Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Silna Postać Kobieca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Silna Postać Kobieca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 stycznia 2023

Podsumowanie roku 2022. #2 "Cobra Kai", Sezon 1 i 2

Za nami koniec roku, pora podsumowań. Przedstawiam serię kilku wpisów o tym, co mnie w 2022 roku zajęło i/lub ucieszyło na niwie literackiej, audiowizualnej i duchowej. Niezależnie od daty publikacji, bo jak zwykle liczy się tylko me, myself and I. Pierwszy odcinek możecie przeczytać tutaj. Dziś kolejny wpis, o serialu Cobra Kai, wrażenia z sezonu pierwszego i kawałka drugiego.

Wartościowe dzieła dobrze poddają się interpretacji. W Cobra Kai nawet o niektórych szczegółach dekoracji można sensownie poteoretyzować.


 

Zaczęliśmy oglądać jako odreagowanie po Pierścieniach władzy, które oceniliśmy krytycznie (swoje wrażenia wzmiankowałam tutaj). Ponieważ o Cobra Kai entuzjastycznie wyrażali się m.in. rozkminiacze z Klubu Jagiellońskiego, uznałam, że skoro Pierścienie... pozostawiły niemiłe wrażenia m.in. ze względu na źle ograną postępowość (żerowanie na negatywnych emocjach fanów w komunikacji marketingowej i trącący dydaktyzmem sposób prezentacji bohaterek kobiecych), jako odtrutkę warto zaserwować sobie coś, co chwalą przedstawiciele jakościowego konserwatyzmu. I rany, było warto. Zapowiadało się niewinnie: Cobra Kai to kontynuacja filmu Karate Kid, opowiedziana z perspektywy negatywnego bohatera - Johnny'ego Lawrence'a. Można było więc liczyć na fajne walki, nieco vintage nostalgii i ewentualnie jakieś etyczne zniuansowanie przez oddanie głosu drugiej stronie. I to wszystko w tym serialu jest, ale dostajemy dużo więcej. Po pierwsze, przynajmniej jak dotąd (jesteśmy w połowie drugiego sezonu) akcja jest upleciona z koronkarską finezją, wszelakie zwroty akcji, qui pro quo czy zmiany we wzajemnych odniesieniach bohaterów są bardzo satysfakcjonujące i super logiczne. 

Po drugie, jeśli kogoś rusza temat relacji rodzicielskich - a rusza on wielu ludzi, bo, cytując znów mojego wykładowcę od historii literatury angielskiej, nie każdy z nas przeżył wielką miłość czy przyjaźń, ale rodziców miał każdy - w Cobra Kai mamy działające na emocje i dające do myślenia wątki związane z tym właśnie tematem. Mamy tu m.in. połamaną, lecz nie beznadziejną relację Johnny'ego z synem, w którego wychowaniu nie uczestniczył praktycznie od dnia narodzin, ale teraz chce naprawić błędy. Jest też pokazana więź syna Johnny'ego z matką, która zajęta jest głównie szukaniem własnego szczęścia w życiu i nie dostrzega poruszających dowodów przywiązania ze strony swojego dziecka. W kontraście do tych wątków stoi więź Danny'ego LaRusso z jego dziećmi, mogąca z kolei uchodzić za wzorową, choć niepozbawioną codziennych zmagań.

Po trzecie, twórcy Cobra Kai wykazują ożywczo nienabożny stosunek wobec politycznej poprawności. Protagonista serialu, Johnny, nie tak jak jego młodsza wersja w filmie Karate Kid, może uchodzić za postać co prawda niedoskonałą i rozwijającą się, ale ogólnie pozytywną. I w tej pozytywności jak najbardziej zdarza mu się używać niepoprawnych politycznie epitetów, rzucać mało empatyczne z punktu widzenia inkluzywności uwagi czy kpić sobie z terminologii gender (Is this a prank call?!). Czasem reflektuje się (lub życie mu pokazuje), że posunął się za daleko i zmienia postępowanie na delikatniejsze, ale czasem jego nieprawomyślność okazuje się przynosić pozytywne rezultaty (np. przemiana Hawka). Dla odmiany wcieleniem zasad politycznej poprawności jest wychowawczyni córki Danny'ego, Samanthy, osoba sztywna i pryncypialna, zanudzająca uczniów morałami o tym, jak to w Halloween należy przebierać się nie za zalotną pielęgniarkę, ale za "neutralnego genderowo pracownika szpitala". Inną odmianą w Cobra Kai w stosunku do poprawnościowych trendów jest duży nacisk na tematykę związaną z byciem mężczyzną (ojcostwo, chłopięce dorastanie, relacja uczeń-mistrz, etos wojownika) i ogólny brak potulnego dydaktyzmu związanego z feminizmem i całą resztą pakietu. Oglądając Cobra Kai, uświadomiłam sobie, jak bardzo stęskniłam się za takim niebigoteryjnym podejściem. Pomijając kwestie światopoglądowe, jest ono zwyczajnie lepsze dla celów artystycznych. Gdy widać, że twórcy serialu bardziej skupiają się na fabule czy emocjach, niż na gorączkowym liczeniu parytetów czy przechodzeniu testu Bechdel, dużo bardziej docenia się chociażby Silne Postaci Kobiece, których w serialu nie brakuje, począwszy od cudownej, badassowej Aishy, poprzez "stalową magnolię" Amandę LaRusso i jej córkę Samanthę reprezentującą soft power, skończywszy na koleżankach Samanthy, których siła jest destruktywna.

Czwartym plusem Cobra Kai jest coś, co odczuwam jako trudną do nazwania wybitność. Czynnik X, jednostkowość według terminologii Dereka Attridge'a - różnie to można określać. W literaturze często spotykam tę cechę w dziełach klasycznych, w serialach znalazłam ją dotąd dwukrotnie - w The Wire oraz, w mniejszym stopniu, w starych odcinkach serialowego Pitbulla Patryka Vegi. Jedynym mierzalnym wyznacznikiem tej wybitności, który potrafię wymienić, jest to, że taki tekst kultury dobrze poddaje się interpretacji. Pytasz "dlaczego ten bohater się tak zachował? dlaczego ten rekwizyt tu leży?" i nie jest tak, że jedyne możliwe odpowiedzi to "bo tak", "bo grupa targetowa pewnie tak chciała", "bo w ten sposób skuteczniej będzie obalony patriarchat", ale można wysnuć jakąś głębszą historię. W wypadku Cobra Kai  to działa. Spędziłam już jedno niezwykle inspirujące spotkanie przy kawie i dyskusji o tym, jak w fabule serialu odbija się zasada równowagi sensei Miyagi i w ogóle koncepcja yin i yang, a gdy pod koniec pierwszego sezonu na podłodze sali gimnastycznej pokazano logo lokalnego stowarzyszenia karate, nawet na temat jego symboliki można było poteoretyzować.
 
A co dobrego Wy oglądaliście w tym roku?
 
 
 
Cobra Kai, Sezon 1, Youtube Red 2018.
Cobra Kai, Sezon 2, YouTube Premium 2019.

 

poniedziałek, 11 marca 2019

Wodnikowe Wzgórze” 2018 #1: Książka a serial

Zeszłoroczny serial „Wodnikowe Wzgórze” Netflixa – adaptacja powieści R. Adamsa z 1972 r., opowiadającej o dzikich królikach, które wyruszają szukać nowego schronienia, gdy ich dotychczasowej królikarni zaczyna zagrażać niebezpieczeństwo – choć przyjemny w odbiorze, zawiera niestety schematy rodem z komercyjnych młodzieżówek. Ale nie będę się tym martwiła.
.

Bardzo wiele spodziewałam się po Netflixowym „Wodnikowym Wzgórzu” bo zapowiadające je kadry – obrazy animowanego komputerowo krajobrazu angielskiej wsi, gdzie dzieje się akcja, i pomykające wśród niego króliki – wyglądały, moim zdaniem, świetnie. Fantastycznie wspominam też książkę Adamsa: choć opowiada o przygodach zwierząt, nie jest ani powiastką przyrodniczą, ani bajką zwierzęcą, gdzie zwierzęta to alegorie ludzi. To zwyczajna powieść, której bohaterowie – króliki – mają własne historie i niepowtarzalne cechy psychiczne, a ich społeczność posiada własną religię, mitologię, język, przysłowia i sztukę.


USZY ZAMIAST MACEK

Dzięki powyższym zabiegom „Wodnikowe Wzgórze” jest książką zwyczajnie ciekawą – nie jako ciekawostka dla fana przyrody, ale dla zwykłego czytelnika powieści, lubiącego śledzić przygody bohaterów. Ma ona też pewne szczególne plusy dla fana fantastyki: oryginalne i rozbudowane pomysły autora w opisywaniu króliczej „kultury” dają podobną radość jak przy podziwianiu fantastycznych uniwersów, natomiast towarzyszące czytelnikowi uczucie obcości – zarówno w zderzeniu z kulturą królików (która, będąc podobna do naszej, ale jednocześnie nieludzka, ma w sobie coś z „doliny niesamowitości”), jak i w opisach kultury ludzkiej, obcej i strasznej w oczach królików – jest podobne do wrażeń, których dostarczają nam co subtelniejsze utwory z domeny grozy, która wszak obcością, naruszającą zwykły porządek rzeczy, stoi.


DLA DOROSŁYCH CZY DLA DZIECI?

Czytałam „Wodnikowe Wzgórze” w późnym dzieciństwie, jednak bywa ono klasyfikowane jako powieść młodzieżowa, a przypuszczam, że broni się też jako lektura dla dorosłych. Tym bardziej, że pojawiają się tam, z tego co pamiętam, tematy, które mogą zainteresować starszego czytelnika: śmierć, naturalistyczny (w subtelny sposób) obraz przyrody, nawiązania do działania społeczności ludzkich ukryte w tym, co się dzieje w powieściowej społeczności królików. Nie brak tam (fakt, subtelnie przedstawionych) tematów przemocy, cierpienia i ogólnie ciemniejszej strony „kręgu życia”.


I w tej właśnie kwestii – ciekawego napięcia między tradycyjnie kojarzoną z literaturą dziecięcą formą opowieści o zwierzętach a „dorosłą”, choć subtelną i „obyczajną” treścią – Netflixowe „Wodnikowe Wzgórze” trochę mnie rozczarowało. Przed obejrzeniem serialu nastawiłam się na to, że to napięcie również tam będzie – jako wrażliwy widz, trochę się wręcz bałam, że w dobie „Gry o tron” producenci z Netflixa gotowi zrobić z powieści Adamsa coś naprawdę „po krawędzi”, do tego stopnia, że nie będę tego już miała ochoty oglądać.


Nic takiego jednak nie nastąpiło, stała się natomiast rzecz, powiedziałabym, gorsza. Gdzieś przy trzecim (z czterech) odcinków, zdziwiona (i w sumie nawet ucieszona) niewinnością tego, co widzę, zaczęłam się zastanawiać – co oni tacy grzeczni? Króliczego Westeros ani widu, ani słychu, jedyne mocniejsze motywy to niezbyt drastyczne sceny przemocy. Co więcej – nawet wątki, które kojarzyłam jako nieco mroczne w samej książce (królikarnia sideł, nieżywy jeż na drodze), zostały jakby złagodzone. Dlaczego oni to zrobili?


WYPŁASZCZENIE W MŁODZIEŻÓWKĘ

Po krótkim czasie doszło do mnie: no tak, young adult. Mając jako produkt wejściowy tekst, który ciekawie balansuje między literaturą dla młodszych i starszych widzów, zamiast pozostawić to ciekawe niedookreślenie, lub też „wyostrzyć” tę historię, robiąc z niej współczesny, drastyczny i przekraczający granice produkt dla dorosłych, twórcy zdecydowali się wypłaszczyć nieoczywistości oryginału i nadać adaptacji cechy typowej, kliszowej, komercyjnej młodzieżówki z naszych czasów.


I tę kliszowość niestety widać. Sceny, w których pojawiają się ślady działalności ludzi, np. opuszczone ruiny budynków, w których chronią się króliki, są przedstawione w stylu postapo1 – jest to bezsensowne dla fabuły, ale zapewne miłe dla oka fanów tej popularnej estetyki. Mamy osławiony wątek atrakcyjnej bohaterki wybierającej między dwoma konkurującymi o nią bohaterami. Postaci żeńskie, w książce dużo bardziej epizodyczne, tu są – fabularnie nieco na siłę – przedstawione jako Silne Postaci Kobiece.2 Królikarnia Efrafa natomiast – fakt, dość opresyjne miejsce również w książkowym oryginale – w naszych czasach nie może się nie skojarzyć z młodzieżową dystopią.


W warstwie ideowej, w większym stopniu niż wszystkie te ciekawe rzeczy, które i ja, i inni pamiętaliśmy z książki – naturalizm, relacja królików z Bogiem (Frysem) i ich mitycznym bohaterem – El'Ahrerą, czy niepowtarzalny, króliczy światopogląd oparty z jednej strony na ciągłym poczuciu zagrożenia a z drugiej na pochwale sprytu – mamy głównie „bezpieczne”, niekontrowersyjne wartości: Wolność, Przyjaźń czy Logiczne Myślenie Zamiast Fanatyzmu. 


Nawet kolorystycznie jest tu tak, jak w znanych filmach young adult – obowiązkowe od czasów czwartej części Harry’ego Pottera klimatyczne, przytłumione zielenie – a scenom pościgu czy ucieczki musi towarzyszyć pompatyczna muzyka symfoniczna i obraz z drona, by zadowoleni byli z kolei fani innego klasyka vintage – Władcy Pierścieni Jacksona.


***

Te klisze trochę mnie zirytowały – zachwycona oryginalnością książkowego pierwowzoru, miałam nadzieję, że i adaptacja będzie podobnie jednostkowa. Ale tak jak napisałam na początku, nie będę się tym martwiła, bo ostatecznie i tak oglądało się cudnie, a do początkowych zachwytów wizualnych3 dołączyły inne. 


I o nich będzie następnym razem. 


 
Wodnikowe wzgórze [Watership Down]. 2018. Netflix.
Ilustracja: Pixabay


1 To akurat Ziuta zauważył, nie ja. 
2 No, może nie zawsze na siłę – motyw z Truskawką i jej geniuszem kopania nor jest sensowny dla fabuły i uroczy, scena z odnalezieniem rannego też ma sens w obliczu tego, jak fabuła potoczyła się dalej.
3 Eksperci narzekają na jakość animacji królików i pozostałych zwierząt. Mnie nie podobał się tylko pies, króliki, jak na moje, były OK.

środa, 23 grudnia 2015

„Smok” Bagińskiego i kobiety



30 listopada miał premierę krótkometrażowy filmik fantastyczny pt. Smok w reżyserii Tomasza Bagińskiego. Kto jeszcze nie miał okazji, może go sobie zobaczyć tutaj – dajcie szansę, to tylko 13 minut, będziecie wiedzieli, o czym piszę. Tym bardziej, że sadzę w tej notce spoiler za spoilerem.


Cóż mogę powiedzieć? Fajny statek i sympatyczne roboty, fabuła prościutka, gdzieniegdzie jakby niedopracowana, a gdzieniegdzie okraszona kuriozalnymi pomysłami. Generalnie, filmik spłynąłby po mnie jak woda po kaczce, gdyby nie to, że Łaku w fejsowym wpisie wywołał temat sposobu przedstawienia w Smoku postaci kobiecych. Wpis jest w statusie dla znajomych, cytuję za zgodą autora:


Obejrzałem "Smoka", Bagiński dostarcza sporo zabawy. Nawet nie wiem czy nad takim pół serio szortem pochylać się z jakimiś serjaśnymi uwagami ale leży sposób prezentowania kobiecych postaci - albo są przechwytywaną nagrodą dla obu stron, albo nadtroskliwą i nie do końca zorientowaną mamą protagonisty. Bo i po co pokazywać że się pogrywa z legendą i z smoka robi terroryste w wunderwaffe skoro tak naprawdę się z nią nie pogrywa. Razi zwłaszcza ta inspiracja "Ghost in the Shell", gdzie przecież (chyba w serialu), pada bardzo fajne pytanie do głównej bohaterki-cyborga spod znaku - możesz mieć każde ciało, dlaczego zostałaś przy kobiecym? A tutaj mamy sprowadzenie całości do high-techowej owcy wypchanej siarką i smołą. (…)
(Łaku na swym profilu na Facebooku, 30.11.2015r.)


Ghost in the Shell nie oglądałam – wygląda na to, że rzeczywiście Bagiński zepsuł ciekawy intertekstualny motyw i strywializował, sądząc po przytoczonym zdaniu, fajny sposób spojrzenia na kobiecość. Co do pozostałych rzeczy, to poczułam się na tyle zaintrygowana, że obejrzałam Smoka jeszcze raz, skupiając się właśnie na wizerunku kobiet. Poniżej subiektywne wnioski. Ton lekko polemiczny nie odnosi się do wpisu Łaka (któremu jestem generalnie wdzięczna za inspirację do zabawy w taką analizę i zapodanie motywu z Ghost in the Shell), ale wynika z mojego ogólnie przekornego nastawienia do tematu przedstawiania kobiet w kulturze.


Rzeczywiście, sporo (chociaż nie wszystkie – o tym za chwilę) scen ze Smoka z udziałem kobiet pokazuje bohaterki stereotypowo: kobieta bajerowana przez mężczyznę, bezwolnie przezeń uprowadzona, czy też naiwnie zatroskana o swoje dziecko. Mam jednak wrażenie, że stereotypizacji poddane są w tym filmie wszystkie postaci. Stereotypowo, przy użyciu wyświechtanych klisz pokazani są mężczyźni (macho – Kamczatkow, rycerz na białym koniu – Janek), przedstawiciele władz (oczywiście nieskuteczni i biorący łapówki), dziennikarze (koniecznie wścibscy i zadające debilne pytania), paneliści w TV (wiadomo, nic mądrego nie powiedzą, tylko się pokłócą), Rosjanie (Kamczatkow jako muzykalny brutal-romantyk), czy krakowianie (ich główną motywacją, by w ogóle wyjść z domu, jest zakup precli, vide 7:10). Taki sposób pokazania postaci jest strasznie dziwny, bo sugerowałby, że Smok to jakaś komedia charakterów, co jest nieprawdą, bo to przecież film(ik) akcji i komediowo przerysowani bohaterowie gryzą się z konwencją. Zamiast śmiesznie, jest zatem kuriozalnie, a dla widzów wrażliwych na stereotypy – potencjalnie krzywdząco.


To, że w kwestii stereotypów kobiety nie są, moim zdaniem, przedstawione w Smoku gorzej od innych grup bohaterów, nie znaczy, że nie ma w filmie scen, gdzie żeńskie bohaterki są źle traktowane. Niektóre momenty wywołały na mnie naprawdę przykre wrażenie. Zrobiło mi się niemiło, kiedy Kamczatkow pogardliwie wziął pod brodę Olę, gdy ta próbowała go atakować (6:25). Komentarz z Internetu z 7:10 o tym, że porwanym dziewczynom się należało, to chamski victim blaming, a rada, by kobiety nie wychodziły w ogóle z domów, by ustrzec się porwania – protekcjonalność i niemiłe ograniczenie wolności. Co prawda nie rozumiem feministycznego hejtu na komplementowanie kobiet, nawet w sytuacjach nieadekwatnych, ale telewizyjny komentarz z 11:51 na temat dopiero co wyswobodzonych ofiar porwania, informujący, że „wyglądają ślicznie” zrobił na mnie dość mroczne wrażenie: naprawdę, w sytuacji potencjalnego zagrożenia życia ważniejsze są inne rzeczy. A następujące zaraz potem pytanie dziennikarza do jednej z ofiar (11:52), czy Kamczatkow był „oziębły” i miał „nieświeży oddech”, to już w ogóle mrok. Wprawdzie wszelakie przesłanki wskazują na to, że Smok nie dopuszczał się na swoich więźniarkach żadnych aktów przemocy, w tym seksualnej (nie ma takich scen w filmie a dziewczyny po wyjściu z niewoli nie wyglądają na straumatyzowane), jednak skoro dziennikarz tak pyta, to zapewne sam uznaje, że przemoc seksualna jednak była, a w takim przypadku są to dość ohydne żarty.


W tym momencie nasuwa mi się jednak pytanie – i co z tego, że źle się czuję, oglądając te sceny? Na pewno te ordynarne zachowania bohaterów świadczą jakoś o nich samych i przyczyniają się do ich charakterystyki – możemy sklasyfikować internautów ze Smoka jako prymitywów, a dziennikarza – jako pozbawionego empatii idiotę. O samych bohaterkach-kobietach te akurat momenty filmu mówią niewiele. Osoba wierząca w to, że poprzez teksty kultury można i należy wychowywać społeczeństwo, może tu rzeczywiście znaleźć garść niewychowawczych przykładów. Ja akurat w tę wychowawczą rolę nie wierzę, więc powyższe swoje wrażenia odbieram po prostu na zasadzie „OK, ten utwór wywołał we mnie takie i takie emocje”.


Zresztą nawet jeśli by potraktować sztukę filmową jako potencjalny oręż do walki z nierównością płci, to Smok nie pokazuje kobiet wyłącznie jako słabych, biernych dam w opałach. OK, główne wątki – porwanie głównej bohaterki, dziewczyny więzione przez Kamczatkowa czy kobieta-cyborg, która nic nie robi – rzeczywiście pokazują kobiety jako postaci pasywne. Ale jest też sporo motywów, gdzie zaakcentowana jest siła kobiet i ich status równy męskiemu.


Rozumiem, na ten przykład, że postać mamy Janka nie kojarzy się z emancypacją, bo to taka stereotypowa mama. Z drugiej jednak strony, ma ona przemożny wpływ na syna (funkcja „Kontrola rodzicielska” w komputerze; telefon podczas akcji z cyborgiem), więc nawet jeśli jest stereotypowa, to jednak jednocześnie silna i mająca kontrolę.


Poza tym, kobiece bohaterki Smoka nie są ciągle sztampowo słodkie i miłe – są w filmie sceny, gdzie okazują złość, używają mocnego języka, a nawet przemocy: Ola, która ostatecznie daje się udobruchać, ale jednak reaguje gniewem, kiedy Janek ją filmuje (1:26); internautka Kasia Kowalskia [sic!] z 5:46, ucinająca seksistowskie komentarze na temat porwanych dziewczyn słowami „Co ty p******lisz gościu?!”, znów Ola, rzucająca się z pięściami na Kamczatkowa (6:25), czy też jedna z uwięzionych dziewczyn fizycznie atakująca wścibskiego dziennikarza (11:53).


Szczególnie ciekawa jest postać panelistki z telewizyjnej debaty (3:59). Już przez sam fakt, że w takim panelu bierze udział kobieta, robi się bardziej równościowo, niż w realu, gdzie często słychać narzekania, że do programów politycznych są zapraszani praktycznie tylko politycy-mężczyźni. A w Smoku kobieta-panelistka nie dość, że jest, to jeszcze wykazuje się największą stanowczością: po jakimś czasie niemrawej pogawędki na wizji, to ona nadaje ton, pytając surowo: „Jak można dogadać się z gangsterem?” (4:12), a kiedy pozostali rozmówcy – mężczyźni – nadal nie wykazują chęci do konstruktywnej dyskusji, energicznie opuszcza studio (4:26).


Wątek romantyczno-ratunkowy między Jankiem a Olą istotnie jest stereotypowy, ale Ola wykazuje inicjatywę, sama przysiadając się do Janka w 12:24 i dopominając o obiecane kino. Poza tym na początku filmu (1:05) widzimy ją, jak gra w kosza w mieszanym składzie, więc można wnioskować, że i krzepę fizyczną ma nie gorszą od facetów.


Co do równouprawnienia obyczajowego, to warto zauważyć, że dwuznaczne fotki robi w Smoku nie tylko bohater męski bohaterce żeńskiej (Janek fotografujący Olę), ale i bohaterka żeńska bohaterom męskim (Pinky Dragonetta robiąca zdjęcia skaterom w 1:00). W tej kwestii jest więc jeden do jednego. Przyznam się, że sama nie wiem, co w kwestii obyczajowości myśleć o fascynacji Kamczatkowem, jaką przejawia Pinky Dragonetta i internautka Dominica (ta ostatnia w bardzo bezpośredni sposób, słowami „Bierz mnie, Smoku!!!” w 7:09). Bo z jednej strony jest to takie wiernopoddańcze i tak naprawdę stereotypowe, ale z drugiej – no, mówią jednak dziewczyny, czego chcą, prawda?


A, no i nie żeby akurat mnie te wszystkie powyższe rzeczy, jako odbiorczynię, ziębiły czy grzały – pozbierałam je tylko po to, by pokazać, że bohaterki Smoka to jednak nie stuprocentowe ciepłe kluchy i pewne cechy stockowej Silnej Postaci Kobiecej można u nich znaleźć.


A część z przedstawień kobiet i tematów okołokobiecych w Smoku, pomimo pewnej kontrowersyjności, po prostu mi się spodobała. To cukierkowe, przerysowane zauroczenie Oli i Janka, z tymi ich uśmiechami i zacukaniem, oglądało mi się uroczo, wprost proporcjonalnie do tego, jak bardzo jest zapewne od czapy psychologicznie (no bo kto się jeszcze dzisiaj potrafi tak cieszyć drugą osobą i się tego nie wstydzić, no kto?). Nie ruszył mnie negatywnie motyw z filmowaniem i to, że Ola uznała je za komplement – ostatecznie, chodziło o zupełnie jawną sytuację w miejscu publicznym a Janek nie miał złych zamiarów. I motyw z mamą cieszącą się, że syn ogląda zdjęcia (ubranych!) dziewczyn a nie robotów, choć głupawy i moralnie wątpliwy, też ma jeden pozytywny aspekt. Przecież samotność i ucieczka w technologię to też poważny problem społeczny. Może mama Janka, przypominając synowi w taki, nieco koszarowy sposób, że ludzie są jednak ważniejsi niż przedmioty, przed czymś – na przykład taką właśnie samotnością i ucieczką – go uratowała?


Podsumowując, wrażenia co do wizerunku kobiet w Smoku mam mieszane, ale bardziej pozytywne, niż negatywne. Pewnie częściowo powodem są moje osobiste popkulturowe preferencje – niespecjalnie rusza mnie kult silnych bohaterek i odwracania tradycyjnych ról genderowych wszędzie, gdzie się da. Ale nawet pomijając to, myślę że taki właśnie sposób przedstawienia kobiet – zresztą, po dokładniejszym przyjrzeniu się, nie taki jednoznacznie stereotypowy – po prostu pasuje do stylistyki filmu i – szerzej – cyklu Legendy polskie. Po obejrzeniu drugiego filmu z cyklu – Twardowskyego – zdałam sobie sprawę, że przaśność, która wychodziła tu i ówdzie w kreacji postaci kobiecych w Smoku, to – stety bądź niestety – klamra kompozycyjna obu filmów. W Smoku mamy przaśnie przedstawione i przaśnie traktowane kobiety, a w Twardowskym główny bohater urządza w statku kosmicznym ołtarzyk z kibolskimi gadżetami i wykazuje się stereotypowo polskim cwaniactwem i niesubordynacją. Może zatem klisze w przedstawianiu i traktowaniu kobiet, w jakie na pierwszy rzut oka obfituje Smok, można odczytać również na zasadzie satyry na seksizm jako jeszcze jedną naszą narodową przywarę?




P.S. W grudniowym Regularniku Drugiej Ery moja recenzja Antipolis Tomasza Fijałkowskiego, a konkretnie m.in. dlaczego Antipolis jest fajną opowieścią o apokalipsie (bo są tam kawiarenki i kamieniczki) a Mad Max niefajną (bo brudno, obskurnie i dużo rdzy). Innymi słowy, porcelana level hard. Zapraszam!

wtorek, 13 października 2015

Kobiety mają fatalnie



Pamiętacie nowelkę „Sachem” Sienkiewicza? Nadal bywa lekturą szkolną. Opowiada o wodzu Indian występującym w cyrku. Koleś przedstawiał widzom porażający show, pomstował w nim na zbrodnicze stłamszenie swojego plemienia przez białego człowieka i groził, jak okrutnie zemści się na Europejczykach. Jednak w chwili, gdy białą publiczność ogarniało przerażenie, że wódz zaraz zrobi coś strasznego, ten kończył przedstawienie i zaczynał pokornie zbierać datki ze słowami: „Co łaska dla ostatniego z Czarnych Wężów!”.


Ja dzisiaj zrobię podobnie. Przedstawię Wam zaraz kilka dramatycznych obrazków o tematyce społecznej, a kiedy już prawie uwierzycie w moje bezinteresowne zaangażowanie w sprawę, przejdę do części merkantylnej, czyli bezczelnie wcisnę Wam książkową polecankę, dla której wcześniejsze obrazki będą jedynie swojego rodzaju wzmocnieniem.


Uwaga, zaczynamy.


Kobiety mają fatalnie we współczesnej kulturze. I to na sposoby, o jakich nie śniło się feministkom, czy – bardziej poważnie – miejskim ośrodkom pomocy rodzinie. Dziś będzie o sprawach lżejszego kalibru, co nie znaczy, że pomijalnych.


Na przykład taka mała kwestia językowa: określenie „atencyjna *&$%!@#”. Z angielskiego attention *&$%!@#. Internety określają tak osobę, która chce za wszelką cenę zdobyć zainteresowanie i poklask otoczenia, głównie przez zamieszczanie koszmarnej ilości kokieteryjnych zdjęć w mediach społecznościowych lub wywnętrzanie się ze swoich nienadających się do sfery publicznej problemów i domaganie się uwagi. A teraz zobaczcie, jakie to okropne.


Politycznopoprawnościowa tendencja wydaje się iść w kierunku tego, by nie stygmatyzować osób lekko się obyczajowo prowadzących, m.in. nie nazywać ich *&$%!@#. Nie mówię, że to źle, bo co dobrego może wyniknąć z wyzwisk pod adresem kogokolwiek. Ale mam wrażenie, że podczas gdy bardzo nie wypada używać takich słów wobec osób, które raczej jawnie i świadomie łamią pewne obyczajowe tabu, to jednocześnie jak najbardziej wypada nazwać atencyjną *&$%!@# dziewczynę, która robi rzeczy całkowicie neutralne - np., de facto, częściej niż inni ma ochotę w niebezpośredni sposób spytać znajomych, czy ładnie wygląda. Kiedy sobie pomyślę, jakie to pragnienie zainteresowania jest ludzkie, to coś mi się w środku przewraca na myśl, że można to tak ohydnie nazywać. Co tam przewraca się. Mam ochotę złapać za fraki i mocno potrząsnąć każdym, kto tego określenia kiedykolwiek wobec kogokolwiek używa.


(Atencyjne) ladacznice odhaczone, to teraz dla odmiany coś bardziej madonnowatego. Kobiety z przeciwnej flanki – te ponadprzeciętnie wstrzemięźliwe – też miewają fatalnie. Na przykład, pod artykułem o dziewicach konsekrowanych (świeckich osobach ślubujących celibat) w Dzienniku Łódzkim niejaki Oświecenie napisał: „Jedyna korzystna wartość dla społeczeństwa jest taka, że osoby z tak wypranym mózgiem nie będą się rozmnażać.”1.


Podobna opinia powtarza się w komentarzach jeszcze przynajmniej raz i nie od razu widać, jak bardzo jest złowroga. A przecież uznawanie, że to dobrze, jeśli osoby odmienne od nas się nie rozmnażają, bo wtedy będzie takich mniej – to w sumie eugenika, w sensie nie zideologizowanym, ale tym prawdziwym. A wszystko tylko dlatego, że kobieta zdecydowała się powstrzymać się od czegoś, od czego, według użytkownika Oświecenie, powstrzymywać jej się absolutnie nie wolno.


To jeszcze jeden obrazek – tym razem fikcyjny, a nawet okołofantastyczny. Z kilku czytanych ostatnio tekstów ułożył mi się taki oto smutny kolaż o hipotetycznej kobiecie-fantastce. Wyobraźcie sobie taką małą Krysię z Chłopców 3 Ćwieka – pisałam już o niej wcześniej – której kolega pożyczył Wojnę światów Wellsa, bo stwierdził, że Krysia jest fajniejsza i mądrzejsza, niż inne dziewczyny.


Później taka Krysia dorasta, zaczyna czytać cykl Kuzynki Pilipiuka i trafia tym samym do grona „panien zniesmaczonych swoimi niemądrymi koleżankami” – takie, według krytycznego wobec fantastyki tekstu Michała R. Wiśniewskiego, zostają wszak fankami Kuzynek.2 Krysia traci zatem więź z przyjaciółkami, co jest smutne – no, ale przecież zostali chłopacy, myśli sobie, oni potrafią ją przecież docenić, oni będą uważać, że jest fajna – jest przecież fantastką, a jeden pożyczył jej nawet kiedyś Wojnę światów.


I tu Krysię spotyka niespodzianka, bo w międzyczasie ukazał się pewien tekst jednego z chłopaków wywodzących się z fandomu, a konkretnie Łukasza Orbitowskiego. Z owego tekstu wynika poniekąd, że dla takich, jak ona, nie ma już właściwie miejsca. Faceci nie potrzebują już otrzaskanych, pokrewnych im intelektualnie Kryś. Na czasie jest dziewczyna w stylu disco polo – taka, która „[n]ie będzie kumpelą ani przyjaciółką, ale gorącą kochanką, ewentualnie dobrą żoną i owszem”.3 Krysia słyszała kiedyś, że te wszystkie role można, a nawet warto łączyć, ale to było dawno temu. Teraz pozostał jej już tylko śmietnik historii popkultury.


(Tej hipotetycznej biografii można jeszcze dorobić wątki poboczne. Na przykład założyć, że Krysia po drodze do dorosłości naoglądała się jeszcze jakichś Księżniczek Lei i innych Łanderłumenów, a zwalczająca marysuizm współczesna popkultura wmówiła jej, że bycie silną postacią kobiecą jest w dechę. No więc Krysia się do takiej silnej postaci kobiecej upodobniła, po czym społeczeństwo uświadomiło jej, że to w sumie fatalnie i niekobieco, a tak w ogóle to niech schodzi z drogi, bo jest silna i sama sobie poradzi, podczas gdy społeczeństwo musi lecieć, by ratować i obdarzać względami jakąś Mary Sue.)4


Kultura nas nienawidzi. To nie jest wina ludzi ani nurtów, to jakaś paskudna bezwładność systemu, która znieważa, tłamsi i ignoruje i madonny, i ladacznice, i równe dziewczyny z tomem Pilipiuka pod pachą. Jak jesteśmy delikatne i nienarzucające się intelektualnie, nazywają nas karynami bądź typowymi piwami z sokiem, robią paskudne strony z naszymi zdjęciami i prześmiewczymi cytatami, a kiedyśmy silne i inteligentne, to odmawiają nam de facto statusu kobiety i się nas niby boją. Obojętnie jakie byśmy nie były, współczesny dyskurs po prostu się na nas wypina.


Skoro więc współczesny dyskurs się wypina, to i my – tak kobiety, jak i ci, co im dobrze życzą, czyli pewnie wszyscy – miejmy w nosie współczesny dyskurs.


Zignorujmy zatem choć przez chwilę to, co nam jadowicie szepcze złośliwy, internetowy zeitgeist, wyłączmy disco polo jeśli akurat leci i pozwólmy, by literacko odtruł nas ktoś, kto – pomimo tego, że sam był facetem, żył w czasach, gdy feminizm ledwie blechtał się w pierwszej fali, pisał o rzeczach bez mała kontrowersyjnych a i sam ponoć nieraz niezbyt ładnie poczynał sobie z kobietami – w swoich książkach kobiety wyjątkowo, moim zdaniem, rozumiał i niesamowicie doceniał.


Czyli Gyula Krúdy.


Ale to następnym razem. Można już zacząć obczajać. Co łaska dla ostatniego wodza Indian.


P.S. Tak na wszelki wypadek – wpis nie ma charakteru osobistego. Nikt mnie nie zdołował ani nie zwymyślał, problemy stanu konsekrowanego są mi obce z powodu braku powołania do tegoż, nawet Wojny światów jeszcze nie czytałam, a to, jak wiadomo z powyższej notki, czyni mnie nieledwie kuloodporną. Ot, rozkmina.



1Matylda Witkowska. 22 kwietnia 2015. „Konsekracja dziewic w Łodzi. 29-letnia zgierzanka postanowiła zostać dziewicą do śmierci [ZDJĘCIA]” (http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/3833633,konsekracja-dziewic-w-lodzi-29letnia-zgierzanka-postanowila-zostac-dziewica-do-smierci-zdjecia,id,t.html?cookie=1)
2
Michał R. Wiśniewski. 2014. „Ideologie w pułapce metafor, czyli czytanie fantastyki szkodzi”
, Gazeta Wyborcza (http://wyborcza.pl/1,75475,17173964,Ideologie_w_pulapce_metafor__czyli_czytanie_fantastyki.html#ixzz3nvUy8BFw)
3
Orbitowski, Łukasz. 2015. „Miłość w rytmie disco polo”.
Kafeteria (http://kafeteria.pl/styl-zycia/milosc-w-rytmie-disco-polo-a_9417)
4
Tu żadnym odniesieniem nie dysponuję – bazuję na sumie obiegowo zasłyszanych opinii na temat tzw. silnych kobiet.