Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradniki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lipca 2020

Duchowa dieta na literę „M”. Vol. 3: Merton, czyli energetyczna piguła

Jeśli ktoś o tak atrakcyjnych współcześnie poglądach
mówi coś głębokiego o Bogu, to warto go posłuchać.

Tą notką kończę cykl wpisów o trzech potrawach „dla ducha”, które szczególnie mi ostatnio smakowały, a które łączy je to, że ich twórcy zwą się na tę samą literkę. Poprzednio pisałam o tekście piosenki rapera Maty i mikropowieści Sándora Máraiego. Dziś będzie o duchowym przewodniku pt. „Nikt nie jest samotną wyspą” autorstwa Thomasa Mertona – dwudziestowiecznego amerykańskiego mnicha, mistyka, pacyfisty, antyrasisty, miłośnika kultury Dalekiego Wschodu i ważnego prekursora hipster katolicyzmu.


O Thomasie Mertonie (1915–1968) miałam już okazję tu pisać w kontekście jego książki „W natarciu na niewypowiadalne”, będącej zbiorem esejów o książkach, kulturze i wierze. Byłam zdziwiona – choć zarazem zachwycona – że napisał coś tak „przyziemnego”, bo stereotypowo kojarzyłam Mertona raczej z wysoką mistyką. Stereotyp ten umocnił we mnie fejsbukowy fanpejdż „Thomas Merton Daily Quotes”, który chętnie podczytywałam, a który zazwyczaj publikował bardzo uduchowione i wysmakowane intelektualnie cytaty – często pochodzące właśnie z „Nikt nie jest samotną wyspą”. Stwierdziłam, że musi to być pewnie jakieś szczególnie ważne dzieło tego pisarza i gdy w końcu wpadło mi w ręce, z chęcią się za nie zabrałam.


TOMASZ HIPSTER

Spodziewałam się po „Nikt nie jest samotną wyspą” wiele, bo, jak wspomniałam, mam Mertona za ikonę hipsterskiego podejścia do chrześcijaństwa, a podejście to bardzo mnie pociąga. Był i jest ceniony przez intelektualistów i artystów: do niegdysiejszej fascynacji Mertonem przyznaje sie m.in. reżyserka Małgorzata Szumowska, fascynacji tej udzieliła też głównemu bohaterowi swego kontrowersyjnego filmu „W imię...”.


Szumowska akurat zadeklarowała później utratę wiary, więc wzór dla adepta mistyki chrześcijańskiej z niej słaby.1 Ale o samym Mertonie nie można tego powiedzieć – w końcu jeśli ktoś o tak znakomitych talentach literackich, przygotowaniu intelektualnym i o tak atrakcyjnych dla współczesnego człowieka poglądach (wspomniany pacyfizm, szacunek dla tradycji duchowej Wschodu, szacunek dla przyrody, propagowanie porozumienia między religiami, równości ras i ogólnie równości społecznej) ma jednocześniej do powiedzenia coś naprawdę głębokiego o Bogu, to pewnie warto go posłuchać.


CZYTA SIĘ WOLNO, ALE WARTO

Z tą myślą, i pamiętając piękne cytaty przeczytane na fanpejdżu, zabrałam się za „Nikt nie jest samotną wyspą”. I na starcie doznałam pewnego rozczarowania: początek książki napisany jest bardzo gęstym, a przy tym bardzo kościelno-filozoficznym językiem, którego po prostu nie czytało mi się najlepiej.


Zachęcona wspaniałą renomą autora i pozytywnymi wrażeniami z „W natarciu na niewypowiadalne”, przebiłam się jednak dalej i w sumie już po kilkudziestu stronach spomiędzy trudnych słów i stereotypowo kapłańskich sformułowań zaczęły się przebijać bardzo oryginalne, łapiące za serce myśli. I choć książka do samego końca pisana jest gęsto – czyta się ją przez to dość wolno, ja niekiedy na jednym posiedzeniu czytałam po zaledwie kilka-kilkanaście stron – to miałam świadomość, że nie zmarnowałam ani jednej poświęconej jej minuty.


Jest ona po prostu bardzo pożywnym literackim i duchowym daniem, taką energetyczną pigułą – łyżkami jeść nie sposób, ale już mała porcja i smakuje, i nasyci. I chociaż smuci mnie obserwacja, której dokonał ongiś Ignacy Loyola, że świeckie książki i myśli dają tylko chwilową przyjemność a jedynie lektura i refleksja duchowa – przyjemność trwałą2, to gdybym miała wybrać sobie lektury na – nomen omen – bezludną wyspę, „Nikt nie jest samotną wyspą” byłoby mocną kandydaturą, właśnie z tego powodu.


JAK SIĘ ZBAWIAĆ, TO NIE INDYWIDUALNIE

Jakie składniki zawiera zatem ten literacko-duchowy baton energetyczny? Dla mnie jedną z najmocniejszych treści w tej książce była teza zawarta w tytule, często przewijająca się w treści: że nikt z nas nie żyje dla siebie i nawet do duchowego rozwoju a w konsekwencji – do zbawienia wiecznego dążymy jako wspólnota, wraz z bliskimi ludźmi, którzy nas otaczają.


Było to dla mnie dość nowe, bo w czasach, w których nasze pokolenie się wychowało, mocno stawiano przecież na indywidualizm, posiadanie własnego zdania, czy wymagania od siebie „nawet gdyby inni (...) nie wymagali”.3 Maksymalizm moralny i rozwinięta duchowość kojarzyły mi się raczej z samotnością i pewnego rodzaju buntem przeciw otoczeniu. Ale z drugiej strony wpajano przecież, żeby być dla innych dobrym i miłym, że miłość bliźniego itp., i bywał człowiek nieco zagubiony...


W książce Mertona te dwie rzeczy ładnie się spotykają, co mnie osobiście dało ulgę i motywację. Ciekawe są też praktyczne porady, jakie Merton daje w związku z życiem we wspólnocie – na przyklad ta, że tych bliskich ludzi nie sposób mieć zbyt wielu. Warte do rozważenia w dobie fejsbuka.


POP-MISTYKA, ALE...

„Nikt nie jest samotną wyspą” z pewnością może spodobać się osobom spragnionym duchowości w jej bardzo współczesnym, wręcz stereotypowym rozumieniu, typu medytacja czy mindfulness: sporo jest tam na temat uproszczenia życia, samotności czy skupienia. Jednak czytelnika, który szukałby w Mertonie New Age’owego, neutralnego światopoglądowo dziecka-kwiatu, schlebiającego współczesnej głównonurtowej moralności, czeka pewne zdziwienie: w kwestii obyczajów autor „Nikt nie jest samotną wyspą” okazuje się mocno ewangeliczny i katolicki.


TOMASZ PRORODZINNY

Ciekawe jest na przykład to, jak mocno autor podkreśla, że ważną rolą małżonków jest, jak to określa, „obowiązek” dawania nowego życia – pisze np. tak: „Żyjąc w ścisłym zjednoczeniu z Bogiem-Stwórcą, mąż i żona zrozumieją lepiej niż inni tajemnicę Jego nieskończonej płodności, bo uczestniczenie w niej stało się ich przywilejem” (s. 189). Albo: „Miłość obawiająca się mieć dzieci dla jakiegokolwiek powodu, lęka się samej miłości. (...) Sama natura miłości żąda, by dążyć do wypełnienia jej twórczych celów pomimo wszelkich przeszkód” (s. 239).


Nie jest to absolutnie najważniejszy wątek tej książki – w samym temacie miłości małżeńskiej autor równie mocno podkreśla wagę bliskości, wzajemnego wsparcia czy też po prostu rozkoszy zmysłowej – ani też jakiś mój szczególnie ulubiony, jednak ciekawi mnie to zestawienie poglądów, gdzie pisarz, który w wielu kwestiach popiera bardzo „postępowe” wartości, w tym temacie jest akurat bardzo jednoznaczny i tradycyjny. Znów rozumuję na zasadzie: skoro tę myśl wyraził wspaniały, hipsterski Merton, to jest to dobry powód, by poświęcić jej chwilkę.


TOMASZ – JEDNAK DZIECKO-KWIAT?

Przy tym wszystkim Merton jest rewelacyjnie naturalny, pozbawiony pruderii i przekonujący, gdy pisze na tematy związane z seksualnością. Spodobało mi się to, jak afirmuje świeckie powołanie małżeńskie. Wskazuje na jego korzyści w porównaniu z kapłaństwem czy życiem zakonnym, które teoretycznie niby bardziej sprzyjają głębokiej duchowości. Np. w tym fragmencie: „wielu chrześcijan, nie mających powołania do życia zakonnego ani do kapłaństwa mówi sobie: »Nie mam powołania!« Cóż za pomyłka! Mają wspaniałe powołanie, tym piękniejsze, że pozostawiające stosunkowo dużo swobody i pozbawione sztywnych form” (s. 188).


Albo tu: „Ludzie żyjący w małżeństwie (...) [p]owinni dziękować Bogu, że to ich powołanie, z całą jego odpowiedzialnością i jego trudnościami, jest pewną i bezpieczną drogą do świętości, wolną od skrzywień i wypaczeń pobożnego konwencjonalizmu” (s. 189). To umiłowanie Mertona do naturalności i wychodzenia ze sztywnych ram, nawet tam, gdzie porusza tematy najbardziej związane z katolicką ortodoksją pokazuje, że chyba jednak był w dużej mierze dzieckiem-kwiatem.


PIĘKNE I WZNIOSŁE (PO RAZ DRUGI)

To jest bardzo wybiórczy i stronniczy rzut oka na wątki zawarte w „Nikt nie jest samotną wyspą”, w książce jest tych treści o wiele więcej. Oprócz wspomnianych tematów skupienia, samotności czy wspólnotowości jest mowa m.in. o ascezie (bardzo ciekawe objaśnienie dla osób, które nie rozumieją, o co chodzi z tymi wszystkimi postami czy inną czystością i wstrzemięźliwością – szczególnie warte przeczytania w dobie zagrożeń ekologicznych i nowych trendów etycznych, które wymuszają na nas pewne samoograniczenia), stosunku do przyrody, pracy czy używania dóbr doczesnych. Generalnie Merton odnosi się do większości ważnych dziedzin w życiu człowieka – każdą z nich odnosząc do życia kontemplacyjnego i poszukiwania Boga.


I w zasadzie ten główny temat pozostaje chyba z czytelnikiem najdłużej po przeczytaniu tej książki – to poszukiwanie tego, o co naprawde w życiu chodzi, a w wypadku wierzących – tęsknoty za pięknym, wzniosłym Bogiem, Tym, którego kiedyś tam się spotkało podczas tzw. nawrócenia, chociaż poźniej w życiu człowiek nieraz za bardzo zaaferuje się innymi sprawami i o tej chwili, o tym pięknie, zapomni. Merton szczególnie mocno mi o tym przypomniał, bo też i głównie o tym pisał, ale takie przebłyski zdarzają mi się również przy czytaniu rzeczy całkiem spoza działki literatury religijnej. I w sumie dostarczanie tego typu przeżyć to coś, co łączy wszystkie trzy teksty kultury (pierwsze dwa: tu i tu), które opisałam w tym cyklu o autorach na literkę M.


Merton, Thomas. 1983. Nikt nie jest samotną wyspą [No man is an island]. Tłumaczyła Maria Morstin-Górska. Kraków: Wydawnictwo Znak.


PRZYPISY

1 Szumowska: To piękno trzeba złamać, rozmawiał: Tadeusz Sobolewski, „Wyborcza.pl”, 7 lutego 2013, https://wyborcza.pl/piatekekstra/1,129155,13365759,Szumowska__To_piekno_trzeba_zlamac.html?disableRedirects=true 
 

2 Ks. J. Badeni SI, Życie św. Ignacego Loyoli, założyciela zakonu Towarzystwa Jezusowego, wydanie trzecie, Kraków 2016, http://www.ultramontes.pl/zycie_sw_ignacego.pdf, s. 12.



3 Jan Paweł II, homilia w czasie liturgii słowa skierowana do młodzieży zgromadzonej na Westerplatte, Gdańsk – Westerplatte 12 czerwca 1987, http://www.nauczaniejp2.pl/dokumenty/wyswietl/id/748

czwartek, 22 października 2015

Wywal babskie poradniki – czytaj Krúdyego!

OK, ostatnim razem postawiłam tezę, że współczesne kobiety mają fatalnie, a pewną odtrutką na związane z tym frustracje może być lektura prozy Gyuli Krúdyego. Dziś spróbuję tę tezę obronić. Do dzieła zatem.


Co to w ogóle za jeden? Węgierski pisarz, uznawany za jednego z najwybitniejszych. Żył w latach 1878-1933, pisał od nastoletniości, a zatem publikacyjnie zdążył się spokojnie załapać jeszcze na czasy przed I wojną światową, jednak większość jego dzieł ukazała się w okresie międzywojennym.


Fajna epoka to pierwszy powód, żeby się Krúdym zainteresować – np. dlatego, że i czasowo, i stylistycznie blisko jego pisarstwu np. do zawsze-tak-modnych Kafki i Schulza. Blisko czasowo, bo mamy te wszystkie powozy, krynoliny i nieco już egzotyczne obyczaje. Blisko stylistycznie, bo tak jak u Kafki czy Schulza jest tu oniryczność, przemieszanie rzeczywistości z fantazją i ogólnie początki surrealizmu. To są dość szeroko lubiane klimaty, więc choćby dlatego warto spróbować. A u Krúdyego dodatkowym plusem jest posmak egzotyki – chociażby nazwy własne w tajemniczym, nieprzejrzystym morfologicznie języku czy mniej powszechnie znane detale historyczne.


Ale ja tu chcę o kwestii kobiecej. W sensie w pełni współczesnym i użytecznym w życiu codziennym. Obie – jedyne dwie – powieści Krúdyego dostępne w polskich tłumaczeniach – Sindbad i Laur dla Natalii – wywarły na mnie, jako na kobiecie-czytelniczce, wrażenie, jakiego nie wywarł nigdy żaden psychologiczny poradnik dla bab. Te książki generują jednocześnie uczucie luzu, chęć pozytywnych zmian w nastawieniu do świata i niemałe katharsis.


I to mimo tego, o czym są. Sindbad to zbiór luźno powiązanych fabularnie przygód – głównie miłosnych – tytułowego bohatera, będącego na poły cynicznym donżuanem z epoki, na poły postacią fantastyczną. Laur dla Natalii natomiast to historia onirycznej podróży, jaką odbywa po swoim mieście – w tym (jako mimowolny obserwator) po tamtejszych domach uciech – budapeszteński przedsiębiorca pogrzebowy, w pewnym momencie tejże podróży spotykając sprowadzoną na złą drogę wiejską dziewczynę o imieniu Natalia.


Chociaż – jak widać powyżej – kobiety niejednokrotnie nie są w tych powieściach zbyt dobrze traktowane przez bohaterów (tu donżuan, tam płatna miłość i deprawacja), to jest tam ktoś, kto przez cały czas niesamowicie im sprzyja. Narrator.


Wyobraźmy sobie, że za czytanie Sindbada bierze się współczesna czytelniczka, obyta w konwenansach i oczytana w poradnikach. Z pewnością zna sztandarowy tytuł Dlaczego mężczyźni kochają zołzy Sherry Argov (będę wracać do tej książki jako przykładu współczesnego myślenia o kobiecości).


Wie z niego, że aby właściwie wpasować się we współczesny model kobiecości, powinna za wszelką cenę unikać: uczuciowej zależności od faceta, zabiegania o jego względy w jakikolwiek sposób, rozpaczania po ewentualnym rozstaniu, w ogóle myślenia o obiekcie swoich westchnień (a już tym bardziej – ciągłego o nim myślenia), sentymentalizmu, niejasnych sytuacji uczuciowych, nieostrożnych obietnic, napraszania się o komplementy i częsty kontakt werbalny, zbyt szybkiej chęci zacieśnienia więzi, narzucania mężczyźnie własnego stylu życia, wybuchania gniewem, gderania i w ogóle jakiegokolwiek tracenia panowania nad swoimi uczuciami – nawet w sytuacji kryzysowej.


Cel tych wszystkich ograniczeń jest szczytny – osobiste szczęście, sprawianie miłego wrażenia i unikanie emocjonalnego manipulowania facetem – ale środki nieco drakońskie. Oznaczające w zasadzie ciągłą kontrolę nad swoimi uczuciami i zachowaniami. Ciągłe powstrzymywanie się przed czymś i ciągłe zmęczenie.


W pierwszym rozdziale Sindbada są wymienione praktycznie wszyściutkie te zachowania, które każe powściągać Argov. Ale nie jako katalog niewybaczalnych przewinień. Są wyliczone jako rzeczy, które kobiety po prostu robią. Nie jest to ocenione jako dobre ani złe i nie ma tam recepty na to, co z tym można zrobić. Tak po prostu jest. Nawet dla osoby, której naprawdę szczerze zależy na byciu opanowaną i niemanipulacyjną, taka piguła akceptacji i rozumiejącego fatalizmu może działać kojąco. Dobrze, więc może jednak nie jestem taka zła. I chociaż wiadomo, że to wszystko społecznie szkodliwe zachowania, może jednak wolno czasem pomarudzić, ponapraszać się o komplement albo zrobić coś równie zakazanego? A jeśli nie, to może wolno mi chociaż to sobie wyobrazić? Może chociaż przez chwilę, w czasie czytania tej książki?


To zrozumienie dla przeróżnych kobiecych zachowań przewija się przez obie książki Krúdyego. Wracając do mojego poprzedniego wpisu, mamy tu wiele „ladacznic” – jak Margit z Lauru dla Natalii, która upadla się psychicznie dla swojego ukochanego pana Dubli. Są i „madonny” – jak dziewczyna z cmentarza w Sindbadzie, która, przestrzeżona przez matkę, zrezygnowała całkowicie z jakichkolwiek romansów a ukojenie znalazła w modlitwie. I „równe dziewczyny” też się znajdą – jak Majmunka (też z Sindbada), starsza kobieta o ciętym intelekcie, zamiłowaniu do prozy Paula de Kock i żołnierskich manierach.


Żadna z nich nie jest przedstawiona jako śmieszna czy godna zlekceważenia. Historia Margit opowiedziana jest z szacunkiem i empatią. Dziewczynie z cmentarza nikt nie wymawia „wypranego mózgu” – nawet utracjusz Sindbad poważnie rozmawia z nią o życiu (widać przy tym, że to w jego przypadku jest ono dość marne, podczas gdy od niej bije spokój), a w końcu wyznaje jej miłość. Do Majmunki zaś wraca po latach – pomimo jej zmaskulinizowanego zachowania (zdecydowanie bardziej kumpela albo przyjaciółka, niż discopolowa dziewczyna z tekstu Orbitowskiego), stwierdza, że to w sumie jedyna sensowna kobieta, jaką w życiu spotkał.


W ogóle mnogość przeróżnych typów kobiecych w tych książkach sprawia, że czytając, można mieć wrażenie, jakby przebywało się na bardzo dużym zjeździe rodzinnym albo wieczorze panieńskim, gdzie można posiedzieć w licznym gronie ciotek, kuzynek czy przyjaciółek, posłuchać najróżniejszych historii, jakie opowiadają, porównać ją z własną i trochę przy okazji samej w tym gronie zniknąć. To też kojące uczucie.


Fakt, niektóre z tych historii są bardzo dramatyczne, jak choćby życie wspomnianej Margit. Pojawia się w nich też sporo żalu i rezygnacji. Ciekawa jest różnica w przedstawieniu takich negatywnych sytuacji i uczuć u Krúdyego i w poradnikach. Przeczytawszy Dlaczego mężczyźni kochają zołzy, miałam wrażenie, że współczesna kobieta wszystko musi robić z uśmiechem-szósteczką na twarzy. Jesteś w związku? Upewnij się, czy na pewno jesteś doskonale szczęśliwa i nie masz żadnych wątpliwości – bo jeśli masz, natychmiast go rzuć! Rozstałaś się? Nie ma mowy o żalu, pokaż, jak ci wszystko jedno, niech im wszystkim w pięty pójdzie! Jesteś sama? Tylko nie pokazuj, że brakuje ci kogoś, bo wyjdziesz na desperatkę, udowodnij światu, jak bardzo cieszy cię singielstwo i wyprawy na pokazy garnków Zeptera! Cokolwiek by się nie działo, trzeba być nieustannie szczęśliwą, spełnioną i czerpać z życia pełnymi garściami.


Krúdy pokazuje, że właśnie wcale nie trzeba. Że czasem w ogóle się nie da, a czasem warto samemu przystopować. Słowa Sindbada skierowane do Majmunki – że to oburzające, że kobieta w takim wieku myśli jeszcze o przyjemnościach, zamiast się ustatkować – są oczywiście krzywdzące z perspektywy dzisiejszych osób starszych. Dla mnie jednak, jako osoby jeszcze w miarę młodej, znów zabrzmiały kojąco – jak przypomnienie, że pogoń za szczęściem to nie żaden obowiązek, a powstrzymanie się od niego może nawet być czymś godnym szacunku. W czasach, gdy każą ciągle mozolić nad tym, by być taaakim szczęśliwym, pewną ulgę daje przeświadczenie, że nie, wcale nie muszę, na każdym etapie mogę powiedzieć, że dość się już naprzeżywałam, a teraz czas na wakacje.


Ale największą chyba pochwałą kobiecości jest postać tytułowej Natalii z Lauru.... Tę bohaterkę – teoretycznie – powinien znienawidzić każdy czytelnik. Moraliści – za wplątanie się w niemoralny (oceniany tak przez innych bohaterów i przez nią samą) związek. Zwolennicy postępu obyczajowego – za to, że przy tym wszystkim zachowuje tradycyjne podejście do sprawy i ma z powodu bycia w tym związku poczucie winy. Miłośnicy silnych postaci kobiecych – za bierny, mydłkowaty wręcz sposób postępowania. Największe używanie miałaby jednak na niej autorka poradnika Dlaczego mężczyźni kochają zołzy. Natalia to w zasadzie dokładna odwrotność ideału nowoczesnej kobiety. Jest niewolniczo, chorobliwie wręcz przywiązana do swojego ukochanego Henryka. Narzeka i ciągle płacze. Jest roszczeniowa. Nie ma pracy. Nie dba o siebie. Nie potrafi przyjąć krytyki (kiedy np. usiłuje przemówić jej do rozsądku dająca jej schronienie bajzelmama Jella). Jest potwornie naiwna. Pozwala sobą wszystkim żałośnie pomiatać. Trzeba przyznać, że to wyjątkowo mało atrakcyjny zestaw cech.


A jednak przy tym wszystkim im dłużej się o niej czyta, tym bardziej wydaje się piękna i tym gorętszą – przynajmniej we mnie – budzi sympatię. O wywołanie tego wrażenia podejrzewam narrację Krúdyego. Na każdym kroku mamy pełno opisów tego, co Natalia myśli i czuje, jest dużo momentów, gdy czytelnik zostaje z nią sam na sam i obserwuje jej różne drobne zachowania (modlitwę, drobne czynności w domu, reakcje na piękno przyrody) oraz sporo reminiscencji z jej przeszłości, dzięki którym możemy lepiej zrozumieć jej motywy. To wszystko tworzy wrażenie, że takie piękno i zdolność budzenia sympatii jest pewnie w każdej kobiecie, o ile tylko wystarczająco dobrze się ją pozna i zrozumie. Pomimo dowolnych defektów w wyglądzie (jak będziecie czytać, zwróćcie uwagę na dobrze zakamuflowany, jedyny opis wyglądu Natalii – nieco ryje beret) i dowolnej ilości wad. Bardzo to ładne i personalistyczne.


Podsumowując, dużo jest u Krúdyego treści, dzięki którym czytelniczka-kobieta może odetchnąć z ulgą i odpocząć myślowo od wymagań, jakie stawia jej dzisiejsza epoka.


Ale żeby nie było, że Sindbad i Laur dla Natalii to agitki nawołujące kobiety do zarzucenia pracy nad sobą, osunięcia się w manipulację, rozpacz albo depresję. Wady pozostają tam wadami. Niektóre są opisane w tak zjadliwy sposób, że można naprawdę nabrać motywacji, by je u siebie zwalczyć – mnie szczególnie utkwiła w pamięci pani Banatvari z Sindbada, podstarzała romantyczka, która zachwyca się sobą, jak to potrafi rozmawiać ze zwierzętami i uzdrawiać drzewa, i nachalnie namawia Sindbada, by przeprowadził się z nią na wieś. Jej opis jest tak upiorny, że można naprawdę zatęsknić za odrobiną realizmu i opanowania – na przykład takiego, jak we współczesnych poradnikach. Na początku notki znęcałam się też trochę nad współczesną mentalnością, w myśl której kobiecie w dziedzinie uczuć nie ma na niczym zbytnio zależeć. Po lekturze Sindbada można trochę utwierdzić się w przekonaniu, że rzeczywiście nie ma sensu angażować się na śmierć i życie w coś, co nie jest tego warte – bo po prostu szkoda tego życia. Zobaczcie sceny z Sindbada, gdzie pojawia się motyw samobójstwa i zwróćcie uwagę na reakcje głównego bohatera. Cynizm, który leczy.


Tak więc warto czytać Krúdyego. Dla klimatu, surrealizmu i afirmacji kobiecości. A jeśli kogoś to nie przekonuje, to warto również dla frazy. O, na przykład coś takiego. Idę o zakład, że to nie jest o tym, o czym myślicie:

Dusza rozpołowiła się na dwie części, a lepsza jej część wypuszczała kwiaty. W swoich krokach odczuwała drobne gorliwe kroczki jeszcze kogoś innego. Ktoś zdecydowanie z nią szedł, ktoś – kogo nie mogła zobaczyć, nie mogła dotknąć – było to raczej tylko odczucie, nowe, przyjazne i nieskończenie uspokajające... Czuła, że ktoś inny jeszcze patrzy jej oczami i nie znajduje wcale świata takim nudnym, jak ona sama do tej pory. Mały cudzoziemiec radował się nawet widokiem emerytowanych urzędników, którzy w Viziváros gromadnie wychodzą wieczorami na wyboiste ulice, tam gdzie wśród niektórych domów ciągnie się żelazne ogrodzenie, aby przechodzień nie mógł wejść do domu przez okno na parterze. (Laur dla Natalii, s. 152)

Niestety, zarówno Sindbada, jak i Laur dla Natalii dość ciężko zdobyć, bo ukazały się w pojedynczych nakładach, w tym Laur... w ilości zaledwie 1000 sztuk. Ma to pewien plus, bo możecie poczuć się trochę wyjątkowi za małe pieniądze (w grę wchodzą tylko antykwariaty lub używane egzemplarze na aukcjach internetowych). Co do Sindbada, to jeśli jesteście wrażliwi na opinię otoczenia, zaplanujcie lekturę tak, by nie wychodzić z tą książką z domu. Zobaczcie sobie na Google Grafika, jaką to ma okładkę.


Straszna szkoda, że nie przetłumaczyli nam więcej Krúdyego. Oprócz wspomnianych tu powieści miałam okazję czytać jeszcze trzy opowiadania z końcowej fazy jego twórczości, w angielskim przekładzie. Są zupełnie inne. Ta cała koncentracja na kobiecości jest całkowicie nieobecna. Pojawia się za to bardzo współczesny, trochę schizolski neurotyzm. Tematem każdego z tych opowiadań jest jakaś wkręta związana z jedzeniem, konwenansami i tym, co inni ludzie o nas myślą. Też bardzo atrakcyjne.


Nie jesteście ciekawi, co się w jego pisarstwie zadziało w międzyczasie, że tak mu się odmieniło? Ja bardzo. A zatem, jeśli macie namiar na jakiegoś tłumacza z węgierskiego, może namówicie go, żeby wziął się za przekładanie Krúdyego? Wspomożecie polskie kobiety. I miłośników wkręcania.


Argov, Sherry. 2009. Dlaczego mężczyźni kochają zołzy. Warszawa: G+J Gruner + Jahr Polska.
Krúdy, Gyula. 1997. Laur dla Natalii. Przeł. Maja Paczoska. Warszawa: Burchard Edition.
Krúdy, Gyula. 2008. „Last cigar at the Gray Arabian”. The Hungarian Quarterly, issue: 190/2008, 7-20.
Krúdy, Gyula. 1988. Sindbad. Przeł. Aleksander Nawrocki. Warszawa: Almapress.
Krúdy, Gyula. 2008. „The journalist and death”. The Hungarian Quarterly, issue: 190/2008, 21-40.
Krúdy, Gyula. 2009. „The waiter's nightmare”. Southwest Review, Summer 2009, Vol. 94(3), 308(21).