Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fandom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fandom. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 marca 2017

Geek ze szponami Wolverine'a



Kochani popkulturyści, nie zjadajmy się, dobrze...?

W poprzedniej notce odniosłam się do tekstu Lidii Pustelnik z NaTemat.pl pt. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<”. Podczas gdy na znany mi wycinek nerdowskiego/geekowskiego Internetu tekst zadziałał jak płachta na byka, ja stwierdziłam, że opisywany w nim odbiór kina jest mi w pewien sposób bliski. Pominęłam jednak wątki, których najczęściej czepiali się internetowi dyskutanci – w najbardziej chyba wyczerpującej formie przedstawiła je na swoim blogu Zwierz Popkulturalny – a mianowicie zarzuty seksizmu i nagannej wyższości wobec fanów popkulturowego kina. Dziś chciałabym wrócić na chwilkę do tych właśnie tematów.


Zatem jeśli chodzi o zarzut seksizmu w tekście Pustelnik – cóż, to, czy komuś w ogóle przeszkadzają stereotypy płciowe, to kwestia światopoglądu. Przykładowo, ja osobiście źle reaguję tylko na te, które są podawane w sposób pogardliwy, agresywny, umniejszający przedstawiciela danej płci jako człowieka. Tu, na tyle na ile rozumiem, mamy stereotyp poniekąd neutralno-pozytywny – kobieta, według autorki artykułu, to istota subtelna, nieco wyniosła, skłonna wybierać rozrywkę na dobrym poziomie; stereotypowy mężczyzna to natomiast bezpretensjonalny nerd świetnie bawiący się na filmach gatunkowych. Rozumiem, że ten obrazek może budzić pewną irytację przez fakt, że często okazuje się po prostu nieprawdziwy, bo wiele z nas w praktyce do takiego stereotypu nie przystaje, ale co w tym obraźliwego?


Oczywiście, tu znowu wchodzi kwestia światopoglądu, bo mogą poczuć się urażeni płciowi konstruktywiści, dla których niewłaściwe będzie podkreślanie jakiejkolwiek różnicy między płciami poza trzeciorzędnymi fizjologicznymi. Rozumiem. Ale zdajmy sobie jednak sprawę, że naprawdę nie wszyscy jesteśmy konstruktywistami. Wielu ludzi nadal uważa, że płeć – i różnice między płciami – to coś ważnego nie tylko w kwestii biologii i chyba nie warto wyzywać ich od idiotów tylko dlatego, że działają w innym paradygmacie.


Osobiście jak najbardziej jestem w spektrum odbiorców ludycznej superbohaterszczyzny czy kosmicznych nawalanek i nie wpasowuję się przez to w schemat zastosowany przez autorkę, kojarzącą kobiecego widza raczej z jakimś subtelnym, poetyckim filmem w kinie studyjnym. Pomimo to, nie mam absolutnie nic przeciwko temu unoszącemu się gdzieś przede mną w myślosferze nieosiągalnemu ideałowi kobiecości, który przypomina, by czasem choć spróbować wypracować w sobie odrobinę stereotypowej subtelności i wyrafinowania. Wprost przeciwnie, byłoby mi strasznie smutno, gdyby tego ideału nie było, albo gdyby był identyczny dla kobiet i mężczyzn, i jakoś się cieszę, że Pustelnik mi o nim przypomniała.


Ale tu pojawia się zarzut drugi, dotyczący nastawienia autorki artykułu do nerdów/geeków. Faktem jest, od insynuacji, że jeśli lubi się filmy superbohaterskie, to jest to znak, że nie jest się inteligentnym czy trzeźwo myślącym, może zrobić się przykro. Powiedzmy sobie jednak szczerze – takie kulturowe wojenki między zwolennikami poszczególnych dzieł czy nurtów (tu – popkultury vs ambitnego mainstreamu), w których ciśnie się zwolennikom opcji przeciwnej, to nic nowego i jeśli chce się brać udział w dyskusji o kulturze, chyba warto się na to uodpornić.


Tu problem dodatkowo polega jednak na tym, że autorka nie tylko beszta pewną grupę dyskutantów, ale dodatkowo popełnia błąd rzeczowy. Umknął jej mianowicie fakt, że popkultura coraz bardziej się z tym wspomnianym wcześniej ambitnym mainstreamem miesza. Wiadomo już nie tylko w branży, że filmami i serialami gatunkowymi coraz częściej i wnikliwiej zajmują się poważni badacze naukowi a powiązanie ich fabuł z rzeczywistością społeczną jest tak silne, że sposób przedstawienia w nich poszczególnych grup społeczeństwa staje się sprawą nieledwie najważniejszą. Kwestia, czy rzeczywiście inteligentny odbiór popkultury i wrażliwość na reprezentację wykluczonych grup w sformatowanych marketingowo blockbusterach jest czymś równie wartościowym, jak kontemplacja dzieł „wysokich” i moralnych kwestii, jakie podnoszą, pozostaje (przynajmniej dla mnie) otwarta. Tym niemniej, w obecnej sytuacji dużo bardziej chwiejnie, niż choćby parę lat temu, gdy jeszcze się o tym wszystkim w Polsce powszechnie nie mówiło, brzmi teza, że fani popkulturowych filmów i seriali są mało inteligentni albo oderwani od rzeczywistości.


Autorka z NaTemat.pl nie zauważyła też, że w ciągu ostatnich paru lat kultura geekowska zaczęła być u nas po prostu modna. Te „parę lat” to oczywiście karkołomna generalizacja, ale powołuję się na opinie zacnych gości panelu pt. „Co fantastyka traci przechodząc do mainstreamu?”, któremu gospodarzyłam na Falkonie '2016. A co do mody na geekowską kulturę – kto bywa na Pyrkonie, ten wie. Kto był ostatnio na dowolnym filmie superbohaterskim i próbował później przyznać się w towarzystwie, że go za bardzo nie wzięło, też wie. Osoba zaprawiona w przekornym odbiorze kultury oczywiście wybrnie, ale jednak intuicyjnie i tak czuje się, że to trochę poruta. Trochę tak, jakby piętnaście lat temu przyznać się, że woli się różowy pop od prog rocka. I to właśnie na filmowy pop – w żadnym wypadku nie na lekceważenie go w czambuł i wynoszenie pod niebiosa „kultury wysokiej” – najwygodniej się dziś, jeśli ktoś lubi, snobować.


Na tym polega chyba największy błąd dziennikarki z NaTemat.pl – swój tekst napisała jako pewna siebie mainstreamowiczka podśmiewająca się ciepło z niszowego zjawiska, a tu nagle okazało się, że jest osobą o niemodnym i niecenionym (od niedawna) punkcie widzenia, która usiłuje zadzierać z silnym i potrafiącym się doskonale i agresywnie bronić mainstreamem.


Bo to, jak łatwo przyszło oburzonym popkulturystom, w tym Zwierzowi, przypisać autorce „Godzilli, Logana i innych...” głupotę czy drańskość, to moim zdaniem kolejny czytelny dowód na to, że staliśmy się, jako geekowie czy fantaści, kulturowym hegemonem, który po dekadach niszowości i niedocenienia powstał w końcu z kolan i który ma już prawo osądzać, co w kulturowej dyskusji wolno, a co nie i kto (parafrazując Zwierza) siedzi w paskudnej, ciemnej dziurze, a kto stąpa w słońcu.


Mnie osobiście (pomimo atencji dla popkulturowej wiedzy dyskutantów, a także – w wypadku Zwierza – mimo pewnej ciepłej, przekraczającej różnice poglądowe sympatii dla jej moralistycznego zacięcia i skłonności do patosu) trochę rozdrażniło to autorytarne, świadome własnej przewagi osądzenie przez fandomitów autorki z NaTemat.pl. Jakoś wolałam tę skromną, bezpretensjonalną, nawet nieco zakompleksioną niszowość, którą widywałam w fandomie – i w sobie samej – jeszcze do niedawna.


Ktoś powie, że flejm przeciwko tekstowi z NaTemat.pl wynikł nie z uczucia przewagi, a z kwestii etycznych, z chęci poskromienia bucerii. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby ta lekka geekosceptyczna wyższość autorki artykułu o „innych Kongach” była w jakikolwiek sposób moralnie gorsza od wyższości, którą wobec niej zamanifestowali internetowi polemiści – wyższości konstruktywistów nad esencjalistką czy modnych geeków nad niemodną geekosceptyczką. Wprost przeciwnie – polemiści byli od autorki wspomnianego tekstu o niebo bardziej kostyczni i mniej przebierali w słowach, co świadczy o nich mocno na minus.


Zresztą w ogóle wydaje mi się, że każdy z nas, fanów i amatorskich (lub nie) komentatorów kultury ma w sobie jakiegoś tam małego, wewnętrznego snoba, który czasem się ujawnia – a to, czy otoczenie temu snobkowi przyklaśnie, czy zmiesza go z błotem, zależy od aktualnej mody. Pod względem moralnym natomiast, stawiam taką nieśmiałą hipotezę, jesteśmy pod tym względem plus minus po jednych pieniądzach. I stąd moja, równie nieśmiała, prośba – może w takim razie spróbujmy nie wydrapywać sobie o to nawzajem oczu? Nawet jeśli kulturowa moda wyposażyła chwilowo nas, fantastów i popkulturystów, w argumentacyjne szpony godne Wolverine'a.



Pustelnik, Lidia. 2017. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<”. NaTemat.pl. (http://natemat.pl/203647,godzilla-logan-i-inne-kongi-czyli-jak-inteligentna-trzezwo-myslaca-kobieta-ma-przetrwac-na-filmie-dla-nerdow) (data pobrania: 15 marca 2017) 
„Głupoty, pierdoły i inne idiotyzmy czyli jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przeczytać artykuł na >NaTemat<”. 2017. Zwierz popkulturalny.(http://zpopk.pl/glupoty-pierdoly-inne-idiotyzmy-czyli-inteligentna-trzezwo-myslaca-kobieta-przeczytac-artykul-natemat.html#ixzz4bcSjfFTq) (data pobrania: 17 marca 2017)

poniedziałek, 4 lipca 2016

Kto to jest postfantasta? #1: Autorzy


Jakiś czas temu zaczęłam podpytywać ludzi w kilku zakątkach Internetu o polskich autorów fantastyki, którzy odchodzą do literatury głównonurtowej. Podałam przykłady Wita Szostaka, Szczepana Twardocha, Łukasza Orbitowskiego i Jakuba Małeckiego. Znużona faktem, że choć panowie są często wymieniani jednym tchem w różnych książkowych dyskusjach, to nie ma na nich wspólnego określenia i trzeba wyliczać wszystkie nazwiska po kolei, zaproponowałam, by nazywać ich zbiorczo postfantastami, a ich twórczość – postfantastyką. Padło sporo pytań, więc chciałabym teraz wytłumaczyć, dlaczego uważam te określenia za potrzebne.


Materiał się trochę rozrósł, więc podzieliłam wpis na trzy odcinki. Dziś napiszę o postfantastycznych autorach – kogo i dlaczego zaliczyłabym do postfantastów. W notce #2, p.t. „Książki”, wezmę na tapet cztery powieści postfantastyczne - „Wróżenie z wnętrzności” Szostaka, „Inną duszę” Orbitowskiego, „Dracha” Twardocha i „Dygot” Małeckiego i bez pretensji do obiektywizmu opowiem, dlaczego dla mnie osobiście są szczególne. Odcinek #3 - „Czytelnik” - będzie wypełniony moim ględzeniem na temat odbioru autorów postfantastycznych i rozkmina, czy czytelnik również może być postfantastą.


Chciałabym od razu zaznaczyć, że moje zamiary są skromne. Nie zamierzam udowadniać na siłę, że postfantaści to grupa czy nurt literacki, bo nie mam na to dobrych dowodów, a może w ogóle jest na to za wcześnie. (Pokolenie literackie to już trochę inna para kaloszy, ale o tym poopowiadam w notce #3.) Jedyne o co mi chodzi, to nazwanie zjawiska, bo takiej nazwy od dawna mi brakuje, oraz próba odpowiedzi na pytanie, co w twórczości postfantastów jest wyjątkowego, bo wydaje mi się, że coś zdecydowanie jest (i to coś zapewne zresztą sprawiło, że miałam ochotę ich nazwać).


Tak więc dziś będzie o autorach. Wymieniłam Szostaka, Orbitowskiego, Twardocha i Małeckiego, bo ta czwórka pojawiła się nam w dyskusji na forum Drugiego Obiegu Fantastyki, podczas której termin „postfantastyka” po raz pierwszy poszedł w eter.1 Jednak generalnie grupka pisarzy, których warto byłoby nazwać postfantastami, wydaje się być szersza i mieć nieostre granice, więc opiszę ją na zasadzie zbioru rozmytego. Zbiór rozmyty to taki przyjemny rodzaj kategoryzacji (używany w matematyce a zapożyczony m.in. przez językoznawstwo) który pozwala na włączanie do danej grupy zarówno osobników bardzo typowych, jak i takich, które teoretycznie już prawie nie powinny do niej należeć, ale mają jednak kilka takich cech, że jakoś pasują. (Przykładowo, jeśli zbiór „Ptaki” będą charakteryzowały takie cechy, jak „należy do zoologicznej gromady ptaków”, „ma skrzydła”, „lata”, „śpiewa” itp., to np. wróbel będzie zajmował miejsce w samym środku zbioru, natomiast na jego brzegach znajdzie się miejsce zarówno dla pingwina (należy do gromady, ale nie lata i nie śpiewa), jak i dla nietoperza (według biologii nie jest ptakiem, ale przecież ma skrzydła i lata).


Jakie zatem cechy opisywałyby pisarza należącego do zbioru „Postfantaści”? Na podstawie własnej obserwacji tego, w jaki sposób wymienieni przeze mnie pisarze pojawiają się w życiu literackim, proponuję taki zestaw:

Postfantasta:

  1. kiedyś pisał tylko fantastykę, ale obecnie odszedł od tej konwencji,
  2. działał niegdyś w fandomie, ale teraz już się raczej nie udziela,
  3. jest kojarzony lub zestawiany (np. w prasie, TV, dyskusjach) z innymi pisarzami, którzy porzucili fantastykę na rzecz mainstreamu,
  4. jego książki są klasyfikowane na styku fantastyki i mainstreamu (np. niefantastyczny utwór nominowany do fantastycznej nagrody lub opublikowany w antologii czy serii wydawniczej kojarzonej z fantastyką)
  5. jego twórczość zawiera elementy realizmu magicznego.


A teraz wyjaśnię trochę szerzej, o co mi chodzi:

Ad. (1) i (2), czyli niesamowity exodus z fantastyki


Zarówno moje własne obserwacje, jak i dane podrzucone przez uczestników dyskusji w fejsbukowej grupie Polska Fantastyka (dziękuję!) utwierdzają mnie w przekonaniu, że polscy postfantaści zasługują na odrębną nazwę choćby dlatego, że są zjawiskiem bez precedensu na skalę światową. Wychodziłoby na to, że o takich historiach w innych krajach i dekadach praktycznie się nie słyszy. Pisząc o „takich historiach”, mam na myśli to, że pisarz piszący bardziej lub mniej gatunkową fantastykę i należący do fandomu w pewnym momencie „dorasta” do pisania prozy mainstreamowej. Towarzyszą temu z reguły mocne słowa podkreślające dramatyzm tego dorośnięcia. Jeden z wywiadów z Witem Szostakiem nosi – żartobliwie bo żartobliwie – tytuł „Spowiedź byłego fantasty”.2 Orbitowski zadeklarował, że fantastyka go porzuciła, chociaż mają mieszkanie na kredyt. Biogram Twardocha na stronie Instytutu Książki zaczyna się od stwierdzenia, że autor odcina się od swoich młodzieńczych utworów.34 Małecki jest mniej radykalny, powołując się na popularny pogląd o bezcelowości szufladkowania (z którym, nawiasem mówiąc, płomiennie się nie zgadzam), ale w praktyce swoje oddalenie się od prozy gatunkowej uzasadnia nie czym innym, jak dojrzalszym wiekiem.5 Wszyscy czterej się jakoś odcinają, wszyscy dorastają.

Inni – pisarze zagraniczni, oraz tzw. inne przypadki w obrębie literatury polskiej – jeśli angażują się w pogranicze fantastyki i głównego nurtu, robią to z reguły całkiem inaczej. Są przypadki pisarzy sięgających raz po fantastykę, raz po inne powieści gatunkowe, np. Neal Stephenson. Bardzo rzadko – jak w przypadku Iaina Banksa, pisarze przestawiają się na zasadzie raz fantastyka, raz mainstream, ale w tym wypadku też nie mamy konsekwentnego exodusu. Są twórcy piszący prozę na pograniczu fantastyki i mainstreamu (Michel Houellebecq), czy też tacy, którzy zadebiutowali jako fantaści, ale bardzo szybko przenieśli się do prozy głównonurtowej (Salman Rushdie) lub gatunkowej w obrębie innej odmiany (Zygmunt Miłoszewski). Najbliżej tego postfantastycznego „wyrastania” byłby Lem, programowo rezygnujący pod koniec życia z fantastyki na rzecz publicystyki, ale sytuacja pisarza-fantasty zaczynającego nagle w wieku kwiecie tworzyć powieści głównonurtowe jest jednak całkiem inna. Tak więc – nasi postfantaści wydają się być w swojej drodze niepowtarzalni. Zastanawiam się, czy ta droga będzie charakterystyczna tylko dla nich, czy też zapoczątkowali właśnie jakąś tendencję, ale jednego jestem raczej pewna – sama oryginalność tejże drogi to dobry argument, by traktować ich osobno.

Ad. (3), czyli postfantastyczne zestawienia

Sami pewnie zauważyliście, że od dobrych kilku lat wszyscy czterej omawiani przeze mnie autorzy często pojawiają się w mediach, i to nieraz, w jakichś konfiguracjach, wspólnie. Wszystkie cztery nazwiska – Szostaka, Twardocha, Orbitowskiego i Małeckiego – zestawione w komplecie pojawiają się na przykład tutaj.6 Dodatkowo, Jakub Małecki pojawił się w Polityce w zestawieniu opisującym hurtowo nowych polskich – również nas interesujących w kwestii postfantastyki – realistów magicznych, wraz z Weroniką Murek, Dominiką Słowik i Maciejem Płazą.7 Szostak, Orbitowski i Twardoch dużo częściej pojawiają się jednak w trójkę, np. we wpisie na portalu Dzika Banda,8 na wspólnym spotkaniu literackim w Krakowie w 2014 roku,9 czy w artykule w Polityce, wespół z Jakubem Żulczykiem.10 Ci trzej autorzy nie tylko bywali w ostatnich latach zapraszani do wspólnych inicjatyw, ale również sami takowe podejmowali: w latach 2012-2013 pisali wspólny blog p.t. „Kwiatkowie” z humorystycznymi opowiadaniami stylizowanymi na autobiograficzne,11 natomiast sami Szostak i Orbitowski wraz z Jackiem Dukajem w l. 2008-2011 publikowali na portalu Esensja dyskusje literackie pod szyldem S.O.D.12

No i tak, rzecz jasna, nie ma co wyciągać z tych medialnych zestawień zbyt daleko idących wniosków. Powody bywają bardzo prozaiczne – panowie są zapraszani lub opisywani razem bo się znają, bo są z podobnych roczników i często publikują w tych samych latach itp. – choć warto zauważyć, że jednak podczas wystąpień i wywiadów bywają o tę wspólną fantastyczną przeszłość pytani. Ale tu nasuwają się dwie sprawy. Pierwsza, praktyczna – jak wspomniałam na początku, skoro często widzi się ich razem, po prostu wygodniej jest mi powiedzieć „nasi postfantaści byli dziś w programie XYZ” niż „dziś w programie XYZ pojawili się... (i tu następuje wyliczanie nazwisk)”. Druga, merytoryczna – skoro często gadają razem w mediach, to chcąc nie chcąc, tworzą jakiś wspólny dyskurs metaliteracki, a to już trochę jakby popychało ich w kierunku bycia jakąś całością. A już zupełnie poważnie robi się, kiedy w tym kontekście pomyśli się o „Kwiatkach” i dyskusjach S.O.D., które – choć w sposób lekki i krotochwilny – ten wspólny dyskurs literacki tworzyły już całkiem otwarcie. I nadal nie ma co przesadzać, postfantastów jest na razie, jak na grupę, po prostu za mało, nie tworzą programów czy periodyków (jak to bywało w wypadku grup z międzywojnia), ani też nie szturmują trzeciego sektora (jak to bywa dzisiaj – Grupę Literacką „Łuczywo” znalazłam w bazie KRS). Ale z drugiej strony – ja osobiście wolę zachować w tej kwestii dyskretną czujność.

Ad. (4), czyli fascynujący przypadek nagród i publikacji


Przyporządkowując pisarzy do grona postfantastów, użyłam pojęcia zbioru rozmytego. Teraz przyda się ono z kolei do umiejscowienia postfantastyki w obrębie fantastyki jako takiej. Teoretycznie literatura postfantastyczna fantastyką nie jest, ale w praktyce nadal orbituje gdzieś na obrzeżach fantastyki, na takiej zasadzie, na jakiej nietoperz znalazł się na skraju zbioru rozmytego pt. „Ptaki”. Jest bowiem traktowana jako fantastyka przynajmniej w jednym aspekcie: książki postfantastyczne nadal są nominowane do fantastycznych nagród literackich. Zerkając na rozpiski z Wiki i strony poszczególnych kapituł: Chochoły i Dumanowski Szostaka oraz Szczęśliwa ziemia Orbitowskiego dostały w odpowiednich latach nominacje do Zajdla. Również Szczęśliwą ziemię, podobnie jak Fugę i Oberki do końca świata Szostaka nominowano do Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego, natomiast Chochoły i Dumanowski Szostaka wręcz tę nagrodę otrzymały. Z kolei w plebiscycie portalu Katedra „Fantastyka 2015” nominowane zostały Uprawa roślin południowych metodą Miczurina Weroniki Murek oraz Dygot Jakuba Małeckiego. Co ciekawe, ten sam Dygot w plebiscycie „Książka Roku 2015” portalu Lubimy Czytać był klasyfikowany jako „Literatura piękna” wraz z Inną duszą Orbitowskiego, w kontraście do takich kategorii, jak „Science fiction” czy „Fantastyka, fantasy” [sic!], w której to z kolei wylądowało, ku memu wielkiemu rozbawieniu, Wróżenie z wnętrzności Wita Szostaka.


I można by oczywiście zgrywać malkontenta, że bałagan pojęciowy, przyzwyczajenie itp., i że skoro ci pisarze nie piszą już w konwencji, to nie powinni się w tych wszystkich konkursach pojawiać. Ale mnie się te nominacje strasznie podobają. Po pierwsze, rozmywają granicę między fantastyką a niefantastyką, a ja osobiście uważam to pogranicze za chyba najciekawszą część i fantastyki, i współczesnej niefantastyki. Po drugie, ewidentnie pokazują, że w klasyfikacji fantastyka/niefantastyka liczą się nie tylko zimne fakty teoretycznoliterackie, ale też środowisko czytelnicze. Na przykład to, że dany pisarz ma własny fandom. Albo że się w fandomie (ogólnie pojętym) ukształtował i to się teraz za nim ciągnie. Ale o tym napiszę w odcinku #3.


Dwuznaczna obecność niektórych twórców utworów z pogranicza fantastyki i mainstreamu to nie tylko nagrody. Powinnam stanowczo nadrobić zaległości w zakresie serii wydawniczej „Kontrapunkty” Powergraphu, jednak wszystko, co o niej wiem, zgadza się z nakreślonymi przeze mnie wcześniej kryteriami postfantastyki. Reklamowana hasłem „[b]ędzie w niej wydawana polska proza wymykająca się ze schematów, uciekająca z szufladek. Literatura dla czytelników lubiących niebanalne fabuły, piękną frazę i niejednoznaczne interpretacje”13, seria wydaje autorów kojarzonych – niegdyś lub obecnie – z fantastyką, jednak we wszystkim, co z tej serii znam, gatunkowa fantastyczność jest mocno zatarta. No i w załodze „Kontrapunktów” mamy aż trzech autorów zaklasyfikowanych jako postfantaści w poprzednich punktach: Szostaka, Twardocha i Małeckiego, jakkolwiek inni autorzy – np. Anna Kańtoch, Michał Cetnarowski czy Paweł Paliński – przez sam fakt napisania utworów spełniających założenia „Kontrapunktów” wchodzą częściowo w orbitę postfantastyki i muszę mieć ich na oku.


Drugim przykładem ślicznie postfantastycznego tworu wydawniczego jest antologia Legendy polskie (2015), też przygotowana przez Powergraph. Kogo my tu nie mamy: dwóch postfantastów – Orbitowskiego i Małeckiego; zasadniczo niefantastę (bo wymykającego się fantastycznym konwencjom realistę magicznego) ale publikującego m.in. w Nowej Fantastyce fandomowicza Radka Raka, zasadniczo jeszcze głównie niefantastkę Elżbietę Cherezińską oraz zasadniczo fantastów Roberta M. Wegnera i Rafała Kosika. Sama treść antologii to też przyjemne przemieszanie czynnika fantastycznego i niefantastycznego. W większości opowiadań nie ma wątpliwości co do obecności fantastycznego sztafażu: Małecki, Kosik i Wegner korzystają z repertuaru science-fiction, Cherezińska natomiast serwuje historię alternatywną. Ale już opowiadanie Radka Raka można pod tym względem interpretować dwojako, bo obecne w nim magiczne zjawiska mogą równie dobrze być chorobowymi projekcjami głównego bohatera. Natomiast Orbitowski, choć sięga po schemat fabularny ludowej baśni i potęguje odrealnienie czyniąc narratorem dwunastolatka o umyśle wypranym przez gry komputerowe, napisał opowiadanie całkowicie pozbawione elementów fantastycznych. Zresztą i sam pomysł na antologię jest dwuznaczny, bo niby baśnie automatycznie kojarzą się z fantastyką, ale z drugiej strony za uwspółcześnianie ludowych podań często brali się mainstreamowcy, chociażby Angela Carter. Oczywiście, Legendy polskie to za drobna rzecz, żeby na jej podstawie uznawać, na przykład, że Kosik i Wegner to odstępcy i postfantaści (tym bardziej, że ich opowiadania są, każde w swoim sztafażu, konsekwentnie fantastyczne), ale mile przez tę antologię przypomniani i mile niejednoznaczni Cherezińska i Rak trafiają niniejszym w postfantastyczną orbitę.

Ad. (5), czyli realizm magiczny

 

Sami powiedzcie, tak się chyba jakoś utarło, że jak ktoś odżeglowuje nam z fantastyki, to od razu zakładamy, że idzie w realizm magiczny, prawda? Podczas wspomnianej dyskusji na grupie Polska Fantastyka padło pytanie, czym właściwie postfantastyka miałaby różnić się od realizmu magicznego (a jeśli niczym, to po co nowy termin). No i w toku badania całej sprawy wyszło mi, że różnią się tym mianowicie, że jednak nie wszyscy postfantaści zaczynają pisać realizm magiczny, a z kolei nie wszyscy współcześni polscy realiści magiczni to niegdysiejsi fantaści. Te zbiory pokrywają się tylko częściowo. Na pewno z realizmem magicznym jest wiązany Wit Szostak (by podać jakieś źródła, choćby w biogramie na Culture.pl)14. Jakub Małecki pojawia się we wspomnianym artykule w Polityce15 jako jeden z czwórki realistów magicznych obok Weroniki Murek (nominowanej w plebiscycie Katedry!), Dominiki Słowik i Macieja Płazy. Radka Raka za realistę magicznego uznają m.in. recenzenci z portalu Nowej Fantastyki czy Gildii.


Jak widać, sfery postfantastów i realistów magicznych ewidentnie się przenikają i z tego powodu wszystkich powyższych pisarzy byłabym w stanie włączyć szczodrą ręką w orbitę postfantastyki. Jednak jest dwóch pisarzy typowo, w świetle wcześniejszych kryteriów, postfantastycznych – Szczepan Twardoch i Łukasz Orbitowski – którzy realistami magicznymi raczej nie są. Na temat ewentualnych powiązań (za wyjątkiem pojedynczych skojarzeń w wypadku Twardocha) milczy książkowy Internet. Nie mam niestety warunków czasoprzestrzennych na własną całościową analizę ich twórczości pod tym kątem, nawet tych ich książek, które przeczytałam (a nie przeczytałam wszystkich), więc powiem tylko, że w Drachu i Innej duszy, o których będę pisać następnym razem, nie dostrzegłam głównych cech tego nurtu takich, jak niejasne połączenia elementów rzeczywistości, przemieszanie rzeczywistości z fikcją, kulistość i niedookreśloność czasu, czy też obecność magii i [sic!] piękna.16 Jeszcze u Twardocha znalazłoby się kilka pomniejszych cech, bo jest saga rodzinna z ciążącym fatum i są jakieś nawiązania mitologiczne, ale poza tym akcja jest mocno osadzona historycznie, logiczna i prosta jak drut. Natomiast Inna dusza to całkowite antypody realizmu magicznego z niemal nieobecną metafizyką, drobiazgową historycznością i reportażowym drugim dnem.

Kto więc jest postfantastą?


Podsumujmy. Przy takich pięciu kryteriach – (1) przeszłość w fantastyce, (2) przeszłość w fandomie, (3) zestawiany z innymi postfantastami, (4) nagrody i publikacje na styku konwencji, (5) realizm magiczny – najbardziej prototypowymi postfantastami byliby Wit Szostak i Jakub Małecki (wszystkie pięć punktów się zgadza), a minimalnie dalej byliby Szczepan Twardoch i Łukasz Orbitowski – wszystko z wyjątkiem (5), bo nie piszą realizmu magicznego).


Dalej plasowaliby się Weronika Murek (wystąpiła w zestawieniu17 – (3), była nominowana do fantastycznej nagrody – (4) i pisze realizm magiczny (5), ale nie działała w fandomie i nie miała historii z odwrotem) i Radek Rak (działa w fandomie – częściowo (2), jest klasyfikowany na styku – (4) i pisze realizm magiczny - (5), ale nie pojawia się w zestawieniach, nie ma też historii z odwrotem od konwencji fantastycznej).


Jeszcze dalej byłaby Anna Kańtoch, która odeszła od konwencji na razie na chwilę, pisząc Łaskę – częściowo (1) i pojawiła się w Kontrapuktach – (4). Szacownym, choć niewymienionym dotąd przykładem byłby tu też Jacek Inglot – jak dotąd głównie fantasta, ale mający na koncie dwie powieści niefantastyczne: Porwanie sabinek oraz Wypędzonego.


I wreszcie sam brzeg zbioru i przykłady nieprototypowe takie, jak Jacek Dukaj (pisze konsekwentnie fantastykę, ale obecny w znaczącym zestawieniu, jakim były dyskusje S.O.D.18 - (3)), Jakub Żulczyk (niefantasta i niefandomita, ale pojawił się w zestawieniu19 - (3)), realiści magiczni niebędący fantastami, czy fantaści wydani w Kontrapunktach. Zbiór jest jak najbardziej gotowy na dalszy rozrost i ewolucję. I chociaż w większości przypadków najwygodniej będzie używać miana postfantastów na określenie tych najbardziej prototypowych przypadków, jak Szostak, Małecki, Orbitowski i Twardoch, to wyobrażam sobie sporo kontekstów, w których to określenie przyda się również do nazwania twórców z obrzeża zbioru.

Tak wygląda mój szkic zjawiska, jakim jest (jeśli jest) postfantastyka – piszcie, co o tym myślicie. A ja wrócę tu niedługo z poczwórną analizą – Wróżenia z wnętrzności, Innej duszy, Dracha i Dygotu. Bardzo zapraszam – wydaje mi się, że będzie parę dość unikalnych kawałków.



Przypisy:
1 http://forum.drugiobieg.eu/viewtopic.php?f=8&t=10&p=41506#p41484
2 http://www.newsweek.pl/wit-szostak-o-nowej-ksiazce-wrozenie-z-wnetrznosci-,artykuly,372048,1,z.html
3 http://wpolityce.pl/kultura/257603-lukasz-orbitowski-w-czlowieku-sa-rzeczy-nierozpoznawalne-nasz-wywiad
4 http://www.instytutksiazki.pl/autorzy-detal,literatura-polska,3800,twardoch-szczepan.html
5 http://booklips.pl/wywiady/od-radosci-po-rozpacz-i-z-powrotem-wywiad-z-jakubem-maleckim/
6 http://booklips.pl/premiery-i-zapowiedzi/wielowatkowa-saga-rodzinna-w-duchu-wieslawa-mysliwskiego-i-olgi-tokarczuk-dygot-jakuba-maleckiego-od-dzisiaj-w-ksiegarniach/
7 http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1636181,1,polski-realizm-magiczny-ma-nowych-autorow.read
8 http://www.dzikabanda.pl/wieksze-kawalki/wymadrzanie/szostak-orbitowski-twardoch-dzieci-nowego-popu
9 https://www.facebook.com/events/592712584164135/
10 http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1618129,1,banda-czterech-polaczeni-pasja-pisania.read
11 http://kwiatkowie.blogspot.com/
12 http://esensja.stopklatka.pl/ksiazka/sod/
13 http://www.powergraph.pl/category/ksiazki/kontrapunkty/
14 http://culture.pl/pl/tworca/wit-szostak
15 http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1636181,1,polski-realizm-magiczny-ma-nowych-autorow.read
16 Te i dalsze cechy realizmu magicznego za: Ośko, Katarzyna. 2015. „Realizm magiczny w literaturze iberoamerykańskiej”. Oblicza Kultury – portal kulturalno-informacyjny. (http://www.obliczakultury.pl/publicystyka/felietony-i-eseje/2518-realizm-magiczny-w-literaturze-iberoamerykanskiej) (data pobrania: 26.06.2016)
17  http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1636181,1,polski-realizm-magiczny-ma-nowych-autorow.read
18  http://esensja.stopklatka.pl/ksiazka/sod/
19  http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1618129,1,banda-czterech-polaczeni-pasja-pisania.read

wtorek, 12 kwietnia 2016

Jak ma się ubierać fanka Twardocha? (poPyrkonowa podróż dwudziesta druga)


Inspiracje były dwie.


Po pierwsze, o Samej Porcelanie wspomniał Pan Jan Adamski, gospodarz bloga poświęconego modzie męskiej.1 (pozdrawiam!) Poszło oczywiście nie o to, żebym jakoś szczególnie znała się na garniturach, a o to, że w tytule tekstu o powieści Marty Kisiel użyłam słowa „sartorialny”, które jest, póki co, rzadko używane w języku polskim, a jeśli jest, to właśnie w kontekście ruchu, nazwijmy to, dżentelmeńskiego.


Z ciekawości, wzmocnionej faktem, że zrobiło mi się miło z powodu bycia zauważoną, przejrzałam trochę blog p. Adamskiego oraz kilka innych o podobnej tematyce. Robią sympatyczne wrażenie. Oprócz samych kwestii ubraniowych przewijają się w nich wątki typu taktowne postępowanie, bycie porządnym człowiekiem, ogólnie męski etos oraz opcjonalnie, pewna forma pozytywnego tradycjonalizmu. Można na ich podstawie uwierzyć (choć ja sama nigdy się z tą myślą specjalnie nie identyfikowałam), że staranne ubranie może być częścią czegoś więcej, i to czegoś, co jest całkiem fajne.


Druga inspiracja to fakt, że w miniony weekend mieliśmy Pyrkon. Jeden z konwentowych dni miałam okazję spędzić, siedząc w punkcie z dobrą widocznością (w bardzo, dodam, fajnej ekipie) i gapiąc się na ludzi.


Przynajmniej kilku pyrkonowiczów przyszło w garniturach. Podczas Pyrkonu'2014 powstała teoria, że facet, który przychodzi na konwent w garniturze, to niechybnie członek fandomu Szczepana Twardocha.


Owa teoria trafia mnie w samo serce, bo żartem sugeruje, że jedno z moich ulubionych zjawisk literackich – polska literatura postfantastyczna – ma, przynajmniej w wypadku jednego z jej przedstawicieli, jakąś spójną grupę fanowską, a co więcej – że ci ludzie są na tyle odrębni od reszty świata, że można ich rozpoznać po wyglądzie. Ach, gdyby tak było...


Gdyby tak było, pewnie sama chętnie wdziałabym strój organizacyjny, bo cóż fajniejszego, niż identyfikacja z czymś, co się lubi. Ale jest jeden problem. Jestem kobietą. Podczas gdy męscy entuzjaści prozy Twardocha mają do dyspozycji nie tylko na pęczki dżentelmeńskich blogów, ale i podręcznik stylu napisany dla nich przez samego Mistrza w duecie z Przemysławem Bociągą, fanki, chcąc zaakcentować strojem przynależność do Twardochowego fandomu, mogą dojść do strasznego wniosku, że nie mają co na siebie włożyć.


Dyskurs dżentelmeński ma się, odkąd sięgam kulturową pamięcią, całkiem dobrze, natomiast dyskurs o byciu damą leży i kwiczy. Nie jest nim przecież ponury, jak każdy nałóg, ciuchoholizm rodem z magazynów dot. shoppingu, ani też niepociągające, plutokratyczne BCBG z tzw. czasopism luksusowych. Ani zimny, wykluczający dyskurs szafiarek – któż jest w stanie spełnić te wszystkie antykofeinowe i antypoliestrowe standardy, zebrane, niby to dla żartu, choćby w tych wierszykach na – i tak w miarę wyluzowanej – stronie Niemodne Polki?2 Pod żadnym z tych adresów nie znalazłam wspomnianych wcześniej przyjemnych wartości widocznych w blogach poświęconych modzie męskiej.


Na Facebooku znajdują się dwa urocze fanpejdże dedykowane damom, W imieniu dam oraz Jestem kobietą, noszę spódnice – są nieco zbliżone stylistyką i podłożem etycznym do blogów dżentelmeńskich, ale zawierają głównie zdjęcia i cytaty. Nie sposób organizować sobie podług nich szafy, a co dopiero życia.3 W anglojęzycznym necie znalazłam z kolei taką przyjemną stronę – to już bliżej, ale autorka mieszka na Florydzie i obawiałabym się, że amerykańskie wzorce mogą okazać się w niektórych przypadkach nieprzystające do naszej rzeczywistości, co często widać w przypadku poradników dla kobiet napisanych za oceanem.4


Tak więc ogólnie bryndza, moje drogie. Chciałaby czytelniczka pocosplayować postfantastykę, a nie może. Do niedawna dodatkowym utrudnieniem był fakt, że w gronie postfantastów mieliśmy tylko autorów płci męskiej – Twardocha, Szostaka, Orbitowskiego, Małeckiego.


Ale jest nadzieja. Ania Kańtoch napisała ostatnio kryminał, więc w zasadzie trochę jakby już delikatnie zahaczała o postfantastykę. Poza tym w artykule Justyny Sobolewskiej o polskim realizmie magicznym (zjawisku, które na tyle zazębia się z postfantastyką, że lubię te kategorie traktować jako pokrewne, nawet w przypadku autorów, którzy nie zaczynali od fantastyki) obok postfantastycznego Jakuba Małeckiego pojawiają się nazwiska dwóch debiutantek – Weroniki Murek i Dominiki Słowik.5

A zatem – może któraś z tych Autorek napisze nam w końcu Sztukę życia dla kobiet i sprawi, że na Pyrkonie'2017 żeńskie fanki postfantastyki będą się tak wyróżniać z tłumu, że męskiemu fandomowi Twardocha w pięty pójdzie?


1Adamski, Jan. 2015. „Między nami sartorialistami”. Jan Adamski. (http://janadamski.eu/2015/12/miedzy-nami-sartorialistami/) (data pobrania: 12 kwietnia 2016)
2Fat Cat. 2014. „Poezje czytelników vol. 1”. Niemodne Polki. (http://niemodnepolki.blogspot.com/2014/02/poezje-czytelnikow-vol1.html)
3W imieniu dam: (https://www.facebook.com/wimieniu/?fref=ts) (data pobrania: 12 kwietnia 2016); Jestem kobietą, noszę spódnice: (https://www.facebook.com/KobietyNoszaSpodnice/?fref=ts) (data pobrania: 12 kwietnia 2016)
4The Classy Woman: (http://theclassywoman.blogspot.com/) (data pobrania: 12 kwietnia 2016)
5Sobolewska, Justyna. 2015. „Polski realizm magiczny ma nowych autorów”. Polityka. (http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1636181,1,polski-realizm-magiczny-ma-nowych-autorow.read) (data pobrania: 12 kwietnia 2016)

poniedziałek, 22 lutego 2016

Cytaty z Dostojewskiego, które ułatwiają życie („Biesy”, wynurzenie #2)


Jeszcze w temacie Biesów – podczas ich lektury natrafiłam na kilka sformułowań, które wręcz idealnie uzupełniły mój prywatny słownik. Nie wiem, jak bez nich dotąd funkcjonowałam.

Niestety, będę ich używać głównie w monologach wewnętrznych, bo w przeciwieństwie do literatury gatunkowej takiej, jak fantastyka, klasyka, na nieszczęście, nie posiada fandomu i nie ma możliwości po prostu namierzenia społeczności ludzi o ściśle zbieżnych gustach literackich i podejmowania zachowań fanowskich typu przerzucanie się do upadu cytatami. Tzn. oczywiście, samo rzucanie cytatami jest możliwe, ale jednak wyimki z klasyki to zupełnie inna jazda, niż wyimki z fantastyki. Po pierwsze, to pierwsze bywa mniej fajne towarzysko, bo kojarzy się nie nerdowsko i wspólnototwórczo, a – przynajmniej niekiedy – snobistycznie. Jest też chyba mniejsze przyzwolenie społeczne, żeby się klasyką tak, jak popkulturą, fanowsko ekscytować – może przez przesąd , że z klasyki to powinno się już dawno mieć przeczytane wszystko, a nie nadrabiać w dorosłości i jeszcze w dodatku publicznie to przeżywać?

Po drugie, w wypadku czytelnictwa klasyki nie ma tego przyjemnego podziału na grupki. Tak, przyjemnego, bo w fandomie fantastycznym można na to narzekać, ale w gruncie rzeczy to dzięki temu łatwiej jest odnaleźć ludzi czytających podobne rzeczy. Jeśli chcę sobie pogadać o Tolkienie czy żelaznej klasyce SF, to wystarczy, że przyjdę na odpowiednią prelekcję na konwencie albo dołączę do adekwatnej tematycznie grupy na fejsbuku. Brakuje mi tego pędu do stowarzyszania się wśród czytelników klasyki. Przemożnie podobał mi się świat w Porwaniu Jane E. Jaspera Fforde'a, gdzie fanienie gigantów historii literatury było jedną z podstaw życia społecznego i np. wielbiciele Johna Miltona nie tylko mieli swoje stowarzyszenie i regularne zjazdy, ale wręcz wszyscy pozmieniali sobie nazwiska na John Milton, tak że gdy jednego z nich poszukiwała policja, nie było wiadomo, o którego chodzi.

No, ale miały być cytaty z Biesów. Z powyższych powodów, nie znajdą się one w memach ani na koszulkach – a szkoda! – ale mnie się bardzo przydały i mam nadzieję, że przydadzą się również wam.

1. Bycie „reprezentantem idei” (s.27)


Określenie, które pada pod adresem Stiepana Trofimowicza Wierchowieńskiego – człowieka, który brylował na salonach wśród pisarzy, krytyków i działaczy politycznych, pomimo tego, że sam zbytnio ani nie pisał, ani nie pracował naukowo, ani nie udzielał się w polityce – w zasadzie nie zajmował się niczym konkretnym.

Muszę zapamiętać to określenie na wypadek, gdybym brała udział w jakimś spotkaniu dyskusyjnym związanym z kulturą i ktoś przypadkiem spytałby mnie – a skąd ty właściwie jesteś, co ciekawego w tej kulturze robisz, że przychodzisz dyskutować? Albo jeszcze inaczej – czy ja ciebie skądś nie kojarzę, czy ty nie jesteś tą i tą w miejscu tym i tym? Kiedyś, w podobnej sytuacji, już prawie gotowałam się do odpowiedzi w stylu: „Nie, ja jestem tylko...”, ale nic nie powiedziałam, bo nie znałam żadnego określenia na taki stan, że strasznie lubi się kulturę i dyskusje o niej, ale w sumie nic znaczącego się w jej obrębie nie stworzyło. Było na to kiedyś takie ładne określenie „pieczeniarz”, ale, po pierwsze, nieszczególnie brzmi to w formie żeńskiej („pieczeniara” jakieś takie ordynarne a „pieczeniarka” kojarzy się myląco z nazwą zawodu), a po drugie nieładnie sugeruje, że przyszło się nie pogadać, a kogoś objeść. Ale teraz nie mam już tego problemu. Jeśli ktoś mnie spyta, będę wiedziała, że jestem – reprezentantką idei!

2. „idea, która trafiła na ulicę” (s. 36)


To z kolei określenie poglądów politycznych pani Wirgińskiej i jej żeńskich krewnych, które, podobnie jak większość bohaterów Biesów, wyznawały bardzo mocne poglądy, ale robiły to w sposób pokraczny i te poglądy kompromitujący. Bezkrytycznie przejmowały książkowe wzorce i były w stanie całkowicie zmienić swoje postępowanie, jeśli tak sugerowały polityczne mody panujące w stolicy.

Teraz wyobraźmy sobie taką sytuację: ktoś ma określony światopogląd, jest z niego dumny, chce go jakoś wyrażać i być może zachęcić do niego również innych. Ale tego nie robi, bo ma wrażenie, że np. zna się na całej sprawie dużo mniej, niż inni – więc może nie ma prawa wyrażać swojego zdania? Albo chciałby promować jakąś ideę, ale obawia się, że nie jest wystarczająco fajny dla potencjalnych odbiorców i zamiast coś wypromować, tylko tych odbiorców swoją osobą zniechęci; działając w dobrej wierze, zaszkodzi swojej idei. I jak nazwać taki lęk, czego ta osoba się w zasadzie boi? Teraz już wiemy – boi się, że jej idea trafi na ulicę, a ona sama stanie się, hmm, reprezentantem idei, która trafiła na ulicę? (To by w zasadzie chyba oznaczało odwrotność tzw. pożytecznego idioty. Pamiętam jakąś dyskusję okołofandomową na ten temat – jeśli ktoś nadal szuka odpowiedzi, jak takiego nazwać, niech śmiało łapie to rozwiązanie made by Dostojewski.).

3. „wykrzykiwał takie rzeczy, że nie można było ich wykonać z powodu niezwykłości” (s. 510)


A to opis zachowania gubernatora von Lembke, który pod wpływem dramatycznych wydarzeń – kompromitacji na balu i pożaru Zarzecza – zapadł na białą gorączkę. Chciał kontrolować sytuację, zachować się jak odpowiedzialny funkcjonariusz, komunikować się z otoczeniem, wydając mu polecenia – ale niestety, w wyniku wstrząsu psychicznego porozumienie z nim stało się niemożliwe.

Jak bardzo bym chciała, żeby określenie „nie można zrobić tego i tego z powodu niezwykłości” zastąpiło tę paskudną frazeologię o „rak content” czy dostawaniu raka w reakcji na czyjeś argumenty. Nie cierpię tych określeń. To nie jest nawet oburzenie na to, że obraża się pacjentów onkologicznych, chociaż to też prawda, ale przede wszystkim na mechanizm: nie rozumiem cię, bo mówisz coś, co jest dla mnie kuriozalne, więc zamiast spróbować cię zrozumieć i wejść w polemikę, rzucę w ciebie czymś ohydnym, strasznym, czymś, czego się boisz. (Tak rozumiem główne zastosowanie tej całej retoryki onkologicznej, bo najczęściej spotykam ją albo przy przytaczaniu argumentów przeciwnika politycznego ZAMIAST polemiki, albo – to ciekawe – w dyskusjach o tworach kultury, w momencie, kiedy ktoś rzuci jakieś nietypowe skojarzenie.) Coś na zasadzie – nie rozumiem twojego języka, więc za karę zrobię ci słowną krzywdę. A przecież o ile przyjemniej byłoby przyznać się do tego niezrozumienia i powiedzieć: „nie mogę dyskutować z twoimi poglądami na gospodarkę z powodu ich niezwykłości” czy „twoje porównanie Pilipiuka z Dostojewskim jest zbyt niezwykłe, bym mogła je zaakceptować” (taki akurat temat pojawił się nam ostatnio na fejsbukowej grupie „Polska Fantastyka”; nawiasem mówiąc, oczywiście nie mam nic przeciwko takim porównaniom).

4. „Wreszcie siła główna, cement łączący wszystko, to wstyd przed własną opinią. (...) Nie wiem nawet, kto nad tym pracował, kto tyle trudu włożył, aby nie pozostała im w głowie ani jedna własna myśl. Wstydziliby się jej.” (s. 383)


Czyli główny sposób na pranie mózgów członków szajki młodszego Wierchowieńskiego oraz szajek jej podobnym. Cytat jak nic bardzo przydatny w dyskusjach na poważniejsze, polityczne tematy, ale mnie interesuje w użyciu prywatnym – nie do tropienia teorii spiskowych, ale tego, co czasem lubi się zalęgnąć w głowie szarego człowieka pod wpływem zdarzeń, które wcale nie muszą być celowe. Trochę mi się na przykład to zdanie kojarzy z możliwym skutkiem ubocznym istnienia strony Recenzje z Lubimy Czytać. Typu: miałam opinię o jakiejś książce, nie była szczególnie wyrafinowana, z pewnością była natomiast moja własna. Ale ktoś bardzo podobną opinię wyśmiał na RzLC, więc może powinnam się wstydzić, że coś takiego pomyślałam? To może znajdę w źródłach inną opinię, która moja już nie będzie, ale lepiej wpasuje się w intelektualne standardy i nikt nie będzie się ze mnie śmiał? I w ten sposób czytelnik traci chyba coś bardzo cennego. C.S. Lewis, bodaj w Listach starego diabła do młodego, przypisywał takim drobiazgom – myślom czy upodobaniom, które nie są „na poziomie”, ale są bardzo szczere i nasze – poważne znaczenie duchowe: w książce jest mowa o człowieku, który został zbawiony dzięki temu, że uwielbiał flaczki z cebulką i to knajackie upodobanie uchroniło go od niszczącej duszę pychy.

5. „szlachetna i gorąca” (s. 63)


To tak w razie, gdybyście nie czytali poprzedniej notki. Albo czytali, ale nie pamiętali. Na wszelki wypadek, przypominam jeszcze raz: najlepszy komplement świata. Subiektywnie i obiektywnie.



(Cytaty z: Dostojewski, Fiodor. 1984. Biesy. Przeł. Tadeusz Zagórski i Zbigniew Podgórzec. Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy.)

środa, 23 grudnia 2015

„Smok” Bagińskiego i kobiety



30 listopada miał premierę krótkometrażowy filmik fantastyczny pt. Smok w reżyserii Tomasza Bagińskiego. Kto jeszcze nie miał okazji, może go sobie zobaczyć tutaj – dajcie szansę, to tylko 13 minut, będziecie wiedzieli, o czym piszę. Tym bardziej, że sadzę w tej notce spoiler za spoilerem.


Cóż mogę powiedzieć? Fajny statek i sympatyczne roboty, fabuła prościutka, gdzieniegdzie jakby niedopracowana, a gdzieniegdzie okraszona kuriozalnymi pomysłami. Generalnie, filmik spłynąłby po mnie jak woda po kaczce, gdyby nie to, że Łaku w fejsowym wpisie wywołał temat sposobu przedstawienia w Smoku postaci kobiecych. Wpis jest w statusie dla znajomych, cytuję za zgodą autora:


Obejrzałem "Smoka", Bagiński dostarcza sporo zabawy. Nawet nie wiem czy nad takim pół serio szortem pochylać się z jakimiś serjaśnymi uwagami ale leży sposób prezentowania kobiecych postaci - albo są przechwytywaną nagrodą dla obu stron, albo nadtroskliwą i nie do końca zorientowaną mamą protagonisty. Bo i po co pokazywać że się pogrywa z legendą i z smoka robi terroryste w wunderwaffe skoro tak naprawdę się z nią nie pogrywa. Razi zwłaszcza ta inspiracja "Ghost in the Shell", gdzie przecież (chyba w serialu), pada bardzo fajne pytanie do głównej bohaterki-cyborga spod znaku - możesz mieć każde ciało, dlaczego zostałaś przy kobiecym? A tutaj mamy sprowadzenie całości do high-techowej owcy wypchanej siarką i smołą. (…)
(Łaku na swym profilu na Facebooku, 30.11.2015r.)


Ghost in the Shell nie oglądałam – wygląda na to, że rzeczywiście Bagiński zepsuł ciekawy intertekstualny motyw i strywializował, sądząc po przytoczonym zdaniu, fajny sposób spojrzenia na kobiecość. Co do pozostałych rzeczy, to poczułam się na tyle zaintrygowana, że obejrzałam Smoka jeszcze raz, skupiając się właśnie na wizerunku kobiet. Poniżej subiektywne wnioski. Ton lekko polemiczny nie odnosi się do wpisu Łaka (któremu jestem generalnie wdzięczna za inspirację do zabawy w taką analizę i zapodanie motywu z Ghost in the Shell), ale wynika z mojego ogólnie przekornego nastawienia do tematu przedstawiania kobiet w kulturze.


Rzeczywiście, sporo (chociaż nie wszystkie – o tym za chwilę) scen ze Smoka z udziałem kobiet pokazuje bohaterki stereotypowo: kobieta bajerowana przez mężczyznę, bezwolnie przezeń uprowadzona, czy też naiwnie zatroskana o swoje dziecko. Mam jednak wrażenie, że stereotypizacji poddane są w tym filmie wszystkie postaci. Stereotypowo, przy użyciu wyświechtanych klisz pokazani są mężczyźni (macho – Kamczatkow, rycerz na białym koniu – Janek), przedstawiciele władz (oczywiście nieskuteczni i biorący łapówki), dziennikarze (koniecznie wścibscy i zadające debilne pytania), paneliści w TV (wiadomo, nic mądrego nie powiedzą, tylko się pokłócą), Rosjanie (Kamczatkow jako muzykalny brutal-romantyk), czy krakowianie (ich główną motywacją, by w ogóle wyjść z domu, jest zakup precli, vide 7:10). Taki sposób pokazania postaci jest strasznie dziwny, bo sugerowałby, że Smok to jakaś komedia charakterów, co jest nieprawdą, bo to przecież film(ik) akcji i komediowo przerysowani bohaterowie gryzą się z konwencją. Zamiast śmiesznie, jest zatem kuriozalnie, a dla widzów wrażliwych na stereotypy – potencjalnie krzywdząco.


To, że w kwestii stereotypów kobiety nie są, moim zdaniem, przedstawione w Smoku gorzej od innych grup bohaterów, nie znaczy, że nie ma w filmie scen, gdzie żeńskie bohaterki są źle traktowane. Niektóre momenty wywołały na mnie naprawdę przykre wrażenie. Zrobiło mi się niemiło, kiedy Kamczatkow pogardliwie wziął pod brodę Olę, gdy ta próbowała go atakować (6:25). Komentarz z Internetu z 7:10 o tym, że porwanym dziewczynom się należało, to chamski victim blaming, a rada, by kobiety nie wychodziły w ogóle z domów, by ustrzec się porwania – protekcjonalność i niemiłe ograniczenie wolności. Co prawda nie rozumiem feministycznego hejtu na komplementowanie kobiet, nawet w sytuacjach nieadekwatnych, ale telewizyjny komentarz z 11:51 na temat dopiero co wyswobodzonych ofiar porwania, informujący, że „wyglądają ślicznie” zrobił na mnie dość mroczne wrażenie: naprawdę, w sytuacji potencjalnego zagrożenia życia ważniejsze są inne rzeczy. A następujące zaraz potem pytanie dziennikarza do jednej z ofiar (11:52), czy Kamczatkow był „oziębły” i miał „nieświeży oddech”, to już w ogóle mrok. Wprawdzie wszelakie przesłanki wskazują na to, że Smok nie dopuszczał się na swoich więźniarkach żadnych aktów przemocy, w tym seksualnej (nie ma takich scen w filmie a dziewczyny po wyjściu z niewoli nie wyglądają na straumatyzowane), jednak skoro dziennikarz tak pyta, to zapewne sam uznaje, że przemoc seksualna jednak była, a w takim przypadku są to dość ohydne żarty.


W tym momencie nasuwa mi się jednak pytanie – i co z tego, że źle się czuję, oglądając te sceny? Na pewno te ordynarne zachowania bohaterów świadczą jakoś o nich samych i przyczyniają się do ich charakterystyki – możemy sklasyfikować internautów ze Smoka jako prymitywów, a dziennikarza – jako pozbawionego empatii idiotę. O samych bohaterkach-kobietach te akurat momenty filmu mówią niewiele. Osoba wierząca w to, że poprzez teksty kultury można i należy wychowywać społeczeństwo, może tu rzeczywiście znaleźć garść niewychowawczych przykładów. Ja akurat w tę wychowawczą rolę nie wierzę, więc powyższe swoje wrażenia odbieram po prostu na zasadzie „OK, ten utwór wywołał we mnie takie i takie emocje”.


Zresztą nawet jeśli by potraktować sztukę filmową jako potencjalny oręż do walki z nierównością płci, to Smok nie pokazuje kobiet wyłącznie jako słabych, biernych dam w opałach. OK, główne wątki – porwanie głównej bohaterki, dziewczyny więzione przez Kamczatkowa czy kobieta-cyborg, która nic nie robi – rzeczywiście pokazują kobiety jako postaci pasywne. Ale jest też sporo motywów, gdzie zaakcentowana jest siła kobiet i ich status równy męskiemu.


Rozumiem, na ten przykład, że postać mamy Janka nie kojarzy się z emancypacją, bo to taka stereotypowa mama. Z drugiej jednak strony, ma ona przemożny wpływ na syna (funkcja „Kontrola rodzicielska” w komputerze; telefon podczas akcji z cyborgiem), więc nawet jeśli jest stereotypowa, to jednak jednocześnie silna i mająca kontrolę.


Poza tym, kobiece bohaterki Smoka nie są ciągle sztampowo słodkie i miłe – są w filmie sceny, gdzie okazują złość, używają mocnego języka, a nawet przemocy: Ola, która ostatecznie daje się udobruchać, ale jednak reaguje gniewem, kiedy Janek ją filmuje (1:26); internautka Kasia Kowalskia [sic!] z 5:46, ucinająca seksistowskie komentarze na temat porwanych dziewczyn słowami „Co ty p******lisz gościu?!”, znów Ola, rzucająca się z pięściami na Kamczatkowa (6:25), czy też jedna z uwięzionych dziewczyn fizycznie atakująca wścibskiego dziennikarza (11:53).


Szczególnie ciekawa jest postać panelistki z telewizyjnej debaty (3:59). Już przez sam fakt, że w takim panelu bierze udział kobieta, robi się bardziej równościowo, niż w realu, gdzie często słychać narzekania, że do programów politycznych są zapraszani praktycznie tylko politycy-mężczyźni. A w Smoku kobieta-panelistka nie dość, że jest, to jeszcze wykazuje się największą stanowczością: po jakimś czasie niemrawej pogawędki na wizji, to ona nadaje ton, pytając surowo: „Jak można dogadać się z gangsterem?” (4:12), a kiedy pozostali rozmówcy – mężczyźni – nadal nie wykazują chęci do konstruktywnej dyskusji, energicznie opuszcza studio (4:26).


Wątek romantyczno-ratunkowy między Jankiem a Olą istotnie jest stereotypowy, ale Ola wykazuje inicjatywę, sama przysiadając się do Janka w 12:24 i dopominając o obiecane kino. Poza tym na początku filmu (1:05) widzimy ją, jak gra w kosza w mieszanym składzie, więc można wnioskować, że i krzepę fizyczną ma nie gorszą od facetów.


Co do równouprawnienia obyczajowego, to warto zauważyć, że dwuznaczne fotki robi w Smoku nie tylko bohater męski bohaterce żeńskiej (Janek fotografujący Olę), ale i bohaterka żeńska bohaterom męskim (Pinky Dragonetta robiąca zdjęcia skaterom w 1:00). W tej kwestii jest więc jeden do jednego. Przyznam się, że sama nie wiem, co w kwestii obyczajowości myśleć o fascynacji Kamczatkowem, jaką przejawia Pinky Dragonetta i internautka Dominica (ta ostatnia w bardzo bezpośredni sposób, słowami „Bierz mnie, Smoku!!!” w 7:09). Bo z jednej strony jest to takie wiernopoddańcze i tak naprawdę stereotypowe, ale z drugiej – no, mówią jednak dziewczyny, czego chcą, prawda?


A, no i nie żeby akurat mnie te wszystkie powyższe rzeczy, jako odbiorczynię, ziębiły czy grzały – pozbierałam je tylko po to, by pokazać, że bohaterki Smoka to jednak nie stuprocentowe ciepłe kluchy i pewne cechy stockowej Silnej Postaci Kobiecej można u nich znaleźć.


A część z przedstawień kobiet i tematów okołokobiecych w Smoku, pomimo pewnej kontrowersyjności, po prostu mi się spodobała. To cukierkowe, przerysowane zauroczenie Oli i Janka, z tymi ich uśmiechami i zacukaniem, oglądało mi się uroczo, wprost proporcjonalnie do tego, jak bardzo jest zapewne od czapy psychologicznie (no bo kto się jeszcze dzisiaj potrafi tak cieszyć drugą osobą i się tego nie wstydzić, no kto?). Nie ruszył mnie negatywnie motyw z filmowaniem i to, że Ola uznała je za komplement – ostatecznie, chodziło o zupełnie jawną sytuację w miejscu publicznym a Janek nie miał złych zamiarów. I motyw z mamą cieszącą się, że syn ogląda zdjęcia (ubranych!) dziewczyn a nie robotów, choć głupawy i moralnie wątpliwy, też ma jeden pozytywny aspekt. Przecież samotność i ucieczka w technologię to też poważny problem społeczny. Może mama Janka, przypominając synowi w taki, nieco koszarowy sposób, że ludzie są jednak ważniejsi niż przedmioty, przed czymś – na przykład taką właśnie samotnością i ucieczką – go uratowała?


Podsumowując, wrażenia co do wizerunku kobiet w Smoku mam mieszane, ale bardziej pozytywne, niż negatywne. Pewnie częściowo powodem są moje osobiste popkulturowe preferencje – niespecjalnie rusza mnie kult silnych bohaterek i odwracania tradycyjnych ról genderowych wszędzie, gdzie się da. Ale nawet pomijając to, myślę że taki właśnie sposób przedstawienia kobiet – zresztą, po dokładniejszym przyjrzeniu się, nie taki jednoznacznie stereotypowy – po prostu pasuje do stylistyki filmu i – szerzej – cyklu Legendy polskie. Po obejrzeniu drugiego filmu z cyklu – Twardowskyego – zdałam sobie sprawę, że przaśność, która wychodziła tu i ówdzie w kreacji postaci kobiecych w Smoku, to – stety bądź niestety – klamra kompozycyjna obu filmów. W Smoku mamy przaśnie przedstawione i przaśnie traktowane kobiety, a w Twardowskym główny bohater urządza w statku kosmicznym ołtarzyk z kibolskimi gadżetami i wykazuje się stereotypowo polskim cwaniactwem i niesubordynacją. Może zatem klisze w przedstawianiu i traktowaniu kobiet, w jakie na pierwszy rzut oka obfituje Smok, można odczytać również na zasadzie satyry na seksizm jako jeszcze jedną naszą narodową przywarę?




P.S. W grudniowym Regularniku Drugiej Ery moja recenzja Antipolis Tomasza Fijałkowskiego, a konkretnie m.in. dlaczego Antipolis jest fajną opowieścią o apokalipsie (bo są tam kawiarenki i kamieniczki) a Mad Max niefajną (bo brudno, obskurnie i dużo rdzy). Innymi słowy, porcelana level hard. Zapraszam!