Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 grudnia 2021

Kat-krętacz i literatura wysoka (Gene Wolfe, Księga Nowego Słońca: Cień i Pazur, Miecz i Cytadela)

 Księga Nowego Słońca Gene’a Wolfe’a, prócz radości, jaką dało mi obcowanie z kolejnym wybitnym pisarzem czerpiącym z wrażliwości katolickiej, usatysfakcjonowała mnie również jako fankę Jacka Dukaja. Podobna ścieżka rozwoju fabuły, to samo wysokojakościowe przemieszanie odmian gatunkowych i porównywalny stopień radosnego lekceważenia czytelnika i jego wygodnictwa.

Gene Wolfe, Księga Nowego Słońca
W Księdze Nowego Słońca występuje niewiarygodny narrator.
Przykład: kwestia natury klejnotu zwanego Pazurem Łagodziciela.

Za Księgę Nowego Słońca autorstwa Gene’a Wolfe’a (wydaną przez wydawnictwo MAG w serii „Artefakty”, póki co w dwóch częściach pod tytułami Cień i Pazur oraz Miecz i Cytadela) zabrałam się z podobnych powodów, co za opisywany tu ostatnio zbiór opowiadań Flannery O’Connor. Od dawna słyszałam o znakomitości tego pisarza – nie tylko na tle innych autorów science fiction, ale też literatury amerykańskiej jako takiej. Mój zapał był tym większy, że, podobnie jak O’Connor, Gene Wolfe był znany ze swojej wiary katolickiej, której ślady można znaleźć w jego dziełach. Czytałam już wcześniej inną książkę Wolfe’a, głównonurtowy Pokój, i jej wieloznaczność w połączeniu z faktycznie bliskimi mi, bardzo subtelnymi, motywami duchowymi, zachęciła mnie, by sięgnąć po jego utwory fantastycznonaukowe.

 

Księga Nowego Słońca, inaczej niż sugeruje forma wydawnicza, składa się tak naprawdę z pięciu tomów: Cień kata, Pazur Łagodziciela (w Magu, jak i często w wydaniach anglojęzycznych, wydane razem jako Cień i Pazur) Miecz liktora, Cytadela Autarchy (w Magu razem jako Miecz i Cytadela) oraz Urth Nowego Słońca (w Magu ukaże się osobno w nadchodzącym roku). W notce skupię się zatem na pierwszych czterech tomach; Urth Nowego Słońca jest jeszcze przede mną.

 

Opowiadają one, z początku w konwencji mrocznego fantasy, historię ucznia a następnie czeladnika bractwa katów imieniem Severian. Spędziwszy dzieciństwo i nauczywszy się katowskiego fachu w siedzibie bractwa w niejakiej Wieży Matachina w mieście Nessus, Severian naraża się przełożonym, pomagając pięknej więźniarce. Zostaje wydalony z bractwa i tak rozpoczyna się jego długa wędrówka, podczas której odwiedza osobliwe miejsca, poznaje różne dziwne postaci i przybiera niespodziewane role życiowe. W miarę jego wędrówki czytelnik natyka się na coraz więcej motywów, które bardziej niż z gatunkowym, akcyjnym fantasy kojarzą się z science fiction lub symbolicznymi i formalnymi zawiłościami literatury wysokiej.

 

KSIĘGA NOWEGO SŁOŃCA A LITERATURA WYSOKA

 Co do przynależności fantastycznej Księgi Nowego Słońca do literatury wysokiej, słyszałam o niej wiele przed lekturą – o tym, że Wolfe bywa zaliczany do najwybitniejszych pisarzy amerykańskich swojej epoki, a na temat wielopoziomowości i symboliki jego dzieł rozpisywane są kolejne analizy. Wstępnie nastawiłam się zatem na wyszukiwanie intertekstualności czy erudycyjnych nawiązań. Jednak, pomimo posiadania pewnych podstaw wiedzowych, niczego się nie dopatrzyłam; książki te na moim poziomie odbioru wydają się mocno samowystarczalne. Doceniłam jednak ich misterną strukturę.

 

Księga Nowego Słońca miejscami ma budowę szkatułkową, napotkani przez Severiana bohaterowie opowiadają mu swoje historie, przytaczane są opowieści zawarte w książce, którą protagonista bierze na pamiątkę z Wieży Matachina. Ważnym motywem jest sztuka teatralna, kojarząca się z teatrem absurdu lub witkacowską Czystą Formą, odgrywana przez trupę aktorską, do której Severian dołącza u początku swojej drogi. Wszystkie te szkatułkowe historie, a owa sztuka szczególnie, zmyślnie łączą się z fabułą, a jeśli ktoś czytałby uważniej, niż ja, pewnie doceniłby tę zmyślność jeszcze bardziej.

 

Przykładów na kunszt literackiej formy Księgi Nowego Słońca jest więcej. Na uwagę zasługuje choćby stylizacja cyklu na przekład z języka i kultury opisywanej planety i epoki, podkreślana przez notkę „od tłumacza” dodaną do każdego tomu. Są też zabiegi świadczące o samoświadomości narracji, na przykład bezpośrednie zwroty do czytelnika, gdzie narrator zdradza, dlaczego pewne rzeczy opisuje tak a nie inaczej. Widać na tej podstawie, że Wolfe, nie mniej niż heroicznymi przygodami Severiana, jest zainteresowany formą, w jakiej opowiada historię.

 

Mamy też do czynienia z niewiarygodnym narratorem: w miarę czytania można odkryć, że opowiadający Severian myli plany czasowe, postrzega świat przez pryzmat własnych niedoskonałości, na przykład choroby czy skrajnego zmęczenia. Bywa też, że wersja wydarzeń, którą wcześniej przekonująco nam przekazał, jest zakwestionowana przez innych, na oko bardziej kompetentnych bohaterów. Przykładem są członkinie zakonu Peleryn spotkane w lazarecie, które naruszają zaufanie czytelnika do jego wcześniejszej wiedzy na temat natury Pazura Łagodziciela.

 

Poza tym, choć wiele zdarzeń w tych książkach wydaje się nie mieć klasycznego, „przygodowego” związku przyczynowo-skutkowego, w miarę czytania okazuje się, że motywy powracają i spójnie się ze sobą splatają. Szczególnie dobrze widać to w finale Cytadeli Autarchy, gdzie wiele postaci wcześniej pozornie „porzuconych” przez narratora okazuje się odgrywać ważną rolę.

 

Także pojawiające się w opowieści artefakty czy sceny pozornie niemające wpływu na akcję są opisane tak sugestywnie, że czytelnik jest pewien, że nie są one tylko pustymi ozdobnikami, a czechowowskimi strzelbami. Jednak by w pełni usłyszeć wystrzał (mnie nie zawsze się to udawało), trzeba by pewnie przeczytać te książki z wnikliwością akademickiego krytyka, a jeśli nie, to przynajmniej – jak sugeruje w finale sam Severian – przeczytać je dwukrotnie.

 

GRATKA DLA FANÓW DUKAJA

Choć cztery tomy składające się na Cień i Pazur oraz Miecz i Cytadelę czytałam bardzo długo, przez około kwartał, a swoje kompetencje czytelnicze uważam za nie najgorsze, uważam, że nie wyciągnęłam z cyklu Gene’a Wolfe’a wszystkiego, co w nim jest. Ślizgałam się po powierzchni, koncentrując się na akcji, bohaterach, klimacie, wątkach etycznych i sklejaniu tego w imponującą całość w miarę wyjaśniania się kolejnych zawiłości fabuły. W tym sensie lektura Księgi Nowego Słońca przypominała mi mój odbiór książek Jacka Dukaja. Łapię je fabularnie, odgaduję część tropów intelektualnych i ogólnie wyciągam z lektury wiele satysfakcji. Jednak mam świadomość, że autorowi niespecjalnie zależy, by wytłumaczyć mi wszystkie swoje pomysły i część z nich po prostu mnie omija. Podobnie jak Dukaj, tym razem Wolfe wydawał się wymagać ode mnie więcej sił intelektualnych i zaangażowania, niż byłam w stanie dać. A może faktycznie wszystko wyjaśnia się u niego po ponownej lekturze?

 

Jak zasugerowałam na początku, fani Dukaja mogą mieć wiele satysfakcji z lektury Księgi Nowego Słońca również z innych powodów. Należą do nich zbliżony sposób rozwoju fabuły (nie będę rozwijać, poczytajcie sami) czy też, podobnie jak np. w Dukajowskim Lodzie czy Extensie, przemieszanie sztafażu fantasy/quasihistorycznego z pomysłami science fiction. Tu dodam, że ta warstwa w cyklu Gene’a Wolfe’a, choć znacząca dla fabuły i ciekawa, wydaje się mniej rozwinięta i technologicznie przekonująca niż u polskiego autora. (Podobnie, odkrywanie elementów „naszego” świata towarzyszących u Wolfe’a wątkowi fantastycznonaukowemu, choć również udane, nie miało takiej siły rażenia, takiej grozy, jak np. w Kantyczce dla Leibowitza Millera czy w cyklu haińskim Le Guin.)

 

GENE WOLFE – NIENACHALNY KATOLIK

W Księdze Nowego Słońca Wolfe’a bardzo przypadły mi do gustu – również nieobce prozie Dukaja – wątki nawiązujące bardziej lub mniej luźno do chrześcijaństwa. Choć Wolfe jest tu wyjątkowo nienachalny, luźne podobieństwa między wiarą chrześcijan a czcią, jaką mieszkańcy Urth obdarzają niejakich Prastwórcę i Łagodziciela czy ich wiarą w nadejście Nowego Słońca, mogą wydać się osobie wierzącej krzepiące.

 

Subtelne sugestie treści bliskich chrześcijaństwu widać również w warstwie obyczajowej. Choćby w uroczym według mnie, „prorodzinnym” zakończeniu jednej ze szkatułkowych historii. Narrator stwierdza w nim, że mężczyźni z jego stron bardzo kochają swoje rodziny: „Powiada się nawet, że kiedy mężczyzna pcha swoją łódź po kamieniach, w szurgocie, jak wtedy powstaje, można usłyszeć dwa powtarzane bez przerwy słowa: żona i dzieci, żona i dzieci, żona i dzieci…”[1]

 

Wszystko to są jednak bardzo delikatne przebłyski, świat Księgi Nowego Słońca jest bowiem mroczny i pełen występku, od okrucieństwa i grzechów seksualnych poczynając, co zresztą może być przeszkodą dla części czytelników lub przynajmniej częściowo psuć im lekturę. Dlaczego tak tam jest – tego po części dowiemy się pod koniec. Historia trochę podobna jak w biblijnej Księdze Sędziów, której okrutna treść, bulwersująca czytelników, którzy natrafią na jej wyrwane z całości fragmenty, jest smutno i słusznie uzasadniona dwoma ostatnimi zdaniami (u Wolfe’a wyjaśnienie pojawia się wcześniej).

 

FANTASTYKA JAKO BALAST

Na zakończenie dwie uwagi z perspektywy czytelnika fantastyki. Po pierwsze, Severian, główny bohater Księgi Nowego Słońca, może być dla nas, współczesnych fantastów, o tyle ożywczy, że praktycznie nie da się go lubić czy trzymać za niego kciuków. Jeśli przywykliśmy szukać w popkulturze bohaterów, z którymi możemy się utożsamiać, czy też reprezentujących grupy, do których należymy, tu możemy od tego schematu spokojnie odpocząć: katowski czeladnik już choćby przez wzgląd na swój zawód nie budzi sympatii, do tego kręci, ciągle dopuszcza się wątpliwych etycznie i logicznie czynów, a jego przygody stają się z rozdziału na rozdział coraz mniej zbieżne z jakimkolwiek naszym doświadczeniem w tzw. realu. To może być uwalniające, bo nabierając dystansu do protagonisty, lepiej docenimy kunszt samej opowieści, choćby niewiarygodność narracji.

 

Po drugie, sztafaż fantasy wydawał mi się ciążyć w odbiorze części zawartości Księgi Nowego Słońca. Być może wspomniane wcześniej wysokoliterackie walory tego cyklu były dla mnie tak trudne do uchwycenia właśnie dlatego, że Wolfe ubrał je w dekoracje, które zazwyczaj kojarzymy z bardzo typowo „gatunkową” prozą przygodową. Nie oznacza to oczywiście, że odmawiam wybitnym dziełom fantasy wstępu do literatury wysokiej, bo byłaby to po prostu nieprawda – czego przykładem nie tylko Wolfe, ale i książki Tolkiena, Le Guin, nagrodzona nagrodą Nike powieść Radka Raka czy choćby pełny kunsztu literackiego cykl smoczogórski Wita Szostaka. Jednak tym razem w przypadku Wolfe’a schematy poznawcze okazały się dla mnie zbyt silne. Co tu kryć, Severian zbyt mocno kojarzył mi się z – fakt, również na swój sposób wybitnym literacko, ale jednak typowo ludycznym – Conanem. Trudniej jest dopatrzeć się subtelnej symboliki magicznego klejnotu czy spotkania epickiego osiłka z jakimś magiem, gdy wcześniej poznało się ileś historii, w których klejnoty i magia były po prostu tworzywami dla niezobowiązujących „przygód”. Wspomniany już Pokój Wolfe’a, pozbawiony ciężaru takich dekoracji, wydawał się łatwiejszy do interpretowania.

 

 

G. Wolfe, Cień i Pazur, Warszawa 2020: Wydawnictwo MAG

G. Wolfe, Miecz i Cytadela, Warszawa 2020: Wydawnictwo MAG

Ilustracja: Hans-August Beer z Pixabay



[1] G. Wolfe, Miecz i Cytadela, Warszawa 2020: Wydawnictwo MAG, s. 334.

sobota, 7 listopada 2020

Romans dla nikogo (Stanisław Lem, „Powrót z gwiazd”)

Zawsze chciałam przeczytać Powrót z gwiazd Lema ze względu na wątek romantyczny. Gdy w końcu to nastąpiło, trochę mnie ów wątek rozczarował, współcześnie jest lekko niestrawny. Nie zawiodły mnie natomiast Lemowskie obserwacje obyczajowe i futurologia.

 


Nie dziwi mnie, że Lem nie przewidział LGBT, ale mógł przewidzieć, że rozpasani ludzie przyszłości będą np. chcieli niekiedy spędzać czas inaczej, niż ich partnerzy.

Ten blog to istne cmentarzysko zawiedzionych oczekiwań czytelniczych. Jak być może wiecie1, jedną z rzeczy, które swego czasu najbardziej lubiłam i których usilnie szukałam w prozie Stanisława Lema, są – dość skąpo w tych książkach rozsiane – wątki romantyczno-miłosne, dosłowne lub wyinterpretowane. Moją pierwszą lemowską fascynacją był Solaris, później nadinterpretowałam sobie Fiasko, bo mi się kojarzyło romansowo, z zapałem chłonęłam też tło uczuciowo-obyczajowe Cyberiady. Od dawna wiedziałam, że prawdziwą perłą w koronie, jeśli chodzi o miłosnego Lema, jest jednak Powrót z gwiazd. Niedawno w końcu nadarzyła się okazja i książkę przeczytałam. No i – po raz kolejny nie znalazłam tego, czego szukałam, znalazłam natomiast inne rzeczy.


Z GWIAZD W DAMSKIE RAMIONA

Uściślając – nie znalazłam w tej książce romantycznych wrażeń, które spodziewałam się przeżyć, bo wątki romansowe tam oczywiście są. Powrót z gwiazd to generalnie książka obyczajowa: główny bohater, Hal Bregg, wraca z dalekiej i niebezpiecznej ekspedycji kosmicznej, podczas której, wskutek paradoksu czasowego, dla załogi minęło niewiele czasu, gdy tymczasem na Ziemi upłynęło ponad sto lat. Bregg trafia więc do świata, w którym pod jego nieobecność nastąpiły ogromne zmiany techniczne i kulturowe. Wraz z czytelnikiem poznaje codzienność życia w futurystycznej rzeczywistości oraz próbuje nadrobić relacje międzyludzkie. A że jego krewni i przyjaciele już dawno nie żyją, to – jak mówi mu pewien sędziwy doktor – któż mu pozostał, jak nie kobiety?


MĘSKIE EMOCJE

Mamy zatem szereg (niezłożony z przesadnie wielu elementów) perypetii, jakie spotykają Bregga na drodze do znalezienia osoby, z którą będzie mógł się zrozumieć, założyć wspólne ognisko domowe, i w której ramionach będzie mógł znaleźć odrobinę ciepła. Są tu obrazki typowo obyczajowe – smakowicie okraszone futurologicznymi wizjami rozwoju owej ludzkiej obyczajowości, uczuciowości, czy instytucji związku i małżeństwa – są też (słownie) dwie sceny miłosne oraz dużo liczniejsze obrazy męskiej emocjonalności i kierujących męskim bohaterem związkowych motywacji.


No i tak, gdy za młodu rozpoczynałam swój quest w poszukiwaniu romantyzmu u Lema, pewnie w pierwszej kolejności zaciekawiłby i ujął mnie ten ostatni wątek. I trzeba przyznać, że rozterki Bregga, jego zagubienie, całkiem rozsądne pragnienia i wysiłki na rzecz ich sublimacji, a chwilami też niemalże uczuciowy szał – są przedstawione w sposób sugestywny, a z drugiej strony przyjemnie subtelny. To wszystko działa na czytelnicze emocje, a dla niektórych czytelniczek spośród tych, którym zdarza się durzyć w bohaterach literackich, intelektualizujący gwiezdny twardziel z sercem na wierzchu i (lekko się tylko niekiedy naddającymi) zasadami może jawić się wręcz jako „chłopak do zakochania”.


CZARNA POLEWKA W WERSJI HIGH TECH

Powyższe nastawienie jest mi dobrze znane, ale sama jako czytelniczka absolutnie nie jestem na tym etapie. Na wątki romantyczne w Powrocie z gwiazd patrzyłam więc z zainteresowaniem, ale nie tyle emocjami, co obyczajami i wartościami. W kwestii obyczajów na pewno zajmujący jest wspomniany rys futurologiczny. Przykładem jest słynna, jesli chodzi o tę książkę, koncepcja betryzacji – rodzaju antyprzemocowej emocjonalnej kastracji ludzkości – która znacznie wpływa też na relacje międzypłciowe. Inny przykład to błyskotliwy i bardzo zabawny motyw brytu – biotechnologicznej czarnej polewki podawanej przez kobiety absztyfikantom, których chciały trzymać na dystans.


ROMANS NIESTRAWNY DLA NIKOGO

Co do sfery wartości związanej z relacjami miłosnymi, poczułam się podczas lektury Powrotu z gwiazd zagubiona i wyobcowana – i zastanawiam się, czy którykolwiek ze współczesnych czytelników się tak nie czuje. Lemowska wizja miłości i małżeństwa w przyszłości nie wydaje się bowiem, przynajmniej na dzisiejszy stan literatury, ani szczególnie odkrywcza, ani futurologicznie trafiona, ani – atrakcyjna.


Z jednej strony mamy tu, dość stereotypowo, spore rozluźnienie obyczajów, ludyczne nastawienie i brak wzmianek o religijnej czy innej „uwznioślającej” nadbudowie miłości i małżeństwa. Z drugiej strony jest to wizja w dużej mierze mieszczańska i konserwatywna. Bohaterowie grzecznie drepczą do futurystycznych urzędasów, by legalizować swoje luźne i krótkotrwałe związki, a w miejscach publicznych, np. przybytkach rozrywki, pojawiają się karnie w heteroseksualnych parach. Nie dziwi mnie tu bynajmniej, że Lem w latach 60-tych nie przewidział ekspansji kultury LGBT czy poliamorii, bo kto to mógł przewidzieć. Ciekawi mnie jednak, że nie przyszło mu do głowy, że rozpasani ludzie przyszłości mogą np. chcieć spędzać wolny czas w inny sposób i w innych miejscach, niż ich partnerzy. Podsumowując wszystko powyższe – nie wiem, czy ktokolwiek z nas współczesnych, niezależnie od poglądów, chciałby żyć w czymś takim.


BOHATER WIERNY, LECZ NARWANY

Ta etyczna ambiwalentność tyczy się też – mimo innych wspomnianych pozytywnych emocji, które może wzbudzać protagonista Powrotu z gwiazd – podejścia Bregga do miłości i związków. Osoby lubiące obyczajowość chrześcijańską i/lub zachowawczo romantyczne mogą być jeszcze ewentualnie mile zaskoczone pragnieniem Bregga, by wejść w związek, który – wbrew trendom na nowej Ziemi – przetrwa całe życie. Z drugiej jednak strony nie tylko czytelnicy lewicowi mogą być współcześnie lekko etycznie zszokowani dość maczystowskim niekiedy poczynaniem sobie bohatera z płcią przeciwną (niechęć połączona z pożądaniem wobec Aen; niejednoznacznie konsensualny początek znajomości z Eri), czy też gwałtownością jego miłosnych afektów. Niezależnie od światopoglądu, obecnie jesteśmy chyba bardziej zbetryzowani, niż protagonista Powrotu z gwiazd i z jego działaniami często trudno się identyfikować a niekiedy mogą one nawet budzić sprzeciw.


NIEZNANE PROROCTWO LEMA!

Tak to u mnie wygląda. Nie powzruszałam się tyle, ile chciałam, niestety. Na szczęście jednak lektura była przyjemna z innych powodów. Głównie dzięki wspomnianej futurologii: nie tylko wizja przyszłej obyczajowości, ale i techniki, mody, architektury czy struktury społecznej, choć nie zawsze trafiona, została przez Lema w Powrocie z gwiazd oddana ciekawie. Działa to wszystko na wyobraźnię wizualną (jakież psychodeliczne wizje on tam niekiedy roztacza – uczta dla wewnętrznych oczu!), daje do myślenia (również w tych miejscach, gdzie autor się pomylił – można dywagować, gdzie się podziały te wszystkie bogactwa, blichtr i powszechne bezpieczeństwo, które nam, ludziom przyszłości, miało przyjść w udziale?) a w kilku miejscach jednak zaskakuje trafnością. Bo Lem przewidział w tej książce nie tylko ten nieszczęsny opton, który wszyscy tak wałkują, ale na przykład również to:


Podała mi wysoki stożek z rurką, mienił się jak rubin, ale był miękki, jakbym dotykał mszystej skórki owocu. (...) Płyn miał smak nieznanych, świeżych owoców, z malutkimi grudkami, które niespodziewanie i zabawnie rozpryskiwały się na języku.2


I co, spodziewaliście się czegoś takiego, hipsterzy?


---

Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, Warszawa 2008: Biblioteka Gazety Wyborczej.

 

Obrazek: zmodyfikowana przez autorkę ilustracja Clker-Free-Vector-Images z Pixabay

1 Jeśli np. czytaliście notkę o „Fiasku” lub słuchaliście naszych paneli lemowskich na tegorocznym festiwalu Cytadela (dostępne tutaj i tutaj).

2 S. Lem, Powrót z gwiazd, Warszawa 2008: Biblioteka Gazety Wyborczej, s. 93. Dziękuję Ziucie za powiązanie tego fragmentu powieści i piosenki!

poniedziałek, 19 października 2020

Czas śmiania, czas narzekania (Henry Kuttner, „Próżny robot”)

 Czasami nachodzi nas ochota, by poczytać coś lekkiego, pobudzającego do śmiechu, poprawiającego nastrój. Za taką właśnie literaturę uchodzą wśród utworów science fiction opowiadania Henry’ego Kuttnera, w tym te zgromadzone w antologii „Próżny robot”. Ale bywa tak, że zamierzone na początku wytchnienie i zabawa obraca się w trakcie lektury w coś innego i nieoczekiwanego.

Dowcipy alkoholowe śmieszą różnie w zależności od wieku. Ogółem
jednak opowiadania Kuttnera mnie
ubawiły i rozerwały, choć nie
obyło się bez neurotycznej rozkminy.

Na początek mała retrospekcja. Kilka lat temu, mając akurat w czytaniu wstrząsającą „Drogę” Cormaca McCarthy’ego, obejrzałam w ramach wytchnienia po pracy kreskówkę pt. „WALL-E”. Oglądałam późno wieczorem, lekko przysypiając, i ta moja dekoncentracja, w połączeniu ze świeżymi wrażeniami z „Drogi”, sprawiły, że urocza historyjka dla dzieci opowiadająca o robociku-śmieciarzu, jego ekologicznej misji i miłości do robociczki o imieniu EWA wydała mi się jakimś straszliwym postapo. Patrzyłam na obrazy hałd śmieci pokrywających Ziemię i miast zamierzonej przez twórców koncentracji na przygodach robotów i ekologicznym przesłaniu odczuwałam przerażenie tymi – jak mi się to jawiło w związku z lekturą McCarthy’ego – obrazami umierającego świata, po którym bezładnie i beznadziejnie kręcą się dwie żałosne istoty. Cóż, popkultura nie zawsze potrafi być eliotowskim obiektywnym korelatem i czasem efekt, który dane dzieło ma wywrzeć na na czytelniku – rozbawienie, przestrach, moralna perswazja – z różnych powodów spektakularnie się wykrzacza.


KUTTNER – SZTANDAROWY FANTASTYCZNY HUMORYSTA

Trochę, ale tylko trochę, miałam tak ze zbiorem opowiadań Henry’ego Kuttnera „Próżny robot”, wydanym przez Solaris w 2011 r. Kuttnera kojarzyłam zawsze jako twórcę humorystycznego: kilku bliskich jest fanami jego komizmu, pojawił się też jako sztandarowy przykład w dyskusji poznańskiego Koła „Noosfera” na temat zabawnych wątków w fantastyce. Te rekomendacje zachęciły mnie, by kiedyś sięgnąć po tego autora i kiedy kilka miesięcy temu, przygotowując się do ważnego egzaminu, dostałam radę, by „poczytać coś wesołego” dla odstresowania się, stwierdziłam, że to właściwy moment. Czy efekt został osiągnięty? W ostatecznym rozrachunku tak, ale okazało się to bardziej skomplikowane, niż myślałam.


Gwoli wprowadzenia technicznego: antologia opowiadań Kuttnera skompilowana przez Solaris składa się z trzech części. Sekcja „Roboty i podróże w czasie” zawiera trzy teksty, które łączy temat ingerencji kosmitów w życie mieszkańców Ziemi – bądź to za pomocą pozostawionych przedmiotów, bądź to poprzez bezpośrednie działania – i niesamowitych skutków tychże ingerencji. Cykl „Galloway Gallegher” to opowiadania o konstruktorze-alkoholiku, który w stanie upojenia wpada na genialne pomysły wynalazcze. I wreszcie „Hogbenowie” to zbiór historii o rodzinie mutantów posiadającej nadludzkie umiejętności z pogranicza magii i technologii, a przy tym żyjącej sobie gdzieś na głuchej prowincji w Stanach Zjednoczonych i całkiem nieźle wtapiającej się w tamtejszą zaściankową społeczność.


KOSMICI BARDZIEJ STRASZNI, NIŻ ŚMIESZNI

Zaczęłam czytać „Próżnego robota” zgodnie z kolejnością, od opowiadań o robotach i podróżach w czasie. Faktycznie, nieźle mnie wciągnęły i sprawiły, że skutecznie oderwałam się od myśli o czekającym mnie stresie. Wszystkie teksty mają zaskakujące fabuły, dużo się w nich dzieje a brzytwa Lema ślizga się po nich bez najmniejszego draśnięcia – zarówno tajemniczy artefakt znaleziony przez dzieci w pierwszym opowiadaniu, radio, które okazuje się być czymś więcej niż radiem w opowiadaniu drugim, jak i przybycie obcych w finalnym tekście, to doskonałe przykłady na to, jak warto używać motywów fantastycznych, by czytelnika zadziwić, przestraszyć i wybić z rutyny w stopniu nieosiągalnym za pomocą sztafażu realistycznego.


Było zatem ciekawie – tylko pytanie, czy aż tak śmiesznie? Dla mnie nie tak bardzo. Z pewnością dialogi są w tych opowiadaniach prowadzone z dużą dozą humoru a opisane w nich fantastyczne niesamowitości mają w sobie absurd i groteskę. Całość nie sprawiła jednak, że zaśmiewałam się serdecznie do łez, wstrząsana oczyszczającymi, katartycznymi skurczami. Wprost przeciwnie – jeśli poza zaciekawieniem towarzyszyły mi jakieś emocje, był to raczej lekki przestrach, bo wszak mamy tu elementy grozy. Może zresztą zadziałała tu demografia – gdy opowiadania te czyta np. dzieciak lub stereotypowy facet, może łatwiej czuć mu rozbawienie biegiem ich fabuły, bo może albo identyfikować się z bohaterami, albo czuć pewną złośliwą lub właśnie katartyczną satysfakcję, że im się dostało. Na mnie nie podziałało to w ten sposób i miałam raczej wrażenia na zasadzie: ojej, biednieńcy, kochani, żeby im się co złego nie wydarzyło... Zatroskanie zamiast rozbawienia, trochę jak ongiś, przy oglądaniu „WALL-E”’ego.


GALLEGHER – POGODNY I STRESUJĄCY

Wciągające fabuły, element zaskoczenia i doskonałe wykorzystanie motywów fantastycznych to zresztą cechy, które posiadają opowiadania ze wszystkich części zbioru „Próżny robot”. Druga część antologii, „Galloway Gallegher”, trzyma jednak czytelnika w napięciu nie tylko z uwagi na niesamowite rozwiązania techniczne tworzone przez protagonistę, czy też z uwagi na konstrukcję opowiadań (mamy tu sporo wątków rodem z prozy kryminalnej, sensacyjnej i szpiegowskiej), ale też dlatego, że nie sposób nie kibicować Gallagherowi: uda się mu, czy się nie uda? Wpadnie na właściwy pomysł przed upływem któryś już raz przesuwanego terminu zlecenia, czy nie wpadnie i wezmą go do paki za niedotrzymanie umowy? Choć więc motywów bezpośrednio humorystycznych jest tu jeszcze więcej, niż w opowiadaniach z pierwszej części zbioru – mnie najbardziej bawili chyba tytułowy narcystyczny robot Joe oraz dziadek Galleghera i jego dialogi z wnukiem – to moje rozbawienie znów podszyte było „dorosłym” lękiem, że jakże to tak można, tak chronicznie nie dotrzymywać deadline’ów i nie cierpieć przy tym ciągłych katuszy ze stresu i poczucia winy? W takim momencie czytelnik zaczyna empatycznie cierpieć za bohatera.


Z uwagi na demografię przepadła dla mnie również część dowcipów alkoholowych. Gdy byłam w wieku nastoletnim, zarówno mnie, jak i moich równieśniczych przyjaciół strasznie bawiły, bardziej z pobudek czysto abstrakcyjnych niż empirycznych, wice o chlaniu, wódzie czy byciu żulem. Natomiast później jakoś to się wszystko rozpłynęło, nie że jakieś wielkie historie z uwrażliwieniem się na tragedię alkoholizmu, po prostu zaczęły nas śmieszyć inne rzeczy. Ale pomimo tych boomerskich rozkmin muszę przyznać: Gallegher i jego wysoce dowartościowany roboci pomocnik bawią, ciekawią i skutecznie poprawiają humor.


HOGBENOWIE – ZABAWNI, POLITYCZNIE NIEPOPRAWNI

Hogbenowie podziałali na mnie podobnie jak Gallegher: tak jak on zaciekawiają, mają rozmach, technologiczne fajerwerki i udzielającą się czytelnikowi witalność, i ogólnie są wielkimi odsmucaczami. Poza obiektywnym komizmem historii o nastoletnim synku rodziny, który z gratów znalezionych na tyłach podwórka buduje stos atomowy, o skonstruowaniu przez ową rodzinkę strzelby powodującej ból zębów u wszystkich mieszkańców miasteczka celem narobienia kłopotów pewnemu wścibskiemu profesorowi, czy też o sklonowaniu złośliwego sąsiada tak, by mógł dać w gębę wszystkim ludziom na świecie, te historie mają w sobie zwyczajny, ludzki optymizm. Fajnie poczytać o tym, że Hogbenom, przez (tyci spoiler) tysiące lat ich życia ciągle się udaje, że pomimo ich atomowo-genetyczno-czasoprzestrzennych umiejętności sąsiedzi w miarę ich lubią, proboszcz tylko od czasu do czasu skarci za paranormalne ekscesy z lataniem, a mama spokojnie chodzi na spotkania parafialne i przynosi nowinki.


Jednak i w tej części antologii dopadły mnie wątpliwości boomerskiego smutasa – tym razem z pobudek politpoprawnościowych. Bo na przykład – choć osobiście nie wydaje mi się żadną zbrodnią danie dzieciakowi w tyłek, by uchronić go np. przed poniesieniem jakiejś większej szkody na ciele, a już tym bardziej niewinne jest dla mnie dawanie raz po raz w łeb fikcyjnemu bohaterowi będącemu zdolnym do latania i niewidzialności mutantem przez jego równie fikcyjną matkę – to czy w naszych czasach można jeszcze takie och-jak-bardzo-straszne, propagujące przemoc domową opowiadanie, streszczać lub polecać coraz bardziej wrażliwiejącym wspołfantastom?


Albo to, że w finalnym opowiadaniu p.t. „Zimna wojna” (notabene bardzo aktualnym, bo podnoszącym tematykę wirusologiczną) zawiązaniem fabuły jest niezrównana brzydota niejakiej Lily Lou Mutz, przez którą wpada ona w oko innemu niezrównanie brzydkiemu bohaterowi a ich potomstwo, wskutek pewnych biotechnologicznych machinacji Hogbenów, wywołuje istne genetyczne pandemonium. No więc jakże to tak, postrzegać bohaterkę kobiecą z perspektywy jej wyglądu, w dodatku niepochlebnie? (I jeszcze nadmieniać, że wskutek tej brzydoty mieszkańcy miasteczka rzucali w nią grudami ziemi?) Sama mam dystans to takich pomysłów ideowej lektury, ale w obecnych czasach, przy rosnącej wykładniczo wrażliwości współczytelników, takie myśli-przeszkadzajki jednak się przy lekturze pojawiają.


MODLITWA O ŚMIECH

Tak więc opowiadania Kuttnera mnie, summa summarum, ubawiły i rozerwały, choć każdemu zabawnemu motywowi towarzyszyła, jak widać, neurotyczna rozkmina. Może jest trochę tak, że każdy czytelnik – i każde pokolenie czytelnicze – ma takie momenty, kiedy rozbawienie humorystycznymi książkami przychodzi nieco trudniej – wiadomo, jest czas śmiania i czas narzekania. A jak komuś tego śmiechu w takim mniej zabawowym czasie jednak brakuje, to zawsze można zrobić w tej sprawie to, co w trudnych sprawach robił niekiedy Gallegher (i nie, nie chodzi mi o picie).


Henry Kuttner, Próżny robot, Stawiguda: Solaris 2011.

Ilustracja: własna kompilacja obrazków BarelyDevi i Clker-Free-Vector-Images z Pixabay

niedziela, 4 lutego 2018

Święci z Hain

Wiadomość o śmierci Ursuli K. Le Guin dotarła do mnie w trakcie wprowadzania poprawek do tego tekstu. Szczerze mówiąc, nadal sobie tego wszystkiego nie poukładałam. To jedna z bardzo ważnych dla mnie autorek, w dodatku w ostatnich miesiącach, ze względu na wyzwanie Hain, byłam szczególnie mocno zanurzona w jej książkach. I jeszcze to, że przygotowując się do napisania ostatniej – tej – części cyklu wpisów, siedziałam akurat w temacie porównywania jej fabuł i chrześcijańskiej eschatologii.

Le Guin i eschatologia... Wywnętrzę się, że moim pierwszym wspomnieniem na temat tej twórczyni był jej esej, czy też wywiad z nią w „Nowej Fantastyce”, dawno temu, w którym napisała, że jest ateistką. Pamiętam, że czytając to jeszcze jako dziewczynka, zmartwiłam się o nią. I chyba nigdy mi to do końca nie przeszło.

Dziwnie mi trochę wrzucać w sieć tekst o wątkach duchowych i ostatecznych w książkach Ursuli tak krótko po Jej śmierci. Tym bardziej, że założenia duchowe, z których w nim wychodzę, są tak różne od tych, które deklarowała. Z drugiej strony nie chciałam czekać, bo kiedy upamiętnić tę Autorkę, jak nie teraz? Oby zatem wszystko obróciło się na jak najlepsze.

Notka na podstawie prelekcji pt. „All Saints of Hain. Finding parallels between Christian saints and U.K. Le Guin Hain's heroes” wygłoszonej 5 listopada 2017 r. podczas Festiwalu Fantastyki Falkon w Lublinie.




Przypomnijmy, o co chodziło ze świętymi i Le Guin: podczas zeszłorocznego wyzwania czytelniczego o powieściach z uniwersum Ekumeny fabuła Miasta złudzeń skojarzyła mi się z żywotami ze Świętych codziennego użytku Szymona Hołowni, które czytałam wówczas równolegle. W dyskusji pod wpisem zostałam zachęcona przez pomysłodawczynię wyzwania, Rusty, do napisania czegoś szerszego o martyrologii jako cesze bohaterów cyklu Le Guin. W ten sposób powstała prelekcja na zeszłorocznym Falkonie, a teraz ten wpis.


Jak można podejść do motywu męczeństwa lub świętości u Le Guin? Jeden ze sposobów podsuwają pierwsze strony Świata Rocannona. Narrator zauważa tam, że historia o czynach tytułowego Rocannona, „człowieka, zwykłego uczonego Ligi”1, została z czasem przez lud Ekumeny uznana za historię o czynach boga. Nie żałuje on przy tym zgryźliwości pod adresem zabobonnego motłochu: „Irracjonalizm wypełnia przepaść czasu, której dwa brzegi łączą nasze światłowce, a w jego mroku plenią się jak zielsko niepewność i niewspółmierność”. Czy krytykuje w ten sposób pomyłkę mieszkańców świata Rocannona, którzy błędnie uznali istotę ludzką za byt nadprzyrodzony, czy też generalnie prezentuje postawę krytyczną wobec wszelakiej metafizyki? Słowo „irracjonalizm” sugeruje raczej to drugie.


I to byłoby podejście, które najbardziej spodziewałabym się spotkać w tekście o Hain i świętych, gdybym go nie pisała, a czytała: założenie, że to, co stoi za hagiografiami, to pewien konstrukt oparty na pomyłce – mylnym założeniu, że istnieje cokolwiek nadprzyrodzonego – i porównujący mechanizm działania tego konstruktu z mechanizmem powstawania tworu politycznego powołanego przez człowieka, jakim była u Le Guin Ekumena.


Ja zabrałam się jednak do tematu od innej strony, bo podejście konstruktywistyczne wypadłoby w moim wydaniu nieszczerze. Skupię się przede wszystkim na fabularnym podobieństwie między historiami poszczególnych bohaterów z Hain a żywotami świętych, którzy mi się z nimi skojarzyli, a co do założeń światopoglądowych – cóż, nie kryję przemożnej sympatii do obu opisywanych tu o/Opowieści; do każdej proporcjonalnie do jej wagi.


Podobnie, jak w wyzwaniu, jedziemy według powieści haińskich Le Guin z wydania Prószyńskiego z 2015 r., czyli:

1. Świat Rocannona
2. Planeta wygnania
3. Miasto złudzeń
4. Lewa ręka ciemności
5. Słowo „las” znaczy świat
6. Wydziedziczeni



1. Świat Rocannona: Gaveral Rocannon i św. Jacek Odrowąż



Gaveral Rocannon to naukowiec – „kosmiczny etnograf” – który początkowo wyrusza na wyprawę w kompanii współbadaczy, potem zaś zostaje sam i przemierza planetę Fomalhaut II, zapoznając się z zamieszkującymi ją różnorodnymi plemionami (Angyarów, Gdemiarów i Fiia). Z drobniejszych, acz znaczących szczegółów jego biografii: Rocannon pomaga szlachetnej damie odzyskać utraconą własność (zwraca Semley jej naszyjnik), napotyka wspólnotę ludzi, która ucierpiała od klęski żywiołowej i wyświadcza im pomoc (pożar w wiosce Fiia i zemsta na jego sprawcach), a ostatecznie staje się legendarnym bohaterem i patronem-imiennikiem planety Rokanan, jak zostaje przechrzczona Fomalhaut II.


Szukając świętego, który byłby również szkolarzem, podróżnikiem i dobroczyńcą, wytypowałam św. Jacka Odrowąża (1185-1257): apostoła północno-wschodniej Europy, reformatora życia zakonnego i założyciela zakonu dominikanów w Polsce. Podobnie jak Rocannon, odebrał on solidne wykształcenie (urodzony w Polsce, udał się na studia do dalekiej Bolonii). Również tak jak swój haiński odpowiednik, choć w mniej dramatycznych okolicznościach, zaczyna wędrówkę w większej grupie, by następnie zostać w pojedynkę: po zakończeniu edukacji i formacji kapłańskiej we Włoszech, wraz z bratem Czesławem i innymi mnichami udaje się do Polski. Po drodze jego kompani odłączają się jednak jeden po drugim, zakładając klasztory w napotkanych miejscowościach. Jacek samotnie dociera do Krakowa i tam rozpoczyna swoją monastyczną działalność. Cała jego podróż z Włoch do Polski przypomina doświadczenia Rocannona również pod względem wielokulturowych kontaktów: św. Jacek z całą pewnością wędrował przez wiele krajów i głosił kazania ich mieszkańcom, choć może nie było ich aż tak wiele, jak podaje legenda (Szwecja, Norwegia, Dania, Szkocja, Rosja, Turcja, Grecja i ostatecznie Polska).


Również wymienione wcześniej szczegóły życia Rocannona mają odzwierciedlenie w żywocie św. Jacka. Okazję do pomocy damie w odzyskaniu własności zyskuje on w 1240 r., podczas pożaru Kijowa. Według legendy św. Jacek, nim uciekł z płonącego kościoła, chciał uratować monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Gdy miał już uciekać, usłyszał głos mówiący: „Zabierz też mnie!”. Dochodził on ze strony figury Matki Bożej. Św. Jacek chwycił figurę i choć ważyła dużo więcej, niż w naturalny sposób mógłby unieść, wyniósł ją wraz z monstrancją.


Paralela z pomocą poszkodowanym podczas klęski wiąże się ze znanym wykrzyknieniem „Święty Jacku z pierogami!”. Legenda o pierogach ma dwie wersje: według pierwszej z nich, św. Jacek odwiedził kiedyś miejscowość Kościelec, w której gradobicie zniszczyło plony i mieszkańcom groził głód. Święty nakazał im się modlić i plony w cudowny sposób się odrodziły. W dowód wdzięczności, mieszkańcy ugościli go pierogami ulepionymi z mąki z odzyskanego zboża. W drugiej wersji legendy to św. Jacek lepił pierogi i dokarmiał nimi ludzi cierpiących z głodu podczas tatarskiego najazdu na Kijów.


Jeśli chodzi o stanie się żywą legendą – cóż, Jacek Odrowąż stał się świętym, natomiast co do patronowania, jest wiele kościołów pod jego wezwaniem, niektóre (podobnie jak Fomalhaut II w uniwersum haińskim) w bardzo egzotycznych lokalizacjach – jedna z nich to np. bazylika św. Jacka w Chicago, od której wzięła nazwę tamtejsza słynna polska dzielnica, Jackowo.



2. Planeta wygnania: Rolery i Jacob, św. Joanna d'Arc i państwo Quattrocchi



Planeta wygnania to dość prosta historia, trudno było w niej dopatrzyć się jakiegoś szczególnie zawiłego życiorysu, który następnie można by dopasować do żywota któregoś ze świętych. Dwa główne tematy to – spoilery, spoilery! – militarne zwycięstwo oraz historia fajnej, mieszanej kulturowo pary małżeńskiej: Rolery i Jacoba Agata, która dała początek nowemu rodowi. Jakie tego typu historie sukcesu można znaleźć wśród zastępów świętych? Z sukcesem militarnym z pewnością kojarzy się Joanna d'Arc (1412-1431) – francuska dziewczyna, która powiodła swoich rodaków do kilku ważnych zwycięstw w wojnie stuletniej. Później co prawda nie miała łatwo, bo adwersarze posądzili ją o czary i spalili na stosie, ale moralne i eschatologiczne zwycięstwo należało jednak do niej.


Jeśli chodzi o fajne małżeństwa, to dwójką ludzi, którzy zostali kanonizowani po prostu za bycie dobrą parą, byli święci Maria (1884-1965) i Luigi (1880-1951) Beltrame Quattrocchi. W przeciwieństwie do bardziej stereotypowych świętych – męczenników czy przynajmniej celibatariuszy – według tego, co pisze o nich Hołownia w Świętych codziennego użytku, oni po prostu bardzo dobrze żyli ze sobą, byli mocno wierzący i trochę udzielali się charytatywnie. Co do dania początku nowemu rodowi – wszystkie z czworga ich dzieci wybrały życie konsekrowane, więc poniekąd kontynuowały hagiograficzną tendencję zapoczątkowaną przez rodziców. Ale przede wszystkim – państwo Quattrocchi po prostu bardzo dobrze funkcjonowali jako para. Kiedy czytałam zachwyty Hołowni nad zarówno ich wzajemną czułością w codziennym życiu, jak i górnolotnymi przemyśleniami o jedności dusz i nadziei na bycie razem nawet po śmierci, miałam podobne wrażenia, jak przy czytaniu passusów o życiu małżeńskim pary z planety Werel – z jednej strony czuła troska o wzajemne zdrowie czy szukanie chwil prywatności, z drugiej – kosmiczne porozumienie nawiązane za pomocą niewyuczonej myślomowy. I zarówno fabuła Planety wygnania, jak i historia Quattrocchich to – dla mnie przynajmniej – źródła krzepiącej myśli, że nawet jeśli chce się być moralnym maksymalistą, to czasem – czasem – nie trzeba nadstawiać głowy albo odzierać się ze wszystkiego, czasem może po prostu być dobrze.



3. Miasto złudzeń: Falk/Ramarren, św. Maria Egipska i inni


Co do głównego bohatera Miasta złudzeń, zwanego na początku Falkiem, później Ramarrenem, znów trudno było jednoznacznie dopasować do jego życiorysu jakąś jedną znaną mi biografię świętego. Podczas gdy jednak w wypadku Planety wygnania trudnością była zbytnia prostota fabuły, tutaj losy protagonisty okazały się zbyt skomplikowane. Na początku odnaleziony bez pamięci, później układający sobie życie w domu Zove, a następnie ruszający na misję nie wiadomo gdzie i po co, gdzie po drodze, oprócz rozlicznych przygód i niestałości w kwestiach sercowych, doświadczał też kilkukrotnej zmiany punktu widzenia i motywacji. Generalnie, jeśli był kiedykolwiek taki święty, to oprócz bogatego w przygody życiorysu musiał mieć jeszcze albo wyjątkowo chaotyczne otoczenie, albo wyjątkowo niestały charakter...


I z tym tropem kojarzy mi się – choć dość luźno – kilku świętych. Niezbyt etycznie wyglądająca – zarówno w kwestii wierności i opanowania, jak i konsensualności afera miłosna Falka i Estrel, którą ten pierwszy srogo następnie odpokutował, może kojarzyć się z historią św. Marii Egipskiej (344-421), która spędziwszy młodość jako wyjątkowo rozbuchana seksualnie jawnogrzesznica, udała się w końcu na pielgrzymkę do Jerozolimy. Początkowo dołączyła do niej w celach seksualnych, jednak podczas jej trwania nawróciła się i została pobożną eremitką. Czyż ten finał nie jest trochę podobny do finału historii Falka, który po przebyciu skomplikowanych życiowych meandrów na Terrze, udaje się na swoją właściwą, ostateczna misję w (niemalże) samotności i mistycznym mroku?


Jeśli chodzi o samo bogactwo życiowych ról, Falk może kojarzyć się z św. Rafałem Kalinowskim. Z wykształcenia inżynier, jakiś czas pracował na uczelni, po czym wstąpił do carskiego wojska, ale w obliczu niebezpieczeństwa bratobójczej walki zrzekł się stanowiska i przystąpił do powstania styczniowego, został nawet ministrem wojny w strukturach litewskich. Za karę za działalność powstańczą został zesłany na Syberię, gdzie imał się przedziwnych zajęć zarobkowych, a po zwolnieniu z katorgi i powrocie do Polski wstąpił do zakonu karmelitańskiego i przyjął święcenia kapłańskie. Hołownia wspomina dodatkowo, że Rafał Kalinowski był wielkim bałaganiarzem i człowiekiem wyjątkowo nieogarniętym w kwestiach domowo-bytowych, co też kojarzy się trochę z chwiejną osobowością Falka/Ramarrena.


To, co najbardziej utrudniało mi przyrównanie Falka do któregoś ze świętych, to jednak jego niezbyt kryształowa moralność. Niestały w uczuciach wobec kobiet (podczas trwania fabuły porzucił trzy, choć jedną – na samym początku – nie całkiem świadomie) i nie do końca pewny, co w zasadzie powinien robić, czy jego misja ma sens – Falk nie dostaje tu do poziomu pozostałych protagonistów Hain, mających raczej wysokie standardy moralne, nawet jeśli nie w rozumieniu chrześcijaństwa, to z pewnością na miarę swoich kręgów kulturowych.


Ale, po namyśle, bywali i tacy święci. Mojżesz Etiopczyk, o którym również wspomina Hołownia, to były zbir, który tak jak Maria Egipska, nawrócił się i został pustelnikiem, ale... czasami miewał epizody powrotu do dawnego życia i zdarzało mu się udać na szaber i dziewczyny. Jeśli zaś chodzi o chwile zawahania Falka w mieście Es Toch, to jego czasowe zaciemnienie wizji tego, co należy robić, kojarzy się z „nocami ciemnymi” niemal utraty wiary, których doświadczała m.in. św. Matka Teresa z Kalkuty.



4. Lewa ręka ciemności: Genly Ai i św. Augustyn z Canterbury

Obrazek oczywiście mylący, św. Augustyn nie był, jak św. Patryk, przedstawicielem chrześcijaństwa iroszkockiego. Został wysłany bezpośrednio przez papiestwo, a oba odłamy - iroszkocki i papieski - połączył dopiero w 664r. synod w Whitby. Ale metodologię mieli podobną!


Jednym z wątków, który szczególnie pociąga mnie w Lewej ręce ciemności, jest sposób politycznego działania Ekumeny i jej mobili. Zachwyciło mnie, że wspólnota wysyłała swoich ambasadorów na misje jako kompletnie bezbronnych: w pojedynkę, bez możliwości nacisku militarnego czy choćby samoobrony, i że proces przekonywania miejscowych do ewentualnego przystąpienia do Ekumeny był zaplanowany jako nieśpieszny, dobrowolny i dostosowany do rytmu decyzyjności danej społeczności: jeśli akcja się nie uda i mobil zginie lub umrze na swoim posterunku, to co najwyżej jego kolejny zmiennik dokończy dzieło, które tamten rozpoczął.


Choć ten sposób działania – bezbronność i nienawracanie na siłę niechętnych – jest zgodny z regułami, jakie Jezus ustanowił dla wszystkich apostołów czy misjonarzy (por. Mateusz 10), mnie, chyba pod wpływem eseju Sapkowskiego Świat króla Artura, kojarzyło się to szczególnie z chrystianizacją Wysp Brytyjskich we wczesnym średniowieczu, która w porównaniu z innymi misjami tamtych czasów była szczególnie pokojowa, wieloetapowa i cierpliwa, a proces wyjaśniania prawd wiary nowym wyznawcom często następował w sposób zindywidualizowany i odwołujący się do ich dawniejszych wierzeń, odpowiednio „uświęconych”.


A który z misjonarzy Brytanii miał żywot najpodobniejszy do LeGuinowskiego Genly'ego Ai? Przypomnijmy: Genly był mobilem na planecie Gethen – odizolowanej od reszty uniwersum i zamieszkanej przez wyjątkową (bo hermafrodytyczną wskutek eksperymentu) społeczność. Trafia tam na dwa skonfliktowane, współzawodniczące ze sobą państwa – Karhid i Orgoreyn – pomiędzy którymi musi toczyć dyplomatyczną grę. W działaniach wspomaga go polityczny poplecznik, który z czasem staje się przyjacielem (Estraven); w pewnym momencie misja przeżywa kryzys (Karhid wycofuje swoje poparcie a Orgoreyn okazuje otwartą wrogość), ale ostatecznie kończy się sukcesem, przy czym sam Genly nie dokonuje niczego szczególnie spektakularnego, ale przeciera szlak kolejnym mobilom.


Spośród pozostałych misjonarzy na Wyspach, takich jak św. Patryk, św. Kolumban czy król Oswy, te losy najbardziej przypominają mi życie św. Augustyna z Canterbury (nie mylić z tym św. Augustynem, tym z Hippony). Był on mnichem benedyktyńskim wysłanym pod koniec 6w. n.e. do królestwa Kent. Podobnie jak Genly Ai, trafia on zatem do społeczności odizolowanej (bo żyjącej na wyspie) i na swój sposób niezwykłej. W wypadku mieszkańców Anglii tą niezwykłością była ich skomplikowana historia religijna: niektóre mieszkające tam ludy już wcześniej przyjęły chrześcijaństwo od mnichów iroszkockich takich, jak św. Kolumban, miało ono jednak formę nieco inną od ogólnokatolickiej, ponadto z czasem w wielu miejscach powtórnie ustąpiło pogaństwu.


Co do dalszych podobieństw między św. Augustynem a Genlym Ai, w obu biografiach powtarza się temat współzawodniczących państw i dyplomacji. Kent było jednym z siedmiu królestw staroangielskiej heptarchii, a przyjęcie nowej-nienowej wiary mogło zaskutkować zarówno dyplomatycznym sukcesem (np. poprzez lepsze stosunki z kontynentalnymi państwami, które przyjęły chrześcijaństwo), jak i ryzykiem (np. poprzez konflikty z pogańskimi państwami heptarchii).


Podobnie jak Genly, również i św. Augustyn miał poplecznika, który stał się przyjacielem – chodzi o króla Kent, Æthelberhta, który, początkowo jedynie godzący się na misję Augustyna, m.in. na prośbę swojej chrześcijańskiej żony Berty, z czasem sam przyjął chrzest i nawiązał z apostołem życzliwą relację.2


Misja Augustyna, podobnie jak misja Genly'ego, również miała swój moment krytyczny – wskutek niepowodzeń w dyplomacji, Augustynowi nie udało się objąć ewangelizacją i biskupią pieczą Walii – ale ogólnie rzecz biorąc zakończyła się sukcesem: Kent zostało pokojowo schrystianizowane, arcybiskupstwo w Canterbury – założone, a święty Augustyn, choć w swojej misji nie wyszedł poza malutkie Kent, położył kamień węgielny pod dalszą chrystianizację Anglii.



5. Słowo „las” znaczy świat: Raj Ljubow i św. Wojciech



Mój odbiór Raja Ljubowa – kolejnego haińskiego etnologa, wysłanego na planetę Athshe wraz z grupą kolonistów w celu zbadania społeczności Athshean a w obliczu konfliktu między miejscowymi a najeźdźcami stającego w obronie tych pierwszych – ewoluował w miarę, jak przetrawiałam lekturę „Słowo >las<...”. Tuż po przeczytaniu byłam pełna entuzjazmu: mam słabość do przekonująco kryształowych bohaterów, a on taki właśnie się wydawał: wrażliwy, stający po stronie słabszych i odważny aż do śmierci.


Z czasem pewne rzeczy zaczęły mi jednak w tej kryształowości nie grać. Zauważyłam, że jakkolwiek Ljubow to postać skonstruowana tak, że budzi sympatię czytelników, w bohaterach powieści wydaje się budzić gremialną niechęć. Choć taki moralny i pełen dobrych chęci, naraża się ostatecznie zarówno swoim kompanom – nienawidzi go brutalny militarysta Davidson, co aż tak nie dziwi, ale zraża się do niego również np. sympatyczny i szacowny zwierzchnik misji, Gosse – jak i miejscowym, w których obronie staje: ostatecznie ginie z ich ręki, a jego athsheański przyjaciel Selver opuszcza go, uzyskane od niego informacje wykorzystując w morderczych celach.


Który święty miał podobnie, jak Ljubow? Że niby wszystko super, wysoka moralność, pokojowe nastawienie – ale jednak otoczenie bardzo, ale to bardzo nie potrafiło tego docenić? Dzięki książce Hołowni, ku swemu pewnemu zdziwieniu, zidentyfikowałam taką postać w świętym bardzo znanym, bo będącym jednym z patronów Polski – w Wojciechu Praskim (~956-997), misjonarzu Węgrów, Polaków i Prusów i męczenniku za wiarę.


Święty Wojciech, choć jako patron Polski może pozornie kojarzyć się z ucukrowanym bogoojczyźnianym ideałem, był postacią mogącą się podobać z punktu widzenia współczesnej moralności. Choć oryginalnie był dygnitarzem – biskupem Pragi – to najwyraźniej wyżej cenił sobie zasady moralne, niż stanowisko i poważanie innych, bo zdecydował się narazić swoim pobratymcom (jak Ljubow Davidsonowi), wstawiając się za kimś poszkodowanym (w wypadku Wojciecha była to kobieta posądzona o cudzołóstwo; Wojciech chciał uchronić ją przed śmiercią) i został w konsekwencji skazany na wygnanie. Przyjmując zdecydowanie mniej reprezentacyjną, ale ewidentnie lepiej odpowiadającą jego religijnemu zapałowi rolę misjonarza, udał się – odwiedziwszy wcześniej inne kraje – do Prus. Wyprawa przypominała pod względem organizacyjnym misję Raja Ljubowa na Athshe: Prusy były miejscem położonym na skraju ówczesnej „cywilizowanej” Europy, dzikim, nieznanym i niebezpiecznym, a Wojciech, choć podróżujący w towarzystwie wojów, sam był nieuzbrojony i pokojowo nastawiony. Z jakiegoś powodu naraził się jednak pruskiej ludności – ponoć przez zbyt władcze i stanowcze potępianie praktykowania przez nich dawnej wiary – i finał jego historii był taki, jak zakończenie wątku Ljubowa w książce. Obaj odnieśli też moralne, a w szerszej perspektywie również praktyczne zwycięstwo: zapiski naukowe Ljubowa poczynione na Athshe okazały się bezcenne dla dalszej pokojowej misji Ekumeny, natomiast ewangelizacja Wojciecha doczekała się po jego śmierci chwalebnej kontynuacji: Prusy przyjęły chrześcijaństwo, ciało świętego, odkupione od Prusów przez króla Ottona III, stało się ważnym artefaktem dla tworzenia się państwa Bolesława Chrobrego (pamiętacie z lekcji historii tę wymianę relikwii między polskim księciem a niemieckim cesarzem?), a sam święty stał się później tegoż państwa patronem.


Jeśli ktoś miałby ochotę podrążyć w – tym razem – zamierzonej reprezentacji postaci św. Wojciecha w fantastyce, to polecam zajrzeć do retro-kryminału Wojciecha Szydy pt. Sicco z serii NCK – tam z kolei sprawa jest wyłożona od strony alterhistorycznej.



6. Wydziedziczeni: Szevek i św. Albert Wielki



Szevek z „Wydziedziczonych” to przede wszystkim naukowiec. Do tego jeszcze introwertyk, co też ładnie odpowiada stereotypowi naukowca. Znajdźmy mu więc świętego, który parał się nauką. Tak właśnie natrafiłam na św. Alberta Wielkiego (~1200-1280) – niemieckiego dominikanina, biskupa i wybitnego późnośredniowiecznego uczonego.


Punktów wspólnych między tymi dwiema postaciami jest co najmniej kilka. Przede wszystkim wszechstronność zainteresowań oraz zamiłowanie, obok dziedzin bardziej ścisłych, również do filozofii. Szevek, przedstawiciel społeczności buntowników, którzy emigrowali z planety Urras na jej księżyc zwany Anarres i stworzyli tam utopijne społeczeństwo, był wybitnym ekspertem tzw. Nauki Szlechetnej – dziedziny łączącej matematykę, fizykę, filozofię i etykę. Z punktu widzenia współczesnego podziału dziedzin brzmi to eklektycznie, jednak nie byłoby pewnie takie dla wszechstronnego uczonego z czasów późnego średniowiecza. Św. Albert był bowiem jeszcze bardziej wszechstronny: miał ponoć biegłość m.in. w teologii, filozofii, botanice, geografii, astronomii, astrologii, mineralologii, alchemii, zoologii, fizjologii, frenologii i naukach prawnych. Jeśli zaś chodzi o sympatię do filozofii, to był pionierem nauczania tego przedmiotu adeptów teologii – jako niższej dziedziny będącej wstępem do dociekań bardziej metafizycznych. Prawdopodobnie mógłby więc rozumieć ideę Nauki Szlachetnej dużo lepiej, niż współcześni, wyspecjalizowani badacze...


Szevek i św. Albert dzielą też kilka drobniejszych szczegółów biograficznych. Obaj byli intelektualnymi pionierami i przypisuje im się jakieś ważne odkrycie: w wypadku Szeveka było to opracowanie technologii ansibla, a w konsekwencji – zrewolucjonizowanie komunikacji w społeczności Ekumeny. Św. Albert był natomiast nauczycielem słynnego św. Tomasza z Akwinu – położył zatem podwaliny pod dzieło tego wielkiego teologa – oraz, jak mówi legenda, człowiekiem, który odkrył kamień filozoficzny. Obaj uczeni – jak wielu przedstawicieli ich zawodu we wszystkich epokach – mieli epizody pracy i wykładania za granicą: Szevek opuścił rodzinny księżyc Anarres, by upowszechniać swe odkrycia na planecie Urras; św. Albert wyjechał z Niemiec i wykładał w Bolonii i Paryżu. Obaj zostali w swojej pracy zainspirowani przez jakąś świątobliwą kobietę: Szevek, jak każdy prawomyślny Anarresyjczyk, wyznawał nauki rewolucjonistki i nauczycielki moralnej Lai Odo, podczas gdy św. Albert wstąpił do dominikanów na skutek wizji, w której ukazała mu się Matka Boża. Zarówno Szevek, jak i Albert wsławili się komentarzami do dzieł swoich wielkich poprzedników (znów rzecz typowa w świecie naukowym wszelkich epok i planet): uniwersalna teoria czasu Szeveka powstała na gruncie badań Alberta Einsteina, zaś św. Albert wsławił się komentarzami do dzieł Arystytelesa i ożywieniem odbioru jego dorobku w średniowiecznej nauce. I wreszcie, tak Szevek, jak i Albert byli osobami skromnymi: Szevek, jako dobry Odonianin, odrzucał ideę własności prywatnej i był wrażliwy na biedę niższych klas społecznych na Urras; z kolei Albert, w duchu chrześcijańskiej prostoty, pomimo godności biskupa wolał chodzić pieszo, niż wywyższać się, jeżdżąc konno.


Na koniec historii Alberta jeszcze taka mała dygresja. Kojarzycie Zakon Albertyński św. Leibowitza z Kantyczki dla Leibowitza Waltera M. Millera? To właśnie od tego Alberta pochodzi jego nazwa.



Ekumena i misja chrześcijańska: podsumowanie


Wszystko powyższe to w dużej mierze zabawa w skojarzenia, ale można wysnuć z niej kilka prawidłowości. Naukowcy i mobile Ekumeny (Rocannon, Genly Ai i Ljubow) okazali się, jak jeden, podobni do wczesnochrześcijańskich misjonarzy działających na przedmurzu chrześcijaństwa – podobieństwa to głównie działalność w obcym środowisku, poznawanie lokalnej społeczności, pomaganie jej w razie potrzeby i głoszenie swojego posłannictwa, z lepszym lub gorszym skutkiem.


Postaci bardziej marginalne dla misji Ekumeny (choć oczywiście nie dla fabuł powieści, czy też dla swoich społeczności), takie jak Rolery, Jacob Agath, Falk czy Szevek otrzymały jako odpowiedniki świętych o bardziej świeckich specjalizacjach: waleczną św. Joannę, skupionych na sobie wzajemnie państwa Quattrocchich, pogubioną życiowo św. Marię Egipską, czy uczonego Alberta.


Większość świętych, którzy skojarzyli mi się z bohaterami Hain, to postaci z czasów średniowiecza – może dlatego, że Hain znane nam z powieści, jak średniowieczne chrześcijaństwo, jest na wczesnym etapie rozwoju i osoby pracujące u podstaw tych projektów mogły być do siebie podobne. A może dlatego, że formuliczne, okraszone legendą losy dawnych świętych bardziej, niż lepiej znane pod kątem biografii i bardziej przez to zniuansowane postaci współczesne, jak np. św. Teresa z Lisieux czy ks. Jerzy Popiełuszko, pasują do bohaterów wyrabiającej się dopiero literacko Le Guin takich jak Rocannon czy Ljubow?


Można też dopatrzeć się podobieństw etyczno-duchowych między chrześcijaństwem i Ekumeną. Oba projekty – pomimo odstępstw takich, jak sytuacje „nawracania” mieczem czy kolonia Davidsona – zakładają pokojowe nastawienie i bezbronność głoszących, a także nieudawanie się na głoszenie w dużych grupach: mobile Ekumeny mieli pracować w pojedynkę, Jezus posyłał apostołów dwójkami. Powszechna i ceniona duchowo (m.in. uniemożliwiała kłamstwo) „myślomowa” haińskich ludów jest podobna do techniki modlitwy myślnej, uwolnionej od formuł, słów, obrazów czy emocji, którą praktykowała św. Teresa z Ávila i którą, według jednej z jej ekstatycznych wizji, mają posługiwać się ludzie będący już w niebie. Są też pewne podobieństwa w sposobie oddawania czci wielkim postaciom obu projektów: nadawanie planetom czy rodom imion ich odkrywców czy założycieli (Rocannona, Jacoba Alterry) jest podobne do katolickiego czy prawosławnego zwyczaju nadawania kościołom czy zbożnym dziełom wezwania danego świętego.



Ekumena i chrześcijaństwo: źródło podobieństw?


Rzecz jasna, na pewno nie chodzi w tym wszystkim o bezpośrednią inspirację. Ursula K. Le Guin deklarowała ateizm, natomiast co do źródeł religijnych skojarzeń w cyklu haińskim, mówi się głównie o inspiracjach dalekowschodnich, np. taoizmem. Nie znalazłam żadnych dowodów na inspiracje chrześcijańskie i nie wydaje mi się, żeby autorka, pisząc te powieści, miała z tyłu głowy historię choć jednej z przywołanych przeze mnie kanonizowanych person.


I oczywiście, większość tych podobieństw to wynik zabawy intelektualnej w szukanie zbieżności - czasami trochę na siłę, bo nietrudno znaleźć wspólne punkty w biografiach dwóch ludzi, czy to istniejących, czy fikcyjnych. Ludzie generalnie są do siebie podobni, tym bardziej ci zaangażowani w budowanie jakiejś dużej, obdarzonej pewną charyzmą inicjatywy, której celem jest osiągnięcie dobra.


A jednak przyznam się, że miałam podczas lektury silne, choć trudne do wytłumaczenia, wrażenie pewnego emocjonalnego, by nie rzec duchowego, podobieństwa między ideą zjednoczenia ludów Hain a ideałami chrześcijaństwa. Choć, jak wspomniałam, nie ma powodu zakładać, że dzieje Ekumeny są w jakimkolwiek stopniu alegorią czy symbolicznym przedstawieniem doświadczenia chrześcijańskiego, moje przeżycia z nimi związane są porównywalne do tych, które miałam czytając bez wątpienia chrześcijańsko uduchowionego „Władcę Pierścieni” Tolkiena czy „Gar'Ingawi, Wyspę Szczęśliwą” Anny Borkowskiej. Miałam wrażenie, że choć powieści ze światów Hain teoretycznie są o polityce, to w praktyce chodzi tu o coś większego.


Bo jeśli by tak nie było, to czemu taka paskudna sceptyczka polityczna, jak ja, miała tak często ściśnięte gardło, czytając wzmianki o założeniach projektu haińskiego – całkiem tak, jakby chodziło nie o doczesne, międzyplanetarne przepychanki, a o najostateczniejsze, najbardziej poruszające sprawy i nadzieje człowieka?


To wszystko bardzo subiektywne, a odpowiedź poznam pewnie nie wcześniej, niż przy kolejnym odczytaniu haińskich książek. Ale, rany, jakakolwiek jest prawda o tym, gdzie Urszula aktualnie przebywa, mam nadzieję, że czerpie wszelkie pozytywne konsekwencje z tego tajemniczego Dobra, jakie udało jej się w tych powieściach zawrzeć.



Źródła

Źródła pierwotne:

Le Guin, Ursula. 2015. Sześć światów Hain [Rocannon's world, Planet of exile, City of illusions, Tle left hand of darkness, The word for world is forest, The dispossessed]. Translated by Danuta Górska, Lech Jęczmyk, Juliusz P. Szeniawski, Jacek Kozerski, Agnieszka Sylwanowicz, Łukasz Nicpan. Warszawa: Prószyński i S-ka.

Źródła wtórne:

dominicans.ie/saint-hyacinth-of-poland/
Hołownia, Szymon. 2015. Święci codziennego użytku [Saints for everyday use]. Kraków: Wydawnictwo Znak.
Kennedy, Daniel. "St. Albertus Magnus." The Catholic Encyclopedia. Vol. 1. New York: Robert Appleton Company, 1907. 10 Sept. 2014
Molnar, Enrico S. (30 April 1978). St. Adalbert - Missionary to three countries. The Living Church. Morehouse-Gorham Company. pp. 11–12.
Sapkowski, Andrzej. Świat króla Artura.
(St Augustine). Delaney Dictionary of Saints pp. 67–68
www.ancientfaith.com/podcasts/voicefromisles/augustine_and_friends
www.en.wikipedia.org

Zdjęcia: Pixabay i zbiory własne

Przypisy:
1 Le Guin, Ursula. 2015. Świat Rocannona [Rocannon's world]. Przeł. Danuta Górska, Lech Jęczmyk. W: Sześć światów Hain. Warszawa: Prószyński i S-ka, 7.


2 http://www.ancientfaith.com/podcasts/voicefromisles/augustine_and_friends