Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwudziestolecie międzywojenne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwudziestolecie międzywojenne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 kwietnia 2016

Hagiograficzna podróż dwudziesta pierwsza (L. Frassati, „Pier Giorgio Frassati”)


Opinie na temat Pier Giorgia Frassatiego (1901-1925), które docierały do mnie przed przeczytaniem tej książki, kazały mi wierzyć, że to niechybny überhipster wśród osób wyniesionych na ołtarze.


Przynajmniej na ich grzeczną, ponadczasowo tradycjonalistyczną miarę. „Tak, ten i tamta to rzeczywiście tacy trochę świętoszkowaci i niedzisiejsi, ale przecież jest jeszcze Frassati, on był taaaki inny...” „codziennie uczestniczył we mszy świętej, no ALE lubił też pohulać przy WINIE (!) z przyjaciółmi...”. (W sumie – kto wie, może i hulali przy hipsterskim prosecco – robią je w okolicach Wenecji, a Frassati pochodzili z Turynu, to i to północ Włoch, więc wszystko być może.)


Przeczytałam jego biografię i stwierdzam stanowczo, że nie, nie był żadnym hipsterem. Choćby dlatego, że nie było w nim ani odrobiny ironii, był wcieloną bezpośredniością. Współczesne subkultury muszą jeszcze, widać, poczekać na swoich świętych reprezentantów. Ale Pier Giorgio Frassati był nieodparcie atrakcyjny na kilka innych sposobów.


Pierwsza z rzeczy, które mnie wzruszyły, to to, jak funkcjonował w swojej rodzinie. Był synem Alfreda Frassatiego – senatora, dyplomaty i założyciela tygodnika La Stampa. Rodzina bogata, poważana, przy tym niespecjalnie religijna i mocno skonflikowana. Autorka książki – siostra Pier Giorgia, Luciana – wiele miejsca poświęca tym wewnątrzrodzinnym iskrzeniom (nie będąc zresztą przy tym specjalnie obiektywną – wyraźnie trzyma stronę brata).


Mamy zatem w tym żywocie cały kalejdoskop rodzinnych neurotyzmów i codziennych zmartwień. Wspólne posiłki z atmosferą tak gęstą, że każdy chciał jak najszybciej wstać od stołu a Pier Giorgio starał się za wszelką cenę być wesoły, nie z rzeczywistej radości, ale z chęci, by choć trochę ulżyć bliskim. Jego życie w ciągłym strachu, że rodzina się rozleci i podejmowanie – nie wiem, czy nie trochę młodzieńczo naiwnych – działań, żeby tak się nie stało. Żale i wyrzuty ze strony rodziców, że przyszły błogosławiony jest zbyt religijny, niepraktyczny, nie robi kariery, a także – że dokonał politycznej wolty i pomimo bycia synem znanego działacza skrzydła liberalnego, przeszedł w pewnym momencie na inną stronę politycznej barykady (polecam sprawdzić, na jaką – to całkiem skomplikowane).


Obserwowanie, jak Pier Giorgio radzi sobie z tym, by pozostać kochającym, pełnym zaangażowania domownikiem, a jednocześnie nie dać sobie narzucić żadnej morfy, to, mam wrażenie, całkiem pouczająca lekcja, a przy tym coś troszkę odświeżającego w czasach kultu asertywności.


Wątek miłosny, który przydarzył się głównemu bohaterowi, też jest dobrą historią. Nawet bardzo dobrą. Czytając, nie od razu zrozumiałam, o co z tą Laurą Hidalgo chodzi. Myślałam, że to, co się zadziało, zadziało się przez jakąś świętoszkowatość Pier Giorgia. Ale nie, powody były dużo bardziej subtelne. Ostatecznie wyszło to wszystko jednocześnie heroicznie i trochę groteskowo, odrobinę niepotrzebnie i zarazem szlachetnie. No i nie sposób czytać o tym bez emocji. Zapoznajcie się koniecznie. A najlepiej – niech ktoś z was napisze o tym coś fabularnego, bo ta historia na to zasługuje. Kolejny wątek biograficzny z cyklu „tak dobre, że człowiek by tego nie wymyślił”.


Na większości medalików ze swoją podobizną Pier Giorgio Frassati jest przedstawiany z fajką. Niby niedrogi chwyt, ale totalnie mnie to rozczula. W książce jest też mowa o tym, że lubił palić toskańskie cygara, bo takie też popalała jego matka, z czego Pier Giorgio był z jakiegoś powodu strasznie dumny i lubił się tym chwalić w towarzystwie. Te jego charakterystyczności – właśnie zamiłowanie do tytoniu, wzmianki o wspomnianych już wcześniej wieczorach przy winie ze znajomymi, czy też o tym, że lubił głośno śpiewać, choć nie umiał, albo że zarywał noce nad czytaniem poezji, sprawiły, że na wzór tej obiegowej wkręty niektórych zakochanych, którzy, gdy związek zaczyna iść w poważniejszym kierunku, zaczynają mieszać w wyobraźni cechy swoje i ukochanej osoby i roić sobie, jak będą wyglądać ich przyszłe dzieci, zaczęłam się zastanawiać, jak wyglądałyby np. moje charakterologiczne dziwności, gdyby, jak u Pier Giorgia, zostały kiedyś zmieszane ze świętością. Przecież każdy ma na to szansę, prawda? W sumie polecam ten eksperyment. Z czym osobliwym wygrawerowaliby was na medaliku? Która z rzeczy, które obecnie uważacie u siebie za trochę głupawe, mogłaby w przyszłości, odpowiednio duchowo podrasowana, okazać się wzorem cnót?


W książce jest sporo zachwytów, jaki to Pier Giorgio był męski. Że nosił ludziom jakieś ciężkie pakunki, miał sporo stanowczości, a jak ktoś go w miarę słusznie zdenerwował, potrafił i dać wpiernicz. Trochę to jest po staroświecku opisane, ale brzmi całkiem autentycznie. No i do tego ta rozbudowana wrażliwość religijna i rodzinna i te urocze cechy typu wspomniane zamiłowanie do śpiewu pomimo braku talentu. Poza tym w książce są jego zdjęcia, na których co prawda wychodził różnie (był jednym z tych ludzi, którzy mają tendencję do wyglądania na każdym zdjęciu jak inna osoba), ale widać, że ewidentnie nie straszył. Ogólnie rysuje się z tego wszystkiego obraz takiego typowego – stock character niemalże – chłopaka do zakochania. Co w wypadku błogosławionego jest tym bardziej urocze.


A zakończenie tej historii pokazuje, że nasze czyny, również te dobre, mają swoje konsekwencje, i że to wszystko to nie jest zabawa. I jeszcze, żebyśmy śpieszyli się kochać tych wszystkich zabawnych facecików i fertyczne laski, którzy angażują się w te różne akcje dobroczynne i inne ekstremalności. Jak widać, różnie to, wiecie, bywa.


Jeśli się komuś nie spodobała moja narracja, to gorąco polecam zajrzeć do książki Szymona Hołowni Święci codziennego użytku, gdzie w rozdziale o brazylijskim surferze jest ciśnięte żeńskiemu fandomowi Frassatiego. Będziecie mieć szansę, żeby trochę odreagować.



Frassati, Luciana. 1979. Pier Giorgio Frassati. Człowiek ośmiu błogosławieństw. Przełożyli Barbara Sieroszewska, Stanisław Waldemar Gaudyn. Warszawa: Instytut Wydawniczy PAX.

środa, 30 marca 2016

Napiszmy oboje o tym samym #3 (F.S. Fitzgerald, „Czuła jest noc”)


Przypomnijmy: dwie różne książki o tym samym wspólnym losie, jedna napisana przez żonę, druga przez męża. O książce żony – Zatańcz ze mną ostatni walc Zeldy Fitzgerald – pisałam ostatnio, że jest mało plotkarska i nie robi czytelnikowi krzywdy. I jeszcze, że nie budzi zaufania.


Czuła jest noc Francisa Scotta Fitzgeralda (czyli książka męża) budzi natomiast zaufanie wręcz bezbrzeżne. Poziom wiary w to, że jest dokładnie tak, jak powiedział narrator lub pomyślał główny bohater, to byłoby kolejne kryterium, w świetle którego mogłabym od razu przyznać, że Scott to większy geniusz, niż Zelda.


W tej powieściowej mutacji losów Scotta i Zeldy on (Dick Diver) jest niezwykle uzdolnionym psychiatrą, ona zaś (Nicole Warren, później Diver) – schizofreniczką z bardzo zamożnej rodziny, która zakochuje się w swoim terapeucie. Poznajemy ich, gdy są już małżeństwem, potem ma miejsce retrospekcja na czas, kiedy się pierwszy raz spotkali, po czym znów spotykamy ich jako małżeństwo i widzimy, jak sprawa rozwija się dalej.


Klimat wokół pary protagonistów jest tu zgoła inny, niż w dość beztroskim Zatańcz... . Ponieważ narrator budzi takie zaufanie, czytelnik całkowicie poddaje się jego wizji, w świetle której Nicole to żałosna wariatka – można z miejsca zapomnieć o refleksyjnej, twórczej osóbce z Zatańcz..., czy też o przynajmniej niejednoznacznym obrazie Zeldy, jaki wyłania się z informacji biograficznych.


Główny bohater męski – mąż Nicole, Dick – jest z kolei odmalowany jako postać absolutnie czarująca. Jest śliczny jak z obrazka, budzi sympatię otoczenia (w tym uwielbienie kobiet), ma niesamowite zdolności społeczne, wspaniały charakter, no i świetny z niego lekarz. W Zatańcz... też został w zasadzie opisany jako osobnik atrakcyjny i miły w obejściu, ale, rany, nie aż tak.


Napisałam wcześniej, że przewagę geniuszu pisarskiego zawartego w Czuła jest noc w kontraście do Zatańcz ze mną ostatni walc upatruję w tym, że Fitzgerald lepiej plotkuje i robi większą krzywdę czytelnikowi. Tak, jeśli chodzi o plotki, to podczas gdy Zatańcz ze mną ostatni walc czyta się jak ciepłe, lajtowe, amatorskie wynurzenia przyjaciółki, Czuła jest noc przez cały czas gra na najniższych instynktach czytelnika niczym umiejętnie zredagowana rubryka z sensacjami w tabloidzie. Na początku wchodzi pewna mroczna tajemnica, później – budzące plotkarską ciekawość doniesienia ze szpitala psychiatrycznego, a w tle przewijają się cały czas wątki romansowe. Przez te pikantne kawałki książkę Francisa Scotta czyta się dużo bardziej potoczyście, niż książkę Zeldy – innych powodów, niż plotkarstwo, nie dostrzegłam, bo akcja nie pędzi na łeb, na szyję, zabrakło mi też w tej książce motywów, które by mnie zadziwiły czy zachwyciły i przez to pchały lekturę do przodu.


Co do krzywdy doznanej przez czytelnika, to oczywiście, jest to kwestia indywidualna. Nie wiem, czy osoby, które np. identyfikowały się z bohaterem męskim albo ogólnie są mniej imersyjne, też odbierają tę książkę jako ciężką lekturę, budzącą „litość i trwogę”. U mnie – tak jak ostatnio w wypadku Biesów Dostojewskiego – znów rozbiło się o bohaterkę żeńską, i to – po raz drugi – o bohaterkę szaloną. Czytając o chorobie Nicole, czułam miejscami, jakbym sama miała zaraz dostać od tej lektury na głowę – wrażenie tym silniejsze z uwagi na moją wcześniejszą sympatię do rzeczywistej postaci Zeldy.


W dodatku choroba nie była jedynym nieszczęściem tej bohaterki, bo w różnych miejscach powieści była dodatkowo bohaterką lekceważoną i pogardzaną (w konsekwencji choroby), wystawioną na małżeńską nielojalność, przestawianą jak pionek przez bardziej samosterownych bliskich, postrzeganą w niektórych momentach wyłącznie przez pryzmat posiadanych pieniędzy; bohaterką, której ukochana osoba jest w stanie po prostu nie przebaczyć przewin i którą wydaje się ciągle ważyć na szali – czy jeszcze się „nada”, czy też już można sobie odpuścić, mieć w nosie to, że coś tam jej się przysięgało i udać się na stały „leave of abstinence”?


Dość okropny to obraz. A tymczasem oficjalna interpretacja powieści Fitzgeralda stanowi, że miała ona być obroną małżeństwa Scotta i Zeldy (mówią o tym m.in. wstępy do obu książek w przytoczonych przeze mnie wydaniach). Jakoś nie potrafię tego kupić, no chyba, że chodziło o to, że autor chciał sam siebie nastraszyć i przez to negatywnie zmotywować. Nie potrafię też znaleźć w sobie sympatii ani zrozumienia wobec postaci Dicka. Ale to może być subiektywne. Zresztą sprawdźcie sami. Może takie książki należy nie tylko pisać, ale i interpretować z dwóch punktów widzenia.


Co do postaci Nicole – bałam się i współczułam jej zarazem. W przeciwieństwie do Marii Timofiejewny z Biesów, nie przyszło mi już jednak do głowy, by starać się ją wybielać i wmawiać sobie, że skoro jest taka fajna, to na pewno była normalna, tylko ją obgadali. Skoro to, że u rzeczywistej Zeldy zdiagnozowano schizofrenię, jest faktem biograficznym, to przecież nie będę się kłócić. Zresztą nie miałam na to nawet ochoty.


A tymczasem, proszę, zrobili to za mnie inni. Według niejakiej Therese Anne Fowler, autorki książki Z: A Novel of Zelda Fitzgerald, Zelda prawdopodobnie została źle zdiagnozowana, cierpiała nie na schizofrenię, a co najwyżej na depresję albo w ogóle rozstrój psychiczny zawiniony przez swojego okropnego męża, którego zresztą, według tej narracji, przewyższała talentem, powodując tym jego zawiść.1 Jakoś wcale nie czuję ulgi na tę myśl. Może to trochę miło, jeśli jednak nie była szalona. Ale rehabilitacja Zeldy kosztem, z kolei, stłamszenia i umniejszenia Scotta? Nie, jakoś „nie o to chodziło w ogóle,/ Nie, zupełnie o co innego”.


I taki to chyba koniec mojej fascynacji Zeldą i Scottem. Trochę smutno po tej podwójnej lekturze – bliższe zapoznanie się z pierwowzorem uroczych postaci z filmu Allena okazało się prowadzić do historii naznaczonej szaleństwem, autodestrukcją i wzajemnym chłodem. Obejrzałam drugi raz O północy w Paryżu i nie potrafiłam się już nawet za bardzo cieszyć tym wątkiem. No cóż, śpijcie słodko, Pani i Panie Fitzgerald. Jeszcze jeden moment, kiedy tak bardzo cieszę się ze swojej przynależności denominacyjnej – podobno (to wiedza potoczna zaczerpnięta od osoby z branży) za wszystkich ludzi, żywych i zmarłych, ktoś tam z ekipy się modli. Zatem nie zostaną bez opieki, nawet jeśli ja zapomnę o tej, przywiędłej po tych dwóch latach, fascynacji. To dobrze, bo o fazach na fikcyjnych bohaterów można sobie zapominać do woli, ale o prawdziwych ludziach jakoś tak głupio. Ale może ja sama jednak też nie zapomnę.


Fitzgerald, Francis Scott. 1994 [1934]. Tender is the night. Hertfordshire: Wordsworth Classics.


1„Zelda Fitzgerald nie chorowała na schizofrenię?”. 2013. Booklips. (http://booklips.pl/newsy/zelda-fitzgerald-nie-chorowala-na-schizofrenie/) (data pobrania: 14 marca 2016)

niedziela, 20 marca 2016

Napiszmy oboje o tym samym #2 (Zelda Fitzgerald, „Zatańcz ze mną ostatni walc”)


Fitzgeraldami zainteresowałam się przez film O północy w Paryżu Woody'ego Allena. Konkretnie, urzekła mnie postać Zeldy (Alison Pill). Poszło mi chyba o to, że temperamentem konwersacyjnym i słomianym zapałem do różnych dziedzin sztuki trochę przypominała mi mnie samą, a przy tym jawiła mi się jako szalenie sympatyczna. (Rzecz nietypowa, bo często nie lubi się swoich sobowtórów – nawiasem mówiąc, ten właśnie temat, w wersji young adult, pojawia się we wspomnianych ostatnio książkach Kosika.). Kiedy Zelda pojawiła się w filmie, poczułam, jakby zapaliła mi się w głowie jakaś lampka i stwierdziłam, że mam ochotę pozgłębiać temat.

Tak więc zaczęłam na temat Fitzgeraldów szperać. Historia jednak mroczniejsza, niż to, co migawkowo pokazuje Allen – była to rzeczywiście wielka miłość i barwne życie wśród ówczesnej bohemy, ale było też wzajemne niszczenie się emocjonalne, bójki, libacje, niewierności, choroba psychiczna Zeldy, a ostatecznie – separacja i przedwczesna śmierć obojga. Źródła nie mogą się zgodzić, czy to bardziej Zelda tłamsiła Scotta, nie pozwalając mu pisać tyle, ile by chciał, czy też bardziej Scott Zeldę, skupiając się na swojej karierze i ignorując jej rozliczne zainteresowania.

Ale na szczęście w ich wypadku czytelnik ma relacje z pierwszej ręki. Jak wspomniałam poprzednio, oboje napisali powieści biograficzne o swoim wspólnym życiu. O Czuła jest noc F.S. Fitzgeralda będzie następnym razem – dziś biorę na tapet Zatańcz ze mną ostatni walc Zeldy.

Akcja Zatańcz ze mną ostatni walc obejmuje dzieciństwo autorki/głównej bohaterki (w książce noszącej imię Alabama), jej znajomość i małżeństwo z malarzem Davidem Knightem (książkowy odpowiednik F.S. Fitzgeralda) oraz długotrwały pobyt pary w Europie.

Tradycyjnie uważa się (mówi o tym m.in. wstęp do książki autorstwa Harry'ego T. Moore'a), że książka Zeldy to głównie ciekawostka, dziełko opublikowane jako forma autoterapii i nie mogące się równać z pisarskimi dokonaniami Francisa Scotta. Jeśli tak, to w moim odczuciu niższość Zeldy widać przede wszystkim w tym, że (1) nie jest tak dobrą plotkarką, jak jej mąż i (2) jej książka nie robi czytelnikowi takiej krzywdy, jaką wyrządza Czuła jest noc. Zatańcz ze mną ostatni walc to powieść plotkarska, ale to plotki dość niewinne. Pomimo opisów konfliktów, negatywnych emocji i małżeńskich transgresji, czyta się ją jak nieco nużące zwierzenia znajomej o tym, jakie to życie jest ciężkie a „on” – okropny; trochę to miejscami nudne i niespecjalnie poruszające dla odbiorcy, ale słucha się dalej przez sympatię i empatię.

Tym razem okazałam się grzeczną i przewidywalną czytelniczką, bo czytałam Zatańcz... tak, jak kazano we wstępie: bardziej koncentrując się na historii autorki jako człowieka (czy też konkretnie – jako kobiety), niż na kwestiach literackich. I dobrze się w ten sposób czytało. Zatem parę obserwacji pod kątem kobiecym i ogólnoludzkim: po pierwsze, zarówno sama autorka, jak i jej porte-parole, Alabama, mają cudownie kreatywne przemyślenia i sposób wypowiadania się, ale jest to taka kreatywność, z którą nie bardzo jest co zrobić. Na przykład, kiedy absztyfikant Alabamy przysyła jej rodzinie wiadro krabów na kolację, Alabama, przyglądając się jednemu z nich, stwierdza: „Myślę, że mogłabym takiego zrobić (…) gdybym miała materiały.”1 Lubię ten typ abstrakcyjnego postrzegania rzeczywistości. Dziś byłaby z niej świetna publicystka facebookowa, ale w tamtych realiach osobliwe frazy i pomysły Alabamy/Zeldy ewidentnie się marnują – częściowo przez inną, niż teraz, dynamikę rozpowszechniania treści, częściowo przez ograniczenia stawiane wtedy kobietom. I jak tak się to czyta, to trochę tej zagubionej kreatywności dziewczyn z epoki analogu szkoda.

Czytelniczka, której zachciałoby się podejść do Zatańcz... z pozycji tradycyjnej moralności, zyska w Alabamie/Zeldzie potwierdzenie tego, że majstrowanie przy koncepcji monogamicznego małżeństwa to nic dobrego. Alabama ewidentnie stara się być kobietą wyzwoloną, a jej związek z Davidem miejscami wygląda na „otwarty”. I co? I widać, że Alabamę totalnie niszczy to psychicznie, generalnie łzy, frustracja i urażona ambicja, podczas gdy David wydaje się raczej emocjonalnie zdystansowany. Chociaż inna sprawa, że Zatańcz... bardziej koncentruje się na jego zewnętrznych reakcjach typu wybuchy gniewu, z pominięciem wewnętrznych przeżyć.

Ważne miejsce w książce zajmuje wątek pasji Alabamy do nauki tańca baletowego. I to jest bardzo smutny wątek, bo przebija z niego takie przeświadczenie, że kiedy kobieta oddaje się działalności artystycznej, to fakt, może ją to ożywić, wypełnić jakąś pustkę czy dostarczyć ekscytacji. Jednak te wszystkie dobre rzeczy dzieją się kosztem życia rodzinnego, wbrew domownikom, wręcz nawet powiązane są z jakąś wrogością wobec nich, i w zasadzie ostatecznie albo trzeba wybrać – rodzina czy pasja – albo wyboru dokona samo życie. (Tak mówi ta książka, nie ja.)

Zatańcz ze mną ostatni walc bardzo interesująco się kończy. Nie mogę oczywiście powiedzieć, jak, ale to jest całkiem niepowieściowe, to jest nieliniowe, to może wywołać bardzo fajne czytelnicze wrażenia, warto dotrwać do końca, żeby się dowiedzieć. Powiedziałabym, że chyba zagrał tu fakt, że powieść jest biograficzna, bo człowiek by czegoś takiego sam nie wymyślił. Chociaż z drugiej strony, kiedy pomyśleć o tym, jak się ta historia rozegrała naprawdę, to też... Cóż, sami zobaczycie.

Nie podejmę się oceny języka w tej powieści. Wspomniany już niejaki Moore we wstępie gani Zeldę za relatywnie słaby warsztat i językową manierę, chociaż dodaje, że gdzieś w jednej trzeciej książki trochę się wyrabia. A mnie jest trudno sformułować własną opinię, bo miałam dostęp jedynie do polskiego tłumaczenia. Pewne rzeczy widać i tak – jak wspomniałam wcześniej, spodobała mi się kreatywność w formułowaniu myśli i osobliwe skojarzenia. Zdarzały się momenty stylistycznie niezręczne, ale tutaj nie mogę mieć pewności, w którym miejscu na linii autorka – redakcja – przekład zabrakło czegoś istotnego. Prawdę mówiąc, nawet jeśli wyjściowy angielski był bardzo zły, nie wiem, czy w jakimkolwiek przekładzie, który nie byłby przekładem polemicznym, zostawiłabym świadomie takie zdania jak „Wolne chwile Alabamy charakteryzowały się bólem mięśni i najchętniej spędzała je w domu” (s. 194) czy „Pracowała w szarym mroku studia i czuła się bardzo profesjonalnie w niewygodzie nieogrzewanego miejsca” (s. 202).

A tak całkiem na marginesie, urzekło mnie jeszcze to, że córka państwa Knight miała nianię „posługującą się staroangielskim” (też str. 202). Tu też nie wiem, czy to kwiatek autorstwa samej Zeldy, czy wyszło gdzieś dalej w procesie redakcyjnym, ale, afæstla, gdyby dane mi było kiedyś zatrudniać nianię, przemożnie ucieszyłabym się, gdyby okazała się native speakerką odmiany angielszczyzny używanej przed rokiem 1066. Chociaż fakt, że taka niania byłaby bardziej przydatna mnie i naukom humanistycznym, niż jakimkolwiek dzieciom.

Wyzłośliwiam się, ale ogólnie rzecz biorąc, Zatańcz ze mną ostatni walc to książka, po którą zdecydowanie warto sięgnąć, jeśli lubi się dwudziestolecie międzywojenne, jest się choć trochę zainteresowanym historią pp. Fitzgeraldów, ewentualnie śledzi się tzw. pisarstwo kobiece, obojętnie z której flanki. Smutnawa, ciepła, napisana osobliwym językiem, przy tym – pomimo dramatyzmu wydarzeń – jednak w miarę spokojna i pozytywna. To jest zresztą trochę podejrzane. Alabama/Zelda jest opisana jako w gruncie rzeczy dość sympatyczna osoba, z którą, na to wygląda, wszystko jest z grubsza w porządku, która stara się raczej postępować (według swoich norm) etycznie i robić dobre wrażenie, a na wszelakie problemy, które ją dotykają, zawsze znajduje się w końcu jakaś rada. Ogólnie rzecz biorąc – ona sama jest fajna i ze spotykającymi ją zdarzeniami też nie ma dramatu. Tylko że z jakiegoś powodu ta wersja wydarzeń nie budzi zaufania. To wrażenie pogłębia się – słusznie lub nie – po przeczytaniu wersji wydarzeń autorstwa jej męża. Ale o tym, jak się uda, napiszę za tydzień.


1 Fitzgerald, Zelda. 2014 [1932]. Zatańcz ze mną ostatni walc [Save me the waltz]. Tłumaczenie: Katarzyna Janusik. Bielsko-Biała: Pascal, 50.