Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plotkarskie książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plotkarskie książki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 lipca 2025

Ciuchy z lumpeksu i Polacy ratujący Żydów (Michał Głowiński, "Papuga i ratlerek")



 Papuga i ratlerek to zbiór krótkich szkiców opartych na biografii i życiowych obserwacjach Michała Głowińskiego (1934-2023) - znanego każdemu absolwentowi polonistyki teoretykowi literatury. Choć postać i postawa tego uczonego jest związana z tematami, które zwykły podgrzewać światopoglądową bieżączkę (był chwalony przez społeczność LGBT za gejowski coming out, a w twórczości mocno odnosił się do swej tożsamości żydowskiej), lektura przyniosła mi ulgę od ideowych przepychanek, którymi obecnie żyjemy. Granice w krajobrazie ideowym Głowińskiego przebiegają inaczej, niż w tym, co znamy z wiadomości i mediów społecznościowych, a dodatkowo w Papudze i ratlerku dużo jest zwyczajnej mądrości i dobra.

Perspektywa Głowińskiego - niespakietowana światopoglądowo jak na nasze czasy - działa odświeżająco. Odechciewa się człowiekowi gardłowania w internetowych dyskusjach.
 

Papugę i ratlerka Michała Głowińskiego wypatrzyłam w koszu z tanią książką w markecie i, myśląc, że to zbiór fikcyjnych opowiadań, z początku zdziwiłam się i zachwyciłam, że nie wiedziałam, że coś takiego powstało. Jeden z naszych czołowych polonistów pisał beletrystykę, toż to musi być wspaniałe! Przyjrzawszy się bliżej w domu, zorientowałam się, że jest to wybór tekstów na faktach, wspominkowych, których Głowiński wydał wcześniej już kilka tomów. To ostudziło mój entuzjazm - dużo więcej polskich uczonych pisze teksty biograficzne, niż dobrą prozę - ale gdy wzięłam się do lektury, okazało się, że było warto.

 


PUDEŁKO CZEKOLADEK 

Choć Głowiński jest w Papudze i ratlerku faktografem, nie zaś twórcą fikcyjnych fabuł, wielkim plusem tego zbioru jest dla mnie to, że autor ewidentnie miał dryg do opowiadania historii i to na nich skupił się bardziej niż na literackiej formie. Niezbyt często czytam współczesne polskie zbiory krótkich historii, jednak doświadczenia z tekstami np. Bronki Nowickiej czy Pawła Sołtysa przyzwyczaiły mnie do odwrotnego położenia akcentów, a ja jednak wolę fabuły od eksperymentów. Stąd Papuga i ratlerek dały mi ten rodzaj czytelniczej satysfakcji, jaki zwykłam czerpać z literatury dawniejszej, np. od XIX-wiecznych nowelistów. Tak jak u Czechowa czy Orzeszkowej, u Głowińskiego przeskakuje się od historyjki do historyjki, tak jak próbuje się kolejnych czekoladek w pudełku - ale dodatkową atrakcją jest to, że "wsad" faktograficzny jest w miarę współczesny i zamiast historycznego kolorytu mamy np. w miarę bliskie naszym realiom opowieści o pani ubranej w krzykliwe ciuchy z lumpeksu, gburze spotkanym u fryzjera czy odklejonej od rzeczywistości szkolnej nauczycielce.

 

STARA KINDERSZTUBA

Kolejną przyjemnością z lektury Głowińskiego było smakowanie cudownego niespakietowania światopoglądu jego autora wewnętrznego. W dobie baniek informacyjnych w mediach społecznościowych miło jest zajrzeć do głowy autora, który np. jest osobą LGBT (choć w tej książce akurat praktycznie o tym nie wspomina) i humanistą wyczulonym na tematykę inności, stereotypów czy pewne formy dyskryminacji, ale jednocześnie widać po nim uroczo konserwatywną, staromodną kindersztubę, z ogromnym szacunkiem do starszych krewnych i szarmancką rycerskością wobec koleżanek (jedno i drugie ładnie widać np. w opowiadaniu Agitatorzy). Choć w Papudze i ratlerku jest mnóstwo postaci kobiecych, autor wewnętrzny, znów wyłamując się z postępowego pakietu, jest całkowicie wolny od tropienia wszędzie opresji, patriarchatu czy od innych feministycznych nachyleń, co wspomnianym postaciom kobiecym wychodzi na dobre (np. świetny tekst tytułowy, Stare poetki, Urażone księżniczki itd.). Głowiński jest też zagorzałym krytykiem ponurych ideologicznych absurdów PRL-u, co z kolei wybrzmiewa dużo ładniej u persony takiej jak on, niż u stereotypowego spakietowanego prawicowca.

 

PRZECIW ANTYSEMITYZMOWI

Głowiński, będący Żydem ocalałym podczas II wojny światowej jako jedno z "dzieci Ireny Sendlerowej", dużą część swoich wspomnień pisze z perspektywy swojej tożsamości żydowskiej. Są tu wspomnienia z przedwojennego dzieciństwa, odpryski tragedii Holocaustu (dramatyczne losy części krewnych i przyjaciół rodziny Głowińskiego), historie o powojennych losach Żydów i niesławne przykłady czerstwego, PRL-owskiego i późniejszego antysemityzmu. Jego perspektywa działa odświeżająco w obecnym czasie, gdy z jednej strony mamy dramat wojny izraelsko-palestyńskiej, a z drugiej - paskudne antysemickie wybryki pewnego polskiego polityka. Warto zanurzyć się w taką jednostkową narrację świadka żydowskich losów, z miejsca odechciewa się człowiekowi gardłowania w dyskusjach o rzekomej różnicy między antysyjonizmem a antysemityzmem i tym podobnych. 

W tematyce żydowskiej najbardziej poruszyły mnie przykłady wdzięczności ocalałych Żydów wobec Polaków, którzy im pomogli. W opowiadaniu Podróż zimowa Głowiński opisuje wyjazd, jaki odbył jego dziadek, by przed przeczuwaną śmiercią odwiedzić rodzinę, która ukrywała go podczas wojny. Podróż, odbyta zimą w bardzo złym stanie zdrowia, prawdopodobnie przyśpieszyła zresztą niestety śmierć dziadka, jednak uznał on ją za niezbywalny obowiązek w obliczu dobra, którego doświadczył. Niekiedy, jak w tekście Pan Juliusz, okazuje się, że dobre chęci Polaków przybierały dość niezręczną formę (protagonista chciał na siłę pomóc rodzinie autora przechrzcić się, dla bezpieczeństwa, w roku 1968), jednak dobro pozostaje dobrem, zostaje zauważone przez autora i grzeje serce czytelnika.

 

JEDNO ZDANIE ZA DUŻO 

Przy wszystkich plusach Papugi i ratlerka nieco drażniła mnie tendencja Głowińskiego do przegadywania niektórych historii. Jak refren wracają sformułowania, że narrator nie wie, dlaczego dana rzecz się wydarzyła (następują po nich dywagacje, że być może z tego powodu, być może z innego - jak w tekście Kuzynka). Autor nadmiernie, moim zdaniem, lubi też rozważać mechanizmy działania własnej pamięci - np. skąd zna daną historię i dlaczego wraca wspomnieniami akurat do niej, jak w Człowieku z rogami. W części tekstów miałam też wrażenie, że w zakończeniu jest o jedno zdanie za dużo, że Głowiński nie lubi ot, opisać historii do końca, ale musi jeszcze dodać jakieś zdanie doprecyzowujące, jakąś egzegezę, czasem łopatologiczną (np. "Mam nadzieję, że zapamiętałem tę naukę na całe życie" w opowiadaniu Pani Strączkowa). Widać, że autor jest raczej pisarzem non-fiction niż wytrawnym twórcą literatury pięknej. 

Te usterki nie psują jednak całości i zarówno ze względu na formę, jak i na wartościowe w naszych czasach treści, jak najbardziej zachęcam, żeby Głowińskiego poczytać.

 

Głowiński, Michał. Papuga i ratlerek. Opowiadania i małe szkice. Warszawa 2019: Wielka Litera. 

 

środa, 26 stycznia 2022

W Parmie było gorzej (Stendhal, „Pustelnia parmeńska”)

 Sięgnęłam po Pustelnię parmeńską Stendhala w celach edukacyjnych. Jeśli samemu chce się pisać lepiej, podobno należy czytać dobre, stare książki. Całe szczęście, lektura nie okazała się samokształceniowym mozołem, czytało się lekko i przyjemnie. Nasycone zostały, w większym lub mniejszym stopniu, wszystkie trzy z moich motywacji czytelniczych: potrzeba wzniosłości i moralnego zbudowania, zamiłowanie do plotkarstwa i rozrywki oraz miłość do tego, co dziwne. A po lekturze doceniłam naszą rzeczywistość, znośniejszą od stendhalowskiej Parmy.

 

 

Przyjemna jest nieprzewidywalność bohaterów Stendhala. Nie ma
żadnych zasad, więc czytelnik nigdy nie wie, co się za chwilę zdarzy.


Mała uwaga metodologiczna: Pustelnia parmeńska to dzieło klasyczne i pisząc na jego temat, trzymam się moich prywatnych zasad blogowania o klasyce, które wyłuszczyłam niegdyś w notce o fanpejdżu Recenzje z Lubimy Czytać. Osoby zainteresowane szczegółami tła historycznego książki, jej dokładnymi powiązaniami z biografią autora czy doniosłością dla dziejów literatury zapraszam do zapoznania się ze zwałami opracowań edukacyjnych, jakie zapewne powstały na temat Pustelni parmeńskiej. Mnie, choć zajrzałam tu i ówdzie, by zachować faktograficzną przyzwoitość, interesuje tylko własny subiektywny odbiór w dniu dzisiejszym i ogólnie me, myself and I.

 

Pustelnia parmeńska jest historią życia Fabrycego del Dongo, syna mediolańskiego margrabiego. Akcja przypada na pierwszą połowę XIX wieku. Żyjący w dusznym, arystokratycznym otoczeniu, Fabrycy najpierw, jako młodzieniec, ucieka z ojczyzny, by przyłączyć się do wojsk uwielbianego przez siebie Napoleona. Po niepowodzeniu przedsięwzięcia udaje się do Księstwa Parmy, gdzie w zdobyciu wykształcenia i pozycji społecznej pomaga mu można ciotka, księżna Sanseverina. Fabrycy wikła się w liczne afery miłosne i dworskie. Jednocześnie, jakkolwiek sprzeczne z powyższym zdaniem by to nie było, podejmuje kroki, by zostać duchownym.

 

OD LAURKI DLA NAPOLEONA DO PLOTKARSTWA

Książka Stendhala zaabsorbowała mnie od pierwszych stron, choć w trakcie czytania powód mojego zaangażowania się zmieniał. Początek, opisujący młodość Fabrycego, zirytował mnie, jak mi się wydawało, jednostronnością. Opis życia w zachowawczym, dewocyjnie pobożnym środowisku mediolańskim wydawał mi się łopatologiczny w swoim krytycyzmie, pozbawiony światłocienia. Podobnie łopatologiczny był dla mnie bezkrytyczny zachwyt narratora nad przybyciem w te okolice wojsk napoleońskich, które zostało opisane jako wydarzenie nieskończenie radosne, metafizycznie wręcz wyzwalające. Trudno mi było uwierzyć, że w dawnym życiu bohaterów nie było absolutnie nic dobrego a z kolei wojenny, było nie było, najazd może kojarzyć się wyłącznie z radosnymi potańcówkami z udziałem świetnie tańczących, dobrodusznych i radosnych wojaków, których kocha cała lokalna ludność. Faktem jest, że zjeżyłam się na takie przedstawienie sprawy, bo poczułam się dotknięta ad personam, jako osoba częściowo konserwatywna irytująca się na prosty podział na złych dewotów i dobrych „postępowców”. Jednak każdy czytelnik może się przekonać sam – czy te fragmenty powieści Stendhala nie tchną propagandą?

 

Dość szybko jednak moje zaangażowanie w lekturę przeszło od irytacji do plotkarskiego zaciekawienia. Gdy Fabrycy wyrusza, by dołączyć do wojsk napoleońskich, szybko okazuje się bowiem, że Stendhal krytykuje nie tylko jedną opcję polityczną. Żołnierze Napoleona, po bliższym poznaniu, okazują się równie głupi, zabawni i podporządkowani najniższym instynktom, jak bogobojni mediolańczycy. Sam Fabrycy również zaczyna wykazywać z czasem wszystkie te przymioty. Ten klimat równego braku sympatii czy aprobaty ze strony autora wewnętrznego dla niemal wszystkich bohaterów utrzymuje się w powieści przez większość jej akcji. Zarówno wojenne przygody Fabrycego, jak i jego późniejsze dworskie dzieje w Parmie (która, podobnie jak rodzinne strony Fabrycego, okazuje się siedliskiem wstecznictwa, moralnego rozkładu, intryg i nieokiełznanych namiętności) pełne są dziwacznych, przerysowanych postaci oraz ich nieprzewidywalnych, szalonych postępków. Trup ściele się wcale gęsto, romanse nie znają takich granic, jak więzy rodzinne, przysięgi małżeńskie czy stan konsekrowany, a dane komuś słowo, przyzwoitość czy logika nie znaczą nic.

 

To wszystko pozytywnie przekłada się na satysfakcję z lektury. Fakt, że wszyscy bohaterowie są groteskowi i antypatyczni, powoduje u czytelnika coś, co nazwałabym, w analogii do terminu Coleridge’a, chwilowym zawieszeniem empatii. W którymś momencie niepowodzenia sercowe Fabrycego czy emocjonalne cierpienia nadwrażliwej Sanseveriny przestają martwić a zaczynają złośliwie bawić, natomiast padające trupy zazdrosnych kochanków czy uczestników dworskich potyczek nie kojarzą się z tragediami, bardziej ze zbitymi pionkami w jakiejś grze. Stan jakże różny od tego, czego wymaga od nas moralność w realnym życiu – i może dlatego bardziej odprężający czytelniczo niż śledzenie nowoczesnych popkulturowych fabuł, często stawiających na identyfikację i empatyzowanie z bohaterem.

 

NIEPRZEWIDYWALNOŚĆ AKCJI

Przyjemna dla czytelnika jest również wspomniana nieprzewidywalność postępowania bohaterów Stendhala. Ponieważ nie ma tu żadnych zasad, czytelnik nigdy nie wie, co za chwilę się zdarzy. Podjęcie decyzji o małżeństwie nie wyklucza tu natychmiastowego odnowienia więzi z kochankiem. Zwycięska intryga dworska mająca chronić życie któregoś z bohaterów nie gwarantuje tego, że kilka stron dalej życie owego bohatera stanie się dużo bardziej zagrożone. Brawurowa ucieczka z niebezpiecznego miejsca może zakończyć się tym, że bohater, wiedziony niezrozumiałym porywem serca, z własnej woli piechotą wróci do matni. Pobożny ksiądz może ekspresowo wplątać się w romans a wierny swoim zasadom jakobin – zostać złodziejem, o ile tylko zysk będzie sobie wyliczał według demokratycznych zasad. Ta kompletna dowolność w przechodzeniu fabuły od punktu A do punktu B generuje mnóstwo zwrotów akcji, które wielu czytelników tak lubi, a przy tym daje poczucie dziwności i abstrakcyjności, które, jak już wspomniałam, osobliwie lubię ja.

 

WZNIOSŁOŚĆ I MORALNE ZBUDOWANIE, CZYLI OKRUCHY

Te cechy przemykają się w Pustelni parmeńskiej trochę opłotkami. Jednak, pomimo wielu niegodziwości przedziwnego świata tej powieści, można w nim znaleźć okruchy autentycznego dobra.

 

Podobała mi się scena na dworze w Parmie, gdy księżna Sanseverina, chcąc zdenerwować parmeńskiego księcia, bezczelnie zwraca mu uwagę, by zamiast prawić komplementy jej, poświęcił uwagę swej wzgardzonej żonie. Książę wpada we wściekłość, jednak stosuje się do rady. Skutkuje to jedną z niewielu sytuacji w tej powieści, gdzie jakaś relacja damsko-męska choć przez dwadzieścia minut przebiega, jak na współczesne standardy, normalnie.

 

Poza tym, wśród mnogości postaci negatywnych w Pustelni parmeńskiej, pomimo (zazwyczaj uzasadnionego) antyklerykalizmu autora wewnętrznego, pojawiają się dwie postaci wyglądające na zdecydowanie pozytywne i akurat są to postaci duchownych: od któregoś momentu przedstawiany jako nienaturalnie wręcz nieskazitelny don Cesare z parmeńskiej cytadeli, po którego spotkaniu z Sanseveriną narrator zauważa: „jego nieskazitelna cnota ujęła księżnę, nie przywykłą do takiego widoku. Spodobał jej się jako nowość”[1], oraz, wprawdzie dość ograniczony intelektualnie i omamiony astrologią, ale serdeczny, dobroduszny i uczciwy wychowawca Fabrycego z czasów dzieciństwa, ksiądz Blanès.

 

Także niektóre porywy nieokiełznanych bohaterów Stendhala – tylko niektóre, bo większość z nich pełna jest komizmu, nielogiczności lub po prostu brzydoty – robią nieco milsze i wznioślejsze wrażenie od innych. Pozytywne akcenty – pewien spokój, szacunek, wierność – pojawiają się m.in. w relacji hrabiego Mosca i Sanseveriny, która ostatecznie znajduje budujący finał. Także Fabrycy, choć robi często rzeczy głupie a niekiedy – straszne, miewa takie przemyślenia i chęci, które wydają się słuszne, a przynajmniej urocze. Między innymi jego relacja z Klelią, a także uczucia ich obojga, mają w sobie na pewnym etapie coś ładnego. Czytelnik może się zastanawiać: kto wie, może gdyby jedna więcej dotrzymana obietnica, jedna więcej odparta pokusa, nieco inaczej podjęte decyzje co do jakichś pustelni czy klasztorów – i byłoby możliwe ładniejsze, bardziej wyzwalające a mniej „parmeńskie” rozwinięcie niektórych wątków w tej powieści? Był taki moment, że spodziewałam się, że Pustelnia parmeńska wyjdzie jednak z, koniec końców, przewidywalnych ram powieści romantycznej i skończy się jak jakiś współczesny moralitet, jak bez mała Sztukmistrz z Lublina Singera, Emancypantki Prusa czy prawdziwa biografia Piotra Mamonowa.

 

MY MAMY LEPIEJ

Pomimo tych nielicznych, wyżej opisanych wątków Pustelni parmeńskiej, które wzbudziły we mnie przyjemniejsze wrażenie, głównym moim wrażeniem duchowym z tej książki jest jednak dystopijność jej świata i wdzięczność, że sama nie muszę w takim żyć. Współczesne, realne dramaty, skandale czy światopoglądowe rozchwianie bywa trudne, ale jednak najczęściej ostatecznie jest się na czym moralnie oprzeć. Nie tak jak w stendhalowskim Księstwie Parmy, gdzie nawet codzienne uczestnictwo we mszy świętej czy radykalne przyrzeczenie nie daje bohaterowi widoków na żadne duchowe wyzwolenie (w naszym świecie takie praktyki są jednak często oznaką pewnej przemiany i lubią wiązać się ze zmianą postępowania) a każda piękna miłość sama w sobie jest zwiastunem tego, że jej finał będzie niepiękny.

 

 

Stendhal, Pustelnia parmeńska, Warszawa 1988: Książka i Wiedza.

Ilustracja: Clker-Free-Vector-Images z Pixabay



[1] Stendhal, Pustelnia parmeńska, Warszawa 1988: Książka i Wiedza, s. 382.

niedziela, 31 stycznia 2021

Restauracja inna niż wszystkie (W. Szostak, „Cudze słowa”)

 

Jak wielu z nas wie, Cudze słowa Wita Szostaka to powieści obyczajowa, w której siedmiu bohaterów (dwie kochanki, przyjaciel z dzieciństwa, ojciec, wykładowca-mentor, kolega ze studiów i podwładny w pracy) przedstawia siedem różnych wersji historii życia Benedykta Rysia – w młodości wybitnie się zapowiadającego studenta filozofii, a następnie spiritus movens niezwykłej krakowskiej restauracji z kuchnią śródziemnomorską. 

Mnie w niniejszej notce interesuje obecność w tej książce trzech funkcji: nieuchwytnego piękna, dobrej fabuły oraz ciekawie literacko ogranej duchowości chrześcijańskiej. Na koniec ponarzekam bonusowo na konflikt pokoleń, który trochę z początku popsuł mi odbiór Cudzych słów.

 

Fabuła w Cudzych słowach jest i wciąga. To wielki atut na tle większości polskiej głównonurtowej literatury najnowszej.

Notka zawiera ogólne, lecz sugestywne odniesienia do fabuły Cudzych słów, w tym do zakończenia. Osoby, które obawiają się spoilerów, zachęcam do lektury mojego tekstu po przeczytaniu książki.

 

PIĘKNO

Szukam tej cechy w każdej książce Wita Szostaka od czasu, gdy zachłysnęłam się nią w Oberkach do końca świata. Zachwyt wytłumaczyć jest trudno i musicie mi uwierzyć na słowo: w Cudzych słowach on też jest, a dokładnie w pierwszej części powieści, zanim nie zaczyna go przyćmiewać kolejna szukana przeze mnie funkcja, czyli fabuła. W miarę jak autor coraz bardziej zaciekawia czytelnika a to rozwojem jakiegoś romansu, a to upadkiem czy mrocznym sekretem któregoś z bohaterów, to subtelne, charakterystyczne dla prozy Szostaka piękno przestaje być widoczne, ustępując innym bodźcom. Najwyraźniej dostrzegłam je chyba w początkowej części historii Józefa, ojca Benedykta, z jej czułością, pokręconą, błądząca dobrocią i żalem. I może też w historii Jakubka, gdy tę rodzinę małego Benedykta opisywał, a także dużo później, gdy duży Jakub przychodzi do „Isoli”.


FABUŁA

Fabuła w Cudzych słowach jest i wciąga. Wspomniane romanse, upadki, mroczne sekrety, do tego obraz formacyjnej przeprowadzki, bezwzględnego akademickiego wyścigu szczurów, marzycielskiego biznesplanu gastronomicznego tudzież cennych rad rodzica jednego z bohaterów na temat zamążpójścia – te wszystkie wydarzenia budzą taki stopień plotkarskiej ciekawości, że książkę trudno odłożyć. To wielki i rzadki atut, jeśli spojrzymy na Cudze słowa na tle reszty polskiej głównonurtowej literatury najnowszej. Jakiś czas temu nadrabiałam zaległości w tej dziedzinie i wyrywkowa lektura wybranych książek Tokarczuk, Karpowicza, Shutego, Vargi czy Drotkiewicz utwierdziła mnie w przekonaniu, że jeśli jakiś współczesny polski pisarz aspiruje do pisania poza schematami powieści gatunkowych, chce powiedzieć coś ważnego, popisać się kunsztem językowym, to zazwyczaj dzieje się to kosztem przyzwoicie napisanej fabuły. Cudze słowa takie nie są, co wydaje się potwierdzać hipotezę, że wśród naszych pisarzy dobrych fabuł mniej boją się – wyszkoleni w popkulturze – postfantaści.


Dwiema wisienkami na torcie są dwa cudowne twisty fabularne na końcu powieści – zaskakujące, misternie spinające wszystkie wątki, obracające w proch nasze wcześniejsze wyobrażenia na temat czytanej historii. Te twisty uratowały moje pozytywne mniemanie o Cudzych słowach, bo przed doczytaniem do końca trochę miejscami kręciłam na tę książkę nosem – o czym napiszę w końcowej części notki.


Kolejna sprawa – dialog z duchowością chrześcijańską. Nim się tym zajmę, wytłumaczę, co, oprócz subiektywnych zapatrywań, każe mi uważać, że jest to ciekawy temat literacki.


(DYGRESJA: DLACZEGO WARTO PISAĆ O CHRZEŚCIJAŃSTWIE?)

Sprawa jest prosta: uważam, że duchowość – a dokładniej sfera Mitu w sposób, w jaki rozumiał ją np. C.S. Lewis – to ogólnie ważny temat dla literatury. Wątki chrześcijańskie są zaś w tym temacie dobrym wyborem dla naszych lokalnych pisarzy – czy to w realizmie, czy w światotwórstwie – bo dla większości z nas są po prostu najbardziej dostępne i emocjonalnie najbliższe, nawet jeśli dla niektórych w sposób negatywny. Duchowości egzotyczne, wyparta słowiańszczyzna czy new age w większości przypadków mają pod tym względem, moim zdaniem, dużo mniejszą siłę, nie mówiąc już o racjonalizmie, który w duchowość jest zazwyczaj z definicji uboższy.


To w duchowości chrześcijańskiej większość z nas jest zanurzona (nawet gdy ktoś jej nie podziela), to jej legendarium i imaginarium znamy i to ono na nas działa – pozytywnie lub nie – a zatem to na jej podstawie jesteśmy w stanie tworzyć dobry realizm lub przekonujące fantazje. Na niwie fantastyki myślę, że to jest właśnie niewypowiedziany morał eseju Sapkowskiego Piróg, albo nie ma złota w Szarych Górach, z którym pewnie ów autor za nic by się nie zgodził: skoro nie potrafimy budować dobrych opowieści rodzimowierczych jak Anglosasi, bo silniej wyparło je u nas chrześcijaństwo, to może spróbujmy, czy nie będzie nam się ich dobrze budowało właśnie na chrześcijaństwie?  


Tegoroczna Nike wydaje się to potwierdzać w sposób pozytywny a niedawna krytyka pod adresem Dukaja w związku z niewłaściwym odwzorowaniem egzotycznej kulturowo i religijnie bohaterki – w sposób negatywny.


WĄTEK CHRZEŚCIJAŃSKI: TEOLOGIA CIAŁA

Wróćmy do Wita Szostaka i Cudzych słów. W poprzednich książkach tego autora moja spragniona takich właśnie swojskich duchowych tematów czytelnicza dusza znajdowała ukojenie, jednak zawsze były to wzmianki bardzo delikatne: a to zachwycający wątek Meistera Eckharta w Oberkach..., a to subtelne, bardzo szczerze brzmiące odniesienia we Wróżeniu z wnętrzności (piszę o nich w tej notce). W Cudzych słowach mamy mniej takiego subtelnego ducha, a więcej ciała, a konkretnie – teologii ciała. Otóż: dwoje bohaterów – kolega Benedykta ze studiów, Szymon, i jego dziewczyna Magdalena – fascynując się za młodu filozofią personalistyczną i jednocześnie sobą nawzajem, zaczynają na własnym związku testować moralne wytyczne promowane przez zwolenników owego nurtu teologii. Zaczyna się między nimi gra, w której miesza się filozofia, duchowość i erotyka.


Ten wątek jest różnie interpretowany przez recenzentów książki. Paweł Cybulski z Przy muzyce o książkach sprowadza go do dekonstrukcji przez Szostaka „»filozofii« Jana Pawła II, która nie wytrzymuje najprostszej konfrontacji z życiem. Zwłaszcza z życiem ludzi wybitnie myślących, którzy próbowali wcielać ideały tej myśli w życie”.1 Abstrahując od mojej – odmiennej – oceny teologii ciała i jej praktyczności, smutne wydaje mi się takie spłaszczenie wielowymiarowej książki Szostaka do głosu w polityczno-obyczajowej wojence (w recenzji pojawia się pełna uznania uwaga, że autor pisze „jakby na przekór zaleceniom ministra Czarnka”2). Tym bardziej, że wybitność myślenia (i w ogóle wiarygodność jako bohaterów) Szymona i Magdaleny to sprawa mocno dyskusyjna. Bliżej mi emocjonalne do rozpoznania Adama Skalskiego z portalu Katedra, który dopatruje się w historii Magdaleny i Szymona poważnej dyskusji ze wspomnianym nurtem teologii.3 Ale generalnie nie całkiem zgadzam się z tym, że teologia ciała jest w Cudzych słowach przywołana gwoli intelektualnej czy obyczajowej polemiki.


Moim zdaniem funkcja tego wątku jest czysto literacka: teologia ciała jest tu użyta, by w nowy i świeży sposób połączyć dwa mocarne tematy literackie (i życiowe): wiary religijnej i seksualności. Nie wiem, na ile subiektywnie, ideowo, jestem zachwycona rozegraniem tego tematu w Cudzych słowach od pewnego momentu książki. Zastanawiam się nad jego zbytnimi podobieństwami do obiegowych, jurnych „prawd” na temat seksualności i związków. Na pewno jednak temat ten jest bardzo zgrabnie użyty pod względem fabularnym: teologia ciała jest zarówno świetnym motywem dla zawiązania się wątku romansowego, jak i dla splecenia owego romansu z głównym wątkiem książki. Faktem jest też, że finalna sytuacja rodzinno-uczuciowa tej historii czyni ją w moim subiektywnym odczuciu lepszą również pod względem ideowym, dopowiada do niej pewien morał.


Podsumowując – pomimo zastrzeżeń, cieszę się, że ktoś – bardziej czy mniej subtelnie – wprowadził teologię ciała do literatury. Nie spotkałam jej dotąd jako tematu literackiego i chętnie poczytałabym kolejne historie, który ograłyby ten temat – może w sposób bardziej mi odpowiadający, niż w Cudzych słowach.


JEDZENIE I KONFLIKT POKOLEŃ

Miałam ponarzekać na tematy pokoleniowe, które w początkowej części książki trochę zraziły mnie do Cudzych słów. Punkt wyjściowy jest taki: zarówno większość bohaterów, jak i „autor wewnętrzny” wydają się reprezentować punkt widzenia tzw. pokolenia X w jego polskim wydaniu. Dotyczy to przede wszystkim głównego wątku Cudzych słów, dotyczącego restauracji „Isola”. Przez lwią część powieści wokół jadłodajni prowadzonej przez Benedykta i Weronikę unosi się atmosfera zachwytu: jakie to wspaniałe, że ta kuchnia śródziemnomorska, i jak cudownie, że to takie miejsce inne niż wszystkie, w dodatku ciągle ewoluuje, a to wycofują stałą kartę dań i każdego dnia jest coś innego, a to zapraszają gości do gotowania... A ten restaurator jaki charyzmatyczny, a to się dosiądzie i uraczy historią z życia, a to zgromi za chęć polania pilawu keczupem... A jak wspaniale, że ta „Isola” to coś więcej, niż zwykły biznes: pracownicy są powoływani jak apostołowie i codziennie biesiadują do późna jak rodzina, tacy są zżyci, no i w ogóle bycie tam to bardziej duchowe misterium, niż zwykłe przyjście na posiłek...


Ten balonik zostaje pięknie przekłuty w finale powieści, jednak przez większość jej trwania czytelnik musi z tą wizją żyć i znosić kolejne mistyczne zachwyty nad knajpką „inną niż wszystkie”.4 I to jest pewnie bardzo OK, jeśli ktoś taką wizję choć trochę kupuje. Jest to prawdopodobne w przypadku czytelników, którym – podobnie jak większości bohaterów Cudzych słów – blisko jest mentalnie do pokolenia X. Wizja roztaczana w Cudzych słowach może spodobać się np. osobie, która doświadczyła zachłyśnięcia się możliwością podróży i dostępnością egzotycznych kuchni po epoce PRL, czy też nowego, kapitalistycznego podejścia do biznesu, gdzie praca staje się „czymś więcej”, misją i wizją, wartością samą w sobie, a w walce o klienta – również tego gastronomicznego – pojawiają się coraz to nowe, rewolucyjne pomysły. 

 

Taka osoba, jeśli dodatkowo wychowana była przed epoką powszechnej promocji higieny emocjonalnej i asertywności, może łatwiej zachwycić się charyzmatycznym bohaterem, który w imię sobie tylko znanej agendy ingeruje w życie erotyczne przyjaciół a biznes prowadzi tak, jakby był nie usługodawcą, a karzącym prorokiem, choć żadnej moralnej prawdy w zamian od tego proroka nie uświadczymy.


Mnie, jako że bardziej identyfikuję się z pokoleniem Y (w powieści reprezentowanym przez Weronikę), ta wizja od początku wydała się podejrzana. Co więcej, w trakcie czytania martwiłam się, że autor „to wszystko tak na serio” i gdyby nie zakończenie, chyba trochę bym się do niego zraziła. Zachwyty nad pilawem, jagnięciną itp. przywodziły mi na myśl motywacyjne historyjki o rzucaniu korpo i przeprowadzce do cudownej Prowansji. „Niesamowite” pomysły wdrażane w „Isoli” kojarzyły mi się nie tyle z literacką transgresją, co z jak najbardziej mającymi miejsce w realu zabiegami restauratorów, by przyciągać klientów coraz to większymi nowościami. Nieformalna atmosfera, elastyczne menu, zapraszanie gości do przygotowywania potraw czy osób wykluczonych do współpracy to przecież wszystko pomysły z życia wzięte. Sam przywołany przeze mnie wcześniej cytat dotyczący „Isoli” niebezpiecznie kojarzy się ze sloganem „restauracja inna niż wszystkie”, którym często bywa określana pewna restauracja bynajmniej nie włoska, a amerykańska. 

 

Nie zachwyciła mnie też wizja „powoływania” pracowników czy przyjacielskiego ucztowania obsługi noc w noc – wolę transparentną rekrutację, przewidywalne godziny pracy i oddzielenie aktywności zawodowej od prywatnej. Jeśli natomiast chodzi o postać Benedykta i jego oddziaływanie na otoczenie, to osoba, której nieobca jest podstawowa wiedza o zdrowiu psychicznym (a to chyba częściej i wcześniej zdarza się u „igreków”, niż u wcześniejszych pokoleń), nie da się zwieść zachwytom roztaczanym przez większość akcji powieści i dość szybko dostrzeże w nim manipulatorskiego, nieodpowiedzialnego partnera raniącego bliskich, toksycznego szefa i złego usługodawcę (ten keczup szczerze mnie zdenerwował).


ZAKOŃCZENIE JEST SUPER


Ale tak jak powiedziałam, zakończenie jest cudowne i naprawia ten pokoleniowy niedostatek, akcentując przy tym atuty powieści, których subiektywne wyliczenie zawarłam w poprzedniej części notki. A przy okazji oddaje głos rozsądnej, „igrekowej” Weronice, z czego po kibicowsku się cieszę.



Wit Szostak, Cudze słowa, Warszawa 2000: Powergraph.

Ilustracja: 🎄MerryChristmas🎄 z Pixabay

Przypisy:

2 Tamże.

4 W. Szostak, Cudze słowa, Warszawa 2020: Powergraph, s. 265.

piątek, 12 czerwca 2020

Duchowa dieta na literę „M”. Vol. 2: Márai, czyli kotlet smakowicie odgrzany

Sam motyw niezbyt oryginalny, ale Márai opisał to tak, że miałam wrażenie, że dotykam samej istoty tego archetypu.

Po przerwie wracam do cyklu wpisów o trzech potrawach „dla ducha”, które szczególnie zasmakowały mi w niedawnym czasie. Łączy je to, że ich twórcy zwą się na tę samą literkę. Dziś piszę o mikropowieści „Żar” Sándora Máraiego, którą czytałam kilka lat temu, a ostatnio odświeżyłam sobie w formie audiobooka.


Kiedy kilka lat temu przeczytałam „Dziennik” Sándora Máraiego – a dokładniej obszerny wybór fragmentów jego dzienników, który ukazał się w Polsce w 2004 roku – zachwyciłam się bez reszty połączeniem chrześcijańskiej duchowości (jakkolwiek pod koniec życia wspominał, niestety, o utracie wiary), cudownej brawury intelektualnej (np. mistrzowskie oranie klasyków literatury, których nie lubił) i jakiegoś nienazwanego piękna. Po przeczytaniu „Dziennika” wzięłam się za powieści jego autora – wrażenia były różne, choć na ogół znajdowałam powody do zachwytu. Jedną z tych powieści był „Żar”.


PIERWSZE SPOTKANIE Z „ŻAREM”

Gdy czytałam tę książkę pierwszy raz, największe wrażenie zrobił na mnie po pierwsze soczysty, przekonujący realizm, a po drugie – sposób ogrania motywu dwóch mężczyzn rywalizujących o kobietę. (Książka opowiada o spotkaniu, w latach 40-tych XX wieku, dwóch starych mężczyzn, Henryka – węgierskiego generała i Konrada – jego przyjaciela ze szkoły wojskowej, którego Henryk podejrzewa o uwiedzenie przed laty jego żony Krystyny.) Sam motyw niezbyt oryginalny, ale Márai opisał to tak, że miałam wrażenie, że dotykam samej istoty tego archetypu, z całym towarzyszącym mu emocjonalnym rozgorączkowaniem, świadomością winy a z drugiej strony tego, co jest moralnie słuszne i piękne.


DRUGIE PODEJŚCIE

Po kilkuletniej przerwie w czytaniu Máraiego wpadł mi w ręce audiobook „Żaru” z 2014 r., czytany przez Mariusza Bonaszewskiego. Z pewną ekscytacją stwierdziłam, że odświeżę sobie dawne wrażenia. I jak to bywa, przekonałam się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki – co jednak nie znaczy, że kolejne kąpiele nie mają sensu.


Wspomniany archetyp przestał do mnie tak mocno mówić – nie wiem, pewnie to przez inny moment życia. Perełki trafnych obserwacji rzeczywistości nadal mnie zachwycały tu i ówdzie. (Na gorąco przypomina mi się na przykład taki obrazek, gdzie Konrad katuje się wyrzutami sumienia, że jego niezamożni rodzice rujnowali się na jego wykształcenie a Henryk trzeźwo odpowiada, że mogli być z tym wszystkim bardzo szczęśliwi.) Zauważyłam natomiast też coś nowego – co mnie podczas tego drugiego podejścia do „Żaru” miejscami męczyło i irytowało.


KSIĄŻKA-KŁÓTNIA – ALE (P)O CO?

Książka ta ma formę, którą w swym idiolekcie nazywam opowieścią o humpfie – to historia ludzi, którzy przez cały czas trwania akcji siedzą przy stole i się kłócą. Ta forma potrafi dać odbiorcy wiele radości, jak widać na przykładzie filmów „Rzeź” Polańskiego czy „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” Genovese. Tym bardziej kiedy bohaterowie kłócą się inteligentnie i/lub zabawnie.


Ale „Żar” Máraiego taki nie jest. Konflikt bohaterów jest opisany śmiertelnie na poważnie, wręcz pompatycznie. Rozmowa Henryka i Konrada prowadzona jest inteligentnie, ale radość z odbioru psuł mi fakt, że od pewnego momentu zaczęła mi się wydawać bezsensowna.


Protagoniści przez sto kilkadziesiąt stron mielą temat dawnej domniemanej zdrady małżeńskiej, wnikając w najdrobniejsze szczegóły, kreśląc tło historyczne i psychologiczne i pogrążając się w dygresjach. Ich motywacje – a zwłaszcza głównego bohatera, Henryka – są przy tym dla mnie, jako czytelniczki, kosmicznie odległe i nieaktywujące schematów poznawczych. (Chodzi im o jakieś mętne, wyprane z emocji, empatii czy moralności poczucie sprawiedliwości i honoru.)


Krystyna, (prawdopodobnie) niewierna żona, nie żyje przecież od lat, więc wątek międzyludzki jest nieaktualny. Emocje, po upływie czterdziestu lat od domniemanego zdarzenia, wywietrzały. Także wątek zdrady jako moralnego zgorszenia nie wydaje się być dla bohaterów ważny. Po co więc było Henrykowi kisić tę urazę i po co tyle się nad tym rozwodzić?


KATHARSIS

Trochę to wszystko się jednak klaruje – i zyskuje sens – na końcu. (Nie będę spoilerować, zasygnalizuję tylko, że chodzi mi o motyw z obrazem i jego moralną wymowę.) Czytelnik, nawet jeśli wymęczył się nieco, wraz z bohaterami, podczas akcji powieści, na końcu może mieć wrażenie, że jednak było warto. I może, choć bohaterowie i narrator wydają się pozornie indyferentni moralnie, ta męka postaci i odbiorcy to jest właśnie morał tej powieści – skoro zdrada to wielki grzech, to przy jej odkupieniu widać trzeba podrążyć i musi poboleć.


To zakończenie uważam za piękne bo, jak to się ładnie mówi, „przypomina o Ewangelii”. I jak teraz patrzę na tę moją ponowną lekturę „Żaru”, to obok wspomnianych perełek realizmu i motywów niewytłumaczalnie pięknych (motyw niani Nini, obraz dzikiej węgierskiej przyrody) moje ulubione momenty tej powieści to właśnie te, gdzie Márai jest kryptoteologiczny – albo po prostu otwarcie chrześcijański. A to dlatego, że jego autor wewnętrzny, jak rzadko kto, wydaje się wiedzieć, o czym – i o Kim – mówi.


REALNE I PIĘKNE

Na przykład w dygresji o krwi narrator wspomina, że była ona obecna w obrzędach zawsze, gdy człowiek chciał powiedzieć Bogu coś ważnego. Nie ma tu dystansu wobec „opium dla ludu” czy nawet bardziej lub mniej powierzchownego szacunku wobec tradycji i rytuału – jest osobista relacja, człowiek i Bóg. Albo gdy pojawia się porównanie życia kogoś z bohaterów do życia zakonników i pada stwierdzenie, że zakonnikowi jest łatwiej, ponieważ ma wiarę – znów zamiast częstego w kulturze niezrozumienia dla chrześcijańskiego życia konsekrowanego widać tę świadomość, że wiara to coś realnego i coś, co potrafi pomóc człowiekowi.


Márai jest piękny i autentyczny również w odniesieniach do chrześcijańskiej obyczajowości. Przykładowo, kiedy współczesny czytelnik trafia na literacki obraz dojrzewania chłopców, stereotyp nakazywałby mu pewnie oczekiwać wywlekania związanych z nim brudów i grzechów. W „Żarze” mamy zaś przejmujący, emocjonalny obraz gorącej – a przy tym w stu procentach niewinnej i jednoznacznej – przyjaźni Henryka i Konrada oraz wzmiankę o ich wzajemnym zobowiązaniu do zachowania czystości. Nawet biorąc poprawkę na epokę – powieść wydano w 1942 roku – jest to, moim zdaniem, mocne. (Opis najwcześniejszych losów Henryka i Konrada to jest właśnie ten piękny obraz męskiego dzieciństwa, o którym wspominałam w poprzedniej notce.)

Podobnie jest w „Żarze” przedstawiony obraz małżeństwa – tu znów stereotypowo spodziewałabym się po współczesnej literaturze krytyki, pokazania pustoty tej formy społecznej lub przynajmniej obojętnego do niej stosunku. Tymczasem Márai skupia się na więzi emocjonalnej, która może łączyć małżonków (szczególnie w historii rodziców Henryka, którą narrator podsumowuje stwierdzeniem, że bardzo się kochali, choć nie rozumieli) i na ostateczności i nieodwołalności ich relacji (znamienne słowa Henryka, że w momencie śmierci Krystyna wzywała jego imię, nie Konrada).


Krótko mówiąc, jeśli chodzi o pisanie o Bogu i moralności chrześcijańskiej, autora „Żaru” łączy z bohaterem poprzedniej notki to, że obaj, jak na moje, mieli okazję naprawdę zagadać do Tego, o którym niekiedy piszą, a nie tylko ślizgać się po powierzchni jakichś idei czy tradycji religijnych (nawet jeśli u Máraiego ta relacja się później skomplikowała). Bardzo lubię czytać takich ludzi.



Márai, Sandor. 2014. Żar. [audiobook]. Czyta Mariusz Bonaszewski. Warszawa: Agora.

Ilustracja autorstwa kristine431 z Pixabay