Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekład. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekład. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2020

William Onyeabor – dlaczego afrykański Kraftwerk ucichł?

Rzadko zachwyci mnie jakiś wykonawca muzyki pop. William Onyeabor, ze swoimi retro elektronicznymi bitami, ciepłym wokalem i wartościowymi tekstami, jest jednym z tych nielicznych. Prócz świetnych piosenek – to doskonała muzyka na lato – ten nigeryjski muzyk tworzący w latach 70-tych i 80-tych miał fascynujące życie. Był multiinstrumentalistą, biznesmenem, wodzem plemienia i duchownym, a na końcu tajemniczo zniknął z popkultury.

Ciepła i jasna elektronika w stylu retro, magnetyczne bity i ciepły wokal – trochę
jak u Daft Punk. A do tego teksty o tematyce pacyfistycznej, mądrościowej i biblijnej.


Słuchałam ostatnio radia KEXP, alternatywnej rozgłośni z Seattle, w której w związku z protestami w Stanach puszczali akurat sporo
muzyki czarnoskórych twórców. Przez różnicę stref czasowych gdy u mnie był późny ranek, u nich panował blady świt, a zatem muzyczka leciała raczej chilloutowa, takie neutralne tło.


I nagle usłyszałam kawałek, który mnie zelektryzował. Niesamowicie radosne, energetyczne brzmienie, mocno „wkręcający się” refren, magnetyczna oldskulowa elektronika w tle i wokale: ciepły głos męskiego solisty i nieco etnicznie brzmiący żeński chórek, wszyscy śpiewający z sympatycznie egzotycznym akcentem.



Całość tak mocno przyciągała uwagę, że stwierdziłam, że to pewnie jakiś wielki, klasyczny hit, który jakimś cudem dotąd mnie ominął, coś na miarę Glorii Jimiego Hendrixa czy Roxanne The Police – charyzmatyczność owego kawałka była porównywalna z tymi utworami. Kiedy jednak sprawdziłam nazwisko wykonawcy, okazało się, że nic mi ono nie mówi: był to niejaki William Onyeabor, piosenka zwała się Atomic bomb.


NIGERYJCZYK, PREKURSOR TECHNO, WÓDZ I BIZNESMEN

Zaintrygowana, zaczęłam guglać informacje o tym wykonawcy. Jak się okazało, Onyeabor był Nigeryjczykiem, żył w latach 1946–2017 ale tworzył muzykę jedynie przez osiem lat (1977–1985), wydając na własną rękę dziewięć albumów.1 Muzyka była tylko jedną z dziedzin, którą się zajmował: był również biznesmenem (zajmował się realizacją zamówień publicznych i miał własny młyn; w 1987 r. otrzymał nawet tytuł Zachodnioafrykańskiego Przedsiębiorcy Roku), miał żonę i dzieci, został też obwołany wodzem plemiennym w swoim rodzinnym Enugu i ponoć był pastorem.2 Jak wspomina autor noty pożegnalnej na stronie wytwórni muzycznej Luaka Bop, był społecznikiem i osobą mocno przejętą problemami współczesnego świata.3



BYĆ JAK DAFT PUNK – ZANIM TO BYŁO MODNE

Choć w latach osiemdziesiątych XX w. William Onyeabor tajemniczo wycofał się ze świata muzyki, został na nowo odkryty przez hipsternię i współczesnych wykonawców, a jego muzyka jest uważana za prekursorską dla techno.4 Często bywa porównywany z Kraftwerk i klasykami nurtu afrobeat.5 Mnie klimatem i charakterystycznym połączeniem synestetycznie ciepłej i jasnej elektroniki w stylu retro, zachwycająco natarczywych bitów i również ciepłego wokalu kojarzy się jednak przede wszystkim z Daft Punk i ich płytą Random Access Memory. Atomic Bomb to zresztą pierwszy kawałek pop, który naprawdę wpadł mi w ucho od czasu, gdy ukazało się Get Lucky autorstwa właśnie Daft Punk.


PRZYJEMNE POGLĄDY W TEKSTACH PIOSENEK

Ciekawe są teksty jego utworów. Przyjemny światopogląd Onyeabora – lokalnego społecznika, który ponoć oglądał wiadomości z USA, Europy i Chin, by zrozumieć różne punkty widzenia ludzi z całego świata, i późniejszego chrześcijańskiego kapłana – dobrze wydaje się pokazywać kawałek pt. Better change your mind:


Ameryko,

ty myślisz, że ten świat jest twój, ha?
A ty, Rosjo, hej tam,
ty myślisz, że ten świat jest twój?
(...)

Ty, biały,
ty myślisz, że ten świat jest twój?
A ty, czarny,
ty myślisz, że ten świat jest twój?
(...)

Jeśli myślisz tak,
to źle,
Lepiej zdanie zmień.
(...)

Bo nikt wśród ludzi i państw,
tylko Bóg,
ma w ręku świat.

[przekład własny; da się zaśpiewać]


Innym przyjemnym ideowo kawałkiem jest Why go to war, gdzie podmiot liryczny pyta białych i czarnych ludzi, dlaczego idą na wojnę, skoro potrzebują pokoju, i czemu zawsze chcą zatrzymać pocisk wymierzony w nich samych a nigdy nie dbają o ten wymierzony w innego człowieka.



„TECHNIAWKA” Z AFORYZMEM

Teksty piosenek Williama Onyeabora, jak przystało na kawałki prekursorskie wobec tanecznej muzyki elektronicznej, mają strukturę podobną do współczesnych tekstów muzyki house: krótkie frazy lub zwrotki, przerywane partiami instrumentalnymi i wielokrotnie powtarzane. Różnią się jednak od nich treścią.


We współczesnych tekstach tzw. „techniawek” strasznie drażni mnie ich miałkość i nieadekwatność. Zasłyszane lub podczytywane przeze mnie kawałki Darude’a, Tiesto, Armina van Buurena i im podobnych z reguły okazywały się być albo okrągłymi frazami o miłości sprawiającymi wrażenie, jakby tekściarz całą wiedzę o niej czerpał z tekstów innych „techniawek”, albo frazesami o treści ludycznej lub autotematycznej.


Na tym tle Onyeabor tchnie miłą jednostkowością.
On również ma kilka (bardzo niewinnych) kawałków zabawowo-miłosnych, takich jak Beautiful Baby. Jednak większość jego tekstów świetnie wykorzystuje budowę utworów tanecznej elektroniki, których teksty przypominają trochę powtarzające się mantry albo wykuwane lekcje, i tę powtarzalną, mnemotechniczną strukturę wypełnia treściami, które rzeczywiście warto przemedytować lub wbić sobie w pamięć.


I tak wiele tekstów Onyeabora ma charakter „mądrościowy”, powtarzane między instrumentalnymi wstawkami zdanie to często jakaś
uniwersalna sentencja na temat ludzkiego życia. Przykładem piosenka When the going is smooth and good:

Gdy masz w życiu ogromny fart,
wielu ludzi z tobą jest za pan brat.

Lecz gdy cię w życiu dosięgnie pech,

wielu, wielu ludzi ucieknie precz.

[przekład własny; da się zaśpiewać]


Dodatkowym plusem jest styl tych tekstów – nie silą się na żadną konwencję (nie na darmo Onyeabor był prekursorem), są proste, treściwe, kolokwialne, napisane w uroczej angielszczyźnie wskazującej, że autor nie jest rodzimym użytkownikiem angielszczyzny i nie wstydzi się tego.


BIBLIA I NIGERYJSKIE BULWY

Inne kawałki Onyeabora otwarcie – a przy tym kreatywnie – nawiązują do cytatów biblijnych. Kolejnym „mądrościowym” tekstem jest np. Good name, który jest oparty na wersecie ze starotestamentowej Księgi Przysłów (Prz 22:1) – jednak ładnie go kolokwializuje i zwraca się do słuchacza:

Mam dobre imię,
to więcej niż skarb,

nikomu, nikomu, nikomu nie odsprzedam go.

Czy masz dobre imię?

Czy masz dobre imię?
Nikomu, nikomu, nikomu nie sprzedawaj go.

[przekład własny; da się zaśpiewać]

Inna piosenka, Anything you sow, to z kolei nawiązanie do fragmentu nowotestametowego Listu św. Pawła do Galatów (Ga 6:8). Tu z kolei podmiot liryczny modląc się, zadaje Bogu pytanie o przyczynę zła na świecie i słyszy uzasadnienie nawiązującego do Pawłowego „co człowiek sieje, to i żąć będzie”. Mamy tu przy tym piękny smaczek kulturowy: Onyeabor zamienia charakterystyczną dla Biblii metaforę związaną ze zbożem i zastępuje ją bardziej swojskim dla Nigeryjczyka nawiązaniem do bulwiastej rośliny będącej podporą tamtejszej kuchni i gospodarki. Śpiewa więc: „gdy siejesz pochrzyn, oczekuj pochrzynu”.



DLACZEGO WILLIAM ONYEABOR ZAMILKŁ?

Wygląda jednak na to, że społecznictwo i pozytywny przekaz w piosenkach nie zadowoliło sumienia Williama Onyeabora i zdecydował się on na większy duchowy hardkor.


W okolicach roku 1985
stał się „nowonarodzonym” chrześcijaninem (w rozumieniu protestanckich kościołów ewangelikalnych), po czym zamilkł jako świecki muzyk i odciął się od dawnego życia. Zaszył się w swojej posiadłości w Enugu, poświęcił się wyłącznie wierze, działalności biznesowej i społecznej, został też wyświęcony na pastora.


Pomimo fali wielkiego wzrostu zainteresowania jego muzyką w latach 2013–2014, związanej ze wznowieniem jego nagrań i trasą koncertową supergrupy wykonującej jego przeboje, kontakt dziennikarski z nim był niemal niemożliwy. Pytany o muzykę czy swoją przeszłość, odpowiadał z uśmiechem:
„chcę rozmawiać tylko o Bogu”.6


LEPSZA CZĄSTKA

I co ja na to? Kiedyś taka historia, jak ta o zamilknięciu Williama Onyeabora, bardzo by mnie zasmuciła. Wolę historie, gdzie Bóg zgadza się, by ktoś do końca życia, na Jego chwałę, zajmował się tym, co kocha i co jest jego talentem.


Ale obecnie wydaje mi się, że wybór, którego dokonał Onyeabor, może być w pewnych przypadkach lepszą opcją. Może odkrył większe piękno, a może uciekł od czegoś, co go w poprzednim życiu męczyło. Bo przecież my, odbiorcy, chcemy cieszyć się sztuką, a tymczasem twórcy może nie być z tą sztuką równie wesoło.


William Onyeabor obrał swoją najlepszą cząstkę a nam zostawił na pamiątkę dziewięć albumów zawierających tyle dobra i talentu w muzyce i tekstach, że wydaje mi się, że Pan Bóg wiedział, co robi, nie powołując go do służby czynnej od razu.



PRZYPISY

sobota, 18 stycznia 2020

Dlaczego piosenki z „Wiedźmina” są takie dobre

Tym razem utożsamiam się z vox populi – oglądam netflixowskiego „Wiedźmina” i zachwycam się piosenkami Jaskra, zwłaszcza „tą” piosenką. Bo cóż przyjemniejszego, niż odrobina zachwytu – tym bardziej takiego, który można uzasadnić filologicznie.
 



O zarąbistości Toss a coin to your witcher mówi cały Internet – polsko- i anglojęzyczny – i niejeden widz uznaje tę piosenkę za główny, lub niekiedy nawet jedyny, atut całego serialu. Nie spotkałam jednak zbyt wielu teorii co do tego, co nam się właściwie w tym kawałku aż tak podoba, więc postanowiłam stworzyć własną.

Wydaje mi się, że sekretem udatności piosenek Jaskra jest to, że w przyjemnym, popowo-balladowym opakowaniu serwują nam coś, co nie dość często w takim opakowaniu dostajemy – czyli porządną tekściarsko-literacką robotę.


TROCHĘ TEORII

Tego, co to znaczy, że tekst piosenki jest dobrze napisany, nauczyłam się z książki Stanisława Barańczaka pt. Ocalone w tłumaczeniu: szkice o warsztacie tłumacza poezji z dodatkiem małej antologii przekładów-problemów. Omawiając swoją propozycję przekładu jednego z tekstów Beatlesów, Barańczak podaje tam praktyczny zbiór kryteriów, jakie powinny spełniać słowa tłumaczonych piosenek tak, by czytało i śpiewało się je równie dobrze jak oryginał. Było to dla mnie niemałe odkrycie: uświadomiłam sobie, że o postrzeganej przez nas „fajności” tekstu nie przesądza to, czy śpiewa go wspaniały Sting czy siermiężny Perfect, ani czy jest on napisany w prestiżowym angielskim czy w swojskiej polszczyźnie. Decydują tu cechy czysto formalne: spójność i świadomość stylu, zgodność akcentów w wyrazach i zdaniach z akcentami muzycznymi, czy choćby to, czy w rymach mamy porządne wyrazy znaczące (rzeczowniki, czasowniki itp.) czy nędzne wyrazy funkcyjne (np. zaimki lub przyimki).


POTWORY Z RADIA

Choć Barańczak pisał o przekładach, te cechy można też bez problemu potraktować jako kryteria jakości oryginalnych słów piosenek. I niestety – wiele popowych tekstów, tak angielskich jak i polskich, nie zdałoby takiego egzaminu.

Robiąc ostatnio mały radiowy re-listening anglojęzycznego popu z ostatnich dekad, jestem zadziwiona, jak złe rzeczy potrafią wyrabiać tekściarze. Nawet w największych hitach miewamy te paskudne wyrazy funkcyjne na końcach wersów („Cause we are gonna be/ Forever, you and me...” – Lighthouse Family, High), przedziwne konstrukcje składniowe, byle tylko zmieścić się w wersie (wpiszcie w wyszukiwarkę „bad grammar in song lyrics” i cieszcie się mnogością przykładów), nienaturalne sformułowania („Rainy days never say goodbye/To desire when we are together” – aha, czyli po ludzku tu jest napisane, że nawet gdy pada, on czuje do niej miętę? Gdybym spotkała ten tekst Gazebo w redagowanym przez siebie tekście dowolnego gatunku, cięłabym aż miło), czy źle użytą leksykę („Hit me, baby, one more time” Britney – bez komentarza). Nie wspominając już o płyciźnie i/lub niespójności treści, która szczególnie ładnie wybrzmiewa w przeróbkach anglofońskich hitów na język polski, gdzie wystarczy wiernie przetłumaczyć piosenkę, zaśpiewać i już jest śmiesznie (przykładem Wzniosłe treści obcych pieśni Cezika). Przykładów z języka polskiego nie będę nawet podawać, każde z Was ma pewnie swoje ulubione.

Oczywiście, można by pewnie mnożyć i przykłady pozytywne, ale z moich ostatnich doświadczeń wynika, że jak się człowiek krytycznie wsłucha w to, co ci ludzie śpiewają, to częściej można się zdziwić niż zachwycić. Jak na moje, jesteśmy po prostu wygłodniali dobrego warsztatowo tekściarstwa w popie.


JASKROWE ELIKSIRY I PARONOMAZJE

I na to nasze wygłodnienie przychodzi cudowny Jaskier – oraz cudowna Jenny Klein, która napisała mu teksty – i dostarcza nam piosenek w których po prostu wszystko się zgadza.

Moją lingwistyczną uwagę przykuła już pierwsza piosenka Jaskra – You think you’re safe z początku drugiego odcinka „Wiedźmina” – gdzie baśniowe „stir up a potion” zrymowano kontrastowo z bardzo współczesnym, nagłówkowym „get an abortion”. Po dokładniejszym spojrzeniu na tekst widać jego kolejne atuty: same porządne rymy bez wyrazów funkcyjnych i innych wypełniaczy, sytuacja liryczna (groza życia w miejscowości Posada) spójnie przedstawiona za pomocą krótkich wersów bez składniowych łamańców, nawet humor językowy się w tej króciutkiej formie zaplątał („the pike with the spike/that lurks in your drawers” mnie totalnie rozwaliło, ta paronomazja słów „pike” i „spike” ma w sobie coś przecudownie przedszkolnego).


REFREN, KTÓRY BUJA

Przejdźmy teraz do dania głównego, czyli do Toss a coin to your witcher. I tutaj mamy spójną treść – zwięzłą historię potyczki bohatera lirycznego (Geralta) i podmiotu lirycznego (Jaskra) z diabołem i elfami, okraszoną zwrotami o charakterze perswazji, wzywającymi adresatów lirycznych do okazania uznania bohaterom i udzielenia im gratyfikacji finansowej. Jak w poprzednim przypadku, nie ma tu żadnego niepotrzebnego wersu. Nie znaczy to, że nie ma powtórzeń – choćby wspomniana prośba o pieniądz pojawia się trzy razy, w różnych parafrazach („Toss a coin to your witcher”, „so give him the rest”, „now pour him some ale”). Ma to jednak głęboki sens – dla bohatera lirycznego zarobkowy, dla odbiorcy – artystyczny i komiczny.

Nie ma też rymów będących sztuką dla sztuki. W przeciwieństwie do gorzej napisanych piosenek, rymy spełniają w Toss a coin... właściwą funkcję, akcentując to, co w tekście ważne – a to przebieg akcji (deceit – teeth, pest – chest), a to wzmacniające stylizację archaizmy czy terminy baśniowo-fantastyczne (devil – revel, horde, elf), a to autotematyzm (song, tale), a to wspomnianą ekonomiczną perswazję (rest, ale).

Co do instrumentacji głoskowej innej niż rymy, w refrenie wspaniale wybrzmiewa to dźwięczne, jakby bujające się „oh, valley of plennnty, oh, valley of plennnty”. Chyba dlatego ten refren tak fantastycznie się śpiewa. Mamy też trochę aliteracji („When the White Wolf fought”, „minced our tender meat”, „that bashes and breaks you/and brings you to mourn”). Nasuwa ona trafne skojarzenie z germańskimi poematami epickimi, bez których przecież nie byłoby fantasy. Nie ma jej jednak za dużo, i dobrze, bo jesteśmy jednak w neverlandzie i nie musimy się silić na historyczność.

Ładnie wypada w tekście Toss a coin.... zgranie akcentów wyrazowych i zdaniowych oraz muzycznych. Prawie wszystko się zgadza, jedyny ewentualny zgrzyt to niepotrzebne zaakcentowanie słówka „the” w „At the edge of the world”. Ale za to „Our champ-i-on prevailed” brzmi tak ślicznie, że myślę, że można to autorce wybaczyć.


ELFIK ZERKA Z PÓŁECZKI

Jak już wspomniałam, jest w Toss a coin... trochę archaizmów i terminologii baśniowej – i tak jak w You think you’re safe, ta stylizacja jest trafnie przełamana elementami z zupełnie innych stylistyk. Przykładowo, znów w refrenie, bajkowo-poetyckie „oh, valley of plenty” jest zestawione ze współczesnym i jednocześnie dość napuszonym zwrotem „a friend of humanity” – mnie osobiście mega to zestawienie bawi. Innym takim kontrastem jest połączenie wzniosłych, epickich, pasujących do high fantasy zwrotów opisujących spotkania z wrogami z bardziej przyziemnymi określeniami na późniejsze spuszczanie sobie nawzajem manta.

Moim ukochanym przykładem jest „He thrust every elf / far back on the shelf”. Ta fraza, oprócz tego, że rozśmieszyła mnie sama w sobie (kolejny cudny rym), dodatkowo jest ponoć aluzją do kultowej brytyjskiej książeczki dla dzieci traktującej o tym, jak to bożonarodzeniowy elfik obserwuje z półki w dziecięcym pokoju, czy milusińscy są grzeczni i zasługują na prezenty. Jednak po tym podwójnym, meblarsko-gwiadkowym trollingu mamy powrót do wzniosłego świata fantasy: okazuje się, że owa półka, na którą wiedźmin upchnął elfy, wcale nie była jednak jakimś, ot, piętrem etażerki, ale — półką skalną, wysoko w górach, w tajemniczej ojczyźnie elfiego rodu.


TAJEMNICA SUKCESU

Podsumowując – uważam, że powodem, dla którego kochamy przewodni motyw muzyczny netflixowskiego „Wiedźmina” jest stara, dobra poetyka, z której autorka słów potrafiła zrobić użytek. Polska wersja piosenki, choć również została entuzjastycznie przyjęta i ma kilka dobrych momentów, współdzieląc część atutów oryginału („choć oberwał sam / zmiażdżył bestii kark / ten obrońca ludzkości / toastu jest wart” – bardzo ładne zestawienie stylu wzniosłego i przyziemnego), moim subiektywnym zdaniem nie jest aż tak zjawiskowa. Potwierdza się to w jej warstwie formalnej: np. do rymów wkradło się trochę gramatycznego szumu informacyjnego (wam, tam, ich, więc) a nosowe „sakiewką potrzooooońśnij” nie jest tak śpiewne jak jego angielski odpowiednik. Język polski stawia jednak więcej wyzwań tekściarskich, niż angielski. Tym jednak, którzy całkiem powątpiewaliby w możliwości naszego języka jeśli chodzi o tworzenie doskonałych tekstów piosenek, polecam zajrzeć do książki Barańczaka i przekonać się, że się da!


Źródła

Barańczak S. 2004. Ocalone w tłumaczeniu: szkice o warsztacie tłumacza poezji z dodatkiem małej antologii przekładów-problemów. Kraków: Wydawnictwo a5.
Grosza daj wiedźminowi. 2019. Autor tekstu: Jenny Klein. Przekład: b.d. Kompozytor: Sonya Belousova i Giona Ostinelli. Wykonanie: Marcin Franc.
Toss a coin to your witcher. 2019. Autor tekstu: Jenny Klein. Kompozytor: Sonya Belousova i Giona Ostinelli. Wykonanie: Joey Batey. Płyta: Netflix’s THE WITCHER (OST).


Do napisania notki zainspirowała mnie dyskusja o serialu „Wiedźmin” zorganizowana 14 stycznia 2020 r. przez Krakowską Sieć Fantastyki.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Jąkanie, wzruszenia i barszcz Sosnowskiego (Scatman John, „Scatman”)


Od wczoraj fazuję na autotematyczną piosenkę Scatman Scatmana Johna. To oczywiście jeden z czołowych szlagierów z dzieciństwa, ale ja nie mam nostalgicznej natury, więc nie o to chodzi: zachciało mi się tej piosenki ot tak, melodycznie. Odsłuchałam – faktycznie, tego było mi trzeba – po czym stwierdziłam, że sprawdzę gościa w Wikipedii, bo jedyne, co mi się z nim kojarzyło, to fakt przynależenia do zakazanego, mrocznego świata młodzieżowej popkultury, który eksplorowali starsi koledzy i koleżanki z podstawówki, a na który ja byłam podówczas za młoda.

W kontekście mrocznej popkultury zaskoczył mnie fakt, że Scatman John karierę muzyczną zaczął tak naprawdę od grzeczniusiego jazzu a jego ksywa i styl wokalu wywodzi się z odmiany wokalistyki jazzowej o nazwie scat. Aha, i wygląda na to, że i image Scatmana – wąs, melonik i ubiór semiformal – to nie była jakaś mroczna potrójna ironia zblazowanego popkulturysty, jak przeczuwałam w dzieciństwie, ale strój noszony na serio, wynikający z faktu, że facet był jazzmanem rocznik tysiąc dziewięćset czterdzieści dwa.

Sama piosenka wzięła się stąd, że Scatman – oryginalnie John Larkin – ponoć masakrycznie się jąkał. Jak podaje Wiki, miał przez to bardzo trudne dzieciństwo i dopiero nauka gry na pianinie, a potem wokalu scat, pozwoliły mu na jako taką autoekspresję. Gwiazdą pop stał się jednak dopiero w 1995r., w wieku 53 lat: jego agent miał pomysł na połączenie scat z elementami dance i hip-hopu, jednak Larkin bał się, że publika odrzuci go przez jego jąkanie. Ostatecznie jego żona Judy – którą poślubił rok wcześniej – poradziła mu, by opowiedział o jąkaniu bezpośrednio w swojej muzyce.

I tak w Scatmanie mamy:

Każdy się jąka w ten czy inny sposób,
więc oto wiadomość dla ciebie:
nie pozwól, by cię to powstrzymało
jeśli Scatman tak może, możesz i ty.

Wszyscy mówią, że Scatman się jąka,
ale nigdy wtedy, gdy śpiewa,
choć nie wiesz jednego – powiem ci to teraz
– jąkanie i scat to to samo...
Jestem Scatman.

A potem jeszcze coś takiego – to już nie jest o jąkaniu, ale za to jakoś złapało mnie za serce:

Wiem, że pytacie, co oznacza scat,
cóż, jestem uczonym i powiem wam tak:
gdy wy jeszcze śpicie, święci płaczą,
bo to, co zwiecie martwym,
nie miało jeszcze nawet szans przyjść na świat,
Jestem Scatman.

W 1998 roku – ledwie trzy lata po popowym debiucie – u Scatmana zdiagnozowano raka płuc. Wbrew sugestiom lekarzy, kontynuował działalność muzyczną, póki podczas koncertu w listopadzie 1999r. nie zasłabł na scenie (początkowo widzowie myśleli, że to fragment show). Pomimo cierpienia w ostatnich dniach życia, Larkin podsumował je tak: „Akceptuję wszystko, cokolwiek zrządzi Bóg... Miałem wspaniałe życie. Zakosztowałem piękna”. Zmarł w grudniu 1999 r. w swoim domu, w wieku 57 lat, przeżyły go jego żona i matka.

Aha, i jeszcze to: w intro do jego innej piosenki, Scatman's world, facet udający dziennikarza stoi u wrót tytułowego świata Scatmana i raportuje, że ludzie powracający zeń mają na twarzach ekstatyczny uśmiech albo wyraz nieskażonej niewinności jak u nowonarodzonego dziecka. Jako że sama piosenka i teledysk mają przekaz czysto utopijny, nie zaś np. nawiązujący do dragów czy innych szemranych środków wspomagających eskapizm, odbiorcy popkultury szukający enklaw braku ironii mają potencjany okazik do kolekcji. Poza tym w piosence występuje charakterystyczna dla lat 90-tych forma antyrasizmu, za którą bardzo tęsknię (kolor skóry jest nieważny, należy patrzać w duszę), a w 3:26 wizjonerski twórca teledysku umieszcza barszcz Sosnowskiego na wiele lat przed tym, jak stał się modny. Czego chcieć więcej?

Intelektualnymi fundatorami niniejszego wpisu są Wiki oraz pięknie wyśmiana przez Jerzego Jarniewicza tendencja Polaków do „upiększania” przekładanych tekstów. Nie chciało mi się robić researchu, chciałam opowiedzieć Wam ładną historię.

niedziela, 20 marca 2016

Napiszmy oboje o tym samym #2 (Zelda Fitzgerald, „Zatańcz ze mną ostatni walc”)


Fitzgeraldami zainteresowałam się przez film O północy w Paryżu Woody'ego Allena. Konkretnie, urzekła mnie postać Zeldy (Alison Pill). Poszło mi chyba o to, że temperamentem konwersacyjnym i słomianym zapałem do różnych dziedzin sztuki trochę przypominała mi mnie samą, a przy tym jawiła mi się jako szalenie sympatyczna. (Rzecz nietypowa, bo często nie lubi się swoich sobowtórów – nawiasem mówiąc, ten właśnie temat, w wersji young adult, pojawia się we wspomnianych ostatnio książkach Kosika.). Kiedy Zelda pojawiła się w filmie, poczułam, jakby zapaliła mi się w głowie jakaś lampka i stwierdziłam, że mam ochotę pozgłębiać temat.

Tak więc zaczęłam na temat Fitzgeraldów szperać. Historia jednak mroczniejsza, niż to, co migawkowo pokazuje Allen – była to rzeczywiście wielka miłość i barwne życie wśród ówczesnej bohemy, ale było też wzajemne niszczenie się emocjonalne, bójki, libacje, niewierności, choroba psychiczna Zeldy, a ostatecznie – separacja i przedwczesna śmierć obojga. Źródła nie mogą się zgodzić, czy to bardziej Zelda tłamsiła Scotta, nie pozwalając mu pisać tyle, ile by chciał, czy też bardziej Scott Zeldę, skupiając się na swojej karierze i ignorując jej rozliczne zainteresowania.

Ale na szczęście w ich wypadku czytelnik ma relacje z pierwszej ręki. Jak wspomniałam poprzednio, oboje napisali powieści biograficzne o swoim wspólnym życiu. O Czuła jest noc F.S. Fitzgeralda będzie następnym razem – dziś biorę na tapet Zatańcz ze mną ostatni walc Zeldy.

Akcja Zatańcz ze mną ostatni walc obejmuje dzieciństwo autorki/głównej bohaterki (w książce noszącej imię Alabama), jej znajomość i małżeństwo z malarzem Davidem Knightem (książkowy odpowiednik F.S. Fitzgeralda) oraz długotrwały pobyt pary w Europie.

Tradycyjnie uważa się (mówi o tym m.in. wstęp do książki autorstwa Harry'ego T. Moore'a), że książka Zeldy to głównie ciekawostka, dziełko opublikowane jako forma autoterapii i nie mogące się równać z pisarskimi dokonaniami Francisa Scotta. Jeśli tak, to w moim odczuciu niższość Zeldy widać przede wszystkim w tym, że (1) nie jest tak dobrą plotkarką, jak jej mąż i (2) jej książka nie robi czytelnikowi takiej krzywdy, jaką wyrządza Czuła jest noc. Zatańcz ze mną ostatni walc to powieść plotkarska, ale to plotki dość niewinne. Pomimo opisów konfliktów, negatywnych emocji i małżeńskich transgresji, czyta się ją jak nieco nużące zwierzenia znajomej o tym, jakie to życie jest ciężkie a „on” – okropny; trochę to miejscami nudne i niespecjalnie poruszające dla odbiorcy, ale słucha się dalej przez sympatię i empatię.

Tym razem okazałam się grzeczną i przewidywalną czytelniczką, bo czytałam Zatańcz... tak, jak kazano we wstępie: bardziej koncentrując się na historii autorki jako człowieka (czy też konkretnie – jako kobiety), niż na kwestiach literackich. I dobrze się w ten sposób czytało. Zatem parę obserwacji pod kątem kobiecym i ogólnoludzkim: po pierwsze, zarówno sama autorka, jak i jej porte-parole, Alabama, mają cudownie kreatywne przemyślenia i sposób wypowiadania się, ale jest to taka kreatywność, z którą nie bardzo jest co zrobić. Na przykład, kiedy absztyfikant Alabamy przysyła jej rodzinie wiadro krabów na kolację, Alabama, przyglądając się jednemu z nich, stwierdza: „Myślę, że mogłabym takiego zrobić (…) gdybym miała materiały.”1 Lubię ten typ abstrakcyjnego postrzegania rzeczywistości. Dziś byłaby z niej świetna publicystka facebookowa, ale w tamtych realiach osobliwe frazy i pomysły Alabamy/Zeldy ewidentnie się marnują – częściowo przez inną, niż teraz, dynamikę rozpowszechniania treści, częściowo przez ograniczenia stawiane wtedy kobietom. I jak tak się to czyta, to trochę tej zagubionej kreatywności dziewczyn z epoki analogu szkoda.

Czytelniczka, której zachciałoby się podejść do Zatańcz... z pozycji tradycyjnej moralności, zyska w Alabamie/Zeldzie potwierdzenie tego, że majstrowanie przy koncepcji monogamicznego małżeństwa to nic dobrego. Alabama ewidentnie stara się być kobietą wyzwoloną, a jej związek z Davidem miejscami wygląda na „otwarty”. I co? I widać, że Alabamę totalnie niszczy to psychicznie, generalnie łzy, frustracja i urażona ambicja, podczas gdy David wydaje się raczej emocjonalnie zdystansowany. Chociaż inna sprawa, że Zatańcz... bardziej koncentruje się na jego zewnętrznych reakcjach typu wybuchy gniewu, z pominięciem wewnętrznych przeżyć.

Ważne miejsce w książce zajmuje wątek pasji Alabamy do nauki tańca baletowego. I to jest bardzo smutny wątek, bo przebija z niego takie przeświadczenie, że kiedy kobieta oddaje się działalności artystycznej, to fakt, może ją to ożywić, wypełnić jakąś pustkę czy dostarczyć ekscytacji. Jednak te wszystkie dobre rzeczy dzieją się kosztem życia rodzinnego, wbrew domownikom, wręcz nawet powiązane są z jakąś wrogością wobec nich, i w zasadzie ostatecznie albo trzeba wybrać – rodzina czy pasja – albo wyboru dokona samo życie. (Tak mówi ta książka, nie ja.)

Zatańcz ze mną ostatni walc bardzo interesująco się kończy. Nie mogę oczywiście powiedzieć, jak, ale to jest całkiem niepowieściowe, to jest nieliniowe, to może wywołać bardzo fajne czytelnicze wrażenia, warto dotrwać do końca, żeby się dowiedzieć. Powiedziałabym, że chyba zagrał tu fakt, że powieść jest biograficzna, bo człowiek by czegoś takiego sam nie wymyślił. Chociaż z drugiej strony, kiedy pomyśleć o tym, jak się ta historia rozegrała naprawdę, to też... Cóż, sami zobaczycie.

Nie podejmę się oceny języka w tej powieści. Wspomniany już niejaki Moore we wstępie gani Zeldę za relatywnie słaby warsztat i językową manierę, chociaż dodaje, że gdzieś w jednej trzeciej książki trochę się wyrabia. A mnie jest trudno sformułować własną opinię, bo miałam dostęp jedynie do polskiego tłumaczenia. Pewne rzeczy widać i tak – jak wspomniałam wcześniej, spodobała mi się kreatywność w formułowaniu myśli i osobliwe skojarzenia. Zdarzały się momenty stylistycznie niezręczne, ale tutaj nie mogę mieć pewności, w którym miejscu na linii autorka – redakcja – przekład zabrakło czegoś istotnego. Prawdę mówiąc, nawet jeśli wyjściowy angielski był bardzo zły, nie wiem, czy w jakimkolwiek przekładzie, który nie byłby przekładem polemicznym, zostawiłabym świadomie takie zdania jak „Wolne chwile Alabamy charakteryzowały się bólem mięśni i najchętniej spędzała je w domu” (s. 194) czy „Pracowała w szarym mroku studia i czuła się bardzo profesjonalnie w niewygodzie nieogrzewanego miejsca” (s. 202).

A tak całkiem na marginesie, urzekło mnie jeszcze to, że córka państwa Knight miała nianię „posługującą się staroangielskim” (też str. 202). Tu też nie wiem, czy to kwiatek autorstwa samej Zeldy, czy wyszło gdzieś dalej w procesie redakcyjnym, ale, afæstla, gdyby dane mi było kiedyś zatrudniać nianię, przemożnie ucieszyłabym się, gdyby okazała się native speakerką odmiany angielszczyzny używanej przed rokiem 1066. Chociaż fakt, że taka niania byłaby bardziej przydatna mnie i naukom humanistycznym, niż jakimkolwiek dzieciom.

Wyzłośliwiam się, ale ogólnie rzecz biorąc, Zatańcz ze mną ostatni walc to książka, po którą zdecydowanie warto sięgnąć, jeśli lubi się dwudziestolecie międzywojenne, jest się choć trochę zainteresowanym historią pp. Fitzgeraldów, ewentualnie śledzi się tzw. pisarstwo kobiece, obojętnie z której flanki. Smutnawa, ciepła, napisana osobliwym językiem, przy tym – pomimo dramatyzmu wydarzeń – jednak w miarę spokojna i pozytywna. To jest zresztą trochę podejrzane. Alabama/Zelda jest opisana jako w gruncie rzeczy dość sympatyczna osoba, z którą, na to wygląda, wszystko jest z grubsza w porządku, która stara się raczej postępować (według swoich norm) etycznie i robić dobre wrażenie, a na wszelakie problemy, które ją dotykają, zawsze znajduje się w końcu jakaś rada. Ogólnie rzecz biorąc – ona sama jest fajna i ze spotykającymi ją zdarzeniami też nie ma dramatu. Tylko że z jakiegoś powodu ta wersja wydarzeń nie budzi zaufania. To wrażenie pogłębia się – słusznie lub nie – po przeczytaniu wersji wydarzeń autorstwa jej męża. Ale o tym, jak się uda, napiszę za tydzień.


1 Fitzgerald, Zelda. 2014 [1932]. Zatańcz ze mną ostatni walc [Save me the waltz]. Tłumaczenie: Katarzyna Janusik. Bielsko-Biała: Pascal, 50.