Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 stycznia 2023

Podsumowanie roku 2022. #2 "Cobra Kai", Sezon 1 i 2

Za nami koniec roku, pora podsumowań. Przedstawiam serię kilku wpisów o tym, co mnie w 2022 roku zajęło i/lub ucieszyło na niwie literackiej, audiowizualnej i duchowej. Niezależnie od daty publikacji, bo jak zwykle liczy się tylko me, myself and I. Pierwszy odcinek możecie przeczytać tutaj. Dziś kolejny wpis, o serialu Cobra Kai, wrażenia z sezonu pierwszego i kawałka drugiego.

Wartościowe dzieła dobrze poddają się interpretacji. W Cobra Kai nawet o niektórych szczegółach dekoracji można sensownie poteoretyzować.


 

Zaczęliśmy oglądać jako odreagowanie po Pierścieniach władzy, które oceniliśmy krytycznie (swoje wrażenia wzmiankowałam tutaj). Ponieważ o Cobra Kai entuzjastycznie wyrażali się m.in. rozkminiacze z Klubu Jagiellońskiego, uznałam, że skoro Pierścienie... pozostawiły niemiłe wrażenia m.in. ze względu na źle ograną postępowość (żerowanie na negatywnych emocjach fanów w komunikacji marketingowej i trącący dydaktyzmem sposób prezentacji bohaterek kobiecych), jako odtrutkę warto zaserwować sobie coś, co chwalą przedstawiciele jakościowego konserwatyzmu. I rany, było warto. Zapowiadało się niewinnie: Cobra Kai to kontynuacja filmu Karate Kid, opowiedziana z perspektywy negatywnego bohatera - Johnny'ego Lawrence'a. Można było więc liczyć na fajne walki, nieco vintage nostalgii i ewentualnie jakieś etyczne zniuansowanie przez oddanie głosu drugiej stronie. I to wszystko w tym serialu jest, ale dostajemy dużo więcej. Po pierwsze, przynajmniej jak dotąd (jesteśmy w połowie drugiego sezonu) akcja jest upleciona z koronkarską finezją, wszelakie zwroty akcji, qui pro quo czy zmiany we wzajemnych odniesieniach bohaterów są bardzo satysfakcjonujące i super logiczne. 

Po drugie, jeśli kogoś rusza temat relacji rodzicielskich - a rusza on wielu ludzi, bo, cytując znów mojego wykładowcę od historii literatury angielskiej, nie każdy z nas przeżył wielką miłość czy przyjaźń, ale rodziców miał każdy - w Cobra Kai mamy działające na emocje i dające do myślenia wątki związane z tym właśnie tematem. Mamy tu m.in. połamaną, lecz nie beznadziejną relację Johnny'ego z synem, w którego wychowaniu nie uczestniczył praktycznie od dnia narodzin, ale teraz chce naprawić błędy. Jest też pokazana więź syna Johnny'ego z matką, która zajęta jest głównie szukaniem własnego szczęścia w życiu i nie dostrzega poruszających dowodów przywiązania ze strony swojego dziecka. W kontraście do tych wątków stoi więź Danny'ego LaRusso z jego dziećmi, mogąca z kolei uchodzić za wzorową, choć niepozbawioną codziennych zmagań.

Po trzecie, twórcy Cobra Kai wykazują ożywczo nienabożny stosunek wobec politycznej poprawności. Protagonista serialu, Johnny, nie tak jak jego młodsza wersja w filmie Karate Kid, może uchodzić za postać co prawda niedoskonałą i rozwijającą się, ale ogólnie pozytywną. I w tej pozytywności jak najbardziej zdarza mu się używać niepoprawnych politycznie epitetów, rzucać mało empatyczne z punktu widzenia inkluzywności uwagi czy kpić sobie z terminologii gender (Is this a prank call?!). Czasem reflektuje się (lub życie mu pokazuje), że posunął się za daleko i zmienia postępowanie na delikatniejsze, ale czasem jego nieprawomyślność okazuje się przynosić pozytywne rezultaty (np. przemiana Hawka). Dla odmiany wcieleniem zasad politycznej poprawności jest wychowawczyni córki Danny'ego, Samanthy, osoba sztywna i pryncypialna, zanudzająca uczniów morałami o tym, jak to w Halloween należy przebierać się nie za zalotną pielęgniarkę, ale za "neutralnego genderowo pracownika szpitala". Inną odmianą w Cobra Kai w stosunku do poprawnościowych trendów jest duży nacisk na tematykę związaną z byciem mężczyzną (ojcostwo, chłopięce dorastanie, relacja uczeń-mistrz, etos wojownika) i ogólny brak potulnego dydaktyzmu związanego z feminizmem i całą resztą pakietu. Oglądając Cobra Kai, uświadomiłam sobie, jak bardzo stęskniłam się za takim niebigoteryjnym podejściem. Pomijając kwestie światopoglądowe, jest ono zwyczajnie lepsze dla celów artystycznych. Gdy widać, że twórcy serialu bardziej skupiają się na fabule czy emocjach, niż na gorączkowym liczeniu parytetów czy przechodzeniu testu Bechdel, dużo bardziej docenia się chociażby Silne Postaci Kobiece, których w serialu nie brakuje, począwszy od cudownej, badassowej Aishy, poprzez "stalową magnolię" Amandę LaRusso i jej córkę Samanthę reprezentującą soft power, skończywszy na koleżankach Samanthy, których siła jest destruktywna.

Czwartym plusem Cobra Kai jest coś, co odczuwam jako trudną do nazwania wybitność. Czynnik X, jednostkowość według terminologii Dereka Attridge'a - różnie to można określać. W literaturze często spotykam tę cechę w dziełach klasycznych, w serialach znalazłam ją dotąd dwukrotnie - w The Wire oraz, w mniejszym stopniu, w starych odcinkach serialowego Pitbulla Patryka Vegi. Jedynym mierzalnym wyznacznikiem tej wybitności, który potrafię wymienić, jest to, że taki tekst kultury dobrze poddaje się interpretacji. Pytasz "dlaczego ten bohater się tak zachował? dlaczego ten rekwizyt tu leży?" i nie jest tak, że jedyne możliwe odpowiedzi to "bo tak", "bo grupa targetowa pewnie tak chciała", "bo w ten sposób skuteczniej będzie obalony patriarchat", ale można wysnuć jakąś głębszą historię. W wypadku Cobra Kai  to działa. Spędziłam już jedno niezwykle inspirujące spotkanie przy kawie i dyskusji o tym, jak w fabule serialu odbija się zasada równowagi sensei Miyagi i w ogóle koncepcja yin i yang, a gdy pod koniec pierwszego sezonu na podłodze sali gimnastycznej pokazano logo lokalnego stowarzyszenia karate, nawet na temat jego symboliki można było poteoretyzować.
 
A co dobrego Wy oglądaliście w tym roku?
 
 
 
Cobra Kai, Sezon 1, Youtube Red 2018.
Cobra Kai, Sezon 2, YouTube Premium 2019.

 

środa, 19 stycznia 2022

Za co wolę serial „Wiedźmin” od książki (Andrzej Sapkowski, „Krew elfów”; „Wiedźmin”, Netflix, Sezon 2)

Jestem dość ciekawym przypadkiem odbiorcy wiedźmińskiej sagi: pomimo sporej ekspozycji na fantastykę jako taką, powieść Krew elfów Andrzeja Sapkowskiego przeczytałam dopiero teraz, równolegle oglądając jej serialowy odpowiednik, czyli drugi sezon Wiedźmina Netflixa. Dlaczego tak się stało i jakie są moje wrażenia – opowiadam w niniejszej notce.

Krew elfów Sapkowskiego i 2. sezon netflixowskiego Wiedźmina były dla mnie porównywalnie satysfakcjonujące.

 

Tekst zawiera spoilery.

Oglądanie netflixowskiego Wiedźmina od początku wiązało się dla mnie z radością, że nagle znów wszyscy gadamy o tym samym dziele kultury i tworzy się ta niesamowita wspólnota, podobna do tej, którą pamiętam z czasów ważnych fantastycznych premier książkowych z początku obecnego tysiąclecia. W przypadku drugiego sezonu Wiedźmina radość była mniej pełna, bo okazał się on kontrowersyjny artystycznie. Zamiast wspólnoty zajawki i lokalnej dumy znanej z dyskusji o sezonie 1. więcej było zatem dzielenia się rozczarowaniem bądź spierania o to, jak powinno się kręcić adaptacje. Jednak radość z gadania o tym samym tekście kultury z coraz większą grupą ludzi (sporą zasługę w mojej bańce miał w tej kwestii spot z Dawidem Podsiadło) pozostała.

 

JAK CZYTAŁAM SAPKOWSKIEGO 

Nie brałam udziału w sporach o drugi sezon „Wiedźmina” z powodu mojej specyficznej relacji z książkami Sapkowskiego. Wtedy gdy czytała je z wypiekami większość twardej fanbazy, czyli w nastoletniości, ja, ówcześnie idealistyczna tolkienistka, byłam do nich uprzedzona. Nie widziałam powodu, by tracić czas na jakieś mroczno-rubaszne historyjki pełne gagów o chędożeniu. Później, w czasach poststudenckich, zachęcona przez bliskich, sięgnęłam po oba tomy opowiadań Sapkowskiego: Ostatnie życzenie i Miecz przeznaczenia. Zareklamowano mi je tym, że Sapkowski fajnie opisuje emocje. Fakt, spodobał mi się opis opiekuńczej więzi Geralta i Ciri, sercowych rozterek Essi Daven czy poczciwości potwora o imieniu Dudu ukrytej pod pozorem grozy. Doceniłam też literacką jakość tych tekstów, choć rzuciły mi się w oczy cechy, które nie przetrwały próby czasu, takie jak „rewolucyjny” postmodernizm czy pastiszowa ironia względem konwencji gatunkowych, które, znalazłszy zbyt wielu naśladowców, obecnie bardziej nudzą niż dziwią.

 

Miłe, koniec końców, wrażenia z lektury Ostatniego życzenie i Miecza przeznaczenia Sapkowskiego przełożyły się na moje pozytywne wrażenia z pierwszego sezonu Wiedźmina Netflixa (napisałam wówczas pochlebny tekst o piosenkach z serialu). Mając swoje słabsze momenty, sezon ów mimo wszystko nieźle oddawał ducha opowiadań Sapkowskiego, a samo obcowanie z lubianymi bohaterami w oprawie miłej dla oka filmowej estetyki fantasy było przyjemnym przeżyciem. No i ta wspomniana wcześniej wspólnota odbiorcza.

 

Drugi sezon „Wiedźmina” oglądałam, jak wspomniałam, czytając jednocześnie po raz pierwszy Krew elfów – pierwszy tom sagi Sapkowskiego, na którym to tomie ten sezon się opiera. Czytałam go zatem, jak również wspomniałam, w dużo późniejszym wieku, niż większość znanej mi fanbazy (bo nie jako nastolatka), bardzo długi czas po premierze książki (która ukazała się w 1994 roku), a także bez tego ładunku emocjonalnego, który sprawił, że wielu fanów książki nie zostawia suchej nitki na serialu, mając duży żal o niewierność oryginałowi czy nieoddanie sprawiedliwości wątkom, które fanowska społeczność uznaje za ważne. Jak mi się zatem czytało i oglądało?

 

KREW ELFÓW I 2. SEZON WIEDŹMINA – RÓŻNICE W STRUKTURZE

Wśród fabularnych „nowości” wprowadzonych przez serial nie brak niestety żenujących ozdobników.

Muszę przyznać, że czytanie książki równolegle z oglądaniem serialu, z racji faktycznie sporej niewierności tego drugiego względem tej pierwszej, wywołało u mnie pewien mętlik w głowie. Zaczęło mi się mylić, co było w powieści a co na ekranie, i musiałam się ratować notatkami, pisząc na własny użytek równoległe plany wydarzeń dla obu wersji historii. Kiedy porównałam oba plany, zdziwiła mnie rozbieżność nie tyle w tym, co się działo (ostatecznie nie była aż tak wielka), co w sposobie prowadzenia fabuły.

 

Streszczenie Krwi elfów Sapkowskiego to historia bardzo liniowa, możliwa do opowiedzenia za pomocą zwięzłych, logicznie po sobie następujących punktów. Minimalistyczne jest też podejście autora do wprowadzania postaci: chociaż w trakcie akcji stopniowo łączą się losy kilku bohaterów, których znamy już z opowiadań, Sapkowski rzadko rozbija akcję na wątki równoległe (wyjątek czyni dla Jaskra), a o losach bohaterów, którzy mają dopiero dołączyć do głównego wątku (np. Yennefer), dowodujemy się za pośrednictwem listów otrzymywanych przez innych bohaterów czy krążących pogłosek. W poszczególnych scenach czy przygodach, jak w klasycznych dramatach czy dziewiętnastowiecznych nowelach, mamy zazwyczaj niewiele postaci i ogólnie cała historia jest dość kameralna: Sapkowski koncentruje się na losach Geralta, Ciri i Yennefer, dalej mamy szereg bohaterów drugoplanowych (Triss, wiedźmini, Nenneke itp.), a na najdalszym planie rysuje się wielka polityka czarodziejów, elfickiej partyzantki i poszczególnych królestw.

 

Plan wydarzeń drugiego sezonu netflixowskiego serialowego Wiedźmina jest dużo mniej liniowy. Po pierwsze, mamy równoległe, osobne wątki Geralta i Ciri, Yennefer, Jaskra oraz Fringilli i nilfgaardzkiego dworu. Po drugie, próba streszczenia fabuły serialu w punktach daje całkiem inny efekt końcowy, niż streszczenie książki. W wypadku serialu niektóre punkty planu są równie ascetyczne, jak w książce. Inne natomiast obrastają w wątki poboczne, w dygresje, w prorocze czy senne widzenia, w akademickie dociekania na temat monolitów czy powstawania wiedźminów, czy też w walki z potworami służące ewidentnie jedynie ożywieniu akcji. W ósmym odcinku wszystko to się w zasadzie splata, dość pośpiesznie jest też wprowadzone to, czego czytelnikowi książek mogło brakować w odcinkach wcześniejszych (narada królów, nawiązanie relacji między Yennefer i Ciri). Miłośnik logiki, domykania wątków i klasycznego zacięcia w tekstach kultury, taki jak ja, może się zatem czuć od biedy usatysfakcjonowany, tym bardziej, że prostota, łopatologia i brak zawiłości to przecież niekoniecznie znaki jakości tak w literaturze, jak i w filmie. Niemniej jednak, po dokonaniu takiej wstecznej inżynierii, bardziej elegancki, harmonijny i „wyrozumowany” od serialowego wydaje mi się plan wydarzeń w książce, i z tego powodu to jej fabułę, w kwestii struktury, oceniam jako milszą memu sercu od tej serialowej.

 

Równoległe poznawanie książki i serialu i związana z tym konieczność skupienia uwagi sprawiły, że mniej koncentrowałam się na fabularnych „nowościach” wprowadzonych przez serial i ich jakości. Faktem jest jednak, że mimo tego rozproszenia dostrzegłam, niestety, siermiężność części z nich. Nie brak tu niestety żenujących ozdobników: pulpowo ukazanych potworów, bohaterów wyskakujących na zasadzie deus ex machina itp. Fabuła wersji książkowej w tej kwestii poprowadzona jest jednak tak, że trudno się o cokolwiek przyczepić. Pewne rzeczy mogą się estetycznie podobać lub nie, być bardziej lub mniej literacko wysmakowane, jednak nie wywołują raczej uczucia żenady. Lepsze w porównaniu z serialowymi są również książkowe dialogi: u Sapkowskiego jest w nich kunszt, sens i humor, w serialu często sprowadzają się niestety do komunałów lub wręcz, jakże wymownych, spojrzeń i chrząknięć.

 

SAPKOWSKI – MISTRZ CZY NIEKONIECZNIE?

Nie znaczy to jednak, że Krew elfów uważam za jakieś całkowite literackie arcydzieło. Ostatnimi czasy, również z kręgów akademickich, docierały do mojej bańki wzmianki o śmiertelnie poważnym traktowaniu wiedźmińskiej sagi Sapkowskiego. Bardzo zdziwił mnie np. artykuł Krzysztofa Uniłowskiego, który, prócz bardzo dla mnie intuicyjnych rozpoznań co do nawiązań metatekstualnych w opowieściach o wiedźminie czy co do postmodernizmu, sugeruje, że autor wewnętrzny Sagi to poważny moralista, wykorzystujący swoje fabuły do uprawiania pedagogiki społecznej.[1] Oczywiście dostrzegłam w Krwi elfów pewne przemyślenia na temat wojny czy poszanowania inności, jednak nie wydały mi się one donioślejsze niż analogiczne motywy napotykane w innych znanych mi niezłych książkach fantastycznych. To akademickie zainteresowanie i uznanie wobec sagi o wiedźminie Sapkowskiego sprawiło natomiast, że do Krwi elfów podeszłam z wysokimi oczekiwaniami, szykowałam się niemal na dzieło genialne, tak w sensie głębi, jak i formy literackiej.

 

I co do formy, jak napisałam wyżej, jest to książka mająca swoje atuty, choć dopatrzyłam się i słabości. Zdziwiła mnie na przykład ekspozycja części wątków: Sapkowski ucieka się nieraz do tzw. infodumpów, przekazując czytelnikowi wiedzę o bohaterach czy elementach świata za pomocą dużych porcji informacji podanych w łopatologiczny sposób. Przykładowo, jest w stanie zarysować cały wątek nie korzystając z narzędzi fabularnych, ale opisując go, jak krowie na rowie, w pieśni barda i pogwarce wioskowych plotkarzy (tak zaczyna się powieść). Albo każe dwójce bohaterów rozmawiać ze sobą o tym, jak się poznali i kim właściwie są, jakby nie było to dla nich oczywiste (rozmowa Geralta i szypra).

 

Niezgrabny bywał też dla mnie np. sposób budowania postaci Geralta, z ciągłym powtarzaniem przez innych bohaterów, że jest on nieczułą maszyną do zabijania, i jednocześnie ciągłymi dostrzegalnymi w fabule dowodami, że to nieprawda. Takiego chwytu można by oczywiście użyć w sposób literacko kunsztowny, jako narzędzia do wprowadzenia ironii czy do wykazania niewiarygodności narratora, jednak w sposobie przedstawienia Geralta w Krwi elfów nie dostrzegłam niczego takiego i jawi mi się to po prostu jako uciążliwa niekonsekwencja. Innym nieznacznym minusem książki jest rozmyte, bałaganiarsko urwane zakończenie. Oczywiście, tomy serii można kończyć w ten sposób, ale jest on jednak mało szczęściodajny.

 

Z racji specyfiki języka filmu, żadne z tych uchybień nie zostało bezpośrednio przeniesione do serialu, ale pojawiają się inne. Ślady infodumpów widać tam w innych miejscach, np. w finalnym monologu Rience’a w ósmym odcinku. Jeśli chodzi o niedostatki w przedstawieniu protagonisty, serialowy Geralt, rycerz bez skazy, któremu niemal zawsze się wszystko udaje, ma cechy typowego Gary’ego Stu. Zakończenie sezonu jest bardziej domknięte i spektakularne niż zakończenie tomu, jednak akurat finalny odcinek ma tyle minusów, że ten ewentualny atut ginie w gąszczu wad.

 

Jeśli chodzi o kwestię wspomnianej ewentualnej ideowej głębi pierwszej części wiedźmińskiej sagi, kilka subiektywnych uwag zawarłam w poniższej sekcji.

 

GERALT SYMETRYSTA W KSIĄŻCE I SERIALU

Ojcowskie uczucia Geralta do podopiecznej, miejscami niemal metafizyczne, to motyw robiący osobliwie świeże wrażenie. W serialu jest on jeszcze bardziej zaakcentowany, niż w powieści.

W Krwi elfów Sapkowskiego, tak jak i w przypadku wiedźmińskich opowiadań z Ostatniego życzenia  i Miecza przeznaczenia, doceniłam sugestywność w przedstawieniu emocji. Szczególnie, znów, przemówił do mnie wzruszający motyw przybranego rodzicielstwa, tym razem zarówno ze strony Geralta, jak i Yennefer.

 

Co do warstwy ideowej, podobały mi się rozważania na temat neutralności i brania bądź niebrania udziału w konfliktach, w których żadna ze stron nam nie odpowiada. W dobie popularności rozkmin o symetryzmie ten wątek ma dziś może jeszcze większą moc niż w czasie ukazania się książki. W serialu Netflixa ten motyw ginie, a przynajmniej traci wyrazistość, za sprawą całkiem innego poprowadzenia wątku elfickiej partyzantki.

 

Jednak odbiorca spragniony wzorców moralnych niemieszczących się w spolaryzowanych kliszach może i w netflixowskiej wersji historii znaleźć coś dla siebie. Ciekawe jest m. in. napięcie między poglądami serialowych Geralta i Ciri na kwestię Vereeny i jej „inności”. Także ojcowskie uczucia Geralta do podopiecznej, miejscami wydające się niemal metafizyczne, niecofające się przed ofiarą z życia, to fajny i robiący na mnie osobliwie świeże wrażenie motyw. W serialu jest on chyba jeszcze bardziej zaakcentowany i wyidealizowany niż w powieści, w której Geralt popełnia, wytknięte przez Triss, błędy wychowawcze a jego relacja z podopieczną wydaje się bardziej oparta na posłuszeństwie wobec przeznaczenia i buncie wobec reszty świata niż na takiej wszechogarniającej, całkowicie bezinteresownej opiekuńczej miłości.

 

WIEDŹMIŃSKIE OBYCZAJE, CZYLI ZA CO DOCENIAM SERIAL

Jeszcze jedna sprawa w temacie idei: warstwa obyczajowa. Stwierdzam, że zostało ze mnie sporo z tego człowieka, który w nastoletniości wzbraniał się przed domniemaną zbereźnością sagi o wiedźminie. W tym kontekście zmiany, które w źródłowym dziele wprowadzili twórcy drugiego sezonu netflixowskiego serialu Wiedźmin – spowodowane zapewne takimi czy innymi kryteriami oglądalnościowymi – doceniłam na plus.

 

Przykładowo, pozytywniej odbieram postać serialowego Geralta – idealisty chorego z miłości do ukochanej kobiety i z troski o przybraną córkę, który dzielnie opiera się pokusie romansu z jedną z drugoplanowych postaci – niż Geralta książkowego, który ów romans jak najbardziej odbył, pozostała mu z niego miła relacja just friends, a i kolejną przelotną relacją erotyczną nie pogardza, natomiast więź z miłością swojego życia odnawia tylko ze względu na dobro Ciri.

 

Także postać Triss obyczajowo bardziej trafiła w moje gusta w wersji serialowej niż książkowej. Serial, w myśl minimalizmu języka filmu, oszczędza nam kwiecistych opisów jej erotycznej przeszłości, czy też wzdychania do faceta, który jest emocjonalnie „nie do wzięcia”. Serialowa Triss jest zatem w większym stopniu dobrą ciotką i ekspertką, niż erotyczną heroiną o podzielnej uwadze, co subiektywnie mi się podoba.

 

KSIĄŻKA SAPKOWSKIEGO VS SERIAL NETFLIXA: MÓJ WERDYKT

Dla wielu zabrzmi to jak bluźnierstwo, ale zarówno powieść Sapkowskiego Krew elfów, jak i drugi sezon netflixowskiego serialu Wiedźmin, oceniam w odbiorze jako porównywalnie satysfakcjonujące. Serial, jak to współczesne dzieło filmowe, ma swoje uroki wizualne – miło było popatrzeć na te majestatyczne góry, szarobure ujęcia z drona i efekty specjalne. Bardziej podobała mi się też obyczajowość niektórych bohaterów. Do atutów książki zaliczam z kolei lepszą jakość struktury, fabuły i dialogów. Poziom ogólnej radochy odbiorczej miałam zbliżony. W wypadku serialu tylko częściowo był on zepsuty wykonawczymi niedoróbkami a w wypadku książki – rozbieżnościami między mindsetem moim a autora wewnętrznego, w tym elementami, które nieefektownie się zestarzały od czasu lat 90-tych.

 

Podsumowałabym to tak, że emocjonalnie bliżej mi do drugiego sezonu Wiedźmina Netflixa, zaś intelektualnie wyżej cenię Krew elfów Sapkowskiego. I pomimo bardzo rozbieżnej oceny tych dzieł ze strony środowiska fanowskiego (saga – mistrzostwo, serial – chłam dla mas) dalsze ciągi obu z nich będę śledzić z porównywalną, całkiem znaczną, ochotą.

 

A. Sapkowski, Krew elfów, Warszawa 2001: supernowa.

Wiedźmin [The Witcher], Sezon 2, Netflix 2021.

 

Ilustracje:
Wilk - Image by
OpenClipart-Vectors from Pixabay
Chatka – Image by ElisaRiva from Pixabay 
Ojciec i córka – Image by
Please Don't sell My Artwork AS IS from Pixabay



[1] K. Uniłowski, Historia jako parodia : „Saga o wiedźminie” Andrzeja Sapkowskiego, 2017, „Nowa Dekada Krakowska: dwumiesięcznik kulturalny”, R. 6, nr 1/2 (2017), s. 20–30.

sobota, 18 stycznia 2020

Dlaczego piosenki z „Wiedźmina” są takie dobre

Tym razem utożsamiam się z vox populi – oglądam netflixowskiego „Wiedźmina” i zachwycam się piosenkami Jaskra, zwłaszcza „tą” piosenką. Bo cóż przyjemniejszego, niż odrobina zachwytu – tym bardziej takiego, który można uzasadnić filologicznie.
 



O zarąbistości Toss a coin to your witcher mówi cały Internet – polsko- i anglojęzyczny – i niejeden widz uznaje tę piosenkę za główny, lub niekiedy nawet jedyny, atut całego serialu. Nie spotkałam jednak zbyt wielu teorii co do tego, co nam się właściwie w tym kawałku aż tak podoba, więc postanowiłam stworzyć własną.

Wydaje mi się, że sekretem udatności piosenek Jaskra jest to, że w przyjemnym, popowo-balladowym opakowaniu serwują nam coś, co nie dość często w takim opakowaniu dostajemy – czyli porządną tekściarsko-literacką robotę.


TROCHĘ TEORII

Tego, co to znaczy, że tekst piosenki jest dobrze napisany, nauczyłam się z książki Stanisława Barańczaka pt. Ocalone w tłumaczeniu: szkice o warsztacie tłumacza poezji z dodatkiem małej antologii przekładów-problemów. Omawiając swoją propozycję przekładu jednego z tekstów Beatlesów, Barańczak podaje tam praktyczny zbiór kryteriów, jakie powinny spełniać słowa tłumaczonych piosenek tak, by czytało i śpiewało się je równie dobrze jak oryginał. Było to dla mnie niemałe odkrycie: uświadomiłam sobie, że o postrzeganej przez nas „fajności” tekstu nie przesądza to, czy śpiewa go wspaniały Sting czy siermiężny Perfect, ani czy jest on napisany w prestiżowym angielskim czy w swojskiej polszczyźnie. Decydują tu cechy czysto formalne: spójność i świadomość stylu, zgodność akcentów w wyrazach i zdaniach z akcentami muzycznymi, czy choćby to, czy w rymach mamy porządne wyrazy znaczące (rzeczowniki, czasowniki itp.) czy nędzne wyrazy funkcyjne (np. zaimki lub przyimki).


POTWORY Z RADIA

Choć Barańczak pisał o przekładach, te cechy można też bez problemu potraktować jako kryteria jakości oryginalnych słów piosenek. I niestety – wiele popowych tekstów, tak angielskich jak i polskich, nie zdałoby takiego egzaminu.

Robiąc ostatnio mały radiowy re-listening anglojęzycznego popu z ostatnich dekad, jestem zadziwiona, jak złe rzeczy potrafią wyrabiać tekściarze. Nawet w największych hitach miewamy te paskudne wyrazy funkcyjne na końcach wersów („Cause we are gonna be/ Forever, you and me...” – Lighthouse Family, High), przedziwne konstrukcje składniowe, byle tylko zmieścić się w wersie (wpiszcie w wyszukiwarkę „bad grammar in song lyrics” i cieszcie się mnogością przykładów), nienaturalne sformułowania („Rainy days never say goodbye/To desire when we are together” – aha, czyli po ludzku tu jest napisane, że nawet gdy pada, on czuje do niej miętę? Gdybym spotkała ten tekst Gazebo w redagowanym przez siebie tekście dowolnego gatunku, cięłabym aż miło), czy źle użytą leksykę („Hit me, baby, one more time” Britney – bez komentarza). Nie wspominając już o płyciźnie i/lub niespójności treści, która szczególnie ładnie wybrzmiewa w przeróbkach anglofońskich hitów na język polski, gdzie wystarczy wiernie przetłumaczyć piosenkę, zaśpiewać i już jest śmiesznie (przykładem Wzniosłe treści obcych pieśni Cezika). Przykładów z języka polskiego nie będę nawet podawać, każde z Was ma pewnie swoje ulubione.

Oczywiście, można by pewnie mnożyć i przykłady pozytywne, ale z moich ostatnich doświadczeń wynika, że jak się człowiek krytycznie wsłucha w to, co ci ludzie śpiewają, to częściej można się zdziwić niż zachwycić. Jak na moje, jesteśmy po prostu wygłodniali dobrego warsztatowo tekściarstwa w popie.


JASKROWE ELIKSIRY I PARONOMAZJE

I na to nasze wygłodnienie przychodzi cudowny Jaskier – oraz cudowna Jenny Klein, która napisała mu teksty – i dostarcza nam piosenek w których po prostu wszystko się zgadza.

Moją lingwistyczną uwagę przykuła już pierwsza piosenka Jaskra – You think you’re safe z początku drugiego odcinka „Wiedźmina” – gdzie baśniowe „stir up a potion” zrymowano kontrastowo z bardzo współczesnym, nagłówkowym „get an abortion”. Po dokładniejszym spojrzeniu na tekst widać jego kolejne atuty: same porządne rymy bez wyrazów funkcyjnych i innych wypełniaczy, sytuacja liryczna (groza życia w miejscowości Posada) spójnie przedstawiona za pomocą krótkich wersów bez składniowych łamańców, nawet humor językowy się w tej króciutkiej formie zaplątał („the pike with the spike/that lurks in your drawers” mnie totalnie rozwaliło, ta paronomazja słów „pike” i „spike” ma w sobie coś przecudownie przedszkolnego).


REFREN, KTÓRY BUJA

Przejdźmy teraz do dania głównego, czyli do Toss a coin to your witcher. I tutaj mamy spójną treść – zwięzłą historię potyczki bohatera lirycznego (Geralta) i podmiotu lirycznego (Jaskra) z diabołem i elfami, okraszoną zwrotami o charakterze perswazji, wzywającymi adresatów lirycznych do okazania uznania bohaterom i udzielenia im gratyfikacji finansowej. Jak w poprzednim przypadku, nie ma tu żadnego niepotrzebnego wersu. Nie znaczy to, że nie ma powtórzeń – choćby wspomniana prośba o pieniądz pojawia się trzy razy, w różnych parafrazach („Toss a coin to your witcher”, „so give him the rest”, „now pour him some ale”). Ma to jednak głęboki sens – dla bohatera lirycznego zarobkowy, dla odbiorcy – artystyczny i komiczny.

Nie ma też rymów będących sztuką dla sztuki. W przeciwieństwie do gorzej napisanych piosenek, rymy spełniają w Toss a coin... właściwą funkcję, akcentując to, co w tekście ważne – a to przebieg akcji (deceit – teeth, pest – chest), a to wzmacniające stylizację archaizmy czy terminy baśniowo-fantastyczne (devil – revel, horde, elf), a to autotematyzm (song, tale), a to wspomnianą ekonomiczną perswazję (rest, ale).

Co do instrumentacji głoskowej innej niż rymy, w refrenie wspaniale wybrzmiewa to dźwięczne, jakby bujające się „oh, valley of plennnty, oh, valley of plennnty”. Chyba dlatego ten refren tak fantastycznie się śpiewa. Mamy też trochę aliteracji („When the White Wolf fought”, „minced our tender meat”, „that bashes and breaks you/and brings you to mourn”). Nasuwa ona trafne skojarzenie z germańskimi poematami epickimi, bez których przecież nie byłoby fantasy. Nie ma jej jednak za dużo, i dobrze, bo jesteśmy jednak w neverlandzie i nie musimy się silić na historyczność.

Ładnie wypada w tekście Toss a coin.... zgranie akcentów wyrazowych i zdaniowych oraz muzycznych. Prawie wszystko się zgadza, jedyny ewentualny zgrzyt to niepotrzebne zaakcentowanie słówka „the” w „At the edge of the world”. Ale za to „Our champ-i-on prevailed” brzmi tak ślicznie, że myślę, że można to autorce wybaczyć.


ELFIK ZERKA Z PÓŁECZKI

Jak już wspomniałam, jest w Toss a coin... trochę archaizmów i terminologii baśniowej – i tak jak w You think you’re safe, ta stylizacja jest trafnie przełamana elementami z zupełnie innych stylistyk. Przykładowo, znów w refrenie, bajkowo-poetyckie „oh, valley of plenty” jest zestawione ze współczesnym i jednocześnie dość napuszonym zwrotem „a friend of humanity” – mnie osobiście mega to zestawienie bawi. Innym takim kontrastem jest połączenie wzniosłych, epickich, pasujących do high fantasy zwrotów opisujących spotkania z wrogami z bardziej przyziemnymi określeniami na późniejsze spuszczanie sobie nawzajem manta.

Moim ukochanym przykładem jest „He thrust every elf / far back on the shelf”. Ta fraza, oprócz tego, że rozśmieszyła mnie sama w sobie (kolejny cudny rym), dodatkowo jest ponoć aluzją do kultowej brytyjskiej książeczki dla dzieci traktującej o tym, jak to bożonarodzeniowy elfik obserwuje z półki w dziecięcym pokoju, czy milusińscy są grzeczni i zasługują na prezenty. Jednak po tym podwójnym, meblarsko-gwiadkowym trollingu mamy powrót do wzniosłego świata fantasy: okazuje się, że owa półka, na którą wiedźmin upchnął elfy, wcale nie była jednak jakimś, ot, piętrem etażerki, ale — półką skalną, wysoko w górach, w tajemniczej ojczyźnie elfiego rodu.


TAJEMNICA SUKCESU

Podsumowując – uważam, że powodem, dla którego kochamy przewodni motyw muzyczny netflixowskiego „Wiedźmina” jest stara, dobra poetyka, z której autorka słów potrafiła zrobić użytek. Polska wersja piosenki, choć również została entuzjastycznie przyjęta i ma kilka dobrych momentów, współdzieląc część atutów oryginału („choć oberwał sam / zmiażdżył bestii kark / ten obrońca ludzkości / toastu jest wart” – bardzo ładne zestawienie stylu wzniosłego i przyziemnego), moim subiektywnym zdaniem nie jest aż tak zjawiskowa. Potwierdza się to w jej warstwie formalnej: np. do rymów wkradło się trochę gramatycznego szumu informacyjnego (wam, tam, ich, więc) a nosowe „sakiewką potrzooooońśnij” nie jest tak śpiewne jak jego angielski odpowiednik. Język polski stawia jednak więcej wyzwań tekściarskich, niż angielski. Tym jednak, którzy całkiem powątpiewaliby w możliwości naszego języka jeśli chodzi o tworzenie doskonałych tekstów piosenek, polecam zajrzeć do książki Barańczaka i przekonać się, że się da!


Źródła

Barańczak S. 2004. Ocalone w tłumaczeniu: szkice o warsztacie tłumacza poezji z dodatkiem małej antologii przekładów-problemów. Kraków: Wydawnictwo a5.
Grosza daj wiedźminowi. 2019. Autor tekstu: Jenny Klein. Przekład: b.d. Kompozytor: Sonya Belousova i Giona Ostinelli. Wykonanie: Marcin Franc.
Toss a coin to your witcher. 2019. Autor tekstu: Jenny Klein. Kompozytor: Sonya Belousova i Giona Ostinelli. Wykonanie: Joey Batey. Płyta: Netflix’s THE WITCHER (OST).


Do napisania notki zainspirowała mnie dyskusja o serialu „Wiedźmin” zorganizowana 14 stycznia 2020 r. przez Krakowską Sieć Fantastyki.

wtorek, 7 stycznia 2020

Wodnikowe Wzgórze” 2018 #2: Netflix a starsze ekranizacje

 

W ostatnim poście, który napisałam w marcu zeszłego roku, narzekałam nieco na Netflixowy serial „Wodnikowe Wzgórze” A.D. 2018, obiecując, że w kolejnej notce napiszę o jego pozytywniejszych stronach.


Później tak się stało, że na blogu nie było mnie bez mała trzy kwartały, jednak w międzyczasie w temacie „Wodnikowego Wzgórza” odezwał się do mnie portal Katedra. Zachęcona ich propozycją, zintegrowałam swoje pozytywne opinie o serialu mające się ukazać w kolejnej notce z najważniejszymi obserwacjami z notki poprzedniej. Dodatkowo obejrzałam dwie poprzednie ekranizacje powieści Richarda Adamsa – film z 1978 r. i serial z lat 1999–2000 – i porównałam swoje wrażenia z tymi, które odniosłam po obejrzeniu serialu Netflixa i przeczytaniu książki.


W efekcie powstał tekścik pt. „Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli »Wodnikowe Wzgórze« przez dekady”. Jeśli nie mieliście okazji zobaczyć go na Katedrze (gdzie wisi od czerwca) a nadal jesteście ciekawi mych przemyśleń na temat Adamsowskiej historii o wysoce ucywilizowanych królikach, to się częstujcie.


Ja natomiast postaram się wracać tu bardziej regularnie i nadrobić poczynione zaległości. Z tego, co widzę, z niedokończonych cykli pozostali mi postfantaści. Postaram się zatem wkleić niebawem finalną notkę o postfantastyce i będę mogła powiedzieć, że jestem na czysto.


A u Was co ostatnio słychać ciekawego?


[Ilustracja: Gordon Johnson, Pixabay]

poniedziałek, 11 marca 2019

Wodnikowe Wzgórze” 2018 #1: Książka a serial

Zeszłoroczny serial „Wodnikowe Wzgórze” Netflixa – adaptacja powieści R. Adamsa z 1972 r., opowiadającej o dzikich królikach, które wyruszają szukać nowego schronienia, gdy ich dotychczasowej królikarni zaczyna zagrażać niebezpieczeństwo – choć przyjemny w odbiorze, zawiera niestety schematy rodem z komercyjnych młodzieżówek. Ale nie będę się tym martwiła.
.

Bardzo wiele spodziewałam się po Netflixowym „Wodnikowym Wzgórzu” bo zapowiadające je kadry – obrazy animowanego komputerowo krajobrazu angielskiej wsi, gdzie dzieje się akcja, i pomykające wśród niego króliki – wyglądały, moim zdaniem, świetnie. Fantastycznie wspominam też książkę Adamsa: choć opowiada o przygodach zwierząt, nie jest ani powiastką przyrodniczą, ani bajką zwierzęcą, gdzie zwierzęta to alegorie ludzi. To zwyczajna powieść, której bohaterowie – króliki – mają własne historie i niepowtarzalne cechy psychiczne, a ich społeczność posiada własną religię, mitologię, język, przysłowia i sztukę.


USZY ZAMIAST MACEK

Dzięki powyższym zabiegom „Wodnikowe Wzgórze” jest książką zwyczajnie ciekawą – nie jako ciekawostka dla fana przyrody, ale dla zwykłego czytelnika powieści, lubiącego śledzić przygody bohaterów. Ma ona też pewne szczególne plusy dla fana fantastyki: oryginalne i rozbudowane pomysły autora w opisywaniu króliczej „kultury” dają podobną radość jak przy podziwianiu fantastycznych uniwersów, natomiast towarzyszące czytelnikowi uczucie obcości – zarówno w zderzeniu z kulturą królików (która, będąc podobna do naszej, ale jednocześnie nieludzka, ma w sobie coś z „doliny niesamowitości”), jak i w opisach kultury ludzkiej, obcej i strasznej w oczach królików – jest podobne do wrażeń, których dostarczają nam co subtelniejsze utwory z domeny grozy, która wszak obcością, naruszającą zwykły porządek rzeczy, stoi.


DLA DOROSŁYCH CZY DLA DZIECI?

Czytałam „Wodnikowe Wzgórze” w późnym dzieciństwie, jednak bywa ono klasyfikowane jako powieść młodzieżowa, a przypuszczam, że broni się też jako lektura dla dorosłych. Tym bardziej, że pojawiają się tam, z tego co pamiętam, tematy, które mogą zainteresować starszego czytelnika: śmierć, naturalistyczny (w subtelny sposób) obraz przyrody, nawiązania do działania społeczności ludzkich ukryte w tym, co się dzieje w powieściowej społeczności królików. Nie brak tam (fakt, subtelnie przedstawionych) tematów przemocy, cierpienia i ogólnie ciemniejszej strony „kręgu życia”.


I w tej właśnie kwestii – ciekawego napięcia między tradycyjnie kojarzoną z literaturą dziecięcą formą opowieści o zwierzętach a „dorosłą”, choć subtelną i „obyczajną” treścią – Netflixowe „Wodnikowe Wzgórze” trochę mnie rozczarowało. Przed obejrzeniem serialu nastawiłam się na to, że to napięcie również tam będzie – jako wrażliwy widz, trochę się wręcz bałam, że w dobie „Gry o tron” producenci z Netflixa gotowi zrobić z powieści Adamsa coś naprawdę „po krawędzi”, do tego stopnia, że nie będę tego już miała ochoty oglądać.


Nic takiego jednak nie nastąpiło, stała się natomiast rzecz, powiedziałabym, gorsza. Gdzieś przy trzecim (z czterech) odcinków, zdziwiona (i w sumie nawet ucieszona) niewinnością tego, co widzę, zaczęłam się zastanawiać – co oni tacy grzeczni? Króliczego Westeros ani widu, ani słychu, jedyne mocniejsze motywy to niezbyt drastyczne sceny przemocy. Co więcej – nawet wątki, które kojarzyłam jako nieco mroczne w samej książce (królikarnia sideł, nieżywy jeż na drodze), zostały jakby złagodzone. Dlaczego oni to zrobili?


WYPŁASZCZENIE W MŁODZIEŻÓWKĘ

Po krótkim czasie doszło do mnie: no tak, young adult. Mając jako produkt wejściowy tekst, który ciekawie balansuje między literaturą dla młodszych i starszych widzów, zamiast pozostawić to ciekawe niedookreślenie, lub też „wyostrzyć” tę historię, robiąc z niej współczesny, drastyczny i przekraczający granice produkt dla dorosłych, twórcy zdecydowali się wypłaszczyć nieoczywistości oryginału i nadać adaptacji cechy typowej, kliszowej, komercyjnej młodzieżówki z naszych czasów.


I tę kliszowość niestety widać. Sceny, w których pojawiają się ślady działalności ludzi, np. opuszczone ruiny budynków, w których chronią się króliki, są przedstawione w stylu postapo1 – jest to bezsensowne dla fabuły, ale zapewne miłe dla oka fanów tej popularnej estetyki. Mamy osławiony wątek atrakcyjnej bohaterki wybierającej między dwoma konkurującymi o nią bohaterami. Postaci żeńskie, w książce dużo bardziej epizodyczne, tu są – fabularnie nieco na siłę – przedstawione jako Silne Postaci Kobiece.2 Królikarnia Efrafa natomiast – fakt, dość opresyjne miejsce również w książkowym oryginale – w naszych czasach nie może się nie skojarzyć z młodzieżową dystopią.


W warstwie ideowej, w większym stopniu niż wszystkie te ciekawe rzeczy, które i ja, i inni pamiętaliśmy z książki – naturalizm, relacja królików z Bogiem (Frysem) i ich mitycznym bohaterem – El'Ahrerą, czy niepowtarzalny, króliczy światopogląd oparty z jednej strony na ciągłym poczuciu zagrożenia a z drugiej na pochwale sprytu – mamy głównie „bezpieczne”, niekontrowersyjne wartości: Wolność, Przyjaźń czy Logiczne Myślenie Zamiast Fanatyzmu. 


Nawet kolorystycznie jest tu tak, jak w znanych filmach young adult – obowiązkowe od czasów czwartej części Harry’ego Pottera klimatyczne, przytłumione zielenie – a scenom pościgu czy ucieczki musi towarzyszyć pompatyczna muzyka symfoniczna i obraz z drona, by zadowoleni byli z kolei fani innego klasyka vintage – Władcy Pierścieni Jacksona.


***

Te klisze trochę mnie zirytowały – zachwycona oryginalnością książkowego pierwowzoru, miałam nadzieję, że i adaptacja będzie podobnie jednostkowa. Ale tak jak napisałam na początku, nie będę się tym martwiła, bo ostatecznie i tak oglądało się cudnie, a do początkowych zachwytów wizualnych3 dołączyły inne. 


I o nich będzie następnym razem. 


 
Wodnikowe wzgórze [Watership Down]. 2018. Netflix.
Ilustracja: Pixabay


1 To akurat Ziuta zauważył, nie ja. 
2 No, może nie zawsze na siłę – motyw z Truskawką i jej geniuszem kopania nor jest sensowny dla fabuły i uroczy, scena z odnalezieniem rannego też ma sens w obliczu tego, jak fabuła potoczyła się dalej.
3 Eksperci narzekają na jakość animacji królików i pozostałych zwierząt. Mnie nie podobał się tylko pies, króliki, jak na moje, były OK.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Życie to teleturniej





Przez dekadę, która upłynęła od premiery Slumdoga. Milionera z ulicy do mojego obejrzenia tego filmu, wyrobiłam sobie spaczone mniemanie, o czym to w ogóle jest i ze zdziwieniem odkryłam, że o Indiach i o teleturnieju Milionerzy. Moje spaczone mniemanie uwzględniało setting amerykański i mafijne porachunki (jakkolwiek w sumie tych trochę się w filmie pojawia), więc zaskoczenie było miłe.


Główny bohater Slumdoga, Jamal – chłopak występujący we wspomnianym teleturnieju, a przy okazji (między innymi) kolejnych pytań przypominający sobie sytuacje z dotychczasowego życia: dzieciństwo w slumsach Bombaju, śmierć matki, walkę o przetrwanie wraz z bratem i przyjaciółką Latiką – jest przeuroczym protagonistą. Jako mały dzieciak z najwcześniejszych retrospekcji jest zwyczajnie słodki – kojarzy mi się z Toto, głównym bohaterem Cinema Paradiso – a w miarę, jak dorasta i ma coraz to nowe pomysły na życie, budzi rosnącą sympatię swoją inteligencją i działającą nie tylko na innych bohaterów, ale i na widza, charyzmą (która zresztą ujawnia się już w scenach z dzieciństwa – scena z kupą i autografem pięknie zapowiada późniejszą przebojowość bohatera). Ogólnie rzecz biorąc, chcecie krzepiącej historii o kimś, komu czasem coś wychodzi – obejrzyjcie Slumdoga.


Akcja filmu jest epopeiczno-romansowa. Epopeiczna, bo kolejne retrospekcje z życia Jamala to jednocześnie obrazki z życia społeczności Indii – życie rodzinne w biednej dzielnicy, brutalne porachunki na tle religijnym, los sierot, piękne zabytki i ruch turystyczny, przestępczość, codzienność pracy w korporacji – mamy tu, wręcz podręcznikowo, losy jednostki na tle całego narodu.


Romansowa, bo dzieje bohaterów popychane są przez serię niesamowitych zbiegów okoliczności, przypadkowych spotkań i niewiarygodnych fartów lub niefartów. Mogłoby to denerwować, ale się broni, bo po pierwsze, wychodzi z tego przyjemna w odbiorze rozrywkowa historia, po drugie, część z tych zbiegów okoliczności i fartów można zracjonalizować olśniewającą inteligencją głównego bohatera, a po trzecie, można zgadywać, że ta romansowość to konwencja, która coś ważnego nam mówi. Albo o kulturze, w której jest zanurzony film1 (tu brakuje mi wiedzy – pojawia się skojarzenie z Bollywood, ale w obejrzanych filmach z tego gatunku nie pamiętam szczególnie drastycznych przypadków typu „zabili go a on uciekł”), albo o jakimś – celowo umieszczonym lub mimowolnym – „drugim dnie”.


Pewnym tropem może być motyw przeznaczenia. Przeznaczenie, jako ważna siła kierująca życiem, zostaje kilkakrotnie wspomniane przez Jamala, wiara w nie jest też widoczna w jego działaniach, zwłaszcza w kulminacyjnych momentach filmu. Jak wspomniałam, nie wiem, jaką rolę odgrywa ono w kulturze Indii, większa wiedza o niej, znów, umożliwiłaby pewnie lepsze odczytanie tego drugiego dna, które – być może – umieścili w filmie twórcy.


Jednak te sceny ze Slumdoga, gdzie ludzka logika i działanie ustępują pewnemu tajemniczemu Czemuś, mogą dać wiele radości również osobie lubiącej „drugie dna” chrześcijańskie. Ładnie widać w nich bowiem, że możemy sobie być wściekle inteligentni, przebojowi, charyzmatyczni, osiągać sukcesy, mieć w oku ten błysk, i to wszystko jest OK, ale zawsze może być tak, że tego najbardziej decydującego odcinka drogi wcale nie pokonamy na własnych skrzydłach, to nie my zaniesiemy pierścień na górę (nomen omen) Amon Amarth. I że zapewne ta wiedza i ten mechanizm może pomóc w tym, by z tą całą przebojowością i błyskiem w oku nie zmienić się w samoubóstwiającego siebie potwora.


To, co Slumdog wydaje się przy okazji pokazywać, to to, że teleturniej tak samo, a może lepiej, bo bardziej świeżo, niż oklepane od stuleci teatr czy szachy – może być niezłą metaforą ludzkiego życia. I to nie tylko w sposób kontestacyjny, wskazujący na miałkość i zakłamanie przemysłu rozrywki – jak w opowiadaniu Doroty Dziedzic-Chojnackiej zatytułowanym właśnie Teleturniej, czy w pewnym, jakże egzystencjalnym, tekście rapowym – ale całkiem szczerze i pozytywnie, ze wszystkimi naszymi dążeniami, pamięcią o przeszłości, tożsamością, miłością i Tym Czymś Najbardziej Tajemniczym.


A jeszcze tak na koniec – podobał mi się główny wątek miłosny. Jeśli chodzi o konstrukcję, jest równie romansowy, jak cała reszta, co w sumie robi robotę, natomiast dodatkowo urzekł mnie delikatnością i idealizmem. Scena z blizną to bijący w oczy przykład miłosnego personalizmu z samego centrum mojej strefy komfortu. Więcej takich romansów poproszę. Przy okazji premiery Valeriana doszły do mnie słuchy, że niektóre filmy zachodnie „ugrzecznia się” obyczajowo, by odpowiadały również publiczności dalekowschodniej. Byłbyż to również przypadek Slumdoga? Jeśli tak, solidaryzuję się z publicznością dalekowschodnią, ewentualnie czekam na moment, gdy producentom zaświta myśl, że również i na ich podwórku nie wszyscy mają taki rodzaj wrażliwości, jaki oni myślą, że mają.


Slumdog. Milioner z ulicy [Slumdog millionaire]. 2008. Reż. Danny Boyle. Prod. Wielka Brytania.




1  Wiem, że to produkcja jest brytyjska, ale zrealizowana na podstawie powieści Hindusa Vikasa Svarupa, więc obstawiam, że zrobiona jest z pojęciem co do kwestii kulturowych.