Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dawkins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dawkins. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 stycznia 2019

Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa #4: Duchowość i poglądy


W zeszłym roku napisałam trzy notki (do poczytania tutaj, tutaj i tutaj), w których starałam się zainteresować Was wybitną a niesłusznie zapomnianą powieścią fantasy Anny Borkowskiej pt. Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa. Wówczas koncentrowałam się głównie na jej literackim kunszcie – szczególnie na tym, na ile historia Taguna, Nulani, Dżauriego i innych mieści się w typowych wzorcach fantastyki, a na ile jest od nich twórczo odrębna. Tym razem skupię się na duchowej i światopoglądowej warstwie tej książki.

 

Nie udawajmy: jeśli chodzi o ducha i poglądy, dla wielu czytelników Gar'Ingawi... ważnym tematem jest biograficzny fakt, że autorka jest katolicką mniszką klauzurową. 

Fakt ten może budzić różne reakcje. Może to być poważna zachęta – np. czytelnicy spragnieni dobrej fantastyki z duchowym „drugim dnem” i zasmuceni jej małą podażą na rynku – bo ile można tego Tolkiena, Lewisa i Huberatha – mogą wiele spodziewać się po powieści fantasy pisarki, która na duchowości chrześcijańskiej zna się „zawodowo”. Proweniencja autorki może też jednak budzić podejrzliwość – np. co do ewentualnego podporządkowania wartości literackich wartościom ideowym – albo po prostu zaciekawienie i nastawienie na egzotyczne czytelnicze wrażenia.  

Przystępując do lektury Gar'Ingawi..., podzielałam po trosze każde z tych nastawień i z uwagą śledziłam warstwę duchowo-światopoglądową tej książki. Oto, co znalazłam.


ZNANA DUCHOWOŚĆ, NIEZNANA HISTORIA

To, co zachwyciło mnie w Gar'Ingawi..., to połączenie wątków bliskich chrześcijaństwu obecnych w innych dziełach nurtu "uduchowionej" fantastyki, takich jak religijna tęsknota i metafizyczny zachwyt czy umiłowanie moralnej czystości, prostoty, dobra i łagodności – z całkowicie nowym, niekopiujących istniejących już opowieści, uniwersum. 

Historie mieszkańców wyspy Gar'Ingawi, jej najeźdźców – Dżugidów czy też wyruszającego z niej wędrowca – Taguna – nie są bowiem alegoriami czy kolejnymi przepisaniami historii biblijnych czy hagiograficznych. Są raczej dziełami nieskrępowanej fantazji umieszczonymi w uniwersum, w którym działa kochający, chrześcijański Bóg i ewangeliczna moralność. 

Również sama religia wyznawana przez głównych bohaterów, choć niesprzeczna z chrześcijańską prawdą o Wcieleniu, nie przypomina formą czy obrzędami religii chrześcijańskiej i stanowi kolejny dowód światotwórczej wyobraźni autorki. To połączenie niezmiennych dla wielu prawd metafizycznych i moralnych z nieprzewidywalnością1 i kreatywnością świata i fabuły w Gar'Ingawi... może robić ożywcze wrażenie.


OCZEKIWANIE

Oczekiwanie na przyjście Jasnego Brata to w Gar'Ingawi... główny sens wspomnianej religii mieszkańców Wyspy, a zarazem konkretna technika modlitewno-medytacyjna, w której Tagun i jego sprzymierzeńcy starają się wyszkolić. Nie chciałabym pisać wiele o tym wątku, bo trochę mnie on przerasta, ale osobiście znalazłam w nim coś bardzo ważnego. I oczywiście jest to pewnie po części kwestia kompozycji duchowej danego czytelnika, bo na wątek ten szczególnie podatni mogą być ci, których duchowość wiąże się z jakąś formą tęsknoty. Mam jednak wrażenie, że Oczekiwanie może złapać za serce niezależnie od religijnej denominacji odbiorcy. Nostalgia i „maryjne” zapatrzenie u Tolkiena też przecież zachwyca czytelników różnych opcji, a tutaj jest wątek podobnej rangi, i podobnie pięknie opisany.


MNISZKA WIDZI INACZEJ?

Nie chciałabym ulec stereotypom, ani też przeceniać wpływu biografii autora na dzieło, jednak mam wrażenie, że niektóre cechy Gar'Ingawi... składające się na niepowtarzalność tej książki są efektem monastycznej wrażliwości jej twórczyni. We wpisie drugim pisałam już o wyjątkowej sensorycznej wrażliwości w opisach – która być może wydoskonala się w życiu pod klauzurą, gdzie nie ma przeładowania bodźcami, a we wpisie trzecim – o charakterystycznej zwięzłości dialogów, a nuż wynikającej z przyzwyczajenia autorki do reguły benedyktynek zakładającej wyciszenie. 
 
W kwestiach typowo moralno-duchowych kolejnym takim „zakonnym” wątkiem wydała mi się, zaskakująca i ciekawa jako temat literacki, krytyka tzw. „swobody”. Wyznawana jako czołowa wartość przez mieszkańców krany Galgal-pa'asz, „swoboda” pozornie tylko oznaczała dowolność i brak krępujących zasad, w rzeczywistości zaś była przyzwoleniem na krzywdzenie jednych przez drugich, dewastację przyrody, uniformizację niszczącą wszelkie piękno i wreszcie – państwowy terror i totalitaryzm. „Swoboda” jest w książce skontrastowana z pochwałą prostoty, wręcz duchowego ubóstwa mieszkańców Wyspy Szczęśliwej. Czy nie wydaje sie prawdopodobne, że ten punkt widzenia mógł zostać zainspirowany własnymi doświadczeniami osoby żyjącej pod regułą zakonną, upatrującej wolności w dyscyplinie i maksymalnie upraszczającej życie? 
 
W monastyczną wrażliwość wpasowuje się też postać Taguna jako protagonisty i herosa, jego sposób działania i „supermoce”. Czy nie tak właśnie powinien wyglądać heros fantasy w wydaniu... klauzurowym? I właśnie dzięki tym „mnisim” cechom Tagun jest, jako heros fantasy, oryginalny.


  BOHATEROWIE NIEZIEMSKICH OBYCZAJÓW

Co do obyczajowości w Gar'Ingawi..., to choć, jak pisałam, w powieści widać silne wpływy chrześcijańskiej wrażliwości moralnej, nie oznacza to nie tylko – rzecz jasna – tego, że wszyscy bohaterowie są świątobliwi, ale również tego, że system wartości mieszkańców Wysp – przestrzegany lub nie – jest tożsamy z chrześcijańskim. Choć, jak już również wspomniałam, powieść wysoko punktuje łagodność, uczciwość czy cnoty małżeńskie, nawet porządnym bohaterom i plemionom zdarzają się w powieści "na legalu" rozwody, wielożeństwo, podstępy czy ostre akcje militarne i dyplomatyczne. Widać, że jest to jednak świat inny od naszego – na Wyspach nie wykuto tablic Mojżesza ani nie spisano Katechizmu i moralność poszła nieco innym drogami. Jest to jeden z powodów czyniących z Gar'Ingawi... książkę fabularnie ciekawą: nie możemy po prostu założyć, że dana postać czegoś nie zrobi bo to „nie po katolicku”. 
 
Jest jeden wątek obyczajowy, który znów nasuwa skojarzenie z zakonną proweniencją autorki, a mianowicie lekka kontestacja miłości romantycznej i życia rodzinnego, zwłaszcza gdy wiążą się one z porzuceniem przez daną osobę własnych przekonań czy powołania. Niektóre wątki w książce pokazują, że bycie li i jedynie kochającym małżonkiem czy rodzicem nie przesądza o byciu dobrym człowiekiem czy życiowym spełnieniu. Z drugiej strony książka wydaje się afirmować wszelakie żywoty, wydałoby się, „przegrane” – porzuconego współmałżonka niewstępującego w kolejny związek czy osoby samotnej, straumatyzowanej i pozbawionej statusu społecznego – sugerując, że i tacy ludzie mają w najwyższym stopniu szansę na wartościowe, piękne życie.

I jeszcze w kwestii obyczajów, w Gar'Ingawi... całkowicie brak bezpośredniego erotyzmu, jednak jest to jednak zrobione tak, że w żaden sposób nie „kastruje” czy nie wyjaławia tej książki, nie kojarzy się z pruderią czy niedojrzałością, nie ujmuje też głębi opisywanym relacjom – również małżeńskim, miłosnym, z których rodzą się dzieci. Myślę, że to jeden z dowodów na kuszt autorki. Wiele jest zapewne przypadków, gdy z powodów etycznych czy zdroworozsądkowych dany pisarz decyduje się na nieporuszanie w twórczości pewnych tematów – Borkowska pokazuje, że nawet nie pisać o czymś można pięknie i z intelektualną klasą.


DUŻO MIODU, KROPLA DZIEGCIU

Gar'Ingawi, Wyspę Szczęśliwą uważam za książkę piękną, mądrą i ciekawą. Dlatego też podczas czytania intrygowała mnie postać „autorki wpisanej w dzieło” – w jakimż to pięknym umyśle mogła powstać taka historia? Kompozycja umysłowa „opowiadacza” stojącego za Gar'Ingawi... jawi się jako naprawdę pociągająca: jest tu mnóstwo uduchowienia, intelektualne wyrafinowanie i erudycja (zarówno zawiłości fabuły, jak i detale dotyczące batalistyki czy żeglarstwa budzą, przynamniej u osoby nieuczonej, szczere zaufanie), sensoryczna wrażliwość, otwartość umysłu (żonglowanie wielością punktów widzenia, choćby przy porównaniu wierzeń ludów Północy i Południa), wyczulenie na ogólnoludzkie wartości i sprawiedliwość wobec pokrzywdzonych (pewna piękna scena pokazująca zachowanie się wobec rodziny pokonanego wroga), wyczulenie na piękno, poczucie humoru, ironia... Myślę, że nawet wielu osobom teoretycznie przeciwnym wartościom, które uosabia autorka powieści, trudno byłoby się z tym „opowiadaczem” nie zgodzić.

I w tym całym nagromadzeniu mądrości i słuszności jest jeden malutki zgrzyt, a mianowicie: współczesnego czytelnika, który rozpozna Gar'Ingawi... jako dzieło opowiedziane z punktu widzenia, podsumujmy, głęboko religijnego intelektualisty o otwartym umyśle i zrozumieniu dla innych punktów widzenia, może zaskoczyć to, jak ten „opowiadacz” powieści Borkowskiej potraktował figurę świeckiego, racjonalistycznie i relatywistycznie nastawionego do rzeczywistości myśliciela w osobie... no, sami zobaczycie kogo. Nie wiem, może to znak tamtych czasów, może czegoś w tamtym wątku nie zrozumiałam, a może i w tym wypadku ta książka jest mądrzejsza ode mnie. Tym niemniej... dla osoby wiedzącej, jak współcześnie potrafi wyglądać dialog chrześcijańskich intelektualistów z ateistami – choćby rozmowa ks. Michała Hellera z Richardem Dawkinsem – sposób rozegrania tego tematu w Gar'Ingawi...może wydać się nieco kuriozalny. Ale to taki drobiazg, który przy całej imponującej reszcie jest co najwyżej dodatkową ciekawostką.

No i tak, jakby ktoś nie pamiętał – przeczytajcie Gar'Ingawi, Wyspę Szczęśliwą, bo to piękna książka jest.



1Pewne wątki w książce Borkowskiej można oczywiście porównać z już istniejącymi historiami – np. wielu przede mną zauważyło, że wędrówka Dżugidów kojarzy się z losami Narodu Wybranego (w tym sama autorka: https://pl.aleteia.org/2017/05/14/powiesc-fantasy-napisana-przez-katolicka-mniszke/) a wątek Jasnego i Ciemnego Brata – z gnozą, jednak są to pojedyncze motywy w bardzo nowatorskiej całości.


Borkowska, Anna. 2017 [1988]. Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa. Tom I: Oczekiwanie, Tom II: Dzieje Nulani, Tom III: Dzieje Taguna. Warszawa: Wydawnictwo Zona Zero.

poniedziałek, 7 września 2015

Orka na Księżycu

Choć na Ziemi sezon na prace polowe w pełni, ten wpis nie będzie, wbrew pozorom, traktował o rolniczej kolonizacji naszego naturalnego satelity. Tytuł notki wziął się z pewnego mojego, dość niskiego zresztą, skojarzenia z zakończeniem powieści Sheri S. Tepper pt. Trawa. Zanim jednak przejdę do zakończenia i moich z nim dziwnych skojarzeń, parę słów o samej książce.

O Trawie pisałam już pokrótce na forum Drugiego Obiegu Fantastyki. Generalnie bardzo ją polecam: jest to spójna, trzymająca w napięciu historia o kontakcie z cywilizacją pozaziemską. Temat ten jest tu rozegrany naprawdę inteligentnie, a sama obca cywilizacja i planeta, którą zamieszkuje, stanowią miłą pożywkę dla wyobraźni czytelnika. Na tym, dość atrakcyjnym, tle pojawia się zestaw ciekawie zarysowanych postaci, których interakcje są opisane ze sporą dozą psychologicznej wnikliwości. Krótko mówiąc – książka raczej nie rozczarowuje w warstwie science i ogólnie intelektualnej, natomiast w warstwie fiction jest z jednej strony ekscytująco „plotkarska”, a z drugiej po prostu mądra, tym bardziej, że pojawiają się tu ważkie wątki religijne i etyczne.

Streszczając początkową sytuację – mamy dość odległą przyszłość, Ziemia się przeludnia i nęka ją bieda a ludzkość kolonizuje inne planety. Na większości z nich szerzy się zaraza. Jedyną wolną od epidemii planetą jest tytułowa Trawa. Jej powierzchnię pokrywa w większości wielokolorowa preria, a zamieszkujący ją ludzie prowadzą prosty, archaiczny jak na ziemskie standardy tryb życia, mocno uregulowany przez tajemnicze obrzędy związane z polowaniami na lokalne rasy zwierząt. By zbadać przyczynę odporności Trawian na zarazę, na planetę przylatuje misja z Ziemi. Jej trzon stanowi rodzina Yrarierów – małżeństwo z dwójką dorastających dzieci. Tu rozpoczyna się kilka wątków: poszukiwanie rozwiązania zagadki biologicznej, jaką jest zaraza, pikantne i zawiłe perypetie rodzinne Yrarierów oraz odkrywanie przez nich planety, której przyroda i kultura okazują się zawierać mroczne tajemnice.

Główna bohaterka – Marjorie Yrarier, matka wspomnianej rodziny – jest postacią wybitnie sympatyczną. Sprawia, co prawda, wrażenie chłodnej i zasadniczej, nie jest też szczególnie miła względem męża i córki, ale to w jej głowie czytelnik siedzi cały czas i dzięki temu wie, że ma ona poważne powody, by się tak zachowywać. Poza tym Marjorie jest jednak niemal ideałem – inteligentna, mająca niebanalne przemyślenia, wrażliwa społecznie, a także, mimo oschłości, przywiązana do rodziny i wierna. Jest też uduchowiona – swoją wiarę, starokatolicyzm (przeciwstawiony w powieści bardziej rozpowszechnionej, fanatycznej wierze w tzw. Świętość) – traktuje poważnie, nierzadko wątpiąc w jej prawdy, ale starając się wcielać je w życie.

Przejdę teraz do zakończenia powieści, które, jak wspomniałam, dziwnie mi się kojarzy. W tym celu muszę jednak wstawić

[SPOILER WĄTKU RODZINNEGO!]
W miarę rozwoju akcji Marjorie przechodzi przemianę duchową. Częściowo traci religijność, zaczyna się odsuwać od męża (fakt, ma ku temu powody), a w finale zakochuje się w jednym z mieszkańców Trawy (przy czym nie jest to człowiek, a przedstawiciel lokalnej hiperinteligentnej rasy zwierzęcej) i zostawiając rodzinę, ucieka z nim w Kosmos.

Teoretycznie jest to zakończenie rodem z taniego romansidła. Oto bohaterka uwolniła się od patałacha, który nie pozwalał jej się samorealizować, spotkała prawdziwą miłość i robi teraz coś wspaniałego i szalonego, co w poprzednim układzie nie byłoby możliwe. Sam optymizm, sam miód i totalna sztampa. Podobnie z wątkiem religijnym. Trudno w tym temacie o bardziej upraszczające sprawę rozwiązanie od tego, w którym bohater wychodzi z pozycji religijnie ortodoksyjnych, ale w toku opowieści odkrywa Relatywizm a wraz z nim prawdziwą Mądrość i/lub prawdziwe Szczęście, po czym oczywiście ortodoksyjny być przestaje. W podobny sposób zbudowane były naiwne, socjalistyczne powieści dla młodzieży typu Czas Abrahama Siesickiej czy powieści Aleksandra Minkowskiego, gdzie bohaterowie odkrywają socjalizm, po czym wszystko w ich życiu nagle staje się piękne i zrozumiałe, bez jakichkolwiek niuansów czy argumentów przeciw.

Zakończenie Trawy można by zatem uznać za podwójnie głupiutki – romansowo i religijnie – cukierkowy happy end. Wydaje mi się jednak, że fabuła tej powieści zawiera wiele sygnałów, że jest dokładnie odwrotnie: jej zakończenie jest niejednoznaczne i fabularnie dobre, ale bardzo niepokojące, a nawet zapowiadające tragedię.

Pierwszy sygnał, że nie mamy do czynienia z happy endem, to fakt, że wyprawa, na którą wyrusza Marjorie, wydaje się być z góry nastawiona na katastrofę. Jej celem ma być jakieś mętne „wykorzystanie potencjału ludzkości” i wywołanie jakiejś niedookreślonej „zmiany”. Tłumacząc to w pożegnalnym liście do rodziny, Marjorie sprawia wrażenie, jakby sama nie do końca wiedziała, o co jej chodzi. Nie wie też, jak chciałaby ten cel osiągnąć, poza tym, że wyruszy gdzieś na chybił trafił w kosmos. Jedyne, co wie, to to, że może się nie udać: „Nikt nie wie, czy dokądś dotrzemy ani czy wrócimy. Jeżeli nie, w końcu uda się komuś innemu. Jest nas tak dużo, że możemy próbować aż do skutku.”1 Planu uwzględniającego jakiekolwiek pozytywne rozwiązanie dla niej jako jednostki – brak.

Drugim powodem do niepokoju co do zakończenia jest konstrukcja psychiczna bohaterki. Trudno mi uwierzyć, że osoba tak wrażliwa, skłonna do melancholii i samooskarżania, jak Marjorie (sporo miejsca w książce zajmują jej dywagacje, czy popełniła już jakiś grzech, czy jeszcze nie), nie zaczęłaby z czasem odczuwać wyrzutów sumienia, że porzuciła rodzinę. Sprawę komplikuje fakt, że odchodząc, Marjorie pozbawia się jednocześnie dotychczasowego sposobu radzenia sobie z sumieniem, czyli spowiedzi. Jak ważna była dla niej ta praktyka, świadczy to, że nawet w misji na Trawę towarzyszył jej spowiednik – ksiądz Sandoval. Świadomość popełnienia wyjątkowo ciężkiej przewiny, połączona ze skłonnością do rozpamiętywania i brakiem duchowego wsparcia z zewnątrz wydają się zapowiadać sytuację, w której bohaterka po prostu się załamie.

Trzeci problem to nowy „ukochany” Marjorie, z którym udaje się ona w podróż. Rasa, do której należy ów hiperinteligentny zwierzak - „lisy” - jest w książce przedstawiana raczej jako „dobra”, uzdolniona do wzniosłych przemyśleń i pomocna ludziom. W walce z wrogami „lisy” są jednak silne i bezwzględne, a ich moralność jest inna od ludzkiej i w sumie niewiele o niej wiemy. W opisach czegoś, co można by nazwać czułością czy bliskością fizyczną „lisa” i Marjorie, ciągle pojawiają się wzmianki kojarzące się z agresją – często jest mowa o szczękach, pazurach i o tym, jaki to „lis” jest „groźny”. Sposób, w jaki „lis” komunikuje się z ukochaną, nosi z kolei znamiona psychicznej manipulacji – podczas ich telepatycznych rozmów Marjorie traci świadomość, doznaje psychodelicznych wizji, zmienia dotychczasowy sposób myślenia i postępowania, a wreszcie – dość szybko przyrzeka „lisowi” całkowite oddanie i towarzyszenie mu, gdziekolwiek się znajdzie. Trochę to wszystko jest alarmujące.

Romantyczne przyzwyczajenie i znajomość uroczych baśni typu Niekończąca się opowieść kazałoby może w tym momencie uwierzyć, że kosmiczny zwierzak ma jednak szlachetne intencje i cokolwiek się nie stanie, będzie dobry dla Marjorie. Takiemu podejściu przeczy jednak kontekst naukowy. Trawa w swojej warstwie science zawiera sporo odniesień do teorii ewolucji. Potoczne rozumienie ewolucji, od czasu ukazania się Samolubnego genu (5 lat przed publikacją Trawy), jest, o ile się orientuję, mocno zdominowane przez sposób myślenia Richarda Dawkinsa. Tym, co najbardziej zapadło mi w pamięć podczas lektury Samolubnego genu, był paskudny, wręcz oszczerczy i zniechęcający do przyrody sposób mówienia o zwierzętach. Dawkins, marginalizując znaczenie pozytywnych instynktów stadnych, empatii czy zwyczajnego przywiązania, przedstawia zwierzęta jako maszyny bezwzględnie realizujące swój plan reprodukcyjny – lub też analogiczny plan żerujących na nich pasożytów. Po przeczytaniu długo nie mogłam się pozbyć brzydkich podejrzeń, że kot, który łasi się do mnie pyszczkiem, na pewno robi to wyłącznie dlatego, że wymuszają to na nim mikroby, które dzięki jego łaszeniu mogą zainfekować także mnie.

To niespecjalnie nastraja do bycia spokojnym o los Marjorie podczas wyprawy z „lisem”. W świetle teorii Dawkinsa nie ma powodu, by przypuszczać, że okaże się on czułym miśkiem z bajki. Pewnie raczej utrzyma dobre stosunki z Marjorie tak długo, jak będzie mu ona w jakiś (nieokreślony w powieści) sposób przydatna, a gdy zmieni się genetyczna koniunktura, może równie dobrze porzucić ją w kosmicznej przestrzeni lub nawet zrobić nieco mniej czuły użytek ze swoich zdolności manipulacyjnych, szczęk, pazurów i „groźności”.

Taka jest zatem moja interpretacja zakończenia Trawy. Teraz kolej na moje dziwne skojarzenia intertekstualne. Przychodzą mi do głowy dwa utwory, które kończą się podobnie.

Pierwszy to Śluby panieńskie Fredry: w ich finale na zewnątrz wszystko niby kończy się dobrze, wszyscy się pogodzili i odbywają się dwie piękne ceremonie zaślubin, jednak możemy się spodziewać, że pożycie małżeńskie niewinnej, nierealistycznie patrzącej na świat Anieli i nadpobudliwego, nieodpowiedzialnego kobieciarza Gustawa przerodzi się w dalszej perspektywie w matrymonialną męczarnię. (Strasznie mi głupio, ale kompletnie nie pamiętam, komu ukradłam pomysł na taką właśnie interpretację tej sztuki.)

Drugi to, hmm, odcinek South Parku pt. Free Willzyx. Bohaterowie oglądają w nim orkę w morskim parku rozrywki. Ta nagle zaczyna do nich mówić (tak naprawdę głos podkłada dla żartu jeden z pracowników parku). Przedstawia się jako Willzyx, twierdzi, że pochodzi z Księżyca i że koniecznie musi nań wrócić, gdyż pozostanie na Ziemi grozi jej śmiercią. Prosi chłopaków o pomoc. Ci, wzruszeni opowieścią, podejmują się przeróżnych dziwnych i raczej nielegalnych środków, by przetransportować Willzyxa do ojczyzny. W końcu z pomocą przychodzi meksykańska agencja kosmiczna (!) i wśród aplauzu chłopaków z South Parku, Meksykanów i działaczy ekologiczncyh, orka zostaje wystrzelona na Księżyc, wzruszająco pożegnana przez Kyle'a, który cieszy się, że Willzyx już wkrótce zobaczy się z rodziną. Chwilę później widzimy z bliska powierzchnię Księżyca, gdzie wśród kraterów, w całkowitej ciszy, leży nieruchomo martwa orka.

I właśnie w podobny sposób, niestety, wyobrażam sobie niedopowiedziane zakończenie historii Marjorie. Motyw z romansem i kosmiczną podróżą pozornie budzi entuzjazm, ale można się spodziewać, że w nieco dalszej perspektywie bohaterkę czeka nawet jeśli nie szybka śmierć, to strach, brak jakiegokolwiek oparcia, ryzyko przeróżnych niebezpieczeństw (również ze strony ukochanego „lisa”) i piekło zgotowane przez jej własną, skomplikowaną psychikę w obcej, zimnej i cichej scenerii kosmosu. W tej interpretacji Tepper zyskuje punkt za dobre rozegranie zakończenia (jednak nie jest ono tanio romansowe), ale jeśli chodzi o samą bohaterkę, to strasznie baby szkoda.

1Tepper, Sheri S. 2015. Trawa. Warszawa: Wydawnictwo MAG, 486.

P.S. Dziękuję za wszystkie dotychczasowe pozytywne (a także te pożytecznie marudne) sygnały, jakie dostałam w związku z moim zaistnieniem w blogosferze! :)