane a to do węgierskiego, a to do japońskiego, a to do języków pacyficznych. Brzmi więc to wszystko jak inteligentna kreacja – no chyba że autorka kamufluje się równie dobrze, jak Marek S. Huberath w Miastach pod skałą, w którym język pieklan brzmiał jak fantastycznie odkształcony polski, a okazał się jednym z narzeczy Romów. Ciekawym novum jest to, że te egzotycznie brzmiące słowa zapisane są w Gar'Ingawi za pomocą polskich znaków: mamy imiona takie, jak Dżauri, Czuszir, czy Delu Chwan, czy też miasta Daggesz i Dżug-byr. Robi to fajne, bezpretensjonalne wrażenie i dodatkowo pokazuje brak wiernopoddańczości wobec konwencji stosowanych w fantasy.


Jeszcze jednym plusem co do języka jest obecność w książce refleksji lingwistycznej. Jeden przykład: tytułowa nazwa wyspy Gar'Ingawi, czy też imiona Jasnego i Ciemnego Brata, są przez różne nacje w książce wymawiane i zapisywane w różny sposób, w dodatku z zachowaniem logicznych reguł. Przykładowo, w małej, zamkniętej społeczności nazwy te są uproszczone lub uległy zjawiskom szybkiej mowy, a ich prawdziwe znaczenie przestało być odczytywalne – staje się takie dopiero po kontakcie z użytkownikami tego samego języka z innej, bardziej świadomej lingwistycznie społeczności. I takich rzeczy jest w książce więcej. Dobrze by było, gdyby ktoś kiedyś napisał o tym bardziej szczegółowo.


I wreszcie, języka nie ma w Gar'Ingawi nadmiernie dużo – dla mnie spora ulga przy współczesnej popkulturowej tendencji do epatowania przeróżnymi klingońskimi, valyriańskimi i niestety też filmowym sindarińskim jak produktami marketingowymi, co niestety lubią bezmyślnie podchwytywać debiutanci. Miło jest spotkać się z językiem, który do czegoś w fabule służy, a nie ma po prostu być fajniackim "wyposażeniem obowiązkowym" książki.


To by było tyle peanów. I teraz pytanie: o ile nie opisałam Gar'Ingawi jakoś bardzo nieudatnie – czy ta książka to nie jest przypadkiem coś, na co my, entuzjaści fantasy, zawsze czekaliśmy? Całe piękno tej odmiany fantastyki, z inteligentnie zrobionym światem, językiem i klimatem, i do tego fabuła, która sprawia wrażenie czegoś nowego i niekliszowego?


Po części pewnie tak, ale to jest ta różowsza strona medalu. W kolejnym wpisie opowiem, dlaczego przynajmniej część fanów fantasy może, moim zdaniem, mieć z tą książką problem.



Borkowska, Anna. 2017 [1988]. Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa. Tom I: Oczekiwanie, Tom II: Dzieje Nulani, Tom III: Dzieje Taguna. Warszawa: Wydawnictwo Zona Zero.

środa, 5 kwietnia 2017

Wyzwanie Hain #4: U.K. Le Guin, „Lewa ręka ciemności”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy. 
 
"Wychodzimy z zimy trochę bladzi/ Trochę jakby z zaspy zamyślenia." 
Od mojej pierwszej wizyty na Zimie jej krajobraz stopniał i zmalał, ale za to wykwitły niezauważone wcześniej wątki.


Jestem dziko przywiązana do tej książki. W sumie nic oryginalnego – "Lewa ręka ciemności" to klasyk SF jak się patrzy, a i na naszym wyzwaniowym poletku – jak dotąd u Rusty, Ziuty i Pyzy – ewidentnie wzbudziła mnóstwo pozytywnych emocji. Ale wiadomo, moja historia jest dla mnie najmojsza, więc wywnętrzę się pokrótce.


Pierwszy raz trafiłam na "Lewą rękę ciemności" na samym początku mojej fascynacji fantastyką. Byłam w liceum, dopiero co dostałam solidnie w głowę lekturą "Władcy pierścieni" i przepełniała mnie determinacja, by szukać książek, w których znajdę to, co tak zachwyciło mnie u Tolkiena: wzniosłe, posępne plenery do "wyobrażania sobie" i duchowe drugie dno.


Kiedy wypatrzyłam w bibliotece "Lewą rękę...", przeczytałam w blurbie, że to historia o planecie, na której panuje prawie wieczna zima, a później przypadkowo otworzyłam książkę i trafiłam na fragment: "Gdyby udowodniono, że Boga nie ma, nie byłoby religii. Ani handdary, ani jomeszu, ani bogów ogniska, nic. Ale gdyby udowodniono, że Bóg jest, religii nie byłoby również..." (s. 419), stwierdziłam, że to jest dokładnie to, czego szukam. I było. Krajobrazy towarzyszące przeprawie Genly'ego i Therema przez lodowiec do tego stopnia mnie pochłonęły, że przyćmiły wspomnienia samej głównej intrygi w powieści. Co do warstwy duchowej, mocno przeżyłam wątek tkacza Faxe'a. Dodatkowo, bardzo zarezonował mi sposób przedstawienia przyjaźni Genly'ego i Therema (w czasach nastoletnich straszliwie wzruszały mnie bromanse). Przez długie lata wspominałam tę książkę Le Guin jako jedną z bardziej estetycznie i uczuciowo poruszających rzeczy, jakie miałam okazję czytać.


Drugi raz czytałam "Lewą rękę..." jakieś dwa-trzy lata temu, na spotkanie dyskusyjne. Może wskutek pośpiechu, a może przez to, że w międzyczasie się zmieniłam, to podejście było nieporównywalnie bledsze. Nie potrafiłam aż tak plastycznie i wzniośle wyobrazić sobie krajobrazów, które zachwyciły mnie przy pierwszym podejściu. Skupiłam się z kolei bardziej na głównym wątku i z pewnym zaskoczeniem (ain't I the master of the obvious?) odkryłam, że powieść, w której w czasach licealnych widziałam głównie wspaniałe opisy przyrody i wziosłe zdania, jest w istocie przeze wszystkim historią polityczną, dworską, skupiającą się na jakichś intrygach, aliansach i skonfliktowanych interesach, a przy tym niosącą ten słynny, genderowo nacechowany, przekaz społeczny. I niespecjalnie mnie to wszystko zachwyciło. Nadal bardzo podobał mi się natomiast temat więzi Genly'ego i Therema – tym razem już nie jako łzawy bromans, ale jako przykład bezinteresownej wzajemnej dobroci, potrafiącej przekroczyć nie tylko konwenanse i wzgląd na własne dobro, ale nawet wskazania racjonalnego umysłu.


Przy okazji wyzwania przeczytałam książkę po raz trzeci. I muszę powiedzieć, że choć nie wrócił mi szczenięcy zachwyt z czasów licealnych, to sporo wrażeń odżyło. W zasadzie wątki, które tym razem szczególnie zapadły mi w pamięć, to mieszanka "ważnych tematów" i z pierwszej, i z drugiej lektury. Zarazem, są to w większości rzeczy, na które zwracałam uwagę również w książkach Le Guin będących poprzednimi etapami Wyzwania. A zatem po kolei: zmysłowy odbiór i piękno, tematyka społeczna, przemyślenia religijne oraz kwestie polityczne. I mała refleksja na temat fantastycznego światotwórstwa na deser.

Choć początek tego roku mieliśmy okazję przywitać w samym środku zimowej bajki, wspomnienia z reala nie przyćmiły mi jednak do końca piękna tego, co opisuje Le Guin.

ZMYSŁY

W "Świecie Rocannona" zaciekawiły mnie opisy dotyczące temperatury, w "Mieście złudzeń" – światła i ciemności. W "Lewej ręce ciemności" jest i to, i to, a przy okazji zauważyłam, że najbardziej działają na moją wyobraźnię opisy, w których ciepło i zimno albo światło i ciemność występują w kontraście. Tak jak w otwierającej książkę scenie ceremonii wmurowania zwornika bramy – ciemne wieże i deszczowe chmury kontrastują z blaskiem złota, żółtymi proporcami i światłem słońca wyglądającego na chwilę zza chmur, a parne gorąco tego jednego dnia – ze zwyczajnym klimatem planety Gethen, gdzie przez większą część roku trwają mrozy. Zastanawiam się, na ile abstrakcyjne te odczucia są dla reszty świata, ale na moją wyobraźnię te opisy u Le Guin podziałały jak umysłowy odpowiednik orzeźwiającego, naprzemiennie gorącego i zimnego prysznica.


Ale to nie jedyne opisy w "Lewej ręce ciemności", które jakoś tam mnie zachwyciły. Czytając tym razem, jeszcze bardziej, niż na pełnych the sublime, rzeczywiście trochę tolkienowskich opisach wędrówki przez lodowiec, skupiłam się na obrazach przyrody i miejsc zamieszkania ludzi w początkowej części książki. Są mniej monumentalne, ale mają siłę innego rodzaju. Przykładem taki obrazek z wizyty Genly'ego w stanicy Otherhord: "Wszedłem z Gossem w chłodny cień lasu. Wąska ścieżka często zmieniała kierunek, wspinając się na zbocze i znów schodząc w dół. Co jakiś czas przy ścieżce albo głębiej wśród potężnych pni hemmenów stały chatki w kolorze lasu. Wszystko było czerwone i brązowe, wilgotne, nieruchome, żywiczne, mroczne. Z jednej chatki dobiegł nas cichy, słodki świergot karhidyjskiego fletu. Goss szedł kilka metrów przede mną lekkim, szybkim krokiem, z jakimś dziewczęcym wdziękiem. Nagle jego biała koszula zalśniła i wyszedłem w ślad za nim z cienia w pełne słońce na rozległej zielonej polanie". (s. 410) Na czym polega ta siła? Wydaje mi się, że po pierwsze na opisaniu wrażeń z kilku zmysłów naraz – mamy tu światło, kolor, temperaturę, wrażenia dotykowe, dźwięk, zapach itp. – a po drugie na tym, że jak już sobie to wszystko wyobrazić, to okazuje się po prostu bardzo piękne. Przy pierwszej lekturze bardziej skupiałam się widać na the sublime a teraz – na the beautiful. 

WĄTKI SPOŁECZNE 

W "Lewej ręce ciemności" po raz pierwszy w haińskiej serii w końcu pojawia się, tak wypatrywana przeze mnie już w poprzednich książkach, mocniej sproblematyzowana kwestia społeczna – tu jest to problem płci kulturowej i losu osoby, która odstaje od normy płciowej danej społeczności. Uznałam za osobiście pożyteczne to ćwiczenie myślowe, które serwuje nam Le Guin, każąc, z naszą ziemską "normalnością" i poczuciem słuszności swoich płciowych racji, wczuć się w sytuację osoby uznawanej przez społeczność za "zboczeńca". Dobrze działa na wyobraźnię miłosierdzia, czy jak to tam mówią. Inny lekturowy pożytek, jaki tym razem wyciągnęłam z "Lewej ręki ciemności", to morały płynące ze słodko mizoginicznych komentarzy głównego bohatera/narratora na temat "babskiej" nieszczerości i niekonkretności Getheńczyków. Mówię serio. Lubię ten rodzaj literackiej mizoginii, który, nie posuwając się do pogardy, po oświeceniowemu piętnuje wady kojarzone z moją grupą płciową. Motywuje mnie do pracy nad sobą.

RELIGIA

W dyskusji pod poprzednim postem z Wyzwania, Rusty zainspirowała mnie do pogrzebania głębiej w religijnych nawiązaniach w powieściach Hain. Wpis hagiograficzny będzie później, natomiast teraz tylko parę luźnych obserwacji. Zaciekawiła mnie np. motywacja dla rozszerzenia Ekumeny, jaką Genly podaje królowi Karhidu podczas audiencji: "Korzyści materialne. Rozszerzenie wiedzy. Wzrost intensywności i złożoności pola rozumnego życia. Wzbogacenie harmonii i przysporzenie chwały Bogu. Ciekawość. Przygoda. Przyjemność." (s. 394) Oprócz wszelkich pozostałych cudowności, jakie niesie w sobie ta deklaracja, interesujące, że wydaje się ona sugerować, że i sam mówiący, i społeczność, która go przysłała, to osoby wierzące w Boga. Ponieważ w książce nie ma wzmianek o jakichś teologicznych rozważaniach czy problemach ze strony Genly'ego, natomiast w tym fragmencie odniesienie do Boga jest podane jako coś oczywistego, można mieć wrażenie, że i on, i jego bracia w wierze z Ekumeny, mają wiarę w Boga, która jest prosta, intuicyjna, "domowa" – ale widać silna, skoro to jedna z pierwszych rzeczy, o której Genly opowiada nieznajomemu. (Kojarzy mi się to z obrazem religijności we "Wróżeniu z wnętrzności" Szostaka.) Z drugiej strony, niepokojąco brzmi komentarz Genly'ego na temat osobowości komisarza Szusgisa: "Typ wspólny dla całej ludzkości. Spotkałem do na Ziemi, na Hain i na Ollul. Spodziewam się spotkać go w piekle." (s. 451) Być może to niezręczność językowa ze strony Urszuli lub tłumacza, ale jeśli nie, to dlaczego Genly uważa, że miałby trafić do piekła?


Z innych przemyśleń religijnych – bardzo zbieżny z moimi obserwacjami z realu jest obraz życia monastycznego odmalowany na przykładzie codzienności w stanicy Otherhord, natomiast jaskrawo z nimi sprzeczny – obraz przeżycia religijnego i tego, jakie motywacje mu towarzyszą. Chodzi mi o rytuał udzielania przepowiedni. Albo Urszula chciała specjalnie pokazać mechanizm duchowy egzotyczny w stosunku do tego, co mamy w religiach na Ziemi, albo wzorowała się na systemach religijnych, na których ja się nie znam, albo, jako autorka deklarująca niewiarę, nie wie o religii czegoś, co może wiedzieć wierzący czytelnik.


I jeszcze kwestia etyki seksualnej w przyjaźni Genly'ego i Estravena i pytanie, dlaczego się ze sobą nie przespali, gdy Estraven w kemmerze nabrał cech kobiecych. Rusty w swojej notce wysunęła ciekawą tezę, że być może to dlatego, że Genly ma skłonności homoseksualne. Czytałam "Lewą rękę ciemności", sugerując się tą tezą, ale w pewnym momencie protagonista jasno mówi, że odstręcza go nie kobiecość, a płynna tożsamość płciowa Getheńczyków i sugeruje, że miłość to tylko z kobietą a przyjaźń – tylko z mężczyzną. (s. 512-513) Dlatego mnie wydaje się, że przyczyna ich wstrzemięźliwości jest raczej zbliżona do powodu, dla którego chrześcijaństwo zaleca wstrzemięźliwość przedmałżeńską. I tu, i tu punktem wyjściowym jest teza, że miłość fizyczna może zakłócić pozostałe, bardziej zniuansowane obszary bliskości. Chrześcijaństwo stosuje tu środki bezpieczeństwa "do czasu" na zasadzie – OK, róbcie to i owszem, ale najpierw dobrze poznajcie się w innych dziedzinach i upewnijcie, że to właśnie z tą osobą chcecie przeżyć całkowitą bliskość. Genly, nawiązując bliskość z Estravenem, poznał go w tych wszystkich pozostałych dziedzinach, ale gdy pojawiła się kwestia fizyczności, uznał, że Getheńczyk jest jednak zbyt obcy – i uczciwie zatrzymał się na tym etapie.

POLITYKA

Co do polityki, to tylko jedna uwaga. Choć w życiu pozaliterackim jestem potworną polityczną malkontentką i prawie nic mi się w tej dziedzinie nie podoba, to podczas lektury "Lewej ręki..." zakochałam się za zabój w koncepcji Ekumeny. Naprawdę, gdyby Haińczycy startowali w wyborach, w których byłabym uprawniona do głosowania, popierałabym ich projekt jak w dym. Ta ich deklaracja celów (wspomniana wcześniej), zawierająca wszystko, co dla mnie w życiu społecznym ważne. Ta spokojna, niemal leniwa, dobroć i namysł we wszelkich politycznych działaniach. To poszanowanie dobrowolności i metody propagandy rodem z chrześcijaństwa celtyckiego z czasów wczesnego średniowiecza. Ten brak negatywnych aspektów przywiązania do własnej grupy narodowej (szowinizmu, agresji), a jednocześnie bardzo widoczne aspekty pozytywne (społeczny aktywizm, poświęcenie aż do ofiary z życia). Naprawdę nie wiem, czego Urszula dodała do tej książki, ale kiedy ważyły się losy przystąpienia Gethen do wspólnoty, choć czytałam to trzeci raz z rzędu, byłam rozemocjonowana jak na meczu piłkarskim: oby tylko się im udało...

ŚWIATOTWÓRSTWO I JĘZYK

I na końcu uwagi o światotwórstwie. Po pierwsze – uwielbiam fantastyczne uniwersa tworzone z przekonaniem, a świat "Lewej ręki ciemności" jest pod tym względem jednym z najlepszych, jakie znam. Zastanawiam się, co każe mi tak myśleć i chyba chodzi o ironię. Le Guin opisała prawidła rządzące Gethen i jej mieszkańcami z taką mocą, że mogła sobie pozwolić na umieszczenie w tekście ironicznych uwag pod ich adresem, nie rozwalając tego, co stworzyła – chociażby podsumowując zachowanie kochanków w kemmerze ironicznym stwierdzeniem "Wiosna na Zimie" (s. 379), albo każąc Genly'emu zataić obecność haińskiego satelity na orbicie, by, jak sam ironicznie podsumowuje, Getheńczycy nie pomyśleli, że ich niebo jest pełne jego żelastwa. (s. 465) Kundera pisał gdzieś kiedyś, że śmiejemy się zazwyczaj z rzeczy, które są mocno osadzone i poważne – chociażby z sacrum. Skoro Le Guin sama nabija się z własnego uniwersum, a ono to wytrzymuje, to niechybny znak, że jest zrobione z solidnego materiału.


Po drugie, definicja science fiction, jaką Le Guin podaje na końcu wstępu do "Lewej ręki ciemności", też jest moją, jak dotąd, ulubioną. Autorka pisze mianowicie, że science fiction jest metaforą – jak każdy inny rodzaj fikcji zresztą, science fiction jest tu nowatorskie tylko o tyle, że ma pewne nowe środki wyrazu, przeważnie zaczerpnięte z różnych nauk. Bardzo mi się to podoba. Lubię metaforę. Jest ważną rzeczą językoznawczo (jak ktoś nie miał okazji obczaić tematu, polecam książkę "Metafory w naszym życiu" Lakoffa i Johnsona – zobaczycie, że one są wszędzie!) i filozoficznie (nie pamiętam, kto to powiedział, że metafory, łącząc ze sobą dwa pozornie niezwiązane pojęcia, przywracają światu kawałek utraconej jedności. Albo jakoś tak.). Jest mi miło, że science fiction, które bardzo lubię, jest metaforą, a tym samym, jak się okazuje, czymś ważnym. A czego metaforą? Ursula pisze, że nie wie. I to też mi się bardzo podoba.


Po ostatnie, również we wstępie, Le Guin pisze, że w odbiorze tekstu, oprócz warstwy znaczeniowej, ważna jest też warstwa dźwiękowa, melodia. Jej zdaniem "znaczenie może być lepiej odebrane przez wrażliwe ucho, nawet jeżeli jest czytane po cichu, niż przez wrażliwy intelekt". (s. 370) Jako czytelniczka, która może tekstu nawet i nie rozumieć, ale jak ładnie brzmi, to i tak jej się podoba (też pisałam o tym w recenzji "Wróżenia z wnętrzności") po raz kolejny czuję się przeszczęśliwa. Nareszcie ktoś mnie rozumie.


I to już naprawdę koniec. Jak się komuś wpis nie podobał, to może zrobić notatkę myślową, żeby na przyszłość odwodzić mnie od pisania o książkach, które naprawdę uwielbiam, takich z prywatnej pierwszej dwudziestki. Sami widzicie, co się później dzieje.



Le Guin, Ursula K. 2015 [1969]. Lewa ręka ciemności [The left hand of darkness]. Przełożył Lech Jęczmyk, 363-569. [W:] Le Guin, Ursula K. 2015. Sześć światów Hain. Warszawa: Prószynski i S-ka.

poniedziałek, 14 września 2015

Mężczyźni są z Kwinty, kobiety z Ziemi

Fiasko było dla mnie ponownym spotkaniem ze Stanisławem Lemem po kilkuletniej przerwie i stwierdziłam, że Lemowy sztafaż przemawia do mnie dużo mniej, niż w latach licealnych czy wczesnostudenckich. Trochę mnie to przeraziło. Że jak, przez te parę lat przestałam być tą fantastyczną, „równą” dziewczyną? (tu pozdrowienia dla Krysi z niedawno czytanych Chłopców 3 Ćwieka – dziewczynki uznanej przez kolegę za inną od reszty dziewczyn, a zatem godną, by pożyczyć jej Wojnę światów Wellsa) Że co, że nie potrafię się już ekscytować opisami tych wszystkich hydroturbin, cylindrów i liczników Geigera?

Krótka introspekcja pozwoliła mi stwierdzić, że niestety tak. Chyba nie lubię już powieści o śrubkach i superskafandrach tylko dlatego, że są o śrubkach i superskafandrach. Nadal chętnie i regularnie czytam i nowe, i stare książki s-f, ale teraz ewidentnie szukam w nich innych rzeczy, niż atmosfery sklepu żelaznego, technicznych wywodów i mojej własnej satysfakcji, że cokolwiek z nich zrozumiałam.

A zatem – do reszty, stereotypowo zbabiałam, myślę sobie. Jak Zuzanna z Opowieści z Narnii, która straciła dostęp do krainy baśni, bo zaczęło pociągać ją światowe życie i dziewczyńskie błyskotki.

Już myślałam, że ten babski nastrój popsuje mi lekturę Fiaska. Ale nie popsuł, gdyż okazało się, że powieść ta, oprócz opisów śrubek, ma też stronę bardzo kobiecą. I to nie na poziomie błyskotek – tu jest psychologiczna głębia, obserwacje z życia wzięte i prawdziwe, rozbuchane emocje.

W skrócie o samej książce: Fiasko ma dziwną strukturę. Zaczyna się od długiego opowiadania o przybyciu młodego astronauty na Tytana (jeden z księżyców Saturna) i jego udziale w misji odnalezienia zaginionego pilota Pirxa. Mamy tu trochę technicznej gadaniny i spięć między członkami załogi bazy a później całkiem ładne opisy krajobrazu planety i dramatyzm poszukiwawczej wyprawy. Potem następuje zwrot akcji, którego nie będę spoilować, a który za pomocą dość luźnego powiązania prowadzi nas do drugiej – głównej – części powieści, gdzie z kolei grupa fachowców wyrusza statkiem Eurydyka na wyprawę, by nawiązać kontakt z mieszkańcami niejakiej planety Kwinta (zupełnie inne miejsce Kosmosu, niż w pierwszej wyprawie i z wyjątkiem wspomnianego motywu łączącego, zupełnie niepowiązany z nią cel). Uczestnicy wyprawy reprezentują różne dziedziny nauki i różne światopoglądy (jednym z załogantów jest np. katolicki ksiądz – ojciec Arago). Mają zatem różne opinie o tym, czy i jak warto nawiązać kontakt z Kwintanami, co zresztą okazuje się dość trudne. Zostaje podjęty szereg prób porozumienia się z mieszkańcami planety – przy okazji dowiadujemy się o jej intrygującej budowie i poznajemy kilka teorii naukowych, którymi uczestnicy próbują tłumaczyć napotykane tajemnice związane z kwintańską cywilizacją.

A teraz o wspomnianej kobiecej stronie tej historii. Drugiej części Fiaska – tej o próbie skomunikowania się z Kwintanami – nie potrafię interpretować inaczej, niż jako przenośni wszelakich babskich mitów komunikacyjnych na temat facetów. Tych w stylu „dlaczego on nie oddzwonił”, „o czym tak myślisz, kotku?”, tego namawiania facetów na „poważne rozmowy” i werbalizowanie uczuć, tudzież wkręcania sobie niestworzonych historii na temat tego, co też on może myśleć, kiedy werbalizować nie ma ochoty. Krótko mówiąc – interakcja załogi Eurydyki i mieszkańców Kwinty to dla mnie bardzo zgrabna alegoria komunikacji między stereotypowo rozgadaną kobietą a milczącym i chyba niespecjalnie tą kobietą zainteresowanym, mężczyzną.

Popatrzmy na przykłady. Od początku widać, że Ziemianie są bardzo zaangażowani w pomysł nawiązania komunikacji z Kwintą. Pojawiają się sugestie, że wyprawa została podjęta pomimo tego, iż wiązała się z dużymi kosztami i może przynieść sporo szkód. Cóż, zakochanie i desperacka próba zwrócenia na siebie uwagi obiektu westchnień może przydarzyć się osobnikowi dowolnej płci. Podobnie jak interpretowanie zachowania ukochanego tak, by wyszło, że też jest nami zainteresowany. Oto jak „pewne” były sygnały z Kwinty, które zmobilizowały Ziemian do zorganizowania wyprawy: „Ale coś tam jest, coś radiowego, podprogowego. Mamy na to dowody. – Poszlaki – skorygował go znów apostolski wysłannik.– Nawet mniej – jedną poszlakę.”1 I to jest już całkiem stereotypowo „kobiece”: to płci pięknej przypisuje się zazwyczaj talent do budowania skomplikowanych narracji na podstawie tak małej ilości danych.

W takiej sytuacji chciałoby się bardziej zdecydowanych zapewnień, że ktoś, kto wpadł nam w oko, również się nami interesuje. Takie jednak nie następują: Kwinta nie wysyła na Ziemię żadnych konkretnych komunikatów, a Ziemianie zastanawiają się, dlaczego: „Dlaczego cywilizacja w takiej socjolizie nie śle we wszystkie strony niebios recept na własną doskonałość i wygodę? A po co miałaby to właściwie robić, skoro jej w ogóle już nie ma jako wspólnoty o nienasyconym głodzie żołądków i mózgów?”.2 To również stereotypowo kobiece zachowanie – w stylu „Dlaczego on się nie odzywa?” Oczywiście, odpowiedź „Bo nie jest zainteresowany” nie wchodzi w grę, dlatego trzeba wytworzyć sobie bardziej subtelne wytłumaczenie, co też Ziemianie skwapliwie robią.

Po wymówce o „socjolizie” pojawia się odpowiednik kolejnego lubianego przez zakochane kobiety wytłumaczenia: on na pewno by się odezwał, ale jest taki nieśmiały/nieporadny/mało spostrzegawczy... Ekipa z Ziemi dochodzi do wniosku, że być może Kwintanie chcieliby nawiązać kontakt, ale nie wiedzą jak – a może nie rozumieją komunikatu? A skoro nie rozumieją, to może trzeba im go lepiej wytłumaczyć i nauczyć właściwych reakcji? Niestety, i ta technika podrywu kończy się fiaskiem: „>Ambasador< słał te listy jako laserowe sygnały zdolne przebić szumową otoczkę planety w postaci nadmiarowego kodu, udzielając w ten sposób odbiorcom lekcji, jak mogą nawiązać z nim łączność. Nadawał w kółko ów program kilkaset razy. Odpowiedzią było głuche milczenie.”3

Ziemianie zdają sobie w końcu sprawę, że Kwintanie nie wydają się być nimi szczególnie zainteresowani. W takich sytuacjach winnych najłatwiej poszukać na zewnątrz: na pewno ktoś mnie przed nim obgadał, a może ci jego koledzy mnie nie lubią i dlatego on się na mnie boczy? „Walczyli z przemożnym wrażeniem perfidii, zastawionej złośliwie na ekspedycję, jakby Komuś – ale komu? – zależało na rzuceniu im wyzwania pełnego nadziei, która dopiero u samego kresu drogi, u celu, okaże swoją nieziszczalność. ”4 Pojawiają się też jednak samooskarżenia w stylu „co ja zrobiłam źle?”: „– Tak, ale czy oni nie uznają właśnie tego, co zaszło, za walkę? Mogą. Pewno, że mogą!”5

Cóż, to co – według potocznej, babcino-podręcznikowej wiedzy o „właściwym” postępowaniu kobiet – Ziemianie na pewno robią źle, to kompletny brak tajemniczości. Już na początku znajomości powiedzieli o sobie wszystko, a później się dziwią, że w ich kontakcie z Kwintanami „[n]ie ma symetrii (…). Łącznie wysłaliśmy osiem milionów bitów informacji. Sygnalizowaliśmy z >Ambasadora< przez ponad siedemset godzin na okrągło we wszystkich pasmach. Laserowaliśmy. Przekazaliśmy kody i instrukcje deszyfrowania. Wysłaliśmy lądownik bez jednego grama wybuchowych materiałów. Co do przekazanych wiadomości – podaliśmy im lokalizację naszego Układu Słonecznego, obrazy Ziemi, zarys powstania naszej biosfery, dane o antropogenezie, po prostu encyklopedię. I stałe fizyczne, które są kosmicznymi powszechnikami, a które oni muszą doskonale znać.”6 Czego Kwintanie mogliby być jeszcze ciekawi, skoro Ziemia powiedziała im już wszystko, co chcieliby (a może i nie chcieli) o niej wiedzieć?

Problemy z ziemsko-kwintańską komunikacją rodzą negatywne emocje. Oczywiście, po Kwincie – tak jak po stereotypowym facecie – nic nie widać. Z kolei Ziemianie zachowują się jak sztampowe, rozhisteryzowane baby: „w tym bezpłodnym sporze (...) dają upust rozjątrzeniu narosłemu w ciągu bezskutecznie ponawianych prób porozumienia z Kwintą.”7

Pod wpływem tych emocji pojawiają się coraz bardziej fantazyjne oskarżenia i posądzenia pod adresem milczącej, pasywnej Kwinty. Dochodzi do tego, że gdy kontakt w końcu się pojawia – pod wpływem całkiem bezinteresownego sygnału Ziemian, nie mającego nic wspólnego z wcześniejszymi „technikami podrywu” - Ziemianie uznają życzliwe zaproszenie wystosowane w rewanżu przez Kwintan za niechybny podstęp. To też stereotypowo kobiece: bardzo czegoś chcieć, próbować to wymusić na ukochanym siłą, a kiedy ten w końcu spełnia życzenie, strzelić focha i stwierdzić, że już za późno.

Tak więc Fiasko Lema to również, alegorycznie, historia miłosna. Na dodatek smutna. Tak czy inaczej, nawet z bardzo stereotypowo kobiecej perspektywy dobrze się to czyta – tak jak czyta się romans obyczajowy (nie wiem w takim razie, czemu mi się podobało, bo nie lubię) albo tak jak wysłuchuje się czyichś zwierzeń z życia wziętych (to już prędzej).

Tezę, że Fiasko to poniekąd literatura kobieca, w ironiczny potwierdzają jedyne (chyba) dwa fragmenty dotyczące kobiet, które pojawiają się w książce. Pierwszy - „Nawet kobiety nie potrafią przegadać komputerów”8 - podkreśla kobiece gadulstwo, o którym my tu cały czas. Drugi to wzmianka prasowa o tym, że kobiety chciałyby również podróżować w Kosmos. Czytający ją członek załogi wpada w furię. Nic dziwnego – przecież i on, i reszta jego załogi to najlepsze przykłady na to, jak koszmarną rzeczą są w Kosmosie zachowania typowo kobiece.

Marek Oramus przytoczył kiedyś (i wyśmiał) krytyczki feministyczne interpretujące podboje kosmiczne u Lema jako przejaw brutalnej, dyskryminującej, męskiej siły, zagrażającej „kobiecym” w swojej naturze planetom.9 Wygląda na to, że w Fiasku mamy sytuację odwrotną: tutaj „męska” planeta Kwinta – mało kontaktowa, ale sprawiająca wrażenie dobrodusznej i nie do końca wiedzącej, czego właściwie od niej chcą – jest podbijana przez statek kosmiczny pełen „kobiecych” - rozedrganych od emocji, nadinterpretujących fakty, spragnionych kontaktu i zainteresowania – Ziemian. To oni demonstrują tu – rozumianą na swój, „kobiecy” sposób – siłę.

I ta siła też jest zagrażająca. Końcowa sytuacja w książce – wymuszanie kontaktu przemocą – nie do końca mieści się już w stereotypie kobiecości. Nie kojarzę żadnego tropu kulturowego, gdzie zakochana niewiasta siłą przyniewalałaby ukochanego, by ten do niej zagadał.

Można to jedynie odnieść do ogólnych prawideł etycznych komunikacji (chodzi mi np. po głowie Miłość i odpowiedzialność Wojtyły, piąte przez dziesiąte z zasadami z językoznawstwa pragmatycznego): że komunikacja ma sens, kiedy jest bezinteresowna i służy przekazaniu informacji (czy wręcz – Dobrej Nowiny, jak to określał w Fiasku ojciec Arago) a nie wymuszeniu czegoś; a także, że kiedy nawiązanie kontaktu jest szkodliwe, lepiej z niego zrezygnować.

Można potraktować Fiasko jako nieco schizujące ostrzeżenie dla ekstrawertyków, żeby kontrolowali swoją siłę i uważali z introwertykami. Bo może być tak, że zwrócisz się do kogoś, żeby tylko pogadać, a skończysz na kawitowaniu jego księżyca, zdmuchiwaniu atmosfery z jego planety i wywoływaniu w jego małym świecie globalnego tsunami.

Ale życie jest z reguły prostsze. To tylko literatura taka straszna.

1 Lem, Stanisław. 2013 [1986]. Fiasko [e-book]. Kraków: Pro Auctore Wojciech Zemek, 290.
2 Tamże, s. 330.
3 Tamże, s. 450.
4 Tamże, s. 466-467.
5 Tamże, s. 481.
6 Tamże, s. 502.
7 Tamże, s. 508.
8 Tamże, s. 492.
9 Oramus, Marek. 2003. „Fallus nad Ewaną”. Nowa Fantastyka, nr 12.