Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje teorie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje teorie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 stycznia 2021

Restauracja inna niż wszystkie (W. Szostak, „Cudze słowa”)

 

Jak wielu z nas wie, Cudze słowa Wita Szostaka to powieści obyczajowa, w której siedmiu bohaterów (dwie kochanki, przyjaciel z dzieciństwa, ojciec, wykładowca-mentor, kolega ze studiów i podwładny w pracy) przedstawia siedem różnych wersji historii życia Benedykta Rysia – w młodości wybitnie się zapowiadającego studenta filozofii, a następnie spiritus movens niezwykłej krakowskiej restauracji z kuchnią śródziemnomorską. 

Mnie w niniejszej notce interesuje obecność w tej książce trzech funkcji: nieuchwytnego piękna, dobrej fabuły oraz ciekawie literacko ogranej duchowości chrześcijańskiej. Na koniec ponarzekam bonusowo na konflikt pokoleń, który trochę z początku popsuł mi odbiór Cudzych słów.

 

Fabuła w Cudzych słowach jest i wciąga. To wielki atut na tle większości polskiej głównonurtowej literatury najnowszej.

Notka zawiera ogólne, lecz sugestywne odniesienia do fabuły Cudzych słów, w tym do zakończenia. Osoby, które obawiają się spoilerów, zachęcam do lektury mojego tekstu po przeczytaniu książki.

 

PIĘKNO

Szukam tej cechy w każdej książce Wita Szostaka od czasu, gdy zachłysnęłam się nią w Oberkach do końca świata. Zachwyt wytłumaczyć jest trudno i musicie mi uwierzyć na słowo: w Cudzych słowach on też jest, a dokładnie w pierwszej części powieści, zanim nie zaczyna go przyćmiewać kolejna szukana przeze mnie funkcja, czyli fabuła. W miarę jak autor coraz bardziej zaciekawia czytelnika a to rozwojem jakiegoś romansu, a to upadkiem czy mrocznym sekretem któregoś z bohaterów, to subtelne, charakterystyczne dla prozy Szostaka piękno przestaje być widoczne, ustępując innym bodźcom. Najwyraźniej dostrzegłam je chyba w początkowej części historii Józefa, ojca Benedykta, z jej czułością, pokręconą, błądząca dobrocią i żalem. I może też w historii Jakubka, gdy tę rodzinę małego Benedykta opisywał, a także dużo później, gdy duży Jakub przychodzi do „Isoli”.


FABUŁA

Fabuła w Cudzych słowach jest i wciąga. Wspomniane romanse, upadki, mroczne sekrety, do tego obraz formacyjnej przeprowadzki, bezwzględnego akademickiego wyścigu szczurów, marzycielskiego biznesplanu gastronomicznego tudzież cennych rad rodzica jednego z bohaterów na temat zamążpójścia – te wszystkie wydarzenia budzą taki stopień plotkarskiej ciekawości, że książkę trudno odłożyć. To wielki i rzadki atut, jeśli spojrzymy na Cudze słowa na tle reszty polskiej głównonurtowej literatury najnowszej. Jakiś czas temu nadrabiałam zaległości w tej dziedzinie i wyrywkowa lektura wybranych książek Tokarczuk, Karpowicza, Shutego, Vargi czy Drotkiewicz utwierdziła mnie w przekonaniu, że jeśli jakiś współczesny polski pisarz aspiruje do pisania poza schematami powieści gatunkowych, chce powiedzieć coś ważnego, popisać się kunsztem językowym, to zazwyczaj dzieje się to kosztem przyzwoicie napisanej fabuły. Cudze słowa takie nie są, co wydaje się potwierdzać hipotezę, że wśród naszych pisarzy dobrych fabuł mniej boją się – wyszkoleni w popkulturze – postfantaści.


Dwiema wisienkami na torcie są dwa cudowne twisty fabularne na końcu powieści – zaskakujące, misternie spinające wszystkie wątki, obracające w proch nasze wcześniejsze wyobrażenia na temat czytanej historii. Te twisty uratowały moje pozytywne mniemanie o Cudzych słowach, bo przed doczytaniem do końca trochę miejscami kręciłam na tę książkę nosem – o czym napiszę w końcowej części notki.


Kolejna sprawa – dialog z duchowością chrześcijańską. Nim się tym zajmę, wytłumaczę, co, oprócz subiektywnych zapatrywań, każe mi uważać, że jest to ciekawy temat literacki.


(DYGRESJA: DLACZEGO WARTO PISAĆ O CHRZEŚCIJAŃSTWIE?)

Sprawa jest prosta: uważam, że duchowość – a dokładniej sfera Mitu w sposób, w jaki rozumiał ją np. C.S. Lewis – to ogólnie ważny temat dla literatury. Wątki chrześcijańskie są zaś w tym temacie dobrym wyborem dla naszych lokalnych pisarzy – czy to w realizmie, czy w światotwórstwie – bo dla większości z nas są po prostu najbardziej dostępne i emocjonalnie najbliższe, nawet jeśli dla niektórych w sposób negatywny. Duchowości egzotyczne, wyparta słowiańszczyzna czy new age w większości przypadków mają pod tym względem, moim zdaniem, dużo mniejszą siłę, nie mówiąc już o racjonalizmie, który w duchowość jest zazwyczaj z definicji uboższy.


To w duchowości chrześcijańskiej większość z nas jest zanurzona (nawet gdy ktoś jej nie podziela), to jej legendarium i imaginarium znamy i to ono na nas działa – pozytywnie lub nie – a zatem to na jej podstawie jesteśmy w stanie tworzyć dobry realizm lub przekonujące fantazje. Na niwie fantastyki myślę, że to jest właśnie niewypowiedziany morał eseju Sapkowskiego Piróg, albo nie ma złota w Szarych Górach, z którym pewnie ów autor za nic by się nie zgodził: skoro nie potrafimy budować dobrych opowieści rodzimowierczych jak Anglosasi, bo silniej wyparło je u nas chrześcijaństwo, to może spróbujmy, czy nie będzie nam się ich dobrze budowało właśnie na chrześcijaństwie?  


Tegoroczna Nike wydaje się to potwierdzać w sposób pozytywny a niedawna krytyka pod adresem Dukaja w związku z niewłaściwym odwzorowaniem egzotycznej kulturowo i religijnie bohaterki – w sposób negatywny.


WĄTEK CHRZEŚCIJAŃSKI: TEOLOGIA CIAŁA

Wróćmy do Wita Szostaka i Cudzych słów. W poprzednich książkach tego autora moja spragniona takich właśnie swojskich duchowych tematów czytelnicza dusza znajdowała ukojenie, jednak zawsze były to wzmianki bardzo delikatne: a to zachwycający wątek Meistera Eckharta w Oberkach..., a to subtelne, bardzo szczerze brzmiące odniesienia we Wróżeniu z wnętrzności (piszę o nich w tej notce). W Cudzych słowach mamy mniej takiego subtelnego ducha, a więcej ciała, a konkretnie – teologii ciała. Otóż: dwoje bohaterów – kolega Benedykta ze studiów, Szymon, i jego dziewczyna Magdalena – fascynując się za młodu filozofią personalistyczną i jednocześnie sobą nawzajem, zaczynają na własnym związku testować moralne wytyczne promowane przez zwolenników owego nurtu teologii. Zaczyna się między nimi gra, w której miesza się filozofia, duchowość i erotyka.


Ten wątek jest różnie interpretowany przez recenzentów książki. Paweł Cybulski z Przy muzyce o książkach sprowadza go do dekonstrukcji przez Szostaka „»filozofii« Jana Pawła II, która nie wytrzymuje najprostszej konfrontacji z życiem. Zwłaszcza z życiem ludzi wybitnie myślących, którzy próbowali wcielać ideały tej myśli w życie”.1 Abstrahując od mojej – odmiennej – oceny teologii ciała i jej praktyczności, smutne wydaje mi się takie spłaszczenie wielowymiarowej książki Szostaka do głosu w polityczno-obyczajowej wojence (w recenzji pojawia się pełna uznania uwaga, że autor pisze „jakby na przekór zaleceniom ministra Czarnka”2). Tym bardziej, że wybitność myślenia (i w ogóle wiarygodność jako bohaterów) Szymona i Magdaleny to sprawa mocno dyskusyjna. Bliżej mi emocjonalne do rozpoznania Adama Skalskiego z portalu Katedra, który dopatruje się w historii Magdaleny i Szymona poważnej dyskusji ze wspomnianym nurtem teologii.3 Ale generalnie nie całkiem zgadzam się z tym, że teologia ciała jest w Cudzych słowach przywołana gwoli intelektualnej czy obyczajowej polemiki.


Moim zdaniem funkcja tego wątku jest czysto literacka: teologia ciała jest tu użyta, by w nowy i świeży sposób połączyć dwa mocarne tematy literackie (i życiowe): wiary religijnej i seksualności. Nie wiem, na ile subiektywnie, ideowo, jestem zachwycona rozegraniem tego tematu w Cudzych słowach od pewnego momentu książki. Zastanawiam się nad jego zbytnimi podobieństwami do obiegowych, jurnych „prawd” na temat seksualności i związków. Na pewno jednak temat ten jest bardzo zgrabnie użyty pod względem fabularnym: teologia ciała jest zarówno świetnym motywem dla zawiązania się wątku romansowego, jak i dla splecenia owego romansu z głównym wątkiem książki. Faktem jest też, że finalna sytuacja rodzinno-uczuciowa tej historii czyni ją w moim subiektywnym odczuciu lepszą również pod względem ideowym, dopowiada do niej pewien morał.


Podsumowując – pomimo zastrzeżeń, cieszę się, że ktoś – bardziej czy mniej subtelnie – wprowadził teologię ciała do literatury. Nie spotkałam jej dotąd jako tematu literackiego i chętnie poczytałabym kolejne historie, który ograłyby ten temat – może w sposób bardziej mi odpowiadający, niż w Cudzych słowach.


JEDZENIE I KONFLIKT POKOLEŃ

Miałam ponarzekać na tematy pokoleniowe, które w początkowej części książki trochę zraziły mnie do Cudzych słów. Punkt wyjściowy jest taki: zarówno większość bohaterów, jak i „autor wewnętrzny” wydają się reprezentować punkt widzenia tzw. pokolenia X w jego polskim wydaniu. Dotyczy to przede wszystkim głównego wątku Cudzych słów, dotyczącego restauracji „Isola”. Przez lwią część powieści wokół jadłodajni prowadzonej przez Benedykta i Weronikę unosi się atmosfera zachwytu: jakie to wspaniałe, że ta kuchnia śródziemnomorska, i jak cudownie, że to takie miejsce inne niż wszystkie, w dodatku ciągle ewoluuje, a to wycofują stałą kartę dań i każdego dnia jest coś innego, a to zapraszają gości do gotowania... A ten restaurator jaki charyzmatyczny, a to się dosiądzie i uraczy historią z życia, a to zgromi za chęć polania pilawu keczupem... A jak wspaniale, że ta „Isola” to coś więcej, niż zwykły biznes: pracownicy są powoływani jak apostołowie i codziennie biesiadują do późna jak rodzina, tacy są zżyci, no i w ogóle bycie tam to bardziej duchowe misterium, niż zwykłe przyjście na posiłek...


Ten balonik zostaje pięknie przekłuty w finale powieści, jednak przez większość jej trwania czytelnik musi z tą wizją żyć i znosić kolejne mistyczne zachwyty nad knajpką „inną niż wszystkie”.4 I to jest pewnie bardzo OK, jeśli ktoś taką wizję choć trochę kupuje. Jest to prawdopodobne w przypadku czytelników, którym – podobnie jak większości bohaterów Cudzych słów – blisko jest mentalnie do pokolenia X. Wizja roztaczana w Cudzych słowach może spodobać się np. osobie, która doświadczyła zachłyśnięcia się możliwością podróży i dostępnością egzotycznych kuchni po epoce PRL, czy też nowego, kapitalistycznego podejścia do biznesu, gdzie praca staje się „czymś więcej”, misją i wizją, wartością samą w sobie, a w walce o klienta – również tego gastronomicznego – pojawiają się coraz to nowe, rewolucyjne pomysły. 

 

Taka osoba, jeśli dodatkowo wychowana była przed epoką powszechnej promocji higieny emocjonalnej i asertywności, może łatwiej zachwycić się charyzmatycznym bohaterem, który w imię sobie tylko znanej agendy ingeruje w życie erotyczne przyjaciół a biznes prowadzi tak, jakby był nie usługodawcą, a karzącym prorokiem, choć żadnej moralnej prawdy w zamian od tego proroka nie uświadczymy.


Mnie, jako że bardziej identyfikuję się z pokoleniem Y (w powieści reprezentowanym przez Weronikę), ta wizja od początku wydała się podejrzana. Co więcej, w trakcie czytania martwiłam się, że autor „to wszystko tak na serio” i gdyby nie zakończenie, chyba trochę bym się do niego zraziła. Zachwyty nad pilawem, jagnięciną itp. przywodziły mi na myśl motywacyjne historyjki o rzucaniu korpo i przeprowadzce do cudownej Prowansji. „Niesamowite” pomysły wdrażane w „Isoli” kojarzyły mi się nie tyle z literacką transgresją, co z jak najbardziej mającymi miejsce w realu zabiegami restauratorów, by przyciągać klientów coraz to większymi nowościami. Nieformalna atmosfera, elastyczne menu, zapraszanie gości do przygotowywania potraw czy osób wykluczonych do współpracy to przecież wszystko pomysły z życia wzięte. Sam przywołany przeze mnie wcześniej cytat dotyczący „Isoli” niebezpiecznie kojarzy się ze sloganem „restauracja inna niż wszystkie”, którym często bywa określana pewna restauracja bynajmniej nie włoska, a amerykańska. 

 

Nie zachwyciła mnie też wizja „powoływania” pracowników czy przyjacielskiego ucztowania obsługi noc w noc – wolę transparentną rekrutację, przewidywalne godziny pracy i oddzielenie aktywności zawodowej od prywatnej. Jeśli natomiast chodzi o postać Benedykta i jego oddziaływanie na otoczenie, to osoba, której nieobca jest podstawowa wiedza o zdrowiu psychicznym (a to chyba częściej i wcześniej zdarza się u „igreków”, niż u wcześniejszych pokoleń), nie da się zwieść zachwytom roztaczanym przez większość akcji powieści i dość szybko dostrzeże w nim manipulatorskiego, nieodpowiedzialnego partnera raniącego bliskich, toksycznego szefa i złego usługodawcę (ten keczup szczerze mnie zdenerwował).


ZAKOŃCZENIE JEST SUPER


Ale tak jak powiedziałam, zakończenie jest cudowne i naprawia ten pokoleniowy niedostatek, akcentując przy tym atuty powieści, których subiektywne wyliczenie zawarłam w poprzedniej części notki. A przy okazji oddaje głos rozsądnej, „igrekowej” Weronice, z czego po kibicowsku się cieszę.



Wit Szostak, Cudze słowa, Warszawa 2000: Powergraph.

Ilustracja: 🎄MerryChristmas🎄 z Pixabay

Przypisy:

2 Tamże.

4 W. Szostak, Cudze słowa, Warszawa 2020: Powergraph, s. 265.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Zbyt wiele Dostojewskiego zrobi z ciebie neurotyczkę ("Biesy", wynurzenie #1)

Tak mnie to bawi niesamowicie, że ze sprawami o wiele od literatury ważniejszymi można dziś w całkiem dobrych intencjach robić takie rzeczy, jak Ada Karczmarczyk (skądinąd niekiedy całkiem cudowna) robi z dyskursem religijnym, a przed klasyką literatury, jak sugeruje fanpejdż Recenzje z Lubimy Czytać, należy klękać i nie można o niej pisnąć nawet słowa, bo jak się piśnie, to od razu pręgierz.

A ja się właśnie chcę podzielić. W dodatku prawdopodobnie w dwóch kolejnych odcinkach.

Ostrzegam, że spoiluję. Ale klasykę można.

A zatem:

Kochany pamiętniczku,

Pisałam jakiś czas temu w notce o Wróżeniu z wnętrzności Wita Szostaka, że brakuje mi bohaterek literackich, z którymi mogłabym się tak naprawdę identyfikować. Otóż niedawno wydawało mi się przez chwilę, że mój problem się rozwiązał. Sięgnęłam po Biesy Dostojewskiego (jako podkładkę pod serial) i czytając pierwsze rozdziały, stwierdziłam, że to jest właśnie to. Liza, Barbara Pietrowna, nawet Maria Timofiejewna (podczas pierwszego z nią spotkania w książce i z pominięciem tego, co wcześniej mówili o niej inni bohaterowie) – dokładnie taka temperatura uczuć, idealne wyważenie zarazem siły i kobiecości, a przy tym jednocześnie niekonwencjonalność i osadzenie w ponadczasowych wartościach. W dodatku pod adresem Lizy pada określenie „gorąca i szlachetna”, które jest, subiektywnie i obiektywnie, najlepszym komplementem na świecie. Słowem, jak dla mnie – bohaterki idealne.

Skoro tak swobodnie się czuję, utożsamiając się z bohaterkami Dostojewskiego, to sprawa jest, stwierdziłam, prosta. Urodziłam się o półtora wieku za późno i trochę za daleko na zachód.

Jaka miła myśl. Ekscytowałam się nią przez jakieś sto stron z kawałkiem, póki nie okazało się, że nie ma się z czego cieszyć, bo z każdą z tych bohaterek jest coś nie tak, i to bardzo. Liza, jak się z czasem okazało, była niezrównoważona psychicznie, a od sceny w celi Tichona, nie wspominając już o finale ze Stawroginem, było jasne, że ze szlachetnością ma wspólnego tyle co nic. Maria Timofiejewna, o której przynajmniej od początku było wiadomo, że jest szalona, została dodatkowo przedstawiona jako najohydniejsza, najbardziej godna pogardy spośród możliwych istot ludzkich – w końcu pojęcie jej za żonę przez Stawrogina miało być ukoronowaniem jego nikczemności i upodlenia. Nie ma już nawet sensu wspominać, jak obie skończyły. Dla czytelniczki, która z początku odbierała te bohaterki bardzo osobiście i pozytywnie – podwójny nóż w plecy.

Co do Marii Timofiejewny, to było mi tak smutno, że musiałam to sobie jakoś zracjonalizować. No i moja linia racjonalizacji jest taka, że ta bohaterka jest tak naprawdę bardzo fajna, tylko narrator ją oczernił. Przecież z rozmów, które prowadzi z innymi bohaterami, wydaje się Maria być postacią pełną zalet – ma poczucie humoru, pogodę ducha i dystans do swojej trudnej sytuacji (widoczne np. w rozmowie z Szatowem), jest pełna godności, również wobec mężczyzn, a gdy trzeba, bywa nawet pozytywnie harda (jej dumna rozmowa z nieszanującym jej przecież Stawroginem), poza tym nawet w krępującej sytuacji, takiej jak wizyta u Barbary Pietrowny, wykazuje radość, życzliwość i zainteresowanie wobec osób, z którymi przebywa i pomimo ich negatywnego nastawienia, zachowuje nawet pewną dozę sprezzatury. Przez całą fabułę książki, w przeciwieństwie do innych młodych bohaterek, dobrze się prowadzi i o ile pamiętam, nie wyrządza nikomu żadnej krzywdy.

Jedyne, co sprawia, że Maria wydaje się tak żałosną postacią, są nieliczne sceny pokazujące jej szaleństwo (np. okrutne bredzenie o urojonym dziecku czy atak furii podczas spotkania ze Stawroginem) – które wydawały mi się tak jakby doklejone na siłę do jej innych, w pełni racjonalnych słów i zachowań – i przede wszystkim, powtarzane do znudzenia przez narratora (i Stawrogina w końcowej rozmowie z Tichonem) frazy o tym, jaka to Maria jest ohydna i godna pogardy, w co w końcu zaczyna wierzyć i czytelnik. Moim zdaniem, ci dwaj – narrator i Stawrogin – robią jej po prostu czarny PR. Ona sprawia wręcz wrażenie osoby zdrowej psychicznie, o której narrator i niektórzy bohaterowie w kilku momentach na siłę powtarzają nieprawdziwe plotki – chociażby to, że np. Szatow przy pierwszym spotkaniu wspomina, że Maria nie jest w stanie zapamiętać zdarzeń, które miały miejsce nawet bardzo niedawno, a w późniejszych rozmowach widać, że bez problemu napomyka ona o wydarzeniach z przeszłości.

Moje zdanie na temat Marii Timofiejewny jest oczywiście bardzo subiektywne i nieuczone. Później podczytałam sobie fragmentami zestawienie fachowych interpretacji tej postaci1 i wynika z niego, że Maria jest interpretowana przede wszystkim jako persona obłąkanej świętej, alegoria Maryi, matki-ziemi albo rosyjskiej duszy, a z drugiej strony – jako nosicielka swoich lub cudzych win (kalectwo jako kara), postać demoniczna, czy też typowa u Dostojewskiego budząca żałość bohaterka, przez relację z którą bohater chce się wywyższyć.

Ale ja czytałam, nie wiedząc tego wszystkiego i przez własne filtry, a według nich choroba psychiczna to nie tyle oznaka świętości, co przede wszystkim coś, czego samemu nie chciałoby się dostać ani zostać o to posądzonym, niepełnosprawność fizyczna budzi, na współczesną modłę, nie domysły, za co kogoś tak pokarało, a empatię i sympatię, mały koczek z wpiętym sztucznym kwiatem to niezwykle trafiona fryzura, natomiast kobietę, która dzień w dzień ma na sobie pełny makijaż, uznaje się z automatu za „normalniejszą” i bardziej przystosowaną do życia w społeczeństwie od siebie samej. Ponadto, czytałam Biesy ze świadomością, że narrator może mieć całkiem odmienne zdanie, niż autor i potrafi nieźle ściemniać2, a historia zna przypadki literackiego oczerniania postaci, które w najgorszym przypadku były niejednoznacznie (chociażby czarny PR zrobiony Ryszardowi III w czasach elżbietańskich), więc czemu nie miałoby to być możliwe również w wypadku postaci fikcyjnych. Stąd zatem moja prywatna teoria, że żona Stawrogina to była fajna kobita, którą narrator i postaci po prostu niemiłosiernie obgadali. (Nie znalazłam nigdzie podobnej interpretacji, więc mam nadzieję, że nikogo nieświadomie nie plagiatuję, ale jeśli ktoś o takiej słyszał, niech da znać.)

Barbara Pietrowna na szczęście przynajmniej nie była szalona, ale miałam z nią inny problem. Otóż w pewnym momencie padają w odniesieniu do niej słowa, że żadna z idei, którą głosi, nie jest tak naprawdę jej myślą, a później pojawia się jeszcze stwierdzenie, że kobieta w ogóle nie jest w stanie wymyślić niczego kreatywnego. Rozumiem, że gdyby czytać tę książkę na modłę feministyczną, to czytelniczce zapaliłaby się w tym momencie czerwona lampka: o, jest jakiś wraży dyskurs, będzie co krytykować lub dekonstruować, bo przecież wiadomo, że my wcale takie nie jesteśmy.

Ale dla czytelniczki nieosłoniętej opiekuńczym parasolem feminizmu to wcale nie jest takie jasne. W sumie te słowa ugodziły w taki mój jeden mały lęk. Bo w tych naszych, niekiedy smutnawych czasach, kiedy kobiety wywalczyły sobie tyle nowych, wspaniałych możliwości związanych np. z pracą w markecie lub biurze i różnymi punktami w spektrum singielstwa (łącznie z tymi uwzględniającymi bycie w związku), dość pocieszająca jest myśl, że OK, nawet gdyby inne rzeczy miały się w życiu nie udać, to może kiedyś przynajmniej po godzinach stworzy się coś fascynującego, świeżego i cudownego w dziedzinie sztuki, myśli ludzkiej, robótek na szydełku, czegokolwiek. A Dostojewski tę nadzieję podważa. W sukurs przychodzi mu, ahistorycznie patrząc, Tolkien w jednym ze swoich Listów (Zysk i S-ka 2000), w którym sarkastycznie wypowiada się o kobietach-naukowcach, nie będących według niego w stanie dokonywać ciekawych odkryć bez wsparcia ze strony mentora-mężczyzny. No dziękuję, panowie z mojej pierwszej dziesiątki ukochanych autorów. Psujcie mi nastrój dalej.

To, co mi się natomiast w postaci Barbary Pietrowny podobało, to jej widoczny charyzmat do wyłapywania osób pogubionych i życiowo niesamodzielnych i gotowość do zapewniania im wiktu i opierunku do końca życia, jak to miało miejsce w wypadku Stiepana Trofimowicza, Marii Timofiejewny, a także – dopiero co poznanej – sprzedawczyni Biblii. W naszej epoce – żeby znowu trochę ponarzekać – w której psychologowie, poradniki szczęśliwego życia i znajomi sprzysięgają się w przekonywaniu, że najlepiej jest kończyć wszelakie relacje, które budzą negatywne emocje czy też nie prowadzą do samorozwoju, jakoś fajnie czyta się o osobie, która jest w stanie wyjechać na stałe ze swojego miejsca zamieszkania, skazać się na psychiczny dyskomfort, czy też ponieść spore koszty finansowe, żeby zapewnić stały byt komuś, kogo nawet za bardzo nie lubi, ale kto ewidentnie potrzebuje pomocy. Wydaje mi się, że jest to też bardzo fajny model kobiecości.

O losach żony Szatowa i Matrioszy nie będę nawet pisać, bo nie mam siły, zbyt druzgocące to było. Mile neurotyczna sprzedawczyni Biblii, którą wyobrażałam sobie jako najładniejszą ze wszystkich kobiet w Biesach, pojawia się między tymi dwiema historiami jako taki trochę jaśniejszy promyk. Jeśli chodzi o kobiece zachowania, to rzucił mi się jeszcze w oczy Stiepan Trofimowicz – jego nieumiejętność życia w pojedynkę i emocjonalna chwiejność bardzo kojarzyły mi się z tym, za co dzisiaj się często kobiety gani w popkulturze i pop-psychologii. Ale wtedy to była epoka, w której, o ile wierzyć Dostojewskiemu, po świecie chodziły Barbary Pietrowny, a dziś, wiadomo, różnie bywa.

Dodam jeszcze, że wydanie, które czytałam (Warszawa 1984, Państwowy Instytut Wydawniczy), posiada dość szerokie przypisy na temat kontekstu historycznego, w tym wyjaśnienie, który z bohaterów miał jaki odpowiednik w realnym świecie. Na temat bohaterek kobiecych jednak przypisy milczą. Jak rozumiem, dla osoby czytającej z nastawieniem feministycznym, mógłby powstać dylemat, czy najpierw chcieć zdelegalizować PIW za format przypisów, czy Dostojewskiego za pominięcie kobiet w dystrybucji „postaci z kluczem”, czy też może Annę Dostojewską za mizoginiczne notatki (ależ się dzisiaj nabuduję tych strawmanów). A ja się cieszę, bo miałam dzięki temu pominięciu, jakby to powiedziała Ania z Zielonego Wzgórza, pole do imaginacji.

Dziękuję za cierpliwość, kochany pamiętniczku. Do następnego zobaczenia.


1 Криницын А.Б. 2012. „Образ Хромоножки в перспективе мотивной структуры романов Ф.М.Достоевского”. Слово. Образовательный портал. (www.portal-slovo.ru/philology/45072.php) (data pobrania: 2016-02-15)
2 Okopień-Sławińska, Aleksandra. 1967. „Relacje osobowe w literackiej komunikacji” [w:] Problemy socjologii literatury, red. J. Sławiński, Wrocław 1967.

czwartek, 29 października 2015

Sartorialny detektyw literacki: "Nomen omen" Marty Kisiel


O realizmie w fantastyce pisywano już sporo. Ja rzucę tylko skromnie, że sprawia mi ogromną przyjemność, kiedy czytając książkę fantastyczną, natrafiam na kawałek akurat mniej fantastyczny a bardziej realistyczny i jest on napisany tak, że uśmiecham się z satysfakcją, myśląc: „No tak, przecież w życiu właśnie tak to wygląda!”.


W różnych powieściach fantastycznych te wyjątkowo trafne kawałki realistyczne dotyczą różnych wycinków rzeczywistości.


W Nomen omen autorstwa Marty Kisiel tym szczególnie dobrze opisanym wycinkiem rzeczywistości są ciuchy noszone przez bohaterów.


Nomen omen ukazało się w 2014 roku, dostało nominację do Zajdla. Jest to powieść przygodowa dziejąca się we współczesnym Wrocławiu, z elementami fantastycznymi tudzież historycznymi i sympatyczną główną bohaterką. Bohaterka ta, Salomea Klementyna Przygoda, zakompleksiona ale obdarzona poczuciem humoru dziewczyna w typie abnegacko-rockowym, przybywa do Wrocławia, by uciec przed swoją nieco dziwną rodzinką. Zamieszkuje na stancji u również dość dziwnej starszej pani, niebawem dołącza do niej będący istnym utrapieniem brat Niedaś, a wkrótce potem zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Jest zagadka kryminalna, wątek z niemieckiej przeszłości Wrocławia, elementy paranormalne i nawiązanie mitologiczne.


Ogólnie, powieść bardziej młodzieżowa niż dla dorosłych i bardziej dziewczęca niż chłopięca. Intryga domknięta jest dość zgrabnie, nawiązania intertekstualne są całkiem inteligentne. Gdyby to było wszystko, powiedziałabym – dobra, róbcie, co chcecie. Ale to nie wszystko – jest jeszcze wątek tekstylny. I powiązany z nim, ukryty i dostępny jedynie drogą dedukcji, wątek hard s-f.


Temat ciuchów może być w powieści potraktowany zdawkowo, autor może też wystylizować bohaterów nieadekwatnie do realiów. Ja żadną fashionistką ani inną znawczynią nie jestem, ale będąc, jak każde z nas, codziennym praktykiem noszenia czegoś tam, w Nomen omen od razu widzę w tej kwestii porządna robotę. Bohaterów można sobie łatwo wyobrazić, bo ich style ubierania są wyraźnie zindywidualizowane, ale w sposób, który nie jest ani stereotypowy dla danej postaci, ani (w większości) karykaturalny. Ich ciuchy są opisane tak dobrze, jak psychika bohaterów w dobrych powieściach psychologicznych.


Przykładowo, rodzice Salomei to lekko zwariowani fani New Age, a matka jest dodatkowo z zawodu kreatywną krawcową. Gdyby autorka potraktowała sprawę stereotypowo, pewnie paradowaliby w barchanach z indyjskiego. Ale nie – mama Salki w którymś momencie ma na sobie np. ciemnoczerwoną suknię krakowskiej mieszczki i białe giezło, natomiast jej ojciec jest wówczas wystylizowany na Tyrolczyka, ale nie na zasadzie total look, lecz za pomocą drobnych elementów. Jest więc oryginalnie, choć nie w sposób przerysowany, a przy tym jest to nawet miłe dla oczu wyobraźni (taką suknię mieszczki to sama bym chciała).


Stosunek postaci do ciuchów jest niekiedy skomplikowany, co jest dobre. Salomea, na przykład, jest typem, który niespecjalnie się stroi, a w sytuacjach wymagających elegancji wręcz nie ma co na siebie włożyć. Jednak w chwili gorszego nastroju idzie do galerii i kupuje sobie na pocieszenie dwie bluzeczki. To przełamuje stereotypowy obraz dziewczyny, która totalnie ignoruje ubranie. Przy tym jest to bardzo realistyczne – na co dzień nie bardzo zważa na ciuchy, więc nie kupuje np. apaszki, która akurat pasowałaby jej do jakiejś stylizacji, a bluzeczkę, która jest bardziej elementem tożsamości, niż kompozycji wizualnej, szczególnie jeśli są na niej nadruki z czymś, z czym Salka się życiowo identyfikuje.


Z kolei brat Salki, Niedaś, choć leń i bałaganiarz, wyraźnie reprezentuje styl business casual. Ciągle pojawiają się w książce subtelne napomknienia o tym, jak to z kupy ciuchów w jego pokoju wystaje – jednak – koszula, nie przypominam sobie natomiast żadnej wzmianki np. o T-shircie. Choć chadza w dżinsach, posiada też spodnie, które wymagają starannego prasowania, w dodatku zakłada je nie na jakieś wielkie wyjście, a na nieformalne spotkanie. Również i jego image jest jednak delikatnie przełamany: Niedaś posiada starą, podniszczoną, wojskową kurtkę, którą nosi wszędzie, pieczołowicie naprawia, gdy zaczyna się pruć, a jej pranie traktuje jak rytuał.


Dzięki sprawnemu opisowi ciuchów, w Nomen omen łatwo odróżnić od siebie pobocznych bohaterów. Przykładowo, w powieści występują trzy bardzo podobne do siebie postaci, które można rozpoznać jedynie po diametralnie różnych sposobach noszenia się – ich rozróżnienie jest nawet w pewnym momencie motorem intrygi.


W wypadku postaci zupełnie epizodycznych bywa w Nomen omen tak, że to element ubioru jest nośnikiem ich tożsamości. Na przykład pani, która odwiedza właścicielkę stancji, ma na sobie pikowaną kurtkę obszytą sztucznym futerkiem w cętki. Salka wchodząc do domu, widzi tę kurtkę na wieszaku jeszcze zanim dostrzega samą panią. Gdy następnym razem jest wzmianka o osobie w takiej kurtce, wiemy już, że chodzi właśnie o panią, która wtedy przyszła w odwiedziny.


Przy tym wszystkim absolutnie nie ma w Nomen omen nudzących czytelnika, przydługich opisów wyglądu postaci. Te wszystkie uwagi są rzucone ot, tak – tu mała aluzja o lamówce kurtki, tam powtarzający się kolor, w jakim lubi chodzić dana bohaterka – obraz tworzy się mimowolnie i jest nakreślony z prawdziwą lekkością i wdziękiem.


Urzekła mnie jedna uwaga o tym, jak mężczyźni postrzegają kobiece starania o urodę. Znajoma Niedasia i Salki, Basia, pociesza zmartwioną swoim niezobowiązującym image Salkę, mówiąc, że większość facetów kompletnie się na tym nie zna: jej szwagier myślał, że kobiety specjalnie malują sobie podkrążenia pod oczami, żeby było ładniej. Kiedyś dostało mu się od żony za to, że skomplementował ją w tej materii. Jeśli to nie jest żywe ucieleśnienie Stendhalowskiego ideału powieści jako lustra przechadzającego się po gościńcu, to nie wiem, co nim jest.


Ale jest w Nomen omen jeden zgrzyt. Zgrzyt nie do pominięcia dla takiego, jak ja, sartorialnego detektywa-amatora. Otóż – uwaga – w opisach wyglądu Salki aż trzykrotnie pojawia się wzmianka, że bohaterka nosi SZTRUKSY!


Jak napisałam, powieść została wydana w 2014 roku i nosi znamiona współczesnej. Problem polega na tym, że od co najmniej dwóch-trzech lat damskich sztruksów w sprzedaży po prostu praktycznie nie ma.


Myślicie, że się wyśmiewam? Skądże. Sama chciałam sobie takie kupić, właśnie jakieś 2-3 lata temu. I poważnie, nie było. OK, były kroje typowo dla starszych pań, ale takich Salka nosić nie mogła, bo książka nie skończyłaby się tak, jak się skończyła. Było też kilka modeli sztruksowych rurek – też odpadają: już na samym początku powieści jest wzmianka, że Salka ma na sobie obcisłą bluzkę, a do rurek nosi się workowate. To musiały być klasyczne, proste lub rozkloszowane sztruksy, jakie nosiło się w pierwszej dekadzie XXI wieku. I niemożliwe, by Salka miała je wszystkie (bo miała ewidentnie kilka par) od tamtego czasu, gdyż sztruks szybko się wyciera i od roku, powiedzmy, 2010, nie byłoby już nawet widać, co to za materiał lub też w ogóle by się podarły.


Odpowiedź nasuwa się sama: Nomen omen to nie powieść fantastyczna osadzona we współczesnych realiach. Nomen omen to powieść historyczna bliskiego zasięgu. Ewentualnie owoc manuskryptu, który Marta Kisiel trzymała w szufladzie przez kilka dobrych lat, a gdy w końcu go wydała, okazało się, że w międzyczasie świat (mody) poszedł naprzód.


Ale zaraz: przecież w powieści występują również osoby ubrane całkowicie współcześnie! Furda tam młodziutka Basia, która ma na sobie długą tunikę i właśnie rurki. W dobie zmierzchu sztruksów był taki moment, gdzie dziewczyny chodziły albo tak, albo tak. Ale również pani Matylda, u której mieszkała Salka – osoba idąca z duchem czasu, ale jednak zdecydowanie wiekowa – miała na sobie bluzkę „o luźnym, modnym kroju, do której włożyła wygodne dżinsy”. (s. 26)


Osoby starsze w tamtych czasach nie chodziły tak ubrane. Wiem, o czym mówię – w latach studenckich przetarłam się o biznes tekstylny. Starsze panie chętnie wybierały wówczas dżinsy-”marchewki”, do których nowoczesna, luźna bluzka kompletnie by nie pasowała. Rurki dopiero się pojawiały a ich targetem była zdecydowanie młodzież. To nawet nie była kwestia upodobań. Na osobę dojrzałą o standardowej figurze po prostu nie byłoby właściwego rozmiaru. Pani Matylda żyje zatem nie w bliskiej przeszłości, ale teraz, z nami, w drugiej dekadzie XXI wieku.


I to przesuwa nas w obszary hard science-fiction. Z powyższej analizy tekstylnej wynikałoby, że w Nomen omen Marty Kisiel występują trzy równoległe płaszczyzny czasowe.


Na jednej z nich, cofniętej o jakieś 5-7 lat, znajduje się Salka, a także inni tajemniczy wysłannicy z przeszłości – subkultura emo (była powszechna parę lat temu, ale obecnie, z tego, co widzę, już chyba nie bardzo?) oraz oscylująca między dwiema czasoprzestrzeniami Basia (ma nowoczesne spodnie i bluzkę, ale do tego nosi zachowawcze glany i francuski manicure).


Na drugiej płaszczyźnie, tej z AD 2014, operuje pani Matylda, Niedaś i reszta świata przedstawionego. Jeśli dodamy do tego trzecią czasoprzestrzeń (wkraczająca w teraźniejszość historia z przedwojennego i wojennego Breslau) oraz pozostałe wątki fantastyczne, uniwersum robi się naprawdę skomplikowane.


To jak, ktoś zachęcony do zapoznania się z sartorialno-kryminalną historią z ukrytym paradoksem czasowym? Nie mówię, że trzeba, ale jakby co – czyta się błyskawicznie.

Kisiel, Marta. 2014. Nomen omen. Warszawa: Uroboros.

poniedziałek, 5 października 2015

Ja kontra szlagiery sprzed lat

Od jakiegoś czasu, nie całkiem z własnej woli, słucham stacji z przebojami retro o nazwie Radio Pogoda. Nadaje głównie utwory z lat od 40-tych do 60-tych.

Niektóre z tych kawałków potrafią zadziwić w warstwie tekstowej. Ostatnio urzekł mnie na przykład taki, emancypacyjny i podtrzymujący na duchu tekst dla facetów promujący tańczenie twista:

„Do twista zbyteczne są lakierki
Do twista nie musisz mieć partnerki
Ni Hani, ani Ani, ani Hani, ani mnie
Bo twista i solo tańczy się!”1

Spróbowałam sobie wyobrazić adresata lirycznego tego kawałka – kogoś, kto usłyszałby to i stwierdził: „Kurde, no faktycznie! Skoro nie trzeba do tego ani lakierków, ani baby, to ruszam w tan!” Całkiem sympatyczny obraz.

Trafiłam też na taki fragmencik – nie mogę tego znaleźć nigdzie w necie i boję się, czy się nie przesłyszałam: „Sam raz tracisz czas, dwa razy we dwoje”. Jeśli to naprawdę tak leciało, to jestem pod wrażeniem cudownej absurdalności tych słów. Na fasadzie USC w pewnym uroczym polskim mieście widnieje napis „Sam żyjesz raz, dwa razy we dwoje” (o tym, skąd ten cytat pochodzi, Internet również milczy). Już to jest czarująco głupie (bo niby czemu dwa razy? zbiorowa, małżenska schizofrenia?), a co dopiero wariant ze zdublowanym traceniem czasu.

Albo utwór „Release me” Engelberta Humperdincka, w którym koleś prosi dziewczynę, by go od siebie uwolniła bo zakochał się w innej i ciśnie jej, że jej usta są zimne a tamtej – ciepłe, a poza tym to byłby grzech, gdyby zmarnował sobie życie będąc z nią nadal. I znów – wyobraźcie sobie to jako scenkę obyczajową, że gość mówi tak do kogoś naprawdę – toż to spełniony sen Witkacego o teatrze absurdu. Podobno „Release me” było hymnem przemian obyczajowych ok. roku 1968 w Stanach – porzucana dziewczyna była alegorią starego porządku rzeczy.2 Jest to cudny argument dla tych, którzy chcieliby z kolei cisnąć przemianom obyczajowym roku 1968. Jeśli ich sztandarowym utworem był tak głupi, cyniczny kawałek, to coś przecież musiało być z nimi nie tak.

Nie angażując się tu w ciśnięcie rewolucji 1968r., powiem jednak, że słuchając Radia Pogoda, namierzyłam przynajmniej jedną rzecz, którą owa rewolucja zepsuła. Tym czymś są teksty piosenek miłosnych.

To prawda, że te wszystkie „o mnie się nie martw”, i „nie bądź taki szybki Bill”, i „dla takich jak ty słoneczny bywa każdy szary dzień”, i „prześliczna wiolonczelistka”, i „ta ostatnia niedziela” potwornie się już zgrały, ale jakby tak sobie znowu każdą z tych piosenek zwizualizować, to wychodzi z nich bardzo pełny, tchnący realizmem obraz relacji międzyludzkich. Jest i ciepło, i odrobina tkliwości, i zachwyt, i ironiczny dystans, i ulga z pozbycia się natręta i desperacja, kiedy się coś ważnego straciło. Brakuje w tej palecie skrajności – bezpośredniej zmysłowości z jednej i cielęcego, bezkrytycznego uwielbienia z drugiej strony. Ale może dzięki temu te teksty są takie wyważone i budzą zaufanie. Łatwiej sobie wyobrazić, że ktoś rzeczywiście mógł się czuć w taki sposób.

„Porewolucyjnym” piosenkom o miłości natomiast często nie ufam. Dawniej ludzi niby byli romantyczniejsi, a bycie ze sobą do końca życia – bardziej propsowane. O miłości śpiewano jednak z reguły trzeźwo i ironicznie. Dziś z kolei, kiedy niby tacy jesteśmy wyzwoleni i pragmatyczni, i jak donosi „Halo ziemia”, nawet tęsknić już nie umiemy, musimy ciągle wysłuchiwać tekstów o tym, jak bardzo Ona jest tą jedyną a jej miłość – sensem życia. Generalnie w tym samym stopniu jest dla mnie niewiarygodny tuż-porewolucyjny Mick Jagger wylewający rzewne łzy przy rozstaniu z Angie, jak i zeszłosezonowy Omi, wychwalający idealne cechy swojej cheerleaderki i niemogący się doczekać oświadczyn i pewnie bycia z nią aż po grób. Tajasne. Bo nie czytamy wszyscy Pudelka i nie wiemy, jak wyglądają relacje romantyczne w szołbiznesie.

Tak więc w kwestii tekstów szlagiery retro wygrywają u mnie ze szlagierami nieretro. Ale tylko w kwestii tekstów, bo jeśli chodzi o muzykę, to odkryłam, słuchając Radia Pogoda, pewien mroczny sekret.

Wszyscy wiedzą, że mieliśmy szanse stać się drugą Irlandią. W dziedzinie muzyki folk. Być może, gdyby historia potoczyła się inaczej, nasze oberki byłyby równie znane i uwielbiane przez wielbicieli world music, jak irlandzkie jigi i reele. Ale tak się nie stało, bo przyszedł PRL, źli panowie i panie z miasta zaczęli jeździć na wieś i uczyć wiejskich muzykantów, jak mają „właściwie” grać własną muzykę, a powstała w wyniku tego zunifikowana, ugrzeczniona papka zaczęła być do znudzenia grana w radio, wzbudzając niechęć kilku pokoleń Polaków do wszystkiego, co ludowe.

Jako entuzjastka muzyki tradycyjnej czuję się przekonana tą narracją i jestem zła na to, co się wtedy, w PRLu, stało. Przyzwyczaiłam się jednak myśleć o tym w kategoriach opresyjności: ktoś przyjechał z zewnątrz, coś nam odgórnie narzucił, coś nam, wbrew naszej woli, zabrał.

Tymczasem gdy tak sobie słuchałam szlagierów retro, coś zaczęło mi brzmieć znajomo. Ta maniera w wokalu, ten zanoszący się sobą, figlarny klarnet, ta ściana skrzypiec, ta harmoszka – przecież to te same rzeczy, które popsuły mi „moją” muzykę tradycyjną, odebrały jej dzikość i emocje, sprawiły, że – w PRLowskim wykonaniu – stała się obciachowa.

A zatem źli państwo z miasta to tylko jedna strona tej historii. Drugą jest to, że PRLowska wersja muzyki ludowej była inna od archaicznej dlatego, że po prostu włączono do niej to, co się wtedy podobało, było modne, przy czym się tańczyło na prywatkach i poznawało pierwsze miłości; to, co przywoływało – jak głosi slogan Radia Pogoda – najpiękniejsze wspomnienia. Te okropne mazurki z radia – to przecież był neofolk tamtych lat. Kto wie, może za 50 lat ludzie będą się krzywić z niesmakiem na Same Suki czy Kapelę Ze Wsi Warszawa, że to takie, blee, knajacko hipsterskie i transowe.

Żadne to w sumie odkrycie, ale nie patrzyłam tak na to dotąd.

Zresztą porównajcie sami, czy taki przykładowy PRLowski ludowy kawałek „z radia” nie jest rzeczywiście czymś w połowie drogi między szlagierem retro a muzyką ludową w archaicznym stylu.
Przykładowy szlagier retro: Stenia Kozłowska „Będę czekać”
A to muzyka ludowa grana bardziej archaicznie: Józef Zaraś, archiwum „Muzyki Odnalezionej”

Podsumowując, ja vs przeboje retro – 1:1. Plus za życiowe teksty o uczuciach, minus za popsucie muzyki ludowej. Chyba, w ramach buntu, nie zmienię zatem gustów muzycznych i nadal ograniczę się do słuchania dawnych szlagierów tylko wtedy, gdy zmuszą mnie do tego przyczyny zewnętrzne.

1„Wesoły twist”, wyk. H. Majdaniec, http://www.tekstowo.pl/piosenka,helena_majdaniec,wesoly_twist.html
2Niestety Wiki: https://en.wikipedia.org/wiki/Release_Me_%281946_song%29

sobota, 29 sierpnia 2015

Skromna propozycja co do problemów z Zajdlami

Po przyznaniu w zeszłą sobotę Nagród Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla, jak co roku wróciły dyskusje o związanych z nią problemach. Najważniejszy jest chyba zarzut (o którym napisała na swoim blogu m.in. laureatka Ania Kańtoch), że głosujący są nieobiektywni – albo nie czytają książki i polegają na modzie lub znanym nazwisku, albo dają się zbałamucić lobby fanów danego pisarza, albo kierują się osobistą sympatią do któregoś z nominowanych i głosują na niego, bo chcą być mili (co zresztą Ania rewelacyjnie krytykuje).

Co do nieczytania, to może trochę pomogłoby zaznaczenie, żeby głosować tylko na utwory, które się przeczytało, a resztę miejsc zostawić puste? To wcale nie jest takie oczywiste. Co do nieobiektywności, to jest to chyba nie tyle błąd w organizacji głosowania, co problem ogólnoetyczny – Matka Teresa czy Sokrates pewnie potrafiliby kompletnie nie mieć „względu na osoby” i wybraliby tego Zajdla idealnie, ale myśmy niedoskonali ludzie są... Można temu może zaradzić indywidualnie, pracując na sobą czy coś, ale nie systemowo. 

Chociaż...

Jak fajnie mają anonimowi recenzenci w czasopismach naukowych! Dostają do oceny artykuły z pięknie wyblankowanymi danymi autora, na manuskrypcie jest może tylko jakiś zgrabny kod identyfikacyjny, nic więcej. Mogą się do woli nurzać w merytorycznych wartościach tekstu i nie bać, że wewnętrzny chochlik każe im zagłosować „na nazwisko”.

To może też tak zróbmy? Wszystkie premiery fantastyczne każdego roku mogłyby ukazywać się bez nazwisk autorów. Po wybraniu nominacji do Zajdla ogłaszano by dopiero, kto napisał książki, które nie zostały nominowane (na stronach tytułowych byłyby wolne miejsca jak na szkolnych zeszytach, żeby wpisać sobie nazwiska). Autorzy powieści-nominantek pozostaliby natomiast nieznani aż do Gali Zajdlowskiej. Żeby dodatkowo skomplikować przedwczesną identyfikację, można by pomyśleć o ujednoliceniu szaty graficznej wszystkich książek, pozamienianiu nazw wydawnictw i wprowadzeniu małych zmył co do tego, która powieść jest kontynuacją którego cyklu.

Przy książkach papierowych byłaby to jeszcze pewna fatyga (może przydałaby się jakaś nowoczesna wersja atramentu sympatycznego?), ale w wypadku e-booków dałoby się pewnie taki kamuflaż wprowadzić za pomocą jakiejś zmyślnej apki, która dopiero w polconową sobotę wyświetliłaby czwórkę tytułową i pozmieniała wszystko jak trzeba.

I to by dopiero była książka 2.0...

P.S. Tytuł notki pożyczyłam z satyry Jonathana Swifta – jego Skromna propozycja była rzekomym projektem zaradzenia głodowi w XVIII-wiecznej Irlandii i krótko mówiąc, cechowała ją równie nieziemska przydatność, jak moją propozycję odnośnie do Zajdli (była tylko bardziej makabryczna – nie polecam, ale osoby o mocnych nerwach mogą ją odszukać w Internetach). Oprócz warstwy satyryczno-makabrycznej, miała też jednak mocną wymowę społeczną – mobilizowała Anglików do pomocy Irlandczykom. Ja wielkich ambicji naprawczych nie miałam, ale kto wie – może powyższy obrazek, tak jak bazgroły Jacksona Pollocka, które podobno chętnie wieszają sobie dla inspiracji reklamiarze w agencjach, podrzuci komuś jakąś praktyczniejszą myśl na temat problemu, na który co roku narzeka fandom?