Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tolkien. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tolkien. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 listopada 2022

Trzy uwagi o "Hobbicie" J.R.R. Tolkiena w kontekście "Pierścieni władzy"

Za nami kontrowersyjny jakościowo serial Pierścienie władzy Amazona nawiązujący luźno do dzieł J.R.R. Tolkiena. Tymczasem ja od trzech kwartałów mam okazję w specyficzny sposób - bardzo powoli, na spokojnie i po kawałeczku - podczytywać Hobbita, czyli tam i z powrotem tego autora. I jak to bywa z bardzo dobrymi książkami czytanymi po raz kolejny (miałam tak m.in. z Lewą ręką ciemności Le Guin), odkrywam w nim nowe, wcześniej nie zauważone warstwy. Część z tych obserwacji wiąże się z Pierścieniami władzy i problemami, jakie nie tylko ja dostrzegłam w tym serialu.

 

W dobie starzenia się społeczeństwa fajnie czyta się fabuły przygodowe,
których bohater jest, jak w Hobbicie, nieco starszy.


Na początek kilka słów o moich wcześniejszych odczytaniach Hobbita. Pierwszy raz czytałam jeszcze jako mała dziewczynka. Zachęcił mnie tata i skupiałam się wówczas głównie na rozpoznawaniu postaci z opowiadanych mi przez niego bajek. Czułam satysfakcję, że wiem w końcu, kto to Gandalf, krasnoludy czy orkowie, byłam jednak niewyrobionym czytelnikiem i lektura była nieco mozolna. 

Wróciłam do lektury Hobbita na fali zachwytu filmem Drużyna Pierścienia Jacksona. Tym razem, mając w pamięci monumentalne obrazy z filmu i większą wiedzę tolkienistyczną (w tym dotyczącą chrześcijańskich inspiracji Tolkiena), dostrzegłam w tej książce wzniosłość i duchowe innuendo. Zachwyciła mnie dużo bardziej niż za pierwszym razem, kiedy traktowałam ją jednak głównie jako historyjkę o bajkowych stworkach.

Obecnie jestem nieco za połową Hobbita i pewnie trochę jeszcze potrwa, nim skończę. Póki co, zwróciłam uwagę na trzy sprawy, które umknęły mi, lub też nie wydawały się wystarczająco ważne wcześniej.

 

1. Hobbit mówi o rozwoju osoby w średnim wieku

Bilbo Baggins jest statecznym hobbitem-dżentelmenem, który zdobywa nowe umiejętności, przeżywa przygody, testuje swoje granice, wychodzi z bezpiecznych przyzwyczajeń i wydaje się czerpać z tego sporą satysfakcję. Zarówno w życiu, jak i w literaturze takie historie kojarzymy częściej z wiekiem młodzieńczym i literaturą młodzieżową. Tymczasem, w dobie długiego okresu dojrzewania i starzenia się społeczeństwa, bardzo fajnie i optymistycznie czyta się takie fabuły, w których bohater jest, jak w przypadku Hobbita, nieco starszy. 

Niestety, nie miałam okazji napotkać ich w życiu zbyt wiele. Jest co prawda ten nurt w literaturze obyczajowej, traktujący o kobietach w średnim wieku, które, często po rozwodzie czy ogólnie zakończeniu nieudanego związku, szukają w życiu nowych inspiracji (przykładem Nigdy w życiu Katarzyny Grocholi), ale mnie ten temat interesuje nie w warstwie romansowej, a psychologicznej i przygodowej. 

Z tego powodu dużo bardziej, niż z Grocholą, jest mi po drodze z Kronikami rozdartego świata Aleksandry Janusz, której bohater, Vincent, w okresie późnej młodości zaczyna przechodzić przemianę i awanturnicze przebudzenie podobne do tego, jakie widzimy u Bilba w Hobbicie. Tego typu inkluzywność (w tym wypadku dotyczącą osób z nieoczywistych grup wiekowych), niewymuszoną i prawdopodobnie nieplanowaną, cenię sobie dużo wyżej, niż agresywny "równościowy" marketing Pierścieni władzy, który bardziej niż na działania rzeczywiście dobroczynne wyglądał niestety na monetyzację gniewu.

 

2. Tolkien w Hobbicie: nie tylko fantasta, ale też realista

J.R.R. Tolkien był wykładowcą akademickim, stąd osoba zabierająca się do czytania jego książek może ulec stereotypowi i założyć, że był on osobą zafiksowaną na swojej dziedzinie, może nieco odklejoną od świata i niemającą ekspozycji na wiele aspektów życia, a to odklejenie może być widoczne w jego prozie. 

Czytając Hobbita po raz trzeci, jestem pod wrażeniem tego, jak bardzo te założenia są nieprawdziwe. Jakiegokolwiek motywu bliskiego realizmowi bym w tej książce nie napotkała - czy to dotyczącego władania bronią białą, czy sposobu poruszania się i zachowań stadnych pająków, czy realiów podróżowania w czasach przedprzemysłowych - za każdym razem jestem zachwycona, jak bardzo one wszystkie budzą zaufanie i są pozbawione dostrzegalnych głupotek czy niedoróbek. Od czasu, gdy ostatnio czytałam Hobbita, miałam okazję zrecenzować sporo tekstów kultury i napisać trzy własne opowiadania, dzięki czemu przekonałam się, że logika i realizm opisywanego świata nie są wcale takie łatwe do osiągnięcia. 

Ta umiejętność budzi podziw szczególnie dziś, gdy w pop - i nie tylko - kulturze nieraz widzi się albo twórców, którzy nie pamiętają, że przysłowiowa farba z malowania cieknie w dół a nie w górę (jaskrawym przykładem filmowym jest cudowna, sześciodniowa podróż Galadrieli z rannym Halbrandem przez cały kontynent we wspomnianych Pierścieniach władzy), albo takich, którzy mają odwagę opisywać tylko wąski zakres tematów znany z własnego życia (tu każdy wstawi sobie własny ulubiony przykład, prym wiodą autorzy mainstreamowi). 

Chlubnymi odstępcami od tej reguły są twórcy, którzy albo potrafią przekonująco zmyślać, albo robią umiejętny risercz. W tej drugiej kwestii my, żyjący w dobie Internetu i mający mnóstwo pierwowzorów literackich w zakresie fantasy, mamy jednak dużo łatwiej, a i tak zazwyczaj wypadamy gorzej, niż Tolkien w Hobbicie.

 

3. Hobbit pokazuje, co jest nie tak z Harfootami z Pierścieni władzy

 W serialu Pierścienie władzy Amazona mamy kontrowersyjny wątek niejakich Harfootów - przodków Tolkienowskiej rasy hobbitów. Ci nomadyczni, niewysocy ludkowie, podobnie jak hobbici u Tolkiena i w ekranizacjach Jacksona, kreowani są na bohaterów pozytywnych i mających budzić sympatię. Jednak podczas gdy hobbici we wspomnianych dziełach rzeczywiście w większości na tę sympatię zasługują, serialowi Harfooci okazują się mieć okrutny zwyczaj pozostawiania za swoim konwojem na pastwę losu współplemieńców, którzy zachorowali, ulegli wypadkowi, lub okazywali się po prostu za słabi.

Ten wątek, sam w sobie nieprzyjemny i niespójny, od początku intuicyjnie wydał mi się też nietolkienowski. Jednak dopiero podczas lektury Hobbita uświadomiłam sobie, dlaczego. W powieści mamy co najmniej cztery sytuacje, gdy towarzysze podróży stoją przed dylematem, czy poratować jednostkę/i zaginioną/e lub spowalniającą/e resztę grupy. 

Pierwsza taka sytuacja ma miejsce w jaskiniach Gór Mglistych, gdy Bilbo, wydostawszy się z kryjówki Golluma, uznaje za swój obowiązek odszukać krasnoludów. Sprawa jest jasna: zachowuje się w porządku. Drugi przypadek dotyczy krasnoludów, które w tym samym czasie inną drogą wydostały się z jaskiń i uważały, że to Bilbo zaginął. Oni nie są równie chętni, by ruszyć na pomoc towarzyszowi, wyrażają nawet satysfakcję, że ten niespecjalnie dotąd przydatny kompan nie będzie im już zawadzał. Zostają jednak zgromieni przez Gandalfa i zmieniają zdanie. Tu mamy więc bohaterów kierujących się nie całkiem szlachetnymi pobudkami, którzy jednak potrafią zmienić zdanie pod wpływem zewnętrznego autorytetu. 

Trzeci tego typu dylemat trafia się drużynie w Mrocznej Puszczy, gdy Bombur wpada do zaczarowanego strumienia i zapada w śpiączkę. Tu towarzysze nie mają żadnych wątpliwości - pomimo wielkiego trudu, jaki nastręcza im dźwiganie otyłego pobratymca, z poświęceniem niosą go aż do momentu wybudzenia. Można by rzec, że krasnoludom jest tu łatwiej podjąć właściwą decyzję przez solidarność plemienną. Jednak na uznanie zasługuje fakt, że mimo ogromnego wycieńczenia nikt nawet nie zająknął się na temat ewentualnego porzucenia poszkodowanego. I wreszcie czwarta sytuacja ma miejsce podczas ucieczki przed pająkami - tym razem Bilbo rusza pierwszy, by sprowokować bestie, a krasnoludy podążają w przeciwnym kierunku z "rozpaczliwą nadzieją w sercu, że jednak Bilbo nie dał się złapać".* Widzimy tu ewolucję w podejściu moralnym krasnoludów, które zaczęły bardziej troszczyć się o los współwędrowca - a było to jeszcze zanim trafiły do elfickich lochów, gdzie ostatecznie przekonały się o jego przydatności.

Hobbit pokazuje więc, że lojalność wobec towarzyszy, również tych słabszych czy zagrożonych niebezpieczeństwem, jest w świecie Śródziemia obowiązującą wartością moralną. Jesteś pozytywnym bohaterem (Bilbo) - nie zostawiasz potrzebujących w opałach. Jesteś mniej moralnie jednoznaczny (krasnoludy na początku) - możesz mieć w tej kwestii skrupuły, ale jeśli ktoś mądry cię naprostuje, albo po prostu z czasem pójdziesz po rozum do głowy, to zachowasz się jak trzeba. Jeśli w oryginalnym tolkienowskim Śródziemiu byłaby społeczność, która miałaby do tego tematu takie podejście, jak Harfooci w Pierścieniach władzy, musiałaby to być banda prawdziwie czarnych charakterów, na pewno nie uroczych ludków, którymi mają niby być rodacy Nori Brandyfoot. Rozwiązanie zastosowane przez twórców Pierścieni władzy jest niezgodne z wewnętrzną etyką tego świata (więcej na jej temat napisał Ryszard Derdziński w tym artykule).

A czym dla Was był i jest obecnie Hobbit J.R.R. Tolkiena?

 

* J.R.R.Tolkien, Hobbit, czyli tam i z powrotem, przeł. M. Skibniewska, Warszawa 1997: Iskry, s. 172.

poniedziałek, 24 września 2018

Nostalgia ocali świat? (Krzysztof Varga, „Chłopaki nie płaczą”)



Kolejna książka na fali nadrabiania polskiego głównego nurtu. Niestety, „Chłopaki nie płaczą” Vargi wydaje się potwierdzać negatywne stereotypy, jakie wielbiciele fantastyki i innych powieści „z akcją” mają o mainstreamie. Jak podsumowuje ją Andrzej Stasiuk w blurbie, jest to książka „[g]łównie o piciu i spędzaniu czasu”.


Stasiuk pisze to w sensie pozytywnym, chwaląc styl i sugestywność opowieści, ale stereotyp jednak się potwierdza. Powieść Vargi to nieustrukturyzowany, ewidentnie mocno biografizujący strumień świadomości, opowiadający o alkoholowych, gastronomicznych, imprezowych, erotycznych, samochodowych, kempingowych, muzycznych i niekiedy intelektualnych przygodach grupki przedstawicieli polskiej kontrkultury z lat 80-tych i 90-tych.


Skoro Stasiuk docenia, to pewnie można znaleźć tam to i owo. Wielbiciele autorskiej wyobraźni, ciekawych sensorycznie obrazów, dążących dokądkolwiek fabuł czy eksploracji inności (w sensie czegokolwiek dziejącego się poza obrębem głowy autora wewnętrznego, ewentualnie jego znajomych) nie znajdą tu jednak, jak łatwo się domyślić, paliwa dla swoich fascynacji.


Stasiuk we wspomnianym blurbie zachwala, że „Chłopaki nie płaczą” cechują się dobrej jakości chuligańsko-balladową stylistyką. Muniek Staszczyk, w drugim blurbie, docenia powieść za pokoleniowość i odmalowanie ówczesnej Warszawy.


Co do tego pierwszego – OK. Wprawdzie powieść Vargi wywołała we mnie wrażenie, jakie miewają niektórzy odbiorcy sztuki współczesnej – na zasadzie „takie coś napisać to i ja potrafię” – ale w sumie napisać o tym, że się piło albo pojechało na wycieczkę do domków letniskowych też przecież trzeba umieć, prawda? Żeby wątki się domykały, stylistyka nie zgrzytała, a czasami i jakieś nawiązanie kulturowe wpadło. W ilu pijackich opowieściach, których mieliście okazję wysłuchać, jednak brakowało tego „czegoś”, pointa była od czapy a ostateczny efekt – zepsuty jakimś zbyt często powtarzanym powiedzonkiem opowiadającego? A tu – wszystko ładnie i składnie. Więc chyba tego Vargę docenić trzeba. Prawda...?


Co do drugiej laudacji, tej Muńka Staszczyka – przypuszczam, że pokoleniowość tej powieści docenią czytelnicy nastawieni socjologicznie, ewentualnie ci, którym pokolenie młodych dorosłych z owej epoki z jakiegoś powodu leży na sercu. Mnie nasuwa się w tym temacie jeden wniosek – powieść brzydko zestarzała się pod względem etyki, a konkretnie obyczajów miłosnych i gastronomicznych. „Chłopaki nie płaczą” to kolejny przykład na to, że atrakcyjność grzechu ma krótką datę ważności. W czasie powstawania książki opisy objadania się – przy okazji wszelakich grilli i domówek – dużymi ilościami tłustego mięsa, czy też obcowania z dużą liczbą przypadkowo poznanych kobiet, zazwyczaj traktowanych przedmiotowo i obdarzanych obraźliwymi komentarzami – musiały wydawać się w jakiś sposób atrakcyjne. 


Obecnie w negatywnej ocenie takich poczynań bohaterów spotyka się etyka chrześcijańska (swoją drogą, temat grzechu obżarstwa jakoś nam ostatnio umyka) i bardziej doraźne trendy na bycie fit czy antyseksizm i hiperkonsensualność. Teoretycznie, „Chłopaki nie płaczą” nie powinna się obecnie podobać absolutnie nikomu. Ciekawe, czego my, obywatele tej dekady, będziemy się na podobnej zasadzie wstydzić w swoim zachowaniu, gdy znów pozmieniają się obyczajowe tendencje.


Z internetowych recenzji wynika, że ludzie zazwyczaj czytają „Chłopaki nie płaczą” jako lekką powieść rozrywkową. Cóż, jako odmóżdżacz czy guilty pleasure faktycznie może się dla niektórych czytelników sprawdzić. Tropiciele piękna czy duchowej pożywki mogą odczuć większy niedosyt. Chociaż jest w powieści Vargi jeden motyw, gdzie prześwituje jakiś tam promyk światła, jakaś metafizyka: tam, gdzie narrator, wspominając wybryki młodości, rzuca uwagi – jak w „Filandii” Świetlickiego – że takich imprez czy pomysłów już nie będzie, że to wszystko już na zawsze minęło. Ten motyw musiał być jakoś odautorsko ważny dla całości książki, bo przecież odwołuje się do niego sam jej tytuł.


I chociaż to, co narrator tak nostalgicznie wspomina, jest, jak pisałam, nierzadko obrzydliwe, to samo to uczucie tęsknoty wydaje się jakoś zaskakująco czyste, piękniejsze od całej reszty. Mam intuicję, na niwie literackiej mocno napędzaną Tolkienem, że jak człowiek zaczyna tęsknić i nie wie do końca, za czym, to może go to wywieść w dość niespodziewane – i niespodziewanie dobre – rejony. I to właśnie, ta niesprecyzowana tęsknota, trochę to Varga-versum w moich oczach ratuje.


Varga, Krzysztof. 1998. Chłopaki nie płaczą. Warszawa: Lampa i Iskra Boża.

poniedziałek, 12 marca 2018

Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa #2: Coś dla fanów fantasy (?)


Poprzednio wspomniałam, że powieść Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa Anny Borkowskiej nie jest według mnie typową fantasy. W międzyczasie trafiło do mnie sporo głosów – zarówno od współczytaczy, jak i fachowców – że książkę tę mają za fantasy bez żadnych zastrzeżeń. Cóż, nawiązując do ciut dawniejszej tradycji monastycznej – vox populi, vox Dei. Nie będę zatem – przynajmniej dziś – udowadniać, na ile Gar'Ingawi fantasy nie jest. Wprost przeciwnie – dziś opowiem o tym, co dla miłośnika tej literatury może być w powieści pociągające. Z problemami zmierzę się w kolejnej notce.


Zacznijmy od nakreślenia, o czym Gar'Ingawi w ogóle jest. A zatem, w neverlandowym archipelagu (ładnie wyrysowanym na mapce w pierwszym tomie), gdzie poszczególne wyspy noszą dźwięczne, nieindoeuropejskie nazwy, znajduje się maleńka wysepka, zwana przez mieszkańców Wyspą Szczęśliwą. Mieszkańcy ci prowadzą proste i niewinne życie – noszą białe ubrania, zajmują się rolnictwem i rybołówstwem, wiodą uregulowane życie rodzinne, nie znają zbrodni ani chciwości, a większość energii zajmuje im podobne do religijnej kontemplacji tzw. Oczekiwanie: czekają na kolejne przyjście Ora, Jasnego Brata, jednego z dwóch braci władających światem i uosabiających dobro i zło. W przeszłości Or podobno wielokrotnie pojawiał się na Wyspie, jednak w momencie rozpoczęcia akcji prawie nikt już tego nie pamięta.


W otaczających Wyspę rejonach świata bynajmniej nie jest tak spokojnie i kontemplacyjnie – pomiędzy zamieszkującymi je licznymi i nieraz przedziwnymi rasami zawiązują się handlowe sojusze, toczą się wojny, zawierane są i rozwiązywane strategiczne małżeństwa, rosną w siłę i podupadają narody i plemiona. Potomek władcy jednego z tych plemion, zwanego Dżugidami, pozbawiony szans na tron w swoim kraju, wpada na pomysł, jak podporządkować sobie nową ziemię: przypływa na Wyspę Szczęśliwą i udaje Ora, oszukując mieszkańców, że właśnie nastąpił Powrót. Plan się udaje a życie na Wyspie zmienia się nie do poznania. Na straży dawnych obyczajów i Oczekiwania zostają tylko cztery osoby – starzec i trójka dzieci...


NARESZCIE COŚ NOWEGO

Nawet jeśli mało udatnie to opisałam, to wydaje mi się, że już te pierwsze informacje o książce mogą podziałać zachęcająco na niejednego miłośnika fantasy. Mnie historia zaintrygowała od pierwszych dziesiątek stron.


Bo z jednej strony mamy doznania znane i przyjemne – wymyślony świat, różnorodność fantastycznych ras, pseudohistoriograficzne konflikty i zwroty akcji a z drugiej – ta fabuła nie kojarzy nam się za bardzo z niczym, prawda? Jeszcze sam wątek dobrego i złego brata czy spokojnej krainy, nad którą nadciąga jakaś plaga, są archetypowe, ale cała reszta – czytaliście kiedyś coś takiego? Ten motyw z Oczekiwaniem, z przejęciem władzy przez udawanie wyczekiwanego przez lud bohatera, z geriatryczno-dziecięcą drużyną kultywującą dawną wiarę? Nawet jeśli ktoś miał okazję spotkać podobne rozwiązania fabularne w innym utworze, to mam silne przekonanie, że nie było tego tyle, żeby uznać Gar'Ingawi za książkę kliszową.


Zaznaczę przy tym od razu, że im dalej, tym ciekawiej – jest sporo paradoksów, zwrotów akcji, mistyfikacji, intryg, nieoczywistych sytuacji psychologicznych – tak więc nawet jeśli jesteście osobami dobrze obczytanymi w historiach z przeróżnych neverlandów, jest spore prawdopodobieństwo, że, może z pewnymi wyjątkami, nie będziecie w stanie domyślić się kolejnych meandrujących decyzji fabularnych autorki. Mam też podejrzenie, że jeszcze więcej atrakcji czeka na czytelnika zabierającego się za książkę po raz drugi – ja czytałam tylko raz i kartkując ją teraz przy pisaniu notki, zauważyłam, że imiona i sytuacje z początku powieści, które przy pierwszym czytaniu potraktowałam jako dane, nabierają znaczenia, gdy zna się już całą opowieść.


Wspomniałam o dostarczanych przez Gar'Ingawi doznaniach potencjalnie przyjemnych dla entuzjasty fantasy. Oprócz przyjemności związanych z fabułą, jest też tego trochę w formie książki.


RADOŚĆ TWORZENIA

Wspomniana wielość ras i kultur w książce wydaje się być wykreowana z autentyczną światotwórczą radością i puszczeniem wodzów fantazji. Jeśli ktoś, jak ja, nie cierpi elfów i krasnoludów, odetchnie z ulgą – książka Borkowskiej to nie kolejne popłuczyny po Tolkienie, nie rozpoznałam też zresztą odniesienia do żadnej z mitologii. To raczej wyobraźnia rodem z Podróży Guliwera Jonathana Swifta albo ze średniowiecznych „opisań świata” – w sąsiedztwie Wyspy Szczęśliwej zamiast ras typowych dla fantasy spotkamy np. pajęczonogich żeglarzy ze skłonnością do dyplomatycznych wybiegów, kuliste stworzenia mające wiele kończyn i tworzące minimalistyczną poezję, czy też też małpy budujące utopię.


Autorka ciekawie buduje powiązania i spięcia kulturowe między nimi, umiejętnie dozuje też dziwność czytelnikowi – nieraz zaczynałam sobie wyobrażać danego bohatera jako zwyczajnego człowieka i dopiero późnej stopniowo dowiadywałam się, że w istocie jest to patykowaty stwór albo przedstawiciel rasy o nadzwyczajnej długowieczności.


Miło jest również w opisach. Choć to inne krajobrazy i inny klimat, ten, kto pokochał Tolkiena za pełne wzniosłości opisy gór czy za podkreślanie poruszających chwil w fabule opisem światła igrającego na wodzie albo cudownego, dającego wytchnienie oczom lasu, pokocha również Gar'Ingawi. Nawiasem mówiąc, o konotacjach duchowych tej książki będę jeszcze pisać w jednej z kolejnych notek, ale kiedy pomyślę, że te opisy, pełne wrażliwości sensorycznej, kolorów, faktur, gry światłem, stworzyła pisarka żyjąca w klauzurowym klasztorze, to dochodzę do wniosku, że Oczekiwanie musi naprawdę wspomagać działanie wyobraźni.


SZYBKA MOWA W WYGWIZDOWIE

Szczególnie spodobały mi się, a momentami wręcz imponowały, rozwiązania dotyczące języka w Gar'Ingawi. Przede wszystkim – nie bolą. Po pierwsze, nazwy własne i elementy fikcyjnych języków w powieści wyglądają oryginalnie: Borkowska nie zastosowała żadnego ze „znanych i lubianych” chwytów: nie ma wariacji na temat języka angielskiego, słowiańskich „pirogów” ani silenia się na stylizację pt. „niech to wygląda jak typowy język fikcyjny w fantasy”. Słowa i nazwy brzmią nieindoeuropejsko i robiąc małe badanie z użyciem translatora online, stwierdziłam, że raczej nie są zaczerpnięte z jakiegoś konkretnego, istniejącego języka, choć pojedyncze słowa bywały przez komputer przyporządkowywane a to do węgierskiego, a to do japońskiego, a to do języków pacyficznych. Brzmi więc to wszystko jak inteligentna kreacja – no chyba że autorka kamufluje się równie dobrze, jak Marek S. Huberath w Miastach pod skałą, w którym język pieklan brzmiał jak fantastycznie odkształcony polski, a okazał się jednym z narzeczy Romów. Ciekawym novum jest to, że te egzotycznie brzmiące słowa zapisane są w Gar'Ingawi za pomocą polskich znaków: mamy imiona takie, jak Dżauri, Czuszir, czy Delu Chwan, czy też miasta Daggesz i Dżug-byr. Robi to fajne, bezpretensjonalne wrażenie i dodatkowo pokazuje brak wiernopoddańczości wobec konwencji stosowanych w fantasy.


Jeszcze jednym plusem co do języka jest obecność w książce refleksji lingwistycznej. Jeden przykład: tytułowa nazwa wyspy Gar'Ingawi, czy też imiona Jasnego i Ciemnego Brata, są przez różne nacje w książce wymawiane i zapisywane w różny sposób, w dodatku z zachowaniem logicznych reguł. Przykładowo, w małej, zamkniętej społeczności nazwy te są uproszczone lub uległy zjawiskom szybkiej mowy, a ich prawdziwe znaczenie przestało być odczytywalne – staje się takie dopiero po kontakcie z użytkownikami tego samego języka z innej, bardziej świadomej lingwistycznie społeczności. I takich rzeczy jest w książce więcej. Dobrze by było, gdyby ktoś kiedyś napisał o tym bardziej szczegółowo.


I wreszcie, języka nie ma w Gar'Ingawi nadmiernie dużo – dla mnie spora ulga przy współczesnej popkulturowej tendencji do epatowania przeróżnymi klingońskimi, valyriańskimi i niestety też filmowym sindarińskim jak produktami marketingowymi, co niestety lubią bezmyślnie podchwytywać debiutanci. Miło jest spotkać się z językiem, który do czegoś w fabule służy, a nie ma po prostu być fajniackim "wyposażeniem obowiązkowym" książki.


To by było tyle peanów. I teraz pytanie: o ile nie opisałam Gar'Ingawi jakoś bardzo nieudatnie – czy ta książka to nie jest przypadkiem coś, na co my, entuzjaści fantasy, zawsze czekaliśmy? Całe piękno tej odmiany fantastyki, z inteligentnie zrobionym światem, językiem i klimatem, i do tego fabuła, która sprawia wrażenie czegoś nowego i niekliszowego?


Po części pewnie tak, ale to jest ta różowsza strona medalu. W kolejnym wpisie opowiem, dlaczego przynajmniej część fanów fantasy może, moim zdaniem, mieć z tą książką problem.



Borkowska, Anna. 2017 [1988]. Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa. Tom I: Oczekiwanie, Tom II: Dzieje Nulani, Tom III: Dzieje Taguna. Warszawa: Wydawnictwo Zona Zero.

środa, 5 kwietnia 2017

Wyzwanie Hain #4: U.K. Le Guin, „Lewa ręka ciemności”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy. 
 
"Wychodzimy z zimy trochę bladzi/ Trochę jakby z zaspy zamyślenia." 
Od mojej pierwszej wizyty na Zimie jej krajobraz stopniał i zmalał, ale za to wykwitły niezauważone wcześniej wątki.


Jestem dziko przywiązana do tej książki. W sumie nic oryginalnego – "Lewa ręka ciemności" to klasyk SF jak się patrzy, a i na naszym wyzwaniowym poletku – jak dotąd u Rusty, Ziuty i Pyzy – ewidentnie wzbudziła mnóstwo pozytywnych emocji. Ale wiadomo, moja historia jest dla mnie najmojsza, więc wywnętrzę się pokrótce.


Pierwszy raz trafiłam na "Lewą rękę ciemności" na samym początku mojej fascynacji fantastyką. Byłam w liceum, dopiero co dostałam solidnie w głowę lekturą "Władcy pierścieni" i przepełniała mnie determinacja, by szukać książek, w których znajdę to, co tak zachwyciło mnie u Tolkiena: wzniosłe, posępne plenery do "wyobrażania sobie" i duchowe drugie dno.


Kiedy wypatrzyłam w bibliotece "Lewą rękę...", przeczytałam w blurbie, że to historia o planecie, na której panuje prawie wieczna zima, a później przypadkowo otworzyłam książkę i trafiłam na fragment: "Gdyby udowodniono, że Boga nie ma, nie byłoby religii. Ani handdary, ani jomeszu, ani bogów ogniska, nic. Ale gdyby udowodniono, że Bóg jest, religii nie byłoby również..." (s. 419), stwierdziłam, że to jest dokładnie to, czego szukam. I było. Krajobrazy towarzyszące przeprawie Genly'ego i Therema przez lodowiec do tego stopnia mnie pochłonęły, że przyćmiły wspomnienia samej głównej intrygi w powieści. Co do warstwy duchowej, mocno przeżyłam wątek tkacza Faxe'a. Dodatkowo, bardzo zarezonował mi sposób przedstawienia przyjaźni Genly'ego i Therema (w czasach nastoletnich straszliwie wzruszały mnie bromanse). Przez długie lata wspominałam tę książkę Le Guin jako jedną z bardziej estetycznie i uczuciowo poruszających rzeczy, jakie miałam okazję czytać.


Drugi raz czytałam "Lewą rękę..." jakieś dwa-trzy lata temu, na spotkanie dyskusyjne. Może wskutek pośpiechu, a może przez to, że w międzyczasie się zmieniłam, to podejście było nieporównywalnie bledsze. Nie potrafiłam aż tak plastycznie i wzniośle wyobrazić sobie krajobrazów, które zachwyciły mnie przy pierwszym podejściu. Skupiłam się z kolei bardziej na głównym wątku i z pewnym zaskoczeniem (ain't I the master of the obvious?) odkryłam, że powieść, w której w czasach licealnych widziałam głównie wspaniałe opisy przyrody i wziosłe zdania, jest w istocie przeze wszystkim historią polityczną, dworską, skupiającą się na jakichś intrygach, aliansach i skonfliktowanych interesach, a przy tym niosącą ten słynny, genderowo nacechowany, przekaz społeczny. I niespecjalnie mnie to wszystko zachwyciło. Nadal bardzo podobał mi się natomiast temat więzi Genly'ego i Therema – tym razem już nie jako łzawy bromans, ale jako przykład bezinteresownej wzajemnej dobroci, potrafiącej przekroczyć nie tylko konwenanse i wzgląd na własne dobro, ale nawet wskazania racjonalnego umysłu.


Przy okazji wyzwania przeczytałam książkę po raz trzeci. I muszę powiedzieć, że choć nie wrócił mi szczenięcy zachwyt z czasów licealnych, to sporo wrażeń odżyło. W zasadzie wątki, które tym razem szczególnie zapadły mi w pamięć, to mieszanka "ważnych tematów" i z pierwszej, i z drugiej lektury. Zarazem, są to w większości rzeczy, na które zwracałam uwagę również w książkach Le Guin będących poprzednimi etapami Wyzwania. A zatem po kolei: zmysłowy odbiór i piękno, tematyka społeczna, przemyślenia religijne oraz kwestie polityczne. I mała refleksja na temat fantastycznego światotwórstwa na deser.

Choć początek tego roku mieliśmy okazję przywitać w samym środku zimowej bajki, wspomnienia z reala nie przyćmiły mi jednak do końca piękna tego, co opisuje Le Guin.

ZMYSŁY

W "Świecie Rocannona" zaciekawiły mnie opisy dotyczące temperatury, w "Mieście złudzeń" – światła i ciemności. W "Lewej ręce ciemności" jest i to, i to, a przy okazji zauważyłam, że najbardziej działają na moją wyobraźnię opisy, w których ciepło i zimno albo światło i ciemność występują w kontraście. Tak jak w otwierającej książkę scenie ceremonii wmurowania zwornika bramy – ciemne wieże i deszczowe chmury kontrastują z blaskiem złota, żółtymi proporcami i światłem słońca wyglądającego na chwilę zza chmur, a parne gorąco tego jednego dnia – ze zwyczajnym klimatem planety Gethen, gdzie przez większą część roku trwają mrozy. Zastanawiam się, na ile abstrakcyjne te odczucia są dla reszty świata, ale na moją wyobraźnię te opisy u Le Guin podziałały jak umysłowy odpowiednik orzeźwiającego, naprzemiennie gorącego i zimnego prysznica.


Ale to nie jedyne opisy w "Lewej ręce ciemności", które jakoś tam mnie zachwyciły. Czytając tym razem, jeszcze bardziej, niż na pełnych the sublime, rzeczywiście trochę tolkienowskich opisach wędrówki przez lodowiec, skupiłam się na obrazach przyrody i miejsc zamieszkania ludzi w początkowej części książki. Są mniej monumentalne, ale mają siłę innego rodzaju. Przykładem taki obrazek z wizyty Genly'ego w stanicy Otherhord: "Wszedłem z Gossem w chłodny cień lasu. Wąska ścieżka często zmieniała kierunek, wspinając się na zbocze i znów schodząc w dół. Co jakiś czas przy ścieżce albo głębiej wśród potężnych pni hemmenów stały chatki w kolorze lasu. Wszystko było czerwone i brązowe, wilgotne, nieruchome, żywiczne, mroczne. Z jednej chatki dobiegł nas cichy, słodki świergot karhidyjskiego fletu. Goss szedł kilka metrów przede mną lekkim, szybkim krokiem, z jakimś dziewczęcym wdziękiem. Nagle jego biała koszula zalśniła i wyszedłem w ślad za nim z cienia w pełne słońce na rozległej zielonej polanie". (s. 410) Na czym polega ta siła? Wydaje mi się, że po pierwsze na opisaniu wrażeń z kilku zmysłów naraz – mamy tu światło, kolor, temperaturę, wrażenia dotykowe, dźwięk, zapach itp. – a po drugie na tym, że jak już sobie to wszystko wyobrazić, to okazuje się po prostu bardzo piękne. Przy pierwszej lekturze bardziej skupiałam się widać na the sublime a teraz – na the beautiful. 

WĄTKI SPOŁECZNE 

W "Lewej ręce ciemności" po raz pierwszy w haińskiej serii w końcu pojawia się, tak wypatrywana przeze mnie już w poprzednich książkach, mocniej sproblematyzowana kwestia społeczna – tu jest to problem płci kulturowej i losu osoby, która odstaje od normy płciowej danej społeczności. Uznałam za osobiście pożyteczne to ćwiczenie myślowe, które serwuje nam Le Guin, każąc, z naszą ziemską "normalnością" i poczuciem słuszności swoich płciowych racji, wczuć się w sytuację osoby uznawanej przez społeczność za "zboczeńca". Dobrze działa na wyobraźnię miłosierdzia, czy jak to tam mówią. Inny lekturowy pożytek, jaki tym razem wyciągnęłam z "Lewej ręki ciemności", to morały płynące ze słodko mizoginicznych komentarzy głównego bohatera/narratora na temat "babskiej" nieszczerości i niekonkretności Getheńczyków. Mówię serio. Lubię ten rodzaj literackiej mizoginii, który, nie posuwając się do pogardy, po oświeceniowemu piętnuje wady kojarzone z moją grupą płciową. Motywuje mnie do pracy nad sobą.

RELIGIA

W dyskusji pod poprzednim postem z Wyzwania, Rusty zainspirowała mnie do pogrzebania głębiej w religijnych nawiązaniach w powieściach Hain. Wpis hagiograficzny będzie później, natomiast teraz tylko parę luźnych obserwacji. Zaciekawiła mnie np. motywacja dla rozszerzenia Ekumeny, jaką Genly podaje królowi Karhidu podczas audiencji: "Korzyści materialne. Rozszerzenie wiedzy. Wzrost intensywności i złożoności pola rozumnego życia. Wzbogacenie harmonii i przysporzenie chwały Bogu. Ciekawość. Przygoda. Przyjemność." (s. 394) Oprócz wszelkich pozostałych cudowności, jakie niesie w sobie ta deklaracja, interesujące, że wydaje się ona sugerować, że i sam mówiący, i społeczność, która go przysłała, to osoby wierzące w Boga. Ponieważ w książce nie ma wzmianek o jakichś teologicznych rozważaniach czy problemach ze strony Genly'ego, natomiast w tym fragmencie odniesienie do Boga jest podane jako coś oczywistego, można mieć wrażenie, że i on, i jego bracia w wierze z Ekumeny, mają wiarę w Boga, która jest prosta, intuicyjna, "domowa" – ale widać silna, skoro to jedna z pierwszych rzeczy, o której Genly opowiada nieznajomemu. (Kojarzy mi się to z obrazem religijności we "Wróżeniu z wnętrzności" Szostaka.) Z drugiej strony, niepokojąco brzmi komentarz Genly'ego na temat osobowości komisarza Szusgisa: "Typ wspólny dla całej ludzkości. Spotkałem do na Ziemi, na Hain i na Ollul. Spodziewam się spotkać go w piekle." (s. 451) Być może to niezręczność językowa ze strony Urszuli lub tłumacza, ale jeśli nie, to dlaczego Genly uważa, że miałby trafić do piekła?


Z innych przemyśleń religijnych – bardzo zbieżny z moimi obserwacjami z realu jest obraz życia monastycznego odmalowany na przykładzie codzienności w stanicy Otherhord, natomiast jaskrawo z nimi sprzeczny – obraz przeżycia religijnego i tego, jakie motywacje mu towarzyszą. Chodzi mi o rytuał udzielania przepowiedni. Albo Urszula chciała specjalnie pokazać mechanizm duchowy egzotyczny w stosunku do tego, co mamy w religiach na Ziemi, albo wzorowała się na systemach religijnych, na których ja się nie znam, albo, jako autorka deklarująca niewiarę, nie wie o religii czegoś, co może wiedzieć wierzący czytelnik.


I jeszcze kwestia etyki seksualnej w przyjaźni Genly'ego i Estravena i pytanie, dlaczego się ze sobą nie przespali, gdy Estraven w kemmerze nabrał cech kobiecych. Rusty w swojej notce wysunęła ciekawą tezę, że być może to dlatego, że Genly ma skłonności homoseksualne. Czytałam "Lewą rękę ciemności", sugerując się tą tezą, ale w pewnym momencie protagonista jasno mówi, że odstręcza go nie kobiecość, a płynna tożsamość płciowa Getheńczyków i sugeruje, że miłość to tylko z kobietą a przyjaźń – tylko z mężczyzną. (s. 512-513) Dlatego mnie wydaje się, że przyczyna ich wstrzemięźliwości jest raczej zbliżona do powodu, dla którego chrześcijaństwo zaleca wstrzemięźliwość przedmałżeńską. I tu, i tu punktem wyjściowym jest teza, że miłość fizyczna może zakłócić pozostałe, bardziej zniuansowane obszary bliskości. Chrześcijaństwo stosuje tu środki bezpieczeństwa "do czasu" na zasadzie – OK, róbcie to i owszem, ale najpierw dobrze poznajcie się w innych dziedzinach i upewnijcie, że to właśnie z tą osobą chcecie przeżyć całkowitą bliskość. Genly, nawiązując bliskość z Estravenem, poznał go w tych wszystkich pozostałych dziedzinach, ale gdy pojawiła się kwestia fizyczności, uznał, że Getheńczyk jest jednak zbyt obcy – i uczciwie zatrzymał się na tym etapie.

POLITYKA

Co do polityki, to tylko jedna uwaga. Choć w życiu pozaliterackim jestem potworną polityczną malkontentką i prawie nic mi się w tej dziedzinie nie podoba, to podczas lektury "Lewej ręki..." zakochałam się za zabój w koncepcji Ekumeny. Naprawdę, gdyby Haińczycy startowali w wyborach, w których byłabym uprawniona do głosowania, popierałabym ich projekt jak w dym. Ta ich deklaracja celów (wspomniana wcześniej), zawierająca wszystko, co dla mnie w życiu społecznym ważne. Ta spokojna, niemal leniwa, dobroć i namysł we wszelkich politycznych działaniach. To poszanowanie dobrowolności i metody propagandy rodem z chrześcijaństwa celtyckiego z czasów wczesnego średniowiecza. Ten brak negatywnych aspektów przywiązania do własnej grupy narodowej (szowinizmu, agresji), a jednocześnie bardzo widoczne aspekty pozytywne (społeczny aktywizm, poświęcenie aż do ofiary z życia). Naprawdę nie wiem, czego Urszula dodała do tej książki, ale kiedy ważyły się losy przystąpienia Gethen do wspólnoty, choć czytałam to trzeci raz z rzędu, byłam rozemocjonowana jak na meczu piłkarskim: oby tylko się im udało...

ŚWIATOTWÓRSTWO I JĘZYK

I na końcu uwagi o światotwórstwie. Po pierwsze – uwielbiam fantastyczne uniwersa tworzone z przekonaniem, a świat "Lewej ręki ciemności" jest pod tym względem jednym z najlepszych, jakie znam. Zastanawiam się, co każe mi tak myśleć i chyba chodzi o ironię. Le Guin opisała prawidła rządzące Gethen i jej mieszkańcami z taką mocą, że mogła sobie pozwolić na umieszczenie w tekście ironicznych uwag pod ich adresem, nie rozwalając tego, co stworzyła – chociażby podsumowując zachowanie kochanków w kemmerze ironicznym stwierdzeniem "Wiosna na Zimie" (s. 379), albo każąc Genly'emu zataić obecność haińskiego satelity na orbicie, by, jak sam ironicznie podsumowuje, Getheńczycy nie pomyśleli, że ich niebo jest pełne jego żelastwa. (s. 465) Kundera pisał gdzieś kiedyś, że śmiejemy się zazwyczaj z rzeczy, które są mocno osadzone i poważne – chociażby z sacrum. Skoro Le Guin sama nabija się z własnego uniwersum, a ono to wytrzymuje, to niechybny znak, że jest zrobione z solidnego materiału.


Po drugie, definicja science fiction, jaką Le Guin podaje na końcu wstępu do "Lewej ręki ciemności", też jest moją, jak dotąd, ulubioną. Autorka pisze mianowicie, że science fiction jest metaforą – jak każdy inny rodzaj fikcji zresztą, science fiction jest tu nowatorskie tylko o tyle, że ma pewne nowe środki wyrazu, przeważnie zaczerpnięte z różnych nauk. Bardzo mi się to podoba. Lubię metaforę. Jest ważną rzeczą językoznawczo (jak ktoś nie miał okazji obczaić tematu, polecam książkę "Metafory w naszym życiu" Lakoffa i Johnsona – zobaczycie, że one są wszędzie!) i filozoficznie (nie pamiętam, kto to powiedział, że metafory, łącząc ze sobą dwa pozornie niezwiązane pojęcia, przywracają światu kawałek utraconej jedności. Albo jakoś tak.). Jest mi miło, że science fiction, które bardzo lubię, jest metaforą, a tym samym, jak się okazuje, czymś ważnym. A czego metaforą? Ursula pisze, że nie wie. I to też mi się bardzo podoba.


Po ostatnie, również we wstępie, Le Guin pisze, że w odbiorze tekstu, oprócz warstwy znaczeniowej, ważna jest też warstwa dźwiękowa, melodia. Jej zdaniem "znaczenie może być lepiej odebrane przez wrażliwe ucho, nawet jeżeli jest czytane po cichu, niż przez wrażliwy intelekt". (s. 370) Jako czytelniczka, która może tekstu nawet i nie rozumieć, ale jak ładnie brzmi, to i tak jej się podoba (też pisałam o tym w recenzji "Wróżenia z wnętrzności") po raz kolejny czuję się przeszczęśliwa. Nareszcie ktoś mnie rozumie.


I to już naprawdę koniec. Jak się komuś wpis nie podobał, to może zrobić notatkę myślową, żeby na przyszłość odwodzić mnie od pisania o książkach, które naprawdę uwielbiam, takich z prywatnej pierwszej dwudziestki. Sami widzicie, co się później dzieje.



Le Guin, Ursula K. 2015 [1969]. Lewa ręka ciemności [The left hand of darkness]. Przełożył Lech Jęczmyk, 363-569. [W:] Le Guin, Ursula K. 2015. Sześć światów Hain. Warszawa: Prószynski i S-ka.

poniedziałek, 13 marca 2017

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie


Powiecie, że jestem sentymentalna, ale mam słabość do fabuł, w których dobro wyskakuje w miejscu, w którym odbiorca absolutnie się go nie spodziewa.


To tytuł filmu. Włoskiego. W reżyserii Paolo Genovese. Grają teraz w kinach.


Ja w ogóle lubię takie słodko-gorzkie kino europejskie z ładnymi zdjęciami, no i poza tym to przecież Włochy, i jeszcze skoro Włochy, to może będzie tak cudownie, jak w filmach Sorrentino. Tak więc poszłam na podstawie pierwszego wrażenia ze zdjęć i opisu. I nie zawiodłam się, przynajmniej po części.


Jako przykład szczęściodajnego kina europejskiego film wypada całkiem, całkiem. Jeśli ktoś chce popatrzeć na ładnych i ładnie ubranych ludzi (zdobycie takiej sukienki, jaką miała na sobie Anna Foglietta, stało się właśnie jednym z moich pomniejszych celów życiowych) i pozazdrościć im konsumpcji apetycznie wyglądającego jedzenia, to dostanie na seansie to, czego chciał.


Ujęć jedzenia jest sporo, bo prawie cała akcja toczy się przy stole – „Perfetti sconosciuti”, podobnie jak „Rzeź” Polańskiego, należy do kategorii zwanej przeze mnie „filmami o humpfie”, czyli produkcji, w których to bohaterowie siedzą cały czas w jednym pomieszczeniu i się kłócą, ale ta kłótnia budzi tyle plotkarskiego zaciekawienia, że widz w ogóle nie czuje się znudzony. W „Rzezi” był to konflikt pomiędzy rodzicami dwóch chłopców – sprawców bójki, w „Perfetti sconosciuti” mamy natomiast grupkę przyjaciół, którzy podczas spotkania przy kolacji wpadają na pomysł, by udowodnić sobie wzajemną szczerość przez grę w upublicznienie zawartości telefonów.


Uczestnicy mają odczytywać na głos wszystkie otrzymywane podczas spotkania wiadomości i włączać w trybie głośnomówiącym przychodzące rozmowy. Oczywiście, wychodzą przy tym przeróżne qui pro quo, stanowiące element komiczny, a z drugiej strony, z racji, że w ekipie znajdują się trzy pary małżeńskie, od razu pojawia się napięcie, czy któryś z telefonów nie ujawni niewierności. Ta właśnie mieszanka – ładnej oprawy wizualnej, humoru i plotkarskiego napięcia – sprawiła, że nie nudziłam się podczas seansu ani chwili, co jest mocną rekomendacją, bo mam skłonność do kinematograficznej acedii i znudzić mnie szalenie łatwo.


Co do intuicyjnej nadziei na podobieństwo do filmów Sorrentino, to trochę się przeliczyłam, ale tylko trochę. W filmie Genovese nie ma może tego Zaświatu wychylającego się co chwila spod ładnych, niby to płytkich i hedonistycznych dekoracji, jak to się lubi dziać u twórcy „Wielkiego piękna”, ale z całą pewnością zza dekoracji wychyla się tu przynajmniej Dobro.


A wygląda to tak: ponieważ, jak wspomniałam, „Perfetti sconosciuti” to film o kłótni, w sferze międzyludzkiej generalnie nie cały czas jest tam słodko. Ponadto, jako że jest tam mowa o upublicznianiu sekretów, można się spodziewać pewnych niemiłych obserwacji na temat ludzkiej natury i jej zakłamania. No i przy tych wszystkich oczekiwaniach – w pewnym momencie filmu pojawia się pewien bardzo jasny akcent, taki okruch międzyludzkiego dobra i szczerości, który po prostu bije w oczy, a przy tym nie wydaje się w żaden sposób kiczowaty czy sztucznie wyidealizowany, choć nie występuje pod płaszczykiem dystansu czy ironii, nie jest podkolorowany żadnym odcieniem szarości (Nawet więcej – scena jest zbudowana w taki sposób, że najpierw pada jedno zdanie, które właśnie tę atmosferę dobra wprowadza, a później następują dwa czy trzy kolejne zdania, w których to eskaluje, tak jakby ktoś raz odbił pieczęć na papierze, później stwierdził, że za słabo wyszło, i przybił jeszcze kilka razy, za każdym razem mocniej.).


Podczas oglądania nie zwróciłam szczególnej uwagi na wątek, który doprowadził do tej cudownej sceny, i teraz w sumie mam ochotę zobaczyć ten film jeszcze raz, żeby sprawdzić dokładniej, jak się on rozwijał. (Muszę przyznać, że to, co z niego pamiętam, nie było jednak do końca wyidealizowane i czarno-białe – pojawia się tam np. pewna scena o mocnym nacechowaniu światopoglądowym, która, choć też ładna emocjonalnie, nie każdemu może się etycznie spodobać. Ale może i nawet lepiej, że czymś tę moralną idealność przełamali...)


Jeszcze na odcinku znajdowania starych kategorii w nowych filmach – w „Perfetti sconosciuti” bardzo ładnie zapracowało działanie piękna przyrody na człowieka; tu w roli głównej zaćmienie Księżyca, które bohaterowie oglądają w pewnym momencie z tarasu. Niby wiemy, jak to działa od czasu sceny z Samem Gamgee i gwiazdą w „Powrocie króla”, ale w sumie nigdy dość przypominania. Chociaż graficznie to zaćmienie, trzeba przyznać, odrobione paskudnie.


Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie [Perfetti sconosciuti]. 2017. Reż. Paolo Genovese. Prod. Włochy.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Zbyt wiele Dostojewskiego zrobi z ciebie neurotyczkę ("Biesy", wynurzenie #1)

Tak mnie to bawi niesamowicie, że ze sprawami o wiele od literatury ważniejszymi można dziś w całkiem dobrych intencjach robić takie rzeczy, jak Ada Karczmarczyk (skądinąd niekiedy całkiem cudowna) robi z dyskursem religijnym, a przed klasyką literatury, jak sugeruje fanpejdż Recenzje z Lubimy Czytać, należy klękać i nie można o niej pisnąć nawet słowa, bo jak się piśnie, to od razu pręgierz.

A ja się właśnie chcę podzielić. W dodatku prawdopodobnie w dwóch kolejnych odcinkach.

Ostrzegam, że spoiluję. Ale klasykę można.

A zatem:

Kochany pamiętniczku,

Pisałam jakiś czas temu w notce o Wróżeniu z wnętrzności Wita Szostaka, że brakuje mi bohaterek literackich, z którymi mogłabym się tak naprawdę identyfikować. Otóż niedawno wydawało mi się przez chwilę, że mój problem się rozwiązał. Sięgnęłam po Biesy Dostojewskiego (jako podkładkę pod serial) i czytając pierwsze rozdziały, stwierdziłam, że to jest właśnie to. Liza, Barbara Pietrowna, nawet Maria Timofiejewna (podczas pierwszego z nią spotkania w książce i z pominięciem tego, co wcześniej mówili o niej inni bohaterowie) – dokładnie taka temperatura uczuć, idealne wyważenie zarazem siły i kobiecości, a przy tym jednocześnie niekonwencjonalność i osadzenie w ponadczasowych wartościach. W dodatku pod adresem Lizy pada określenie „gorąca i szlachetna”, które jest, subiektywnie i obiektywnie, najlepszym komplementem na świecie. Słowem, jak dla mnie – bohaterki idealne.

Skoro tak swobodnie się czuję, utożsamiając się z bohaterkami Dostojewskiego, to sprawa jest, stwierdziłam, prosta. Urodziłam się o półtora wieku za późno i trochę za daleko na zachód.

Jaka miła myśl. Ekscytowałam się nią przez jakieś sto stron z kawałkiem, póki nie okazało się, że nie ma się z czego cieszyć, bo z każdą z tych bohaterek jest coś nie tak, i to bardzo. Liza, jak się z czasem okazało, była niezrównoważona psychicznie, a od sceny w celi Tichona, nie wspominając już o finale ze Stawroginem, było jasne, że ze szlachetnością ma wspólnego tyle co nic. Maria Timofiejewna, o której przynajmniej od początku było wiadomo, że jest szalona, została dodatkowo przedstawiona jako najohydniejsza, najbardziej godna pogardy spośród możliwych istot ludzkich – w końcu pojęcie jej za żonę przez Stawrogina miało być ukoronowaniem jego nikczemności i upodlenia. Nie ma już nawet sensu wspominać, jak obie skończyły. Dla czytelniczki, która z początku odbierała te bohaterki bardzo osobiście i pozytywnie – podwójny nóż w plecy.

Co do Marii Timofiejewny, to było mi tak smutno, że musiałam to sobie jakoś zracjonalizować. No i moja linia racjonalizacji jest taka, że ta bohaterka jest tak naprawdę bardzo fajna, tylko narrator ją oczernił. Przecież z rozmów, które prowadzi z innymi bohaterami, wydaje się Maria być postacią pełną zalet – ma poczucie humoru, pogodę ducha i dystans do swojej trudnej sytuacji (widoczne np. w rozmowie z Szatowem), jest pełna godności, również wobec mężczyzn, a gdy trzeba, bywa nawet pozytywnie harda (jej dumna rozmowa z nieszanującym jej przecież Stawroginem), poza tym nawet w krępującej sytuacji, takiej jak wizyta u Barbary Pietrowny, wykazuje radość, życzliwość i zainteresowanie wobec osób, z którymi przebywa i pomimo ich negatywnego nastawienia, zachowuje nawet pewną dozę sprezzatury. Przez całą fabułę książki, w przeciwieństwie do innych młodych bohaterek, dobrze się prowadzi i o ile pamiętam, nie wyrządza nikomu żadnej krzywdy.

Jedyne, co sprawia, że Maria wydaje się tak żałosną postacią, są nieliczne sceny pokazujące jej szaleństwo (np. okrutne bredzenie o urojonym dziecku czy atak furii podczas spotkania ze Stawroginem) – które wydawały mi się tak jakby doklejone na siłę do jej innych, w pełni racjonalnych słów i zachowań – i przede wszystkim, powtarzane do znudzenia przez narratora (i Stawrogina w końcowej rozmowie z Tichonem) frazy o tym, jaka to Maria jest ohydna i godna pogardy, w co w końcu zaczyna wierzyć i czytelnik. Moim zdaniem, ci dwaj – narrator i Stawrogin – robią jej po prostu czarny PR. Ona sprawia wręcz wrażenie osoby zdrowej psychicznie, o której narrator i niektórzy bohaterowie w kilku momentach na siłę powtarzają nieprawdziwe plotki – chociażby to, że np. Szatow przy pierwszym spotkaniu wspomina, że Maria nie jest w stanie zapamiętać zdarzeń, które miały miejsce nawet bardzo niedawno, a w późniejszych rozmowach widać, że bez problemu napomyka ona o wydarzeniach z przeszłości.

Moje zdanie na temat Marii Timofiejewny jest oczywiście bardzo subiektywne i nieuczone. Później podczytałam sobie fragmentami zestawienie fachowych interpretacji tej postaci1 i wynika z niego, że Maria jest interpretowana przede wszystkim jako persona obłąkanej świętej, alegoria Maryi, matki-ziemi albo rosyjskiej duszy, a z drugiej strony – jako nosicielka swoich lub cudzych win (kalectwo jako kara), postać demoniczna, czy też typowa u Dostojewskiego budząca żałość bohaterka, przez relację z którą bohater chce się wywyższyć.

Ale ja czytałam, nie wiedząc tego wszystkiego i przez własne filtry, a według nich choroba psychiczna to nie tyle oznaka świętości, co przede wszystkim coś, czego samemu nie chciałoby się dostać ani zostać o to posądzonym, niepełnosprawność fizyczna budzi, na współczesną modłę, nie domysły, za co kogoś tak pokarało, a empatię i sympatię, mały koczek z wpiętym sztucznym kwiatem to niezwykle trafiona fryzura, natomiast kobietę, która dzień w dzień ma na sobie pełny makijaż, uznaje się z automatu za „normalniejszą” i bardziej przystosowaną do życia w społeczeństwie od siebie samej. Ponadto, czytałam Biesy ze świadomością, że narrator może mieć całkiem odmienne zdanie, niż autor i potrafi nieźle ściemniać2, a historia zna przypadki literackiego oczerniania postaci, które w najgorszym przypadku były niejednoznacznie (chociażby czarny PR zrobiony Ryszardowi III w czasach elżbietańskich), więc czemu nie miałoby to być możliwe również w wypadku postaci fikcyjnych. Stąd zatem moja prywatna teoria, że żona Stawrogina to była fajna kobita, którą narrator i postaci po prostu niemiłosiernie obgadali. (Nie znalazłam nigdzie podobnej interpretacji, więc mam nadzieję, że nikogo nieświadomie nie plagiatuję, ale jeśli ktoś o takiej słyszał, niech da znać.)

Barbara Pietrowna na szczęście przynajmniej nie była szalona, ale miałam z nią inny problem. Otóż w pewnym momencie padają w odniesieniu do niej słowa, że żadna z idei, którą głosi, nie jest tak naprawdę jej myślą, a później pojawia się jeszcze stwierdzenie, że kobieta w ogóle nie jest w stanie wymyślić niczego kreatywnego. Rozumiem, że gdyby czytać tę książkę na modłę feministyczną, to czytelniczce zapaliłaby się w tym momencie czerwona lampka: o, jest jakiś wraży dyskurs, będzie co krytykować lub dekonstruować, bo przecież wiadomo, że my wcale takie nie jesteśmy.

Ale dla czytelniczki nieosłoniętej opiekuńczym parasolem feminizmu to wcale nie jest takie jasne. W sumie te słowa ugodziły w taki mój jeden mały lęk. Bo w tych naszych, niekiedy smutnawych czasach, kiedy kobiety wywalczyły sobie tyle nowych, wspaniałych możliwości związanych np. z pracą w markecie lub biurze i różnymi punktami w spektrum singielstwa (łącznie z tymi uwzględniającymi bycie w związku), dość pocieszająca jest myśl, że OK, nawet gdyby inne rzeczy miały się w życiu nie udać, to może kiedyś przynajmniej po godzinach stworzy się coś fascynującego, świeżego i cudownego w dziedzinie sztuki, myśli ludzkiej, robótek na szydełku, czegokolwiek. A Dostojewski tę nadzieję podważa. W sukurs przychodzi mu, ahistorycznie patrząc, Tolkien w jednym ze swoich Listów (Zysk i S-ka 2000), w którym sarkastycznie wypowiada się o kobietach-naukowcach, nie będących według niego w stanie dokonywać ciekawych odkryć bez wsparcia ze strony mentora-mężczyzny. No dziękuję, panowie z mojej pierwszej dziesiątki ukochanych autorów. Psujcie mi nastrój dalej.

To, co mi się natomiast w postaci Barbary Pietrowny podobało, to jej widoczny charyzmat do wyłapywania osób pogubionych i życiowo niesamodzielnych i gotowość do zapewniania im wiktu i opierunku do końca życia, jak to miało miejsce w wypadku Stiepana Trofimowicza, Marii Timofiejewny, a także – dopiero co poznanej – sprzedawczyni Biblii. W naszej epoce – żeby znowu trochę ponarzekać – w której psychologowie, poradniki szczęśliwego życia i znajomi sprzysięgają się w przekonywaniu, że najlepiej jest kończyć wszelakie relacje, które budzą negatywne emocje czy też nie prowadzą do samorozwoju, jakoś fajnie czyta się o osobie, która jest w stanie wyjechać na stałe ze swojego miejsca zamieszkania, skazać się na psychiczny dyskomfort, czy też ponieść spore koszty finansowe, żeby zapewnić stały byt komuś, kogo nawet za bardzo nie lubi, ale kto ewidentnie potrzebuje pomocy. Wydaje mi się, że jest to też bardzo fajny model kobiecości.

O losach żony Szatowa i Matrioszy nie będę nawet pisać, bo nie mam siły, zbyt druzgocące to było. Mile neurotyczna sprzedawczyni Biblii, którą wyobrażałam sobie jako najładniejszą ze wszystkich kobiet w Biesach, pojawia się między tymi dwiema historiami jako taki trochę jaśniejszy promyk. Jeśli chodzi o kobiece zachowania, to rzucił mi się jeszcze w oczy Stiepan Trofimowicz – jego nieumiejętność życia w pojedynkę i emocjonalna chwiejność bardzo kojarzyły mi się z tym, za co dzisiaj się często kobiety gani w popkulturze i pop-psychologii. Ale wtedy to była epoka, w której, o ile wierzyć Dostojewskiemu, po świecie chodziły Barbary Pietrowny, a dziś, wiadomo, różnie bywa.

Dodam jeszcze, że wydanie, które czytałam (Warszawa 1984, Państwowy Instytut Wydawniczy), posiada dość szerokie przypisy na temat kontekstu historycznego, w tym wyjaśnienie, który z bohaterów miał jaki odpowiednik w realnym świecie. Na temat bohaterek kobiecych jednak przypisy milczą. Jak rozumiem, dla osoby czytającej z nastawieniem feministycznym, mógłby powstać dylemat, czy najpierw chcieć zdelegalizować PIW za format przypisów, czy Dostojewskiego za pominięcie kobiet w dystrybucji „postaci z kluczem”, czy też może Annę Dostojewską za mizoginiczne notatki (ależ się dzisiaj nabuduję tych strawmanów). A ja się cieszę, bo miałam dzięki temu pominięciu, jakby to powiedziała Ania z Zielonego Wzgórza, pole do imaginacji.

Dziękuję za cierpliwość, kochany pamiętniczku. Do następnego zobaczenia.


1 Криницын А.Б. 2012. „Образ Хромоножки в перспективе мотивной структуры романов Ф.М.Достоевского”. Слово. Образовательный портал. (www.portal-slovo.ru/philology/45072.php) (data pobrania: 2016-02-15)
2 Okopień-Sławińska, Aleksandra. 1967. „Relacje osobowe w literackiej komunikacji” [w:] Problemy socjologii literatury, red. J. Sławiński, Wrocław 1967.