Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karol Wojtyła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karol Wojtyła. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 stycznia 2021

Restauracja inna niż wszystkie (W. Szostak, „Cudze słowa”)

 

Jak wielu z nas wie, Cudze słowa Wita Szostaka to powieści obyczajowa, w której siedmiu bohaterów (dwie kochanki, przyjaciel z dzieciństwa, ojciec, wykładowca-mentor, kolega ze studiów i podwładny w pracy) przedstawia siedem różnych wersji historii życia Benedykta Rysia – w młodości wybitnie się zapowiadającego studenta filozofii, a następnie spiritus movens niezwykłej krakowskiej restauracji z kuchnią śródziemnomorską. 

Mnie w niniejszej notce interesuje obecność w tej książce trzech funkcji: nieuchwytnego piękna, dobrej fabuły oraz ciekawie literacko ogranej duchowości chrześcijańskiej. Na koniec ponarzekam bonusowo na konflikt pokoleń, który trochę z początku popsuł mi odbiór Cudzych słów.

 

Fabuła w Cudzych słowach jest i wciąga. To wielki atut na tle większości polskiej głównonurtowej literatury najnowszej.

Notka zawiera ogólne, lecz sugestywne odniesienia do fabuły Cudzych słów, w tym do zakończenia. Osoby, które obawiają się spoilerów, zachęcam do lektury mojego tekstu po przeczytaniu książki.

 

PIĘKNO

Szukam tej cechy w każdej książce Wita Szostaka od czasu, gdy zachłysnęłam się nią w Oberkach do końca świata. Zachwyt wytłumaczyć jest trudno i musicie mi uwierzyć na słowo: w Cudzych słowach on też jest, a dokładnie w pierwszej części powieści, zanim nie zaczyna go przyćmiewać kolejna szukana przeze mnie funkcja, czyli fabuła. W miarę jak autor coraz bardziej zaciekawia czytelnika a to rozwojem jakiegoś romansu, a to upadkiem czy mrocznym sekretem któregoś z bohaterów, to subtelne, charakterystyczne dla prozy Szostaka piękno przestaje być widoczne, ustępując innym bodźcom. Najwyraźniej dostrzegłam je chyba w początkowej części historii Józefa, ojca Benedykta, z jej czułością, pokręconą, błądząca dobrocią i żalem. I może też w historii Jakubka, gdy tę rodzinę małego Benedykta opisywał, a także dużo później, gdy duży Jakub przychodzi do „Isoli”.


FABUŁA

Fabuła w Cudzych słowach jest i wciąga. Wspomniane romanse, upadki, mroczne sekrety, do tego obraz formacyjnej przeprowadzki, bezwzględnego akademickiego wyścigu szczurów, marzycielskiego biznesplanu gastronomicznego tudzież cennych rad rodzica jednego z bohaterów na temat zamążpójścia – te wszystkie wydarzenia budzą taki stopień plotkarskiej ciekawości, że książkę trudno odłożyć. To wielki i rzadki atut, jeśli spojrzymy na Cudze słowa na tle reszty polskiej głównonurtowej literatury najnowszej. Jakiś czas temu nadrabiałam zaległości w tej dziedzinie i wyrywkowa lektura wybranych książek Tokarczuk, Karpowicza, Shutego, Vargi czy Drotkiewicz utwierdziła mnie w przekonaniu, że jeśli jakiś współczesny polski pisarz aspiruje do pisania poza schematami powieści gatunkowych, chce powiedzieć coś ważnego, popisać się kunsztem językowym, to zazwyczaj dzieje się to kosztem przyzwoicie napisanej fabuły. Cudze słowa takie nie są, co wydaje się potwierdzać hipotezę, że wśród naszych pisarzy dobrych fabuł mniej boją się – wyszkoleni w popkulturze – postfantaści.


Dwiema wisienkami na torcie są dwa cudowne twisty fabularne na końcu powieści – zaskakujące, misternie spinające wszystkie wątki, obracające w proch nasze wcześniejsze wyobrażenia na temat czytanej historii. Te twisty uratowały moje pozytywne mniemanie o Cudzych słowach, bo przed doczytaniem do końca trochę miejscami kręciłam na tę książkę nosem – o czym napiszę w końcowej części notki.


Kolejna sprawa – dialog z duchowością chrześcijańską. Nim się tym zajmę, wytłumaczę, co, oprócz subiektywnych zapatrywań, każe mi uważać, że jest to ciekawy temat literacki.


(DYGRESJA: DLACZEGO WARTO PISAĆ O CHRZEŚCIJAŃSTWIE?)

Sprawa jest prosta: uważam, że duchowość – a dokładniej sfera Mitu w sposób, w jaki rozumiał ją np. C.S. Lewis – to ogólnie ważny temat dla literatury. Wątki chrześcijańskie są zaś w tym temacie dobrym wyborem dla naszych lokalnych pisarzy – czy to w realizmie, czy w światotwórstwie – bo dla większości z nas są po prostu najbardziej dostępne i emocjonalnie najbliższe, nawet jeśli dla niektórych w sposób negatywny. Duchowości egzotyczne, wyparta słowiańszczyzna czy new age w większości przypadków mają pod tym względem, moim zdaniem, dużo mniejszą siłę, nie mówiąc już o racjonalizmie, który w duchowość jest zazwyczaj z definicji uboższy.


To w duchowości chrześcijańskiej większość z nas jest zanurzona (nawet gdy ktoś jej nie podziela), to jej legendarium i imaginarium znamy i to ono na nas działa – pozytywnie lub nie – a zatem to na jej podstawie jesteśmy w stanie tworzyć dobry realizm lub przekonujące fantazje. Na niwie fantastyki myślę, że to jest właśnie niewypowiedziany morał eseju Sapkowskiego Piróg, albo nie ma złota w Szarych Górach, z którym pewnie ów autor za nic by się nie zgodził: skoro nie potrafimy budować dobrych opowieści rodzimowierczych jak Anglosasi, bo silniej wyparło je u nas chrześcijaństwo, to może spróbujmy, czy nie będzie nam się ich dobrze budowało właśnie na chrześcijaństwie?  


Tegoroczna Nike wydaje się to potwierdzać w sposób pozytywny a niedawna krytyka pod adresem Dukaja w związku z niewłaściwym odwzorowaniem egzotycznej kulturowo i religijnie bohaterki – w sposób negatywny.


WĄTEK CHRZEŚCIJAŃSKI: TEOLOGIA CIAŁA

Wróćmy do Wita Szostaka i Cudzych słów. W poprzednich książkach tego autora moja spragniona takich właśnie swojskich duchowych tematów czytelnicza dusza znajdowała ukojenie, jednak zawsze były to wzmianki bardzo delikatne: a to zachwycający wątek Meistera Eckharta w Oberkach..., a to subtelne, bardzo szczerze brzmiące odniesienia we Wróżeniu z wnętrzności (piszę o nich w tej notce). W Cudzych słowach mamy mniej takiego subtelnego ducha, a więcej ciała, a konkretnie – teologii ciała. Otóż: dwoje bohaterów – kolega Benedykta ze studiów, Szymon, i jego dziewczyna Magdalena – fascynując się za młodu filozofią personalistyczną i jednocześnie sobą nawzajem, zaczynają na własnym związku testować moralne wytyczne promowane przez zwolenników owego nurtu teologii. Zaczyna się między nimi gra, w której miesza się filozofia, duchowość i erotyka.


Ten wątek jest różnie interpretowany przez recenzentów książki. Paweł Cybulski z Przy muzyce o książkach sprowadza go do dekonstrukcji przez Szostaka „»filozofii« Jana Pawła II, która nie wytrzymuje najprostszej konfrontacji z życiem. Zwłaszcza z życiem ludzi wybitnie myślących, którzy próbowali wcielać ideały tej myśli w życie”.1 Abstrahując od mojej – odmiennej – oceny teologii ciała i jej praktyczności, smutne wydaje mi się takie spłaszczenie wielowymiarowej książki Szostaka do głosu w polityczno-obyczajowej wojence (w recenzji pojawia się pełna uznania uwaga, że autor pisze „jakby na przekór zaleceniom ministra Czarnka”2). Tym bardziej, że wybitność myślenia (i w ogóle wiarygodność jako bohaterów) Szymona i Magdaleny to sprawa mocno dyskusyjna. Bliżej mi emocjonalne do rozpoznania Adama Skalskiego z portalu Katedra, który dopatruje się w historii Magdaleny i Szymona poważnej dyskusji ze wspomnianym nurtem teologii.3 Ale generalnie nie całkiem zgadzam się z tym, że teologia ciała jest w Cudzych słowach przywołana gwoli intelektualnej czy obyczajowej polemiki.


Moim zdaniem funkcja tego wątku jest czysto literacka: teologia ciała jest tu użyta, by w nowy i świeży sposób połączyć dwa mocarne tematy literackie (i życiowe): wiary religijnej i seksualności. Nie wiem, na ile subiektywnie, ideowo, jestem zachwycona rozegraniem tego tematu w Cudzych słowach od pewnego momentu książki. Zastanawiam się nad jego zbytnimi podobieństwami do obiegowych, jurnych „prawd” na temat seksualności i związków. Na pewno jednak temat ten jest bardzo zgrabnie użyty pod względem fabularnym: teologia ciała jest zarówno świetnym motywem dla zawiązania się wątku romansowego, jak i dla splecenia owego romansu z głównym wątkiem książki. Faktem jest też, że finalna sytuacja rodzinno-uczuciowa tej historii czyni ją w moim subiektywnym odczuciu lepszą również pod względem ideowym, dopowiada do niej pewien morał.


Podsumowując – pomimo zastrzeżeń, cieszę się, że ktoś – bardziej czy mniej subtelnie – wprowadził teologię ciała do literatury. Nie spotkałam jej dotąd jako tematu literackiego i chętnie poczytałabym kolejne historie, który ograłyby ten temat – może w sposób bardziej mi odpowiadający, niż w Cudzych słowach.


JEDZENIE I KONFLIKT POKOLEŃ

Miałam ponarzekać na tematy pokoleniowe, które w początkowej części książki trochę zraziły mnie do Cudzych słów. Punkt wyjściowy jest taki: zarówno większość bohaterów, jak i „autor wewnętrzny” wydają się reprezentować punkt widzenia tzw. pokolenia X w jego polskim wydaniu. Dotyczy to przede wszystkim głównego wątku Cudzych słów, dotyczącego restauracji „Isola”. Przez lwią część powieści wokół jadłodajni prowadzonej przez Benedykta i Weronikę unosi się atmosfera zachwytu: jakie to wspaniałe, że ta kuchnia śródziemnomorska, i jak cudownie, że to takie miejsce inne niż wszystkie, w dodatku ciągle ewoluuje, a to wycofują stałą kartę dań i każdego dnia jest coś innego, a to zapraszają gości do gotowania... A ten restaurator jaki charyzmatyczny, a to się dosiądzie i uraczy historią z życia, a to zgromi za chęć polania pilawu keczupem... A jak wspaniale, że ta „Isola” to coś więcej, niż zwykły biznes: pracownicy są powoływani jak apostołowie i codziennie biesiadują do późna jak rodzina, tacy są zżyci, no i w ogóle bycie tam to bardziej duchowe misterium, niż zwykłe przyjście na posiłek...


Ten balonik zostaje pięknie przekłuty w finale powieści, jednak przez większość jej trwania czytelnik musi z tą wizją żyć i znosić kolejne mistyczne zachwyty nad knajpką „inną niż wszystkie”.4 I to jest pewnie bardzo OK, jeśli ktoś taką wizję choć trochę kupuje. Jest to prawdopodobne w przypadku czytelników, którym – podobnie jak większości bohaterów Cudzych słów – blisko jest mentalnie do pokolenia X. Wizja roztaczana w Cudzych słowach może spodobać się np. osobie, która doświadczyła zachłyśnięcia się możliwością podróży i dostępnością egzotycznych kuchni po epoce PRL, czy też nowego, kapitalistycznego podejścia do biznesu, gdzie praca staje się „czymś więcej”, misją i wizją, wartością samą w sobie, a w walce o klienta – również tego gastronomicznego – pojawiają się coraz to nowe, rewolucyjne pomysły. 

 

Taka osoba, jeśli dodatkowo wychowana była przed epoką powszechnej promocji higieny emocjonalnej i asertywności, może łatwiej zachwycić się charyzmatycznym bohaterem, który w imię sobie tylko znanej agendy ingeruje w życie erotyczne przyjaciół a biznes prowadzi tak, jakby był nie usługodawcą, a karzącym prorokiem, choć żadnej moralnej prawdy w zamian od tego proroka nie uświadczymy.


Mnie, jako że bardziej identyfikuję się z pokoleniem Y (w powieści reprezentowanym przez Weronikę), ta wizja od początku wydała się podejrzana. Co więcej, w trakcie czytania martwiłam się, że autor „to wszystko tak na serio” i gdyby nie zakończenie, chyba trochę bym się do niego zraziła. Zachwyty nad pilawem, jagnięciną itp. przywodziły mi na myśl motywacyjne historyjki o rzucaniu korpo i przeprowadzce do cudownej Prowansji. „Niesamowite” pomysły wdrażane w „Isoli” kojarzyły mi się nie tyle z literacką transgresją, co z jak najbardziej mającymi miejsce w realu zabiegami restauratorów, by przyciągać klientów coraz to większymi nowościami. Nieformalna atmosfera, elastyczne menu, zapraszanie gości do przygotowywania potraw czy osób wykluczonych do współpracy to przecież wszystko pomysły z życia wzięte. Sam przywołany przeze mnie wcześniej cytat dotyczący „Isoli” niebezpiecznie kojarzy się ze sloganem „restauracja inna niż wszystkie”, którym często bywa określana pewna restauracja bynajmniej nie włoska, a amerykańska. 

 

Nie zachwyciła mnie też wizja „powoływania” pracowników czy przyjacielskiego ucztowania obsługi noc w noc – wolę transparentną rekrutację, przewidywalne godziny pracy i oddzielenie aktywności zawodowej od prywatnej. Jeśli natomiast chodzi o postać Benedykta i jego oddziaływanie na otoczenie, to osoba, której nieobca jest podstawowa wiedza o zdrowiu psychicznym (a to chyba częściej i wcześniej zdarza się u „igreków”, niż u wcześniejszych pokoleń), nie da się zwieść zachwytom roztaczanym przez większość akcji powieści i dość szybko dostrzeże w nim manipulatorskiego, nieodpowiedzialnego partnera raniącego bliskich, toksycznego szefa i złego usługodawcę (ten keczup szczerze mnie zdenerwował).


ZAKOŃCZENIE JEST SUPER


Ale tak jak powiedziałam, zakończenie jest cudowne i naprawia ten pokoleniowy niedostatek, akcentując przy tym atuty powieści, których subiektywne wyliczenie zawarłam w poprzedniej części notki. A przy okazji oddaje głos rozsądnej, „igrekowej” Weronice, z czego po kibicowsku się cieszę.



Wit Szostak, Cudze słowa, Warszawa 2000: Powergraph.

Ilustracja: 🎄MerryChristmas🎄 z Pixabay

Przypisy:

2 Tamże.

4 W. Szostak, Cudze słowa, Warszawa 2020: Powergraph, s. 265.

poniedziałek, 14 września 2015

Mężczyźni są z Kwinty, kobiety z Ziemi

Fiasko było dla mnie ponownym spotkaniem ze Stanisławem Lemem po kilkuletniej przerwie i stwierdziłam, że Lemowy sztafaż przemawia do mnie dużo mniej, niż w latach licealnych czy wczesnostudenckich. Trochę mnie to przeraziło. Że jak, przez te parę lat przestałam być tą fantastyczną, „równą” dziewczyną? (tu pozdrowienia dla Krysi z niedawno czytanych Chłopców 3 Ćwieka – dziewczynki uznanej przez kolegę za inną od reszty dziewczyn, a zatem godną, by pożyczyć jej Wojnę światów Wellsa) Że co, że nie potrafię się już ekscytować opisami tych wszystkich hydroturbin, cylindrów i liczników Geigera?

Krótka introspekcja pozwoliła mi stwierdzić, że niestety tak. Chyba nie lubię już powieści o śrubkach i superskafandrach tylko dlatego, że są o śrubkach i superskafandrach. Nadal chętnie i regularnie czytam i nowe, i stare książki s-f, ale teraz ewidentnie szukam w nich innych rzeczy, niż atmosfery sklepu żelaznego, technicznych wywodów i mojej własnej satysfakcji, że cokolwiek z nich zrozumiałam.

A zatem – do reszty, stereotypowo zbabiałam, myślę sobie. Jak Zuzanna z Opowieści z Narnii, która straciła dostęp do krainy baśni, bo zaczęło pociągać ją światowe życie i dziewczyńskie błyskotki.

Już myślałam, że ten babski nastrój popsuje mi lekturę Fiaska. Ale nie popsuł, gdyż okazało się, że powieść ta, oprócz opisów śrubek, ma też stronę bardzo kobiecą. I to nie na poziomie błyskotek – tu jest psychologiczna głębia, obserwacje z życia wzięte i prawdziwe, rozbuchane emocje.

W skrócie o samej książce: Fiasko ma dziwną strukturę. Zaczyna się od długiego opowiadania o przybyciu młodego astronauty na Tytana (jeden z księżyców Saturna) i jego udziale w misji odnalezienia zaginionego pilota Pirxa. Mamy tu trochę technicznej gadaniny i spięć między członkami załogi bazy a później całkiem ładne opisy krajobrazu planety i dramatyzm poszukiwawczej wyprawy. Potem następuje zwrot akcji, którego nie będę spoilować, a który za pomocą dość luźnego powiązania prowadzi nas do drugiej – głównej – części powieści, gdzie z kolei grupa fachowców wyrusza statkiem Eurydyka na wyprawę, by nawiązać kontakt z mieszkańcami niejakiej planety Kwinta (zupełnie inne miejsce Kosmosu, niż w pierwszej wyprawie i z wyjątkiem wspomnianego motywu łączącego, zupełnie niepowiązany z nią cel). Uczestnicy wyprawy reprezentują różne dziedziny nauki i różne światopoglądy (jednym z załogantów jest np. katolicki ksiądz – ojciec Arago). Mają zatem różne opinie o tym, czy i jak warto nawiązać kontakt z Kwintanami, co zresztą okazuje się dość trudne. Zostaje podjęty szereg prób porozumienia się z mieszkańcami planety – przy okazji dowiadujemy się o jej intrygującej budowie i poznajemy kilka teorii naukowych, którymi uczestnicy próbują tłumaczyć napotykane tajemnice związane z kwintańską cywilizacją.

A teraz o wspomnianej kobiecej stronie tej historii. Drugiej części Fiaska – tej o próbie skomunikowania się z Kwintanami – nie potrafię interpretować inaczej, niż jako przenośni wszelakich babskich mitów komunikacyjnych na temat facetów. Tych w stylu „dlaczego on nie oddzwonił”, „o czym tak myślisz, kotku?”, tego namawiania facetów na „poważne rozmowy” i werbalizowanie uczuć, tudzież wkręcania sobie niestworzonych historii na temat tego, co też on może myśleć, kiedy werbalizować nie ma ochoty. Krótko mówiąc – interakcja załogi Eurydyki i mieszkańców Kwinty to dla mnie bardzo zgrabna alegoria komunikacji między stereotypowo rozgadaną kobietą a milczącym i chyba niespecjalnie tą kobietą zainteresowanym, mężczyzną.

Popatrzmy na przykłady. Od początku widać, że Ziemianie są bardzo zaangażowani w pomysł nawiązania komunikacji z Kwintą. Pojawiają się sugestie, że wyprawa została podjęta pomimo tego, iż wiązała się z dużymi kosztami i może przynieść sporo szkód. Cóż, zakochanie i desperacka próba zwrócenia na siebie uwagi obiektu westchnień może przydarzyć się osobnikowi dowolnej płci. Podobnie jak interpretowanie zachowania ukochanego tak, by wyszło, że też jest nami zainteresowany. Oto jak „pewne” były sygnały z Kwinty, które zmobilizowały Ziemian do zorganizowania wyprawy: „Ale coś tam jest, coś radiowego, podprogowego. Mamy na to dowody. – Poszlaki – skorygował go znów apostolski wysłannik.– Nawet mniej – jedną poszlakę.”1 I to jest już całkiem stereotypowo „kobiece”: to płci pięknej przypisuje się zazwyczaj talent do budowania skomplikowanych narracji na podstawie tak małej ilości danych.

W takiej sytuacji chciałoby się bardziej zdecydowanych zapewnień, że ktoś, kto wpadł nam w oko, również się nami interesuje. Takie jednak nie następują: Kwinta nie wysyła na Ziemię żadnych konkretnych komunikatów, a Ziemianie zastanawiają się, dlaczego: „Dlaczego cywilizacja w takiej socjolizie nie śle we wszystkie strony niebios recept na własną doskonałość i wygodę? A po co miałaby to właściwie robić, skoro jej w ogóle już nie ma jako wspólnoty o nienasyconym głodzie żołądków i mózgów?”.2 To również stereotypowo kobiece zachowanie – w stylu „Dlaczego on się nie odzywa?” Oczywiście, odpowiedź „Bo nie jest zainteresowany” nie wchodzi w grę, dlatego trzeba wytworzyć sobie bardziej subtelne wytłumaczenie, co też Ziemianie skwapliwie robią.

Po wymówce o „socjolizie” pojawia się odpowiednik kolejnego lubianego przez zakochane kobiety wytłumaczenia: on na pewno by się odezwał, ale jest taki nieśmiały/nieporadny/mało spostrzegawczy... Ekipa z Ziemi dochodzi do wniosku, że być może Kwintanie chcieliby nawiązać kontakt, ale nie wiedzą jak – a może nie rozumieją komunikatu? A skoro nie rozumieją, to może trzeba im go lepiej wytłumaczyć i nauczyć właściwych reakcji? Niestety, i ta technika podrywu kończy się fiaskiem: „>Ambasador< słał te listy jako laserowe sygnały zdolne przebić szumową otoczkę planety w postaci nadmiarowego kodu, udzielając w ten sposób odbiorcom lekcji, jak mogą nawiązać z nim łączność. Nadawał w kółko ów program kilkaset razy. Odpowiedzią było głuche milczenie.”3

Ziemianie zdają sobie w końcu sprawę, że Kwintanie nie wydają się być nimi szczególnie zainteresowani. W takich sytuacjach winnych najłatwiej poszukać na zewnątrz: na pewno ktoś mnie przed nim obgadał, a może ci jego koledzy mnie nie lubią i dlatego on się na mnie boczy? „Walczyli z przemożnym wrażeniem perfidii, zastawionej złośliwie na ekspedycję, jakby Komuś – ale komu? – zależało na rzuceniu im wyzwania pełnego nadziei, która dopiero u samego kresu drogi, u celu, okaże swoją nieziszczalność. ”4 Pojawiają się też jednak samooskarżenia w stylu „co ja zrobiłam źle?”: „– Tak, ale czy oni nie uznają właśnie tego, co zaszło, za walkę? Mogą. Pewno, że mogą!”5

Cóż, to co – według potocznej, babcino-podręcznikowej wiedzy o „właściwym” postępowaniu kobiet – Ziemianie na pewno robią źle, to kompletny brak tajemniczości. Już na początku znajomości powiedzieli o sobie wszystko, a później się dziwią, że w ich kontakcie z Kwintanami „[n]ie ma symetrii (…). Łącznie wysłaliśmy osiem milionów bitów informacji. Sygnalizowaliśmy z >Ambasadora< przez ponad siedemset godzin na okrągło we wszystkich pasmach. Laserowaliśmy. Przekazaliśmy kody i instrukcje deszyfrowania. Wysłaliśmy lądownik bez jednego grama wybuchowych materiałów. Co do przekazanych wiadomości – podaliśmy im lokalizację naszego Układu Słonecznego, obrazy Ziemi, zarys powstania naszej biosfery, dane o antropogenezie, po prostu encyklopedię. I stałe fizyczne, które są kosmicznymi powszechnikami, a które oni muszą doskonale znać.”6 Czego Kwintanie mogliby być jeszcze ciekawi, skoro Ziemia powiedziała im już wszystko, co chcieliby (a może i nie chcieli) o niej wiedzieć?

Problemy z ziemsko-kwintańską komunikacją rodzą negatywne emocje. Oczywiście, po Kwincie – tak jak po stereotypowym facecie – nic nie widać. Z kolei Ziemianie zachowują się jak sztampowe, rozhisteryzowane baby: „w tym bezpłodnym sporze (...) dają upust rozjątrzeniu narosłemu w ciągu bezskutecznie ponawianych prób porozumienia z Kwintą.”7

Pod wpływem tych emocji pojawiają się coraz bardziej fantazyjne oskarżenia i posądzenia pod adresem milczącej, pasywnej Kwinty. Dochodzi do tego, że gdy kontakt w końcu się pojawia – pod wpływem całkiem bezinteresownego sygnału Ziemian, nie mającego nic wspólnego z wcześniejszymi „technikami podrywu” - Ziemianie uznają życzliwe zaproszenie wystosowane w rewanżu przez Kwintan za niechybny podstęp. To też stereotypowo kobiece: bardzo czegoś chcieć, próbować to wymusić na ukochanym siłą, a kiedy ten w końcu spełnia życzenie, strzelić focha i stwierdzić, że już za późno.

Tak więc Fiasko Lema to również, alegorycznie, historia miłosna. Na dodatek smutna. Tak czy inaczej, nawet z bardzo stereotypowo kobiecej perspektywy dobrze się to czyta – tak jak czyta się romans obyczajowy (nie wiem w takim razie, czemu mi się podobało, bo nie lubię) albo tak jak wysłuchuje się czyichś zwierzeń z życia wziętych (to już prędzej).

Tezę, że Fiasko to poniekąd literatura kobieca, w ironiczny potwierdzają jedyne (chyba) dwa fragmenty dotyczące kobiet, które pojawiają się w książce. Pierwszy - „Nawet kobiety nie potrafią przegadać komputerów”8 - podkreśla kobiece gadulstwo, o którym my tu cały czas. Drugi to wzmianka prasowa o tym, że kobiety chciałyby również podróżować w Kosmos. Czytający ją członek załogi wpada w furię. Nic dziwnego – przecież i on, i reszta jego załogi to najlepsze przykłady na to, jak koszmarną rzeczą są w Kosmosie zachowania typowo kobiece.

Marek Oramus przytoczył kiedyś (i wyśmiał) krytyczki feministyczne interpretujące podboje kosmiczne u Lema jako przejaw brutalnej, dyskryminującej, męskiej siły, zagrażającej „kobiecym” w swojej naturze planetom.9 Wygląda na to, że w Fiasku mamy sytuację odwrotną: tutaj „męska” planeta Kwinta – mało kontaktowa, ale sprawiająca wrażenie dobrodusznej i nie do końca wiedzącej, czego właściwie od niej chcą – jest podbijana przez statek kosmiczny pełen „kobiecych” - rozedrganych od emocji, nadinterpretujących fakty, spragnionych kontaktu i zainteresowania – Ziemian. To oni demonstrują tu – rozumianą na swój, „kobiecy” sposób – siłę.

I ta siła też jest zagrażająca. Końcowa sytuacja w książce – wymuszanie kontaktu przemocą – nie do końca mieści się już w stereotypie kobiecości. Nie kojarzę żadnego tropu kulturowego, gdzie zakochana niewiasta siłą przyniewalałaby ukochanego, by ten do niej zagadał.

Można to jedynie odnieść do ogólnych prawideł etycznych komunikacji (chodzi mi np. po głowie Miłość i odpowiedzialność Wojtyły, piąte przez dziesiąte z zasadami z językoznawstwa pragmatycznego): że komunikacja ma sens, kiedy jest bezinteresowna i służy przekazaniu informacji (czy wręcz – Dobrej Nowiny, jak to określał w Fiasku ojciec Arago) a nie wymuszeniu czegoś; a także, że kiedy nawiązanie kontaktu jest szkodliwe, lepiej z niego zrezygnować.

Można potraktować Fiasko jako nieco schizujące ostrzeżenie dla ekstrawertyków, żeby kontrolowali swoją siłę i uważali z introwertykami. Bo może być tak, że zwrócisz się do kogoś, żeby tylko pogadać, a skończysz na kawitowaniu jego księżyca, zdmuchiwaniu atmosfery z jego planety i wywoływaniu w jego małym świecie globalnego tsunami.

Ale życie jest z reguły prostsze. To tylko literatura taka straszna.

1 Lem, Stanisław. 2013 [1986]. Fiasko [e-book]. Kraków: Pro Auctore Wojciech Zemek, 290.
2 Tamże, s. 330.
3 Tamże, s. 450.
4 Tamże, s. 466-467.
5 Tamże, s. 481.
6 Tamże, s. 502.
7 Tamże, s. 508.
8 Tamże, s. 492.
9 Oramus, Marek. 2003. „Fallus nad Ewaną”. Nowa Fantastyka, nr 12.