Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ernst Jünger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ernst Jünger. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 marca 2018

Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa #3: Coś dla fanów nie-fantasy

W poprzednim wpisie zachwycałam się cechami powieści Anny Borkowskiej, przez które ma ona szansę zawojować serca miłośników fantasy. Dziś będzie o tym, dlaczego z przynależnością Gar'Ingawi, Wyspy Szczęśliwej do tej odmiany gatunkowej i ze spełnieniem potencjalnych oczekiwań jej fanów może jednak nie być tak łatwo.

 


Powiem tak: do opinii, że Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa to fantasy, przychyliłam się pod wpływem opinii innych fantastów, ale jest to dla mnie nieco nieintuicyjne. Definicja tej odmiany gatunkowej jest wprawdzie szeroka i trudno się przyczepić, że książka nie spełnia tego czy tamtego kryterium; miałam jednak wrażenie, że czytelnik przystępujący do lektury powieści Anny Borkowskiej z oczekiwaniami takimi, jakie zazwyczaj ma się wobec fantasy, niekoniecznie musi dostać to, czego chce. Dziś spróbuję zracjonalizować te intuicje.


Pierwsza intuicja wynika z tego, że jak zdążyłam się już podzielić na fanpejdżu, Gar'Ingawi bardzo długo mi się czytało. Nie kryję, że po części dlatego, że wiedziałam, że będzie to dla mnie jedna z Bardzo Ważnych Książek i nie chciałam, żeby skończyła mi się za szybko, ale po części był to też efekt dość powolnego duktu tej książki. 


I absolutnie nie chodziło o to, że jest nudna – nie, jak już wspominałam poprzednio, jej fabuła jest inteligentna i zaskakująca. Poza tym, pomimo wysokich walorów intelektualnych, nie jest to powieść nazbyt trudna czy napisana nadmiernie wymagającym językiem – poza zdrową i typową dla lektury fantasy koncentracją na tym, kto należał do jakiego rodu i który z bohaterów nosił które z osobliwych imion, nie ma tu jakichś szczególnie ciężkich umysłowych zagwozdek a zawarta w książce głębia niejako wchodzi do umysłu czytelnika sama, dając do myślenia po przeczytaniu ale nie każąc specjalnie biedzić się w trakcie. 


Nie chodzi też absolutnie o dłużyzny w typie przysłowiowych opisów przyrody – zdarzeń jest tam mnóstwo i w sumie w jednej z fejsbukowych dyskusji pojawiła się hipoteza, że to może przez nagromadzenie treści i zdarzeń, a nie, jak to często bywa, przez monotonię, książkę czyta się dłużej niż inne.


No dobrze, więc zagęszczenie treści to, być może, pierwszy powód tego, że Gar'Ingawi, Wyspę Szczęśliwą czyta się nieco osobliwie. Faktycznie, pamiętam momenty, gdy widząc, ile zostało stron do zakończenia danego rozdziału czy tomu, myślałam sobie: nie, autorce w życiu nie uda się doprowadzić do końca danego wątku. A później, jak się okazywało, udawało jej się i to w bardzo dobrym stylu: sprawne nakreślenie dziejów całej epoki na kilku stronach, zarysowanie kontynentalnego konfliktu militarnego w dłuższym akapicie. Końcowy efekt epicki jest wyborny, ale fakt, coś takiego trudno jest czytać szybko.


Ta kwestia tempa lektury wydała mi się intuicyjnie nietypowa dla fantasy. Czy to z mojej strony słuszne, czy też kieruję się stereotypem? Na pewno fakt, że Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa nie jest pageturnerem i ma w sobie mnóstwo treści, sprawia, że nie jest podobna do fantasy typowo rozrywkowej (i w ogóle jakiejkolwiek literatury rozrywkowej zresztą). 


Co zatem z fantasy „ambitną”, mitopeiczną, jak np. wzmiankowani na okładce Gar'Ingawi Tolkien i Le Guin? Z powieściami Le Guin książka Borkowskiej ma sporo wspólnego, ale sądząc przynajmniej po moich osobistych doświadczeniach czytelniczych, raczej nie w tej kwestii – powieści badaczki z Berkeley czyta mi się o wiele szybciej. 


Co do Tolkiena – fakt, tutaj wrażenia mogą być dużo podobniejsze. Ja sama podczas pierwszej lektury tak Hobbita, jak i Władcy Pierścieni, strasznie te książki, pod względem czasu lektury, międliłam, a i z relacji znajomych, zwłaszcza tych, którzy za Tolkienem nie przepadają, wynika, że mają prozę Profesora za niełatwą do przebrnięcia. Nie mówiąc już o młodszych czy mniej wyrobionych czytelnikach, którzy w internetowych społecznościach czytelniczych żalą się, że Tolkien pozostaje, ze względu na trudność lektury właśnie, całkowicie poza ich zasięgiem.


A z czego, oprócz wspomnianej wcześniej gęstości treści, może wynikać ta różnica – niekiedy stająca się niepokonywalną przeszkodą – w czytelniczym odbiorze? Wydaje mi się, że na pewno są jakieś konkretne, mierzalne wyznaczniki w poetyce powieści, które przesądzają, że odbieramy je jako lżejsze lub cięższe w lekturze. Bardziej dogłębne dociekania w tej sprawie zostawię zawodowcom, sygnalizując tylko jedną hipotezę: wydaje mi się, że jedną z przyczyn może być ilość i sposób prowadzenia dialogów.  


U Borkowskiej jest ich, tak mi się wydaje, niezbyt wiele i są stosunkowo krótkie, autorka często uzupełnia potem te krótkie sceny rozmów opisem myśli mówiących postaci lub po prostu przechodzi płynnie do dalszego opisu wydarzeń. Na pewno nie przypominam sobie z tej książki dialogów będących czczą szermierką słowną czy zabijaniem czasu przez postaci (choć humor konwersacyjny jest, i owszem); z wypowiadanych słów na ogół zawsze, o ile pamiętam, wynika coś konkretnego.


Porównałam pobieżnie z książkami fantasy, które miałam pod ręką. Opowiadania George'a R. R. Martina ze świata Gry o tron – faktycznie, dialogów nieporównywalnie więcej a fragmenty tekstu zupełnie pozbawione wypowiadanych prze bohaterów kwestii – dużo mniej liczne i zdecydowanie krótsze. Poza tym – z tego, co pamiętam na świeżo z lektury – dużo gadania dla samego wprowadzenia nastroju czy w ogóle dla samej „przyjemności tekstu”.


Idźmy oczko dalej, zajrzyjmy do zbioru powieści haińskich Le Guin – tu proporcje między dialogiem a opisem są bardziej zbliżone do tych w Gar'Ingawi, ale jednak dialogów wydaje się być tu więcej.


I wreszcie Wyprawa Tolkiena – tak, tu dialogów jest jeszcze mniej, niż u Le Guin (choć nadal są, na oko, liczniejsze, niż w Gar'Ingawi), natomiast przerwy między nimi – czy to w postaci opisów, czy relacji narratora z tego, jak posuwa się akcja – są dłuższe, niż w którejkolwiek z porównywanych tu książek, łącznie z książką Borkowskiej.


To wszystko nie jest bardzo reprezentatywne ani uczone, ale wydaje mi się, że może tu być coś na rzeczy. I jest to też potencjalna czerwona lampka dla fanów fantasy: choć w Gar'Ingawi, Wyspie Szczęśliwej można znaleźć mnóstwo cudowności, to nie ma się co nastawiać, że będą wśród nich czy to wzniosłe, budujące klimat dialogi mogące ucieszyć fana high fantasy, czy to pojedynki na dowcipne gagi rodem z fantasy bardziej przaśno-humorystycznej.


Tym z fanów high fantasy, którzy chcieliby też epickich opisów czy innych form budowania klimatu przez narratora, również nie będzie dane to, czego chcą – z tego, co pobieżnie patrzę, w objętości znaków potrzebnej Tolkienowi do nastrojowego odmalowania tego, jak drużyna szykuje się do wędrówki, Borkowska potrafi rozwalić jedno imperium, pobudować drugie, oddalić do domu rodziców królewską małżonkę i dodać do tego krzepiąco-ironiczny komentarz co do specyfiki plemion, z której się owa małżonka i jej wiarołomny mąż wywodzili. 


I powtórzę raz jeszcze – wszystko powyższe nie oznacza, że w Gar'Ingawi, Wyspie Szczęśliwej nie występują takie cechy, jak błyskotliwość, nastrojowość czy dowcipność dialogów, albo piękno i wzniosłość w opisach. To wszystko tam jest, ale dawkowane, podporządkowane pędzącej wartko akcji i myślom przewodnim. Jeśli ktoś ma natomiast ochotę na fantasy, które pozwoli mu wytarzać się w konwencji, skąpać w klimacie, oderwać się od rzeczywistości i po prostu zanurzyć w uniwersum, gdzie można np. pojeździć konno czy zdzielić giermka w ucho bez strachu przed upokorzeniem tegoż i nieprzyjemnościami natury prawnej – to nie jest to raczej lektura dla niego.


Nie jest zatem Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa, rozrywkową fantasy i nie jest też fantasy immersyjną w klasycznym rozumieniu (nie żeby w ogóle, podczas lektury człowiek też trochę „chodzi” w tym świecie, ale to jest inne, niż w przypadkach bardziej prototypowych). Czym zatem jest i do czego z kolei jest podobne?


Ja od początku – to moja druga intuicja – miałam skojarzenia z powiastką filozoficzną albo literacką przypowieścią – z formami, gdzie fantastyczny świat, owszem, jest i jest ważny, ale bardziej, niż gatunkowe fajerwerki, nasycenie się konwencją, uradowanie lubianymi dekoracjami i archetypami, liczy się to, z czym autor do nas przyszedł – jakaś filozoficzna prawidłowość czy ukazanie ważnego mechanizmu działania świata czy człowieka. 


I ta właściwość Gar'Ingawi, Wyspy Szczęśliwej kojarzy mi się jednak – wiem, że to niepopularna teza – z literaturą głównego nurtu. W sukurs w tym przekonaniu idzie mi Grzegorz Szczepaniak w tekście napisanym do Informatora Gdańskiego Klubu Fantastyki:

Gar’Ingawi…, a także Władca…, to dzieła, które nie całkiem mieszczą się w ramach konwencji, do której się je zalicza, i znacznie wykraczają poza to, czego można się po typowej fantasy spodziewać. Na ich kształcie silnie odcisnęło się autorskie piętno – i znać po nich, że zostały wywiedzione z najgłębszych pokładów duszy ich twórców. W tym aspekcie bardzo przypominają książki tzw. głównego nurtu, w którym manifestowanie indywidualności twórczej jest często istotniejsze od czytelności dzieła (…) 1

Z rzeczy, które znam i które przychodzą mi do głowy jako pokrewne wobec Gar'Ingawi, Wyspy Szczęśliwej w kwestii takiej właśnie głównonurtowej baśniowości, wymieniłabym, oprócz wspomnianych w poprzedniej notce i dużo dawniejszych Podróży Guliwera, np. Mszę za miasto Arras Andrzeja Szczypiorskiego albo (wspominałam już kiedyś, że przeczytałam w życiu trzy książki na krzyż?) Na marmurowych skałach Ernsta Jüngera.


Zajrzałam zresztą pobieżnie do pierwszej z tych dwóch książek – ilościowy stosunek dialogów do opisów wydarzeń czy głębokich refleksji narratora też jest – przypadek to czy nie – nieco podobny.


Ale najważniejsze jest to, że choć zarówno w tych współczesnych, rozbudowanych fabularnie głównonurtowych przypowieściach, jak i u Borkowskiej bardzo liczą się takie rzeczy, jak (fikcyjne lub oparte na faktach) tło historyczne, pewien nastrój, uczucia bohaterów czy detale świata, to jednak widać, że te wszystkie funkcje są stosowane powściągliwie w stosunku do tego, co w tych książkach jest najważniejsze – opowieści o fikcyjnych wydarzeniach, które z kolei obrazują jakąś ważną duchową prawdę.


No bo właśnie, oprócz zewnętrznej otoczki są jeszcze w Gar'Ingawi sprawy ducha. I o tym będzie następna notka.


Borkowska, Anna. 2017 [1988]. Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa. Tom I: Oczekiwanie, Tom II: Dzieje Nulani, Tom III: Dzieje Taguna. Warszawa: Wydawnictwo Zona Zero.
1 Szczepaniak, Grzegorz. 2012. „Okruchy Ogana: Trzydzieści lat minęło x 2”, [w:] Informator Gdańskiego Klubu Fantastyki, październik 2012, s. 29

niedziela, 5 marca 2017

(Nie) każdy święty chodzi ogarnięty


Już dwa razy napomykałam na tych łamach o „Świętych codziennego użytku” Szymona Hołowni, ale że właśnie skończyłam czytać, dorzucę parę bardziej całościowych myśli. Dziś - o nawiązaniach fantastycznych, wzruszeniach i zamiłowaniu świętych do porządku (lub nie).

Znajdź jednego świętego w tłumie normalsów.


Trzymając się tematyki bloga – Hołownia, opisując sylwetki świętych, często żyjących wiele wieków temu, mocno zderza je naszym współczesnym życiem i popkulturą – w tym, niekiedy, z estetyką fantastyki. Jest tu np. mangowa św. Paraskiewa, steampunkowy Edmund Bojanowski (o tym autor akurat nie wspomina, ale jego kojarząca się z tą odmianą gatunkową dziewiętnastowieczna „fajność” aż bije w oczy) i św. Charbel, który, gdy Szymon pierwszy raz wypatrzył go na pobożnych podobiznach w Meksyku, „wyglądał jak Merlin albo członek rady pedagogicznej z Hogwartu” (s. 120-121).


Trzymając się tematyki bloga od innej strony – mnie wiele z tych historii nieźle wzruszyło i ciekawa jestem bardzo, na ile to wzruszenie siedzi w tym tekście obiektywnie i czy „Święci codziennego użytku” zadziałaliby tak również na Was, czy też to tylko ja tak reaguję, bo taki mam rodzaj wyobraźni, taką przynależność religijną itp. Jakby ktoś z Was miał okazję książkę obadać, może dać znać w komentarzach, jakie były jego wrażenia. (Innymi słowy, kochani, testujemy, czy Szymonowi udało się zawrzeć w „Świętych...” eliotowski obiektywny korelat.)


Czytając „Świętych codziennego użytku”, zaczęłam się w pewnym momencie skupiać na tematyce porządku i bałaganiarstwa. Czy święci byli raczej poukładanymi ludźmi i swoich gości, uczniów i penitentów witali w cieszących oko porządkiem i czystością mieszkaniach, celach lub pustelniach? Czy też w dążeniu do spraw wyższych przymykali oko na przyziemne sprawy takie jak niezamieciona podłoga albo kolekcja kubków po kawie na biurku?


Dorastając w czasoprzestrzeni, w której wrażliwość religijna lubiła się niekiedy mieszać z estetyką punk rocka, miałam zawsze wrażenie, że prawdziwsza jest opcja numer dwa. Jeśli jesteś dobrym człowiekiem – a co dopiero świętym! – to nie ma aż takiego znaczenia, czy ślicznie wykrochmalisz firanki a na stole postawisz doniczkę z prymulką.


Z tym przekonaniem o nikłej wartości moralnej porządku w chacie zderzyły mi się trochę późniejsze inspiracje i lektury. Nie pamiętam już, co takiego wyczytałam np. w Promieniowaniach Jüngera – raczej nie było to nic dokładnie na temat porządków, raczej coś ogólnego na temat moralnej ważności drobnych gestów i wysiłków – ale kojarzę dokładnie, że ogólne wrażenia z lektury zmotywowały mnie do jakiejś większej akcji porządkowej w mieszkaniu i robiąc ją czułam się jak św. Joanna d'Arc, która właśnie wygrała bitwę na wojnie Dobra ze Złem.


Bezlitośnie motywujący pod względem tematyki sprzątalniczej bywa też Łukasz Orbitowski. Jego Inna dusza, która przy okropności zewnętrznej tematyki jest jednocześnie słonecznym hymnem na cześć bardzo wielu dobrych rzeczy, to m.in. piękna pochwała sprzątania. Kiedy w domu rodziny Hoppe dzieje się źle, odkurzanie książek na półkach, trzepanie dywanów i usuwanie zacieków to drobne gesty, które w rzeczywistość biedy i nałogu są w stanie wpuścić trochę Światła. A czytelnikowi, zwłaszcza wygodniej żyjącemu i deklarującemu mniejszy nihilizm, niż książkowy Krzysiek, może zrobić się głupio: to on, w takich trudnych warunkach, martwi się, że nie ma czasu, żeby zrobić coś z tymi dwiema trwałymi plamkami na wannie, a ja bywam na takie rzeczy obojętna/y?


Ale to, jak wspomniałam, słoneczna motywacja do porządków. W „Czasie cezarów” Orbitowskiego mamy coś więcej – motywację pogardliwą. Wśród kochanek ojca głównego bohatera jest niejaka „ciocia” Zosia, wyróżniająca się spośród pozostałych pań faktem mieszkania w zagraconej garsonierze z paskudnie zapuszczonym zlewem. Poza tym nie ma mowy o żadnych jej innych szczególnych cechach, a już zupełnie nie wydaje się bardziej rozwiązła, niż inne. Jednak w momencie, gdy ojciec protagonisty potrzebuje do swoich czarnoksięskich rytuałów krwi ladacznicy, udaje się właśnie do cioci Zosi, a jego syn stwierdza, że tatuś nigdy nie miał o tej cioci dobrego mniemania. Dodam, że „Czas cezarów” to opowiadanie o wielokrotnych zdradach, rzucaniu na siebie nawzajem klątw i generalnie o życzeniu sobie źle. Jedyną osobą, która zasłużyła w nim jednak na pogardę jest biedna „ciocia”, która nie potrafi utrzymać porządku w domu.

Tyle mój dotychczasowy subiektywny przegląd literatury sprzątaniowej – a jak wygląda kwestia porządnictwa i bałaganiarstwa u świętych opisywanych przez Szymona Hołownię? Ano różnie wygląda.


Z jednej strony mamy św. Rafała Kalinowskiego – Hołownia powiada, że był z niego „patentowany bałaganiarz, posiadacz dwóch lewych rąk do spraw bytowo-domowych” (s. 36). O prowadzenie schludnych domostw trudno też podejrzewać prawosławnych jurodiwych – takich jak św. Prokop – którzy upokarzali się przed innymi ludźmi przez niechlujny wygląd i łamanie zasad pożycia społecznego, by samemu zyskać zbawienną pokorę a innych wytrącić z ich zastanego toku myślenia. (Wielu mądrzejszych wpadło już przede mną na to, że jurodiwi byli w tym właśnie bardzo punkowi.)


Z drugiej jednak strony, wiele żywotów, o których pisze nam Szymon, pokazuje osoby, które dążenie do bliskości Boga i zbawienia łączyli z troską o dom i urodę codzienności. Św. Teresa z Ávila, mistyczka i pisarka, widać nie uważała, że skrzętne zajmowanie się domem to strata czasu, który można by poświęcić na modlitwę i twórczość, skoro podczas religijnych ekstaz potrafiła nie przerywać smażenia ryby na patelni a robótki ręczne odkładał tylko wówczas, gdy szła na spotkanie z biskupem. Z kolei historia małżeństwa Marii i Luigiego Beltrame Quattrocchich to wręcz żywe potwierdzenie tego, że duchową doskonałość można osiągnąć nie tylko pomimo tych drobnych, codziennych zadań, z jakich składa się prowadzenie domu, ale właśnie dzięki nim i miłości, jaką się w nie wkłada. Nie mówiąc już o dramatycznym przykładzie dwudziestu jeden męczenników z Libii, którzy, ginąc za szczerość w wyznawaniu wiary, pozostawili w połowie drogi właśnie takie drobne, dobre zadania – troskę o dom i rodzinę czy zbieranie pieniędzy, by tę rodzinę założyć.


Podsumowując – nie znalazłam w „Świętych codziennego użytku” jasnej odpowiedzi na to, czy świętemu – i kandydatowi nań – bardziej przystoi życie w mieszkaniu przypominającym pudełeczko, czy też może spokojnie egzystować w artystycznym nieładzie. Intuicyjnie wydaje mi się, że ci święci, o których nie było wyraźnie napisane, że mieli syf na chacie, raczej tego syfu nie mieli i że porządek jest pewną - choć pewnie opcjonalną - tendencją rozwojową w życiu duchowym. Z drugiej strony, przytoczeni święci „nieogarnięci” i bałaganiarze to wyraźna sugestia, że nieogarnięcie, nawet jeśli w naszym nieciekawym, gloryfikującym pozory świecie zamyka pewne drzwi (przykładem niejaki eksperyment Rosenhana pokazujący paskudną prawdę o tym, jak pozory potrafią rządzić psychiatrią), na pewno nie jest, w ostatecznym rozrachunku, przeszkodą w drodze do dobrego życia i do nieba.


To powiedziawszy, życzę Wam miłych i obfitujących w intelektualne przemyślenia wiosennych porządków. A „Świętych codziennego użytku” bardzo polecam.



Hołownia, Szymon. 2015. Święci codziennego użytku.. Kraków: Wydawnictwo Znak.

środa, 13 stycznia 2016

Wokół „Herrenvolk” S. Uznańskiego, czyli biedny/a hipster/ka patrzy na II wojnę światową

Jakiś czas temu, w bardzo fajnych okolicznościach, wpadła mi w ręce powieść Herrenvolk Sebastiana Uznańskiego, I dobrze, że wpadła, bo dawno nie miałam okazji podumać na temat II wojny światowej. W bąblu kulturowym, w którym się znajduję, temat jakby w ostatnich latach zamarł. Kiedy chodziłam do szkoły, jaranie się tą epoką było poniekąd na czasie. Były jakieś podwórkowe zabawy z wojną jako motywem przewodnim a na lekcjach historii można było czniać Napoleona czy wojny punickie, ale kiedy wjeżdżała II wojna, wypadało przestać rysować głupoty po marginesach i z pompatycznie wzniosłym wyrazem twarzy posłuchać, co to był ten odcinek „Wizna” albo wyspa Guadalcanal, a z kartkówki dostać nieco lepszą ocenę, niż miało się z pozostałych. Wypadało się tym interesować chłopakom, bo to takie męskie i militarne i dziewczynom, bo jak się coś o tym wiedziało, to nie wychodziło się na pustą dziunię.

A teraz – zupełnie kontrastowo. Kiedy myślę, o czym zazwyczaj rozmawia się ze znajomymi, gdy temat schodzi na historię, to chyba najbardziej przemawia ludziom do wyobraźni dwudziestolecie międzywojenne, albo jeszcze wcześniej, czyli kminienie, kto jest z jakiego zaboru i co to oznacza. Następne w kolejce byłyby lata 50-te XX wieku – to już może nie w rozmowach, ale w kulturze niewerbalnej, vide popularność lindy hop i ten niedawny, jakże pozytywny zwrot w modzie damskiej. Podsumowując, na tapecie są wszystkie dekady naokoło, a o II wojnie cisza. Lekturowo i filmowo sprawy mają się może nieco lepiej, ale i tak zaczynając Herrenvolk, miałam wrażenie, że odblokowuję sobie nieczęsto używane synapsy.

Jest zatem Herrenvolk historią alternatywną, w której główny bohater, Artur Sosnowski, ot taki sobie, żyjący w naszych czasach zwykły chłopak w wieku wczesnodorosłym, zostaje przeniesiony w czasie do roku 1940 i trafia do hitlerowskiej niewoli. Ponieważ niektórzy spośród nazistowskich oficjeli są w stanie łyknąć historię o tym, że gość przybył z przyszłości (duch niemieckiego romantyzmu!), Artur zdobywa sobie pewien posłuch w strukturach III Rzeszy i zaczyna świadczyć hitlerowcom usługi jako doradca. Zarówno jego wskazówki, jak i pewne trudne do zidentyfikowania siły związane z naruszeniem kontinuum czasowego sprawiają, że historia II wojny światowej zaczyna się w powieści toczyć całkiem inaczej, niż pamiętamy z rzeczywistych dziejów. Brawurowo zmieniają się (w stosunku do stanu faktycznego) linie frontu, miejsca ważnych potyczek i ich wyniki. Przyznam, że trochę żałowałam, że nie znam lepiej historii II wojny światowej (jednak lubiłam rysować po marginesach), bo pewnie doceniłabym to jeszcze bardziej, ale i tak miałam z tych odkształceń sporo zabawy. Najbardziej podobały mi się rozwiązania odnośnie do walk w Wielkiej Brytanii, a szczególnie motyw z lisem i jego tradycyjnym znaczeniem w brytyjskiej kulturze. Rany, jakież to było dobre.

To tak tytułem odblokowywania synaps odpowiadających za wrażenia militarystyczne. Mnie akurat bardziej, niż historie alternatywnych potyczek, zajmowała postać głównego bohatera i jego rozmyślania nad wojną, własną sytuacją i moralnymi wyborami. Artur nie jest bohaterem całkiem bez właściwości, ale można powiedzieć, że to dość typowy człowiek naszych czasów, a przy tym osobowościowo raczej średniak. Nie ma dziwactw ani jakichś szczególnie paskudnych cech charakteru. Jest trochę oportunistą, ale ewidentnie wyposażonym w sumienie i skłonność do refleksji. Łatwo się z nim identyfikować.

Problem polega jednak na tym, że z tym swoim nieszkodliwym charakterem Artur mimochodem staje się w powieści zdrajcą swojego kraju, cudowną bronią w rękach wojsk hitlerowskich i pośrednim sprawcą śmierci niewyobrażalnej liczby ludzi. Fakt, ma na ten temat jakieś przemyślenia i widzi, że wokół niego dzieją się złe rzeczy, ale bojąc się bólu, deprywacji i utraty życia, godzi się na to wszystko, podejmując co najwyżej jakieś żałosne, niewidoczne dla ogółu formy sprzeciwu typu dopuszczanie się drobnych niebłagonadiożnosti w pożyciu erotycznym, żeby nie wszystko było tak, jak Hitler nakazał. Czytając, trudno nie patrzeć na Artura krytycznie i z wyższością, ale jego sytuacja jest na tyle podobna do współczesnych pokus typu praca na nie do końca uczciwą umowę czy tolerowanie czyichś nieakceptowalnych dla nas poglądów, że łatwo wyobrazić sobie, że na jego miejscu można by się podobnie zaplątać. Dosyć to straszne.

Druga, oprócz protagonisty, postać, która szczególnie rzuca się w oczy i prowokuje do rozkminy, to Weiner - „dobry Niemiec”, który od początku obdarza Artura zaufaniem i staje się jego przewodnikiem po wojennej rzeczywistości. Z tą swoją dwoistą postawą – szlachetna dusza i sprzeciw wobec nazizmu, ale z drugiej strony motywowana patriotyzmem decyzja o pozostaniu wysoko postawionym żołnierzem III Rzeszy i w zasadzie prowadzenie w ramach służby dość przyjemnego i dostatniego życia – totalnie kojarzył mi się z Ernstem Jüngerem i dlatego też jakoś mnie elektryzował podczas lektury. Ponieważ jednak do fikcyjnego bohatera podchodzi się z mniejszą atencją i bardziej na zimno, niż do postaci historycznej, a przy tym potężnego klasyka i moralisty, jakim był autor Promieniowań, w pewnym momencie nasunęło mi się w odniesieniu do Weinera nieco zgryźliwe skojarzenie z memem z cyklu Things Jesus never said: „tak naprawdę nie liczy się to, co robisz, jeśli w głębi duszy pozostajesz dobrym człowiekiem”.1 Przez większość czasu trwania powieści „dobroć” Weinera wydaje się polegać na w miarę cywilnym zachowaniu i górnolotnych przemyśleniach, podczas gdy obsługiwany przez niego system wyrządzał zbrodnie. Wstępna moja konkluzja z zapoznania się z postacią Weinera była taka, że jeśli rzeczywiście tak (w sensie, spijaniem koktajli na koszt reżimu i moralnym kompromisem) kończy się przygoda z przebieraniem w orientacjach politycznych i nieopowiadaniem się za żadną z opcji, to nie wiem, czy to jest dobre rozwiązanie i czy sama rzeczywiście chcę w tę stronę. Plus jeszcze nasunęło mi się, że strasznie przydatną cechą jest umiejętność wyczucia momentu, kiedy „nasi” zaczynają przeginać.

Podobał mi się przekaz Herrenvolk. Fajny, nienarzucający się narrator, kilka zapadających w pamięć zdań wypowiedzianych przez Annę czy psychoterapeutę Hoffmana, czy wspomniane przemyślenia Artura. Był jednak jeden moment, który mnie zirytował. Chodzi mi o pobyt Artura w schronie państwa Meyers – prostej rodziny, fanatycznie wielbiącej Hitlera. W opisie tej rodzinki przerysowane, potworne wręcz ubóstwienie führera (wiara, że powieszenie jego podobizny na ścianie chroni przed bombardowaniem) niepokojąco miesza się z cechami neutralnymi lub wręcz poczciwymi: ci ludzie wyznają obrzydliwe poglądy polityczne, ale jednocześnie są gościnni dla nieznajomego, prowadzą zwyczajne, ciepłe życie rodzinne, wierzą w Boga, a kiedy w schronie rodzi się dziecko, z którym jest jakiś problem, w ich rozmowach absurdalne, okrutne poglądy z domeny eugeniki mieszają się z czymś, co dziś wyglądałoby jak humanistyczny prolajf („Nie my daliśmy mu życie. Nie my powinniśmy je zabrać”2). Przy tym ci prości, tradycyjnie żyjący ludzie są przedstawieni w książce jako ideologicznie wyprane potwory, z którymi nie da się żyć – tak jakby w opozycji do takich bohaterów, jak Artur czy Liliane, prowadzących z kolei dość libertyński styl życia, a przy tym równie uwikłanych w system, ale przedstawionych jako zasługujących na względną sympatię, bo przecież oni się zastanawiają, oni kwestionują. Nie podważam zasadności takiego przedstawienia – z epilogu Herrenvolk wynika, że podbudowę pod opis życia codziennego w Rzeszy stanowił solidny research – ale zawsze deprymowały mnie zestawienia tego typu. Podobnie mam z Kabaretem Boba Fosse'a. Urzeka mnie ten film, ale denerwuje mnie, że bywa odbierany na zasadzie: akceptuj reguły Kabaretu, z jego płytkością, hedonizmem, przelotnymi więziami i brakiem apetytu na „coś więcej” w życiu, bo jak nie będziesz akceptował, toś faszysta i pobratymiec tego chłopca, co to śpiewa „Tomorrow belongs to me”. No, mnie nie odpowiada żadna z tych opcji i zawsze miałam nadzieję, że istnieje trzecia droga. Chociaż jeśli jednak jej nie ma, to wiadomo, lepszy chyba Kabaret, w którym można istnieć na własnych zasadach i delikatnie zarażać innych swoim stylem bycia (w filmie coś takiego robi moja przesympatia, panna Landauer), niż totalitaryzm.

Jeszcze na osi Herrenvolk kontra Kabaret, w Herrenvolk mamy rozbicie drugiej dychotomii widocznej w filmie: faszyzm kontra dekadencka sztuka. W Kabarecie świat artystów, z jego frywolnością i kontrowersyjnymi środkami ekspresji, wyraźnie odcina się od prostoty, brutalności i starań o „czystość przekazu” hitlerowców. W Herrenvolk natomiast, za sprawą podróży Artura w przeszłość i w konsekwencji zachwiania biegu historii, kultura III Rzeszy zaczyna się zmieniać i obok topornych form sztuki, których jedynym celem miała być służba Hitlerowi czy rozrostowi narodu niemieckiego, pojawiają się zjawiska, które Anglofoni ładnie określają jako edgy: kluby z ostrą muzyką przypominającą techno czy stroje nawiązujące do czegoś pomiędzy ciuchami metalowców a estetyką BDSM. Celem tych form kulturowych okazuje się zresztą dla odmiany, hm, służba Hitlerowi i rozrost narodu niemieckiego. Tym niemniej, ciekawie się o tym czyta. Podobnym odkształceniom podlega w Herrenvolk technologia – pojawiają się wynalazki, o których w rzeczywistych latach 40. nikt nie słyszał – a także design: przyciężkie formy architektoniczne Speera, które kojarzymy z historii, czy kanciastość ówczesnych urządzeń mechanicznych zostaje zastąpiona opływową, organiczną estetyką kojarzącą się z budową organizmów roślinnych czy zwierzęcych. Trochę się podczas czytania zastanawiałam, czemu poszło to akurat w tę stronę, ale pewnie nikt mi na to pytanie nie odpowie.

Książkę czytało mi się potoczyście, ciężko ją było odłożyć i dopiero po skończeniu zdałam sobie sprawę, że po pierwsze, w sumie czytałam ją jednak dość długo (nie zauważyłam tego wcześniej), a po drugie, chociaż w trakcie lektury zdecydowanie chciało się wiedzieć, co będzie dalej, to w sumie nie jest to rzecz jakoś szczególnie napakowana akcją. Moim zdaniem, Herrenvolk to bardzie opisanie alternatywnego świata, coś jak Podróże Guliwera, niż historia niesamowitych przygód. Ale tak jak wspomniałam, procesu lektury to nie zakłóca. A tak ogólnie, czy zachęcam do lektury? Jeśli ktoś nie jest podatny na zgorszenie przez okrutnawe opisy tortur (na początku książki), czy też dość naturalistyczne sceny erotyczne (to bardziej w dalszej części), to tak, jak najbardziej. Jak na moje, ciekawa, wartościowa rzecz, w dodatku przypominająca o sprawach, nad którymi na co dzień nie ma okazji się zastanowić. I nawet, jeśli zastanawiając się nad nimi, zaczyna się brzmieć trochę tak, jak gość z wiersza zahintowanego w tytule notki, to i tak myślę, że lepiej się nad takimi rzeczami zawczasu zastanawiać, niż nie.


1 <http://www.churchpop.com/wp-content/uploads/2014/08/114.jpg>. Na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości – to naprawdę NIE SĄ słowa Jezusa. (przyp. Shee)


2 Uznański, Sebastian. 2011. Herrenvolk. Rzeszów: FOX Publishing Bartosz Kusibab, s. 217.