Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiecy punkt widzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiecy punkt widzenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Jak tam twoja naturalna pomyślność? (Virginia Woolf, "Fale")

Jak to z klasyką na Samej Porcelanie bywa, Fale Virginii Woolf interpretuję subiektywnie i z pominięciem wątków ważnych dla wyrobionych czytelników. Bo po co otwierać się empatycznie na głęboki psychologicznie, poetycki, strumienioświadomościowy, subwersyjny, queerowy, pełen nawiązań historycznych wszechświat, skoro można ograniczyć się do odbicia w tej powieści jedynie nudnej siebie?

Naturalna pomyślność to w Falach Woolf miks szczęścia rodzinnego, obcowania z przyrodą, prostoty i braku komplikacji wewnętrznych. Chwytliwe określenie.


Piękny był mój początek lektury Fal. Pierwszy rozdział, złożony z krótkich, enigmatycznych kwestii wypowiadanych kolejno przez bohaterów, poraził mnie i zachwycił dziwnością. Co to za osobliwie rozumujące stworki tak mówią, myślałam sobie, wyobrażając sobie świat przedstawiony Fal jako coś w rodzaju scenerii z Wrócieeś, Sneogg, wiedziaam Huberatha. Dopiero drugi rozdział uporządkował mi postrzeganie – i minimalnie rozczarował. No tak, to nie były księżycowe stworki, ale dzieci, dzieci z przedszkola albo jeszcze młodsze.


ŻYCIE LUDZI I ŻYCIE OGRODU

Jak bowiem niektórzy mogą wiedzieć, Fale to poetycka proza o życiu sześciorga przyjaciół – Susan, Rhody, Jinny, Bernarda, Louisa i Neville'a – których poznajemy jako maleńkie dzieci i którym towarzyszymy migawkowo poprzez dorastanie, młodość, wiek dojrzały, do schyłku życia. Kolejne migawki, przedstawiane za pomocą serii krótkich monologów – strumieni świadomości – poszczególnych postaci, przeplatane są poetyckimi obrazami domu z ogrodem na morskim wybrzeżu w kolejnych porach dnia. I tak, dzieciństwo poprzedzone jest opisem nadmorskiego poranka, młodość – przedpołudnia itd.


Gdy zatem pojęłam, że Fale to nie będzie zaskakująca fantastyka psychologiczna lub przynajmniej studium zbiorowego bzika, ale właśnie taka dostojna powieść z konceptem, wyluzowałam i skupiłam się z jednej strony na pięknie tych poetyckich opisów, z drugiej na obyczajowym, plotkarskim potencjale opowieści szóstki bohaterów. Co do opisów, mają w sobie co nieco wzniosłości i dotyczą przyjemnego wycinka angielskiej przyrody. Jeśli mam tu na pokładzie osoby lubiące anglosaskie legendarium lub fantasy oraz mające plastyczną wyobraźnię, to myślę, że podczas lektury Fal będzie Wam równie miło, jak mnie.


NAGRODA DLA NAJMILSZEGO BOHATERA IDZIE DO...

Co do plotkarskiego potencjału – czy to tylko moje wrażenie, że jedynie Susan i Bernard dają się w tej ekipie lubić? Jinny to zapatrzona w siebie wielkomiejska trzpiotka, Louis i Neville stanowili dla mnie jakiś trudno odróżnialny od siebie nawzajem konglomerat marudzenia, kompleksów, pracy w jakichś biurach i och-jacy-jesteśmy-wywrotowi-jak-na-lata-trzydzieste obyczajowości. Jeszcze ewentualnie eteryczną, zagubioną, niezręczną towarzysko Rhodę daję radę zrozumieć, bo się nią pewnie bywało. Natomiast w każdym rozdziale szczerze czekałam na lakoniczną wypowiedź chmurnej za młodu, nienawidzącej szkoły z internatem i tęskniącej za swoją wsią, ojcem i przyrodą Susan, która w dorosłości wychodzi za mąż i cieszy się (z pewnymi wyjątkami) krzepkim macierzyństwem i uprawą roli, oraz na rozlewną, jowialną opowieść Bernarda, poetyckiej duszy i duszy towarzystwa odbijającej się w innych ludziach, który także zakłada później rodzinę.


NATURALNA POMYŚLNOŚĆ A BLOGI ODGRACANIOWE

W odniesieniu do losu Susan zostaje w Falach użyte określenie „naturalna pomyślność”, które mocno zapadło mi w pamięć. Pojawia się ono też jako wartość ujemna – pada gdzieś w powieści określenie, że Louis czy Neville tej właśnie naturalnej pomyślności nie mają. Czym ono właściwie jest, trudno powiedzieć – to coś na przecięciu szczęścia rodzinnego, obcowania z przyrodą, pewnej prostoty życia i braku niepotrzebnych komplikacji wewnętrznych. Jest to dla mnie bardzo atrakcyjny pakiet. Można by to nazwać: życie po Bożemu (choć takie pastoralne nawiązanie oczywiście u Virginii Woolf nie pada). Jeśli chcemy jeszcze bardziej potocznie i ahistorycznie – naturalna pomyślność kojarzy mi się ze stylem życia promowanym cyfrowo przez niektóre pozytywnie uduchowione minimalistki, np. autorka bloga odgracaniowego Uwalniam od nadmiaru. 


PRZEMIJANIE: TEAM „SYTY DNI”

Jest jeden poważny i oficjalnie dostrzegany w Falach Virginii Woolf temat, który zainteresował i mnie. To przemijanie. Trzeba przyznać, że porównanie życia bohaterów do przebiegu jednego dnia, jakby byli jętkami jednodniówkami, ma swoją moc. Dodatkowo, obrazy słońca chylącego się do zachodu, z narastającym stopniowo mrokiem, chłodem, martwotą przyrody, rozmywającymi się barwami, tym bardziej sprawiają, że myśląc o własnym życiu – w którym jestem teraz rozdziale? – czytelnik może poczuć chłód pełznący wzdłuż kręgosłupa. Jako młodszy człowiek i czytelnik, kompletnie się takiej tematyki nie bałam. Współgrało ze mną sformułowanie C.S. Lewisa z Listów starego diabła..., że wręcz dobrze jest umrzeć młodo, bo człowiek może nie zdążyć nagrzeszyć. Jednak to chyba właśnie zaznanie tej – tak polubionej przeze mnie, jako koncept, w Falach – naturalnej pomyślności daje człowiekowi inną perspektywę, pragnienie osiągnięcia biblijnego ideału człowieka, który jest „syty dni” – bo przecież niespecjalny zachwyt przemijaniem i pragnienie życia to niekoniecznie tylko pustota i przyziemność, ale też duchowa sprawa.


Na zakończenie małe przypomnienie dla Was: Fale Virginii Woolf to dostojna klasyka i literatura wysoka. Czy można spędzić szmat czasu nad każdym rozdziałem, deliberując nad symbolistyczną wymową opisów przyrody i tropiąc mikropowiązania między nimi a warstwą fabularną? Oczywiście, że można. Czy można czytać kątem oka, jednocześnie nadrabiając na drugim nośniku stan badań literaturoznawczych o twórczości Woolf? Jak najbardziej. Czy można, wreszcie, czytać po prostu dokładniej, niż ja, i wysnuwać wnioski wznioślejsze, niż recepcja opisów chęchów u fanów fantasy czy skojarzenie z influencerami odgracaniowymi? I owszem. Natomiast na tym blogu, jak już zapowiedziałam we wstępie (i jak mówi mój tekst programowy o klasyce), takie utwory czyta się i recenzuje inaczej. Ale Wy oczywiście, jeśli chcecie, bądźcie mądrzy, nie bądźcie tacy jak ja.


Woolf, Virginia. 2021 (1931). Fale. Przełożył Lech Czyżewski. Kraków: Wydawnictwo Literackie.

Obraz: OpenClipart-Vectors z Pixabay

piątek, 17 lipca 2026

Dobre uszkodzenie duszy (s. Benedykta Karolina Baumann OP, "Teraz. Bardzo osobista historia")

 

Agata, bohaterka Teraz. Bardzo osobistej historii, szuka łącznika między miłością do teatru i do Boga. 


Siostra Benedykta Karolina Baumann OP, dominikanka, reżyserka teatralna i blogerka, jest na mojej prywatnej liście fajnych ludzi wierzących. Ucieszyłam się, że rok temu wydała nową powieść.

Książka Teraz. Bardzo osobista historia opisuje życie Agaty, córki aktorów dorastającej w cieniu rozstania rodziców, alkoholizmu i nieodpowiedzialnego życia matki oraz nieczułości wychowującej ją babci – członkini zboru Świadków Jehowy. Dziewczynka, pomimo trudnego startu, odnajduje swoją pasję – polonistykę. Następnie czytamy o tym, jak dalej układa sobie życie – o odbudowywaniu trudnych relacji rodzinnych, odkrywaniu wiary i powołania oraz częściowym podążeniu w ślady rodziców w kwestii zamiłowania do teatru.

Dla kogo to książka, prócz takich osób jak ja, szukających interfejsu między wiarą i twórczością, i interesujących się ludźmi, które te dziedziny łączą? Na pewno dla entuzjastów historii opartych na faktach (autorka pisze, że postać Agaty współdzieli z nią część doświadczeń życiowych), w tym szczególnie nietypowych herstorii albo nieucukrowanych świadectw nawrócenia. 

TRUDNE DZIECIŃSTWO I SZUKANIE BOGA


Ponadto, początkowa część książki, o dzieciństwie Agaty, dostarcza wzruszeń i jest mocną historią o zmaganiu z nałogiem w rodzinie. Mnie poruszyła, na pewnych etapach życia jest się szczególnie wyczulonym na punkt widzenia dziecka i empatyzowanie z jego smutkami i marzeniami. Z zainteresowaniem i również poruszeniem przeczytałam o nawróceniu religijnym Agaty. Prócz tego, że moje doświadczenia jako dojrzewającej katoliczki były częściowo podobne, zaciekawiło mnie to, że bohaterka swoją wiarę przeżywa w pewnej niszy – w duchowości dominikańskiej, w dużym mieście, otoczona "fajnymi księżmi" i przez nich prowadzona. Pojawia się wręcz wrażenie, że nie wyobraża sobie wzrastania w wierze poza tą niszą. Gadałam o tym z ludźmi w grupie synodalnej i spotkałam się z podobnymi odczuciami – z żalem, że trzeba się naszukać, żeby znaleźć dobre środowisko do odkrywania wiary.

ACH, TA MŁODZIEŻ...


Druga część Teraz. Bardzo osobistej historii skupia się na nauczycielskich i teatralnych doświadczeniach bohaterki. Jest pogodniejsza, mniej tam dramatycznych zwrotów akcji. Zawiera natomiast ciekawe, aktualne i dokonane z niecodziennej perspektywy (siostry zakonnej, katechetki i reżyserki) obserwacje na temat współczesnej młodzieży i wyzwań w pracy z nią. Kto miewa również zawodowo do czynienia z młodzieżą, może – jak ja – skonfrontować je z własnymi doświadczeniami. Dla mnie ciekawy był obraz tego, że nawet będąc popularną, osiągającą sukcesy mentorką młodzieży, w wielu sytuacjach wraca się na tarczy. Nie uniknie się agresywnych pytań o wiarę, na które brak odpowiedzi, czy popełniania zwyczajnych głupstw.

SZTUKA CZY BIOGRAFIA?


Z doznań bardziej ambiwalentnych, szczególnie w drugiej części powieści siostry Baumann miałam wrażenie wpadnięcia w dolinę niesamowitości między biografizmem a fikcją literacką. Czy czytam jeszcze historie prawdziwych ludzi, czy jest to już wyobraźnia autorki? Wolę, kiedy te sfery są jaśniej rozgraniczone, kiedy wiem, że oto czytelnik powinien zachować powagę należną zwierzeniom albo przeciwnie, może pozwolić sobie na lekkość interpretacji pisarskiego zmyślenia. Przy czym od biografizmu sauté wolę rzeczywistość mocniej przefiltrowaną przez wyobraźnię.

ELEKTRYZUJĄCY ŚMIECH MARIKI


Natomiast najbardziej zapadły mi w pamięć w Teraz. Bardzo osobistej historii trzy hasła, którymi Agata/autorka wewnętrzna opisuje swój stosunek do sztuki. Wszystkie są zebrane w tym fragmencie: 


A ja mam do zaoferowania światu tylko to jedno krótkie: 'Galilejczyku, zwyciężyłeś!' i mój śmiech Mariki, to uszkodzenie duszy, tę malutką, nie do końca zabliźnioną ranę, która wywołuje wieczny niepokój. Ukoić go może jedynie sztuka.
To tak mało – a może Tobie wystarczy, Jezu? Może to jest właśnie moja najpiękniejsza opowieść o Tobie? 

s. B.K. Baumann OP, Teraz. Bardzo osobista historia, s. 495-496 


Śmiech Mariki to wspomnienie Agaty o roli jej matki w Niemcach Kruczkowskiego. Kilkuletnia Agata była przerażona i zarazem zafascynowana, gdy matka, odgrywając rolę ukochanej esesmana, wybuchnęła nienaturalnie głośnym śmiechem, pokazując zszokowanie bohaterki niegodziwością wybranka. Agata przejęła się teatralną sztucznością tego śmiechu, jego emocjonalną wieloznacznością i trudną moralnie sytuacją w tle. W dorosłości odkryła, że siła doznań artystycznych, którą odkryła w tamtym śmiechu, to coś, czego najbardziej szuka w teatrze i sztuce w ogóle.

Uszkodzenie duszy – tak jak widać w cytacie: niepokój duchowy wywołany sztuką. Dla osób twardo stąpających po ziemi uczucie może nieco podejrzane a przynajmniej niepraktycznie, ale widać po coś Pan Bóg zasiał je w niektórych duszach.

I "Galilejczyku, zwyciężyłeś!" – zawołanie buntownika Pankracego z Nie-boskiej komedii Krasińskiego. Pankracemu udało się obalić wcześniejszy porządek polityczny, ale nie udało się pokonać Boga. Dla książkowej Agaty to zawołanie jest łącznikiem między jej miłością do sztuki i do Boga. 

Szukanie takich łączników jest bliskie również mnie, uszkodzenie duszy też odczuwam. Śmiech Mariki rozumiem, choć jaki jest odpowiednik dla mnie? Może Meister Eckhart z Oberków do końca świata Wita Szostaka – też jest jakaś sztuczność literackiego konceptu, przy tym niejednoznaczność w podziale na dobro i zło (choć u Szostaka więcej dobra), a wszystko razem kopie z nieoczekiwaną emocjonalną siłą. 

Podsumowując – Agato, siostro Estero, rel.

 

S. Benedykta Karolina Baumann OP, Teraz. Bardzo osobista historia. Kraków 2025: Wydawnictwo Esprit.

Ilustracja: 
projetotudoaver0 z Pixabay 

poniedziałek, 12 maja 2025

Czułe narratorki i gulasz z dwunożnych tasiemców (Olga Tokarczuk, Empuzjon)

Gdyby nie nominacje do fantastycznej Nagrody Literackiej im. J. Zajdla w 2023 roku, nie sięgnęłabym po Empuzjon Olgi Tokarczuk. Z opinii wokół wynikało, że to książka, której wartość literacką przesłonił wsad ideologiczny, a poza tym ma obleśne momenty. Rzeczywistość okazała się jednak lepsza.


Z Mieczysławem z Empuzjonu łatwo się identyfikować.
Szczególnie złapała mnie za serce scena kąpieli.


Empuzjon opowiada historię Mieczysława Wojnicza, polskiego studenta, który z zaboru rosyjskiego przyjeżdża na kurację do sanatorium w Görbersdorfie (ówczesne Niemcy, dziś polska miejscowość Sokołowsko). Zamieszkuje w pensjonacie prowadzonym przez niejakiego Wilhelma Opitza, któremu tuż po przyjeździe Wojnicza umiera żona, Opitz jednak okazuje się tą śmiercią niemal nieporuszony, jest bowiem do szpiku kości mizoginem, a dodatkowo uważa, że mężczyzna nie powinien okazywać uczuć. 


MIZOGINI (I TYLKO ONI) SĄ WŚRÓD NAS

Pozostali mieszkańcy pensjonatu również okazują się mizoginami i spora część fabuły upływa na ich dysputach nad marnością płci niewieściej (parafrazują przy tym rzeczywistych autorów od antyku do współczesności - na końcu powieści Tokarczuk podaje listę nazwisk). Bohaterowie odbywają też kilka wycieczek, podczas których a to pałaszują wstrętne, mięsne, kojarzące się w ten czy inny sposób ze stereotypową męskością dania, a to zwiedzają atrakcje eksponujące ohydę płci męskiej: szczeliny skalne, z którymi wiąże się legenda o kobietach posądzonych przez mężczyzn o czary, czy też nieprzyzwoite lalki zbudowane w lesie przez węglarzy. Reszta fabuły to losy Wojnicza, który zmaga się z zagadką odgłosów ze strychu, ukrywaniem pewnej tajemnicy oraz poszukiwaniem siebie, a także dygresje pokazujące maskulinistyczne świństwa dokonywane przez poszczególnych bohaterów. Jest też element fantastyczny, związany z narratorem, czy raczej całą gromadą czułych narratorek.

 

PRZYJEMNOŚCI TEKSTU

Trudno brać na poważnie to zaangażowanie w jakąś karykaturalną wersję feminizmu, co sprawia, że książka dała mi sporo przyjemności jako lektura polemiczna: co skrajnego autorka jeszcze wymyśli? Poza tą niezamierzoną przyjemnością, Empuzjon daje też jednak nieco satysfakcji innego rodzaju. Z przyjemnością chłonęłam atmosferę Dolnego Śląska, którego tajemnicze i mroczne (jeden z nich opisał w Miedziance Filip Springer) zakątki miałam okazję swego czasu dobrze poznać turystycznie. Jak przystało na autorkę klasy Tokarczuk, powieść jest napisana doskonałym językiem. Poza tym, na tle wielu poznanych przeze mnie tytułów w polskim mainstreamie, wielkim plusem jest to, że Empuzjon ma fabułę. Co więcej, ta fabuła wciąga, a główna zagadka, nawet jeśli czytało się wcześniej (uczciwe, niespoilerujące) recenzje, jest trudna do rozwikłania aż do ostatnich stron.

 

EPIFANIA W ŁAZIENCE

I wreszcie - to również jedna z cech dobrej popkultury, którą miło zobaczyć w dziele aspirującym do literatury wysokiej - postać głównego bohatera, Mieczysława, budzi przemożną sympatię i daje czytelnikowi możliwość identyfikowania się z nim. Szczególnie złapała mnie za serce jedna z historii z jego dzieciństwa: Mieczysław zmaga się z tajemniczą przypadłością, która powoduje zakłopotanie i stygmatyzację ze strony nawet najbliższych osób. Wyjątkiem jest jego opiekunka, która kocha go bezwarunkowo. Najlepiej widzimy to w scenie kąpieli, gdy starsza kobieta, myjąc małego Miecia, obsypuje go najczulszymi określeniami, a ten, jak rzadko w swoim dotychczasowym i późniejszym życiu, czuje się naprawdę szczęśliwy. Jest to fragment, koło którego zapewne trudno przejść bez wzruszenia zarówno czytelnikowi, który ma doświadczenie opieki nad drugą osobą i miłości do niej, jak i osobie wierzącej w bezwarunkową miłość Boga do człowieka, jaki by nie był. 

 

I choć moim (i z tego, co widzę, zdecydowanie nie tylko moim) zdaniem propagowanie feminizmu i walki z mizoginią Oldze Tokarczuk w Empuzjonie mocno nie wyszło, to ten niewielki, znany w tej samej formie od wieków, niekontrowersyjny (przynajmniej tak mi się wydawało do nieszczęsnego lata 2024) temat z arsenału politycznej poprawności, który dotyczy Mieczysława, jest odrobiony świetnie i może niejednego czytelnika przekonać do większego szacunku i miłości bliźniego osób, które mierzą się z podobnym wyzwaniem. 

 

ZAKRZYWIONA RZECZYWISTOŚĆ

Zresztą jeśli by cały Empuzjon czytać nie jako komentarz do ideologicznej bieżączki, ale właśnie przez subiektywny filtr historii Mieczysława, to zaczyna on wyglądać dużo sensowniej. Główny bohater miał bardzo dobre powody, by czuć mdłości w związku z gulaszem z tasiemców, jurnymi historyjkami innych kuracjuszy i ogólnie ideą, która łączy te wątki. Może więc świat przedstawiony w Empuzjonie jest tak przerysowany nie za względu na ideowe "przegięcie" autorki wewnętrznej, ale na wyczulenie głównego bohatera na pewne tematy, które zakrzywiło całą rzeczywistość książki i pod koniec osiągnęło taki poziom, że popchnęło Mieczysława do takiej a nie innej decyzji?


Tokarczuk, Olga. 2022. Empuzjon. Kraków: Wydawnictwo Literackie.

 Ilustracja: Obraz Clker-Free-Vector-Images z Pixabay


wtorek, 27 grudnia 2022

Podsumowanie roku 2022. #1 Juhani Karila, "Polowanie na małego szczupaka"

Zbliża się koniec roku, pora podsumowań. Przedstawiam serię kilku wpisów o tym, co mnie w 2022 roku zajęło i/lub ucieszyło na niwie literackiej, audiowizualnej i duchowej. Niezależnie od daty publikacji, bo jak zwykle liczy się tylko me, myself and I. Dziś powieść Polowanie na małego szczupaka, której autorem jest fiński pisarz Juhani Karila.

Jeśli kogoś, o dziwo, nie pociągają Kalevala, bąki, lingwistyka i sitowie, to Polowanie na małego szczupaka warto przeczytać też dla wątku obyczajowego i fabuły.

 

Tę książkę zapośredniczyli nam znajomi, miałam okazję czytać ją w warunkach bardzo sprzyjających eskapizmowi i jako wyzwalacz owego eskapizmu sprawdziła się wyśmienicie. Jest to dziejąca się podczas lapońskiego lata mocno fantastyczno-baśniowa, dość przaśna i zabawna, trochę kryminalna, trochę obyczajowa historia o dziewczynie, która z pewnych tajemniczych powodów co roku przybywa w swoje rodzinne strony, by upolować tytułową rybę. 

 

Ponieważ od czasu licealnych poszukiwań tolkienowskich kocham wszystko, co fińskie, już to było powodem, bym z entuzjazmem podeszła do tej książki. Kolejnym plusem dla mnie był komizm - począwszy od przaśnych historyjek takich, jak legenda o bożku Pierdunie, wpasowujących się idealnie w moje przedszkolne poczucie humoru, skończywszy na komizmie językowym - tłumacz, Sebastian Musielak, w bardzo udatny, zabawny, a zarazem w pełny szacunku sposób spreparował gwarę mającą oddawać dialekt Lapończyków. Trzeci powód, dla którego wsiąkłam w tę książkę, to sceneria. Kocham szuwary i zarośla, kojarzą mi się z rodzinnymi stronami a i obecnie uwielbiam wśród nich wędrować, a w Polowaniu na małego szczupaka mamy tego mnóstwo. Zresztą Elina, główna bohaterka, to jest taka właśnie szuwarowa dziewczyna, znająca się na przyrodzie i dobrze w niej funkcjonująca, przez co mocno się z nią identyfikowałam. 

 

Choć nie tylko przez to. Gdybym czytała tę książkę osiem czy dziesięć lat temu, pewnie strasznie spłakałabym się nad zakończeniem (bo wypada zaznaczyć, że jeśli kogoś, o dziwo, nie pociągają klimaty Kalevali, dowcipy o bąkach, eksperymenty lingwistyczne i sitowie, to Polowanie na małego szczupaka warto przeczytać również m.in. ze względu na łapiący za serce wątek obyczajowy i angażującą fabułę). Ale przeczytałam teraz, więc mogłam tylko pogodnie podumać, czego więcej byśmy się dowiedzieli, gdyby akcja potoczyła się tydzień, miesiąc czy rok dłużej.

 

Niebawem pojawią się kolejne odcinki podsumowania, pozostańcie na łączach.


Karila, Juhani, Polowanie na małego szczupaka. Przełożył Sebastian Musielak. Gdańsk 2021: Marpress. 

Obrazek autorstwa Gordon Johnson z Pixabay

sobota, 7 listopada 2020

Romans dla nikogo (Stanisław Lem, „Powrót z gwiazd”)

Zawsze chciałam przeczytać Powrót z gwiazd Lema ze względu na wątek romantyczny. Gdy w końcu to nastąpiło, trochę mnie ów wątek rozczarował, współcześnie jest lekko niestrawny. Nie zawiodły mnie natomiast Lemowskie obserwacje obyczajowe i futurologia.

 


Nie dziwi mnie, że Lem nie przewidział LGBT, ale mógł przewidzieć, że rozpasani ludzie przyszłości będą np. chcieli niekiedy spędzać czas inaczej, niż ich partnerzy.

Ten blog to istne cmentarzysko zawiedzionych oczekiwań czytelniczych. Jak być może wiecie1, jedną z rzeczy, które swego czasu najbardziej lubiłam i których usilnie szukałam w prozie Stanisława Lema, są – dość skąpo w tych książkach rozsiane – wątki romantyczno-miłosne, dosłowne lub wyinterpretowane. Moją pierwszą lemowską fascynacją był Solaris, później nadinterpretowałam sobie Fiasko, bo mi się kojarzyło romansowo, z zapałem chłonęłam też tło uczuciowo-obyczajowe Cyberiady. Od dawna wiedziałam, że prawdziwą perłą w koronie, jeśli chodzi o miłosnego Lema, jest jednak Powrót z gwiazd. Niedawno w końcu nadarzyła się okazja i książkę przeczytałam. No i – po raz kolejny nie znalazłam tego, czego szukałam, znalazłam natomiast inne rzeczy.


Z GWIAZD W DAMSKIE RAMIONA

Uściślając – nie znalazłam w tej książce romantycznych wrażeń, które spodziewałam się przeżyć, bo wątki romansowe tam oczywiście są. Powrót z gwiazd to generalnie książka obyczajowa: główny bohater, Hal Bregg, wraca z dalekiej i niebezpiecznej ekspedycji kosmicznej, podczas której, wskutek paradoksu czasowego, dla załogi minęło niewiele czasu, gdy tymczasem na Ziemi upłynęło ponad sto lat. Bregg trafia więc do świata, w którym pod jego nieobecność nastąpiły ogromne zmiany techniczne i kulturowe. Wraz z czytelnikiem poznaje codzienność życia w futurystycznej rzeczywistości oraz próbuje nadrobić relacje międzyludzkie. A że jego krewni i przyjaciele już dawno nie żyją, to – jak mówi mu pewien sędziwy doktor – któż mu pozostał, jak nie kobiety?


MĘSKIE EMOCJE

Mamy zatem szereg (niezłożony z przesadnie wielu elementów) perypetii, jakie spotykają Bregga na drodze do znalezienia osoby, z którą będzie mógł się zrozumieć, założyć wspólne ognisko domowe, i w której ramionach będzie mógł znaleźć odrobinę ciepła. Są tu obrazki typowo obyczajowe – smakowicie okraszone futurologicznymi wizjami rozwoju owej ludzkiej obyczajowości, uczuciowości, czy instytucji związku i małżeństwa – są też (słownie) dwie sceny miłosne oraz dużo liczniejsze obrazy męskiej emocjonalności i kierujących męskim bohaterem związkowych motywacji.


No i tak, gdy za młodu rozpoczynałam swój quest w poszukiwaniu romantyzmu u Lema, pewnie w pierwszej kolejności zaciekawiłby i ujął mnie ten ostatni wątek. I trzeba przyznać, że rozterki Bregga, jego zagubienie, całkiem rozsądne pragnienia i wysiłki na rzecz ich sublimacji, a chwilami też niemalże uczuciowy szał – są przedstawione w sposób sugestywny, a z drugiej strony przyjemnie subtelny. To wszystko działa na czytelnicze emocje, a dla niektórych czytelniczek spośród tych, którym zdarza się durzyć w bohaterach literackich, intelektualizujący gwiezdny twardziel z sercem na wierzchu i (lekko się tylko niekiedy naddającymi) zasadami może jawić się wręcz jako „chłopak do zakochania”.


CZARNA POLEWKA W WERSJI HIGH TECH

Powyższe nastawienie jest mi dobrze znane, ale sama jako czytelniczka absolutnie nie jestem na tym etapie. Na wątki romantyczne w Powrocie z gwiazd patrzyłam więc z zainteresowaniem, ale nie tyle emocjami, co obyczajami i wartościami. W kwestii obyczajów na pewno zajmujący jest wspomniany rys futurologiczny. Przykładem jest słynna, jesli chodzi o tę książkę, koncepcja betryzacji – rodzaju antyprzemocowej emocjonalnej kastracji ludzkości – która znacznie wpływa też na relacje międzypłciowe. Inny przykład to błyskotliwy i bardzo zabawny motyw brytu – biotechnologicznej czarnej polewki podawanej przez kobiety absztyfikantom, których chciały trzymać na dystans.


ROMANS NIESTRAWNY DLA NIKOGO

Co do sfery wartości związanej z relacjami miłosnymi, poczułam się podczas lektury Powrotu z gwiazd zagubiona i wyobcowana – i zastanawiam się, czy którykolwiek ze współczesnych czytelników się tak nie czuje. Lemowska wizja miłości i małżeństwa w przyszłości nie wydaje się bowiem, przynajmniej na dzisiejszy stan literatury, ani szczególnie odkrywcza, ani futurologicznie trafiona, ani – atrakcyjna.


Z jednej strony mamy tu, dość stereotypowo, spore rozluźnienie obyczajów, ludyczne nastawienie i brak wzmianek o religijnej czy innej „uwznioślającej” nadbudowie miłości i małżeństwa. Z drugiej strony jest to wizja w dużej mierze mieszczańska i konserwatywna. Bohaterowie grzecznie drepczą do futurystycznych urzędasów, by legalizować swoje luźne i krótkotrwałe związki, a w miejscach publicznych, np. przybytkach rozrywki, pojawiają się karnie w heteroseksualnych parach. Nie dziwi mnie tu bynajmniej, że Lem w latach 60-tych nie przewidział ekspansji kultury LGBT czy poliamorii, bo kto to mógł przewidzieć. Ciekawi mnie jednak, że nie przyszło mu do głowy, że rozpasani ludzie przyszłości mogą np. chcieć spędzać wolny czas w inny sposób i w innych miejscach, niż ich partnerzy. Podsumowując wszystko powyższe – nie wiem, czy ktokolwiek z nas współczesnych, niezależnie od poglądów, chciałby żyć w czymś takim.


BOHATER WIERNY, LECZ NARWANY

Ta etyczna ambiwalentność tyczy się też – mimo innych wspomnianych pozytywnych emocji, które może wzbudzać protagonista Powrotu z gwiazd – podejścia Bregga do miłości i związków. Osoby lubiące obyczajowość chrześcijańską i/lub zachowawczo romantyczne mogą być jeszcze ewentualnie mile zaskoczone pragnieniem Bregga, by wejść w związek, który – wbrew trendom na nowej Ziemi – przetrwa całe życie. Z drugiej jednak strony nie tylko czytelnicy lewicowi mogą być współcześnie lekko etycznie zszokowani dość maczystowskim niekiedy poczynaniem sobie bohatera z płcią przeciwną (niechęć połączona z pożądaniem wobec Aen; niejednoznacznie konsensualny początek znajomości z Eri), czy też gwałtownością jego miłosnych afektów. Niezależnie od światopoglądu, obecnie jesteśmy chyba bardziej zbetryzowani, niż protagonista Powrotu z gwiazd i z jego działaniami często trudno się identyfikować a niekiedy mogą one nawet budzić sprzeciw.


NIEZNANE PROROCTWO LEMA!

Tak to u mnie wygląda. Nie powzruszałam się tyle, ile chciałam, niestety. Na szczęście jednak lektura była przyjemna z innych powodów. Głównie dzięki wspomnianej futurologii: nie tylko wizja przyszłej obyczajowości, ale i techniki, mody, architektury czy struktury społecznej, choć nie zawsze trafiona, została przez Lema w Powrocie z gwiazd oddana ciekawie. Działa to wszystko na wyobraźnię wizualną (jakież psychodeliczne wizje on tam niekiedy roztacza – uczta dla wewnętrznych oczu!), daje do myślenia (również w tych miejscach, gdzie autor się pomylił – można dywagować, gdzie się podziały te wszystkie bogactwa, blichtr i powszechne bezpieczeństwo, które nam, ludziom przyszłości, miało przyjść w udziale?) a w kilku miejscach jednak zaskakuje trafnością. Bo Lem przewidział w tej książce nie tylko ten nieszczęsny opton, który wszyscy tak wałkują, ale na przykład również to:


Podała mi wysoki stożek z rurką, mienił się jak rubin, ale był miękki, jakbym dotykał mszystej skórki owocu. (...) Płyn miał smak nieznanych, świeżych owoców, z malutkimi grudkami, które niespodziewanie i zabawnie rozpryskiwały się na języku.2


I co, spodziewaliście się czegoś takiego, hipsterzy?


---

Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, Warszawa 2008: Biblioteka Gazety Wyborczej.

 

Obrazek: zmodyfikowana przez autorkę ilustracja Clker-Free-Vector-Images z Pixabay

1 Jeśli np. czytaliście notkę o „Fiasku” lub słuchaliście naszych paneli lemowskich na tegorocznym festiwalu Cytadela (dostępne tutaj i tutaj).

2 S. Lem, Powrót z gwiazd, Warszawa 2008: Biblioteka Gazety Wyborczej, s. 93. Dziękuję Ziucie za powiązanie tego fragmentu powieści i piosenki!

piątek, 12 czerwca 2020

Duchowa dieta na literę „M”. Vol. 2: Márai, czyli kotlet smakowicie odgrzany

Sam motyw niezbyt oryginalny, ale Márai opisał to tak, że miałam wrażenie, że dotykam samej istoty tego archetypu.

Po przerwie wracam do cyklu wpisów o trzech potrawach „dla ducha”, które szczególnie zasmakowały mi w niedawnym czasie. Łączy je to, że ich twórcy zwą się na tę samą literkę. Dziś piszę o mikropowieści „Żar” Sándora Máraiego, którą czytałam kilka lat temu, a ostatnio odświeżyłam sobie w formie audiobooka.


Kiedy kilka lat temu przeczytałam „Dziennik” Sándora Máraiego – a dokładniej obszerny wybór fragmentów jego dzienników, który ukazał się w Polsce w 2004 roku – zachwyciłam się bez reszty połączeniem chrześcijańskiej duchowości (jakkolwiek pod koniec życia wspominał, niestety, o utracie wiary), cudownej brawury intelektualnej (np. mistrzowskie oranie klasyków literatury, których nie lubił) i jakiegoś nienazwanego piękna. Po przeczytaniu „Dziennika” wzięłam się za powieści jego autora – wrażenia były różne, choć na ogół znajdowałam powody do zachwytu. Jedną z tych powieści był „Żar”.


PIERWSZE SPOTKANIE Z „ŻAREM”

Gdy czytałam tę książkę pierwszy raz, największe wrażenie zrobił na mnie po pierwsze soczysty, przekonujący realizm, a po drugie – sposób ogrania motywu dwóch mężczyzn rywalizujących o kobietę. (Książka opowiada o spotkaniu, w latach 40-tych XX wieku, dwóch starych mężczyzn, Henryka – węgierskiego generała i Konrada – jego przyjaciela ze szkoły wojskowej, którego Henryk podejrzewa o uwiedzenie przed laty jego żony Krystyny.) Sam motyw niezbyt oryginalny, ale Márai opisał to tak, że miałam wrażenie, że dotykam samej istoty tego archetypu, z całym towarzyszącym mu emocjonalnym rozgorączkowaniem, świadomością winy a z drugiej strony tego, co jest moralnie słuszne i piękne.


DRUGIE PODEJŚCIE

Po kilkuletniej przerwie w czytaniu Máraiego wpadł mi w ręce audiobook „Żaru” z 2014 r., czytany przez Mariusza Bonaszewskiego. Z pewną ekscytacją stwierdziłam, że odświeżę sobie dawne wrażenia. I jak to bywa, przekonałam się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki – co jednak nie znaczy, że kolejne kąpiele nie mają sensu.


Wspomniany archetyp przestał do mnie tak mocno mówić – nie wiem, pewnie to przez inny moment życia. Perełki trafnych obserwacji rzeczywistości nadal mnie zachwycały tu i ówdzie. (Na gorąco przypomina mi się na przykład taki obrazek, gdzie Konrad katuje się wyrzutami sumienia, że jego niezamożni rodzice rujnowali się na jego wykształcenie a Henryk trzeźwo odpowiada, że mogli być z tym wszystkim bardzo szczęśliwi.) Zauważyłam natomiast też coś nowego – co mnie podczas tego drugiego podejścia do „Żaru” miejscami męczyło i irytowało.


KSIĄŻKA-KŁÓTNIA – ALE (P)O CO?

Książka ta ma formę, którą w swym idiolekcie nazywam opowieścią o humpfie – to historia ludzi, którzy przez cały czas trwania akcji siedzą przy stole i się kłócą. Ta forma potrafi dać odbiorcy wiele radości, jak widać na przykładzie filmów „Rzeź” Polańskiego czy „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” Genovese. Tym bardziej kiedy bohaterowie kłócą się inteligentnie i/lub zabawnie.


Ale „Żar” Máraiego taki nie jest. Konflikt bohaterów jest opisany śmiertelnie na poważnie, wręcz pompatycznie. Rozmowa Henryka i Konrada prowadzona jest inteligentnie, ale radość z odbioru psuł mi fakt, że od pewnego momentu zaczęła mi się wydawać bezsensowna.


Protagoniści przez sto kilkadziesiąt stron mielą temat dawnej domniemanej zdrady małżeńskiej, wnikając w najdrobniejsze szczegóły, kreśląc tło historyczne i psychologiczne i pogrążając się w dygresjach. Ich motywacje – a zwłaszcza głównego bohatera, Henryka – są przy tym dla mnie, jako czytelniczki, kosmicznie odległe i nieaktywujące schematów poznawczych. (Chodzi im o jakieś mętne, wyprane z emocji, empatii czy moralności poczucie sprawiedliwości i honoru.)


Krystyna, (prawdopodobnie) niewierna żona, nie żyje przecież od lat, więc wątek międzyludzki jest nieaktualny. Emocje, po upływie czterdziestu lat od domniemanego zdarzenia, wywietrzały. Także wątek zdrady jako moralnego zgorszenia nie wydaje się być dla bohaterów ważny. Po co więc było Henrykowi kisić tę urazę i po co tyle się nad tym rozwodzić?


KATHARSIS

Trochę to wszystko się jednak klaruje – i zyskuje sens – na końcu. (Nie będę spoilerować, zasygnalizuję tylko, że chodzi mi o motyw z obrazem i jego moralną wymowę.) Czytelnik, nawet jeśli wymęczył się nieco, wraz z bohaterami, podczas akcji powieści, na końcu może mieć wrażenie, że jednak było warto. I może, choć bohaterowie i narrator wydają się pozornie indyferentni moralnie, ta męka postaci i odbiorcy to jest właśnie morał tej powieści – skoro zdrada to wielki grzech, to przy jej odkupieniu widać trzeba podrążyć i musi poboleć.


To zakończenie uważam za piękne bo, jak to się ładnie mówi, „przypomina o Ewangelii”. I jak teraz patrzę na tę moją ponowną lekturę „Żaru”, to obok wspomnianych perełek realizmu i motywów niewytłumaczalnie pięknych (motyw niani Nini, obraz dzikiej węgierskiej przyrody) moje ulubione momenty tej powieści to właśnie te, gdzie Márai jest kryptoteologiczny – albo po prostu otwarcie chrześcijański. A to dlatego, że jego autor wewnętrzny, jak rzadko kto, wydaje się wiedzieć, o czym – i o Kim – mówi.


REALNE I PIĘKNE

Na przykład w dygresji o krwi narrator wspomina, że była ona obecna w obrzędach zawsze, gdy człowiek chciał powiedzieć Bogu coś ważnego. Nie ma tu dystansu wobec „opium dla ludu” czy nawet bardziej lub mniej powierzchownego szacunku wobec tradycji i rytuału – jest osobista relacja, człowiek i Bóg. Albo gdy pojawia się porównanie życia kogoś z bohaterów do życia zakonników i pada stwierdzenie, że zakonnikowi jest łatwiej, ponieważ ma wiarę – znów zamiast częstego w kulturze niezrozumienia dla chrześcijańskiego życia konsekrowanego widać tę świadomość, że wiara to coś realnego i coś, co potrafi pomóc człowiekowi.


Márai jest piękny i autentyczny również w odniesieniach do chrześcijańskiej obyczajowości. Przykładowo, kiedy współczesny czytelnik trafia na literacki obraz dojrzewania chłopców, stereotyp nakazywałby mu pewnie oczekiwać wywlekania związanych z nim brudów i grzechów. W „Żarze” mamy zaś przejmujący, emocjonalny obraz gorącej – a przy tym w stu procentach niewinnej i jednoznacznej – przyjaźni Henryka i Konrada oraz wzmiankę o ich wzajemnym zobowiązaniu do zachowania czystości. Nawet biorąc poprawkę na epokę – powieść wydano w 1942 roku – jest to, moim zdaniem, mocne. (Opis najwcześniejszych losów Henryka i Konrada to jest właśnie ten piękny obraz męskiego dzieciństwa, o którym wspominałam w poprzedniej notce.)

Podobnie jest w „Żarze” przedstawiony obraz małżeństwa – tu znów stereotypowo spodziewałabym się po współczesnej literaturze krytyki, pokazania pustoty tej formy społecznej lub przynajmniej obojętnego do niej stosunku. Tymczasem Márai skupia się na więzi emocjonalnej, która może łączyć małżonków (szczególnie w historii rodziców Henryka, którą narrator podsumowuje stwierdzeniem, że bardzo się kochali, choć nie rozumieli) i na ostateczności i nieodwołalności ich relacji (znamienne słowa Henryka, że w momencie śmierci Krystyna wzywała jego imię, nie Konrada).


Krótko mówiąc, jeśli chodzi o pisanie o Bogu i moralności chrześcijańskiej, autora „Żaru” łączy z bohaterem poprzedniej notki to, że obaj, jak na moje, mieli okazję naprawdę zagadać do Tego, o którym niekiedy piszą, a nie tylko ślizgać się po powierzchni jakichś idei czy tradycji religijnych (nawet jeśli u Máraiego ta relacja się później skomplikowała). Bardzo lubię czytać takich ludzi.



Márai, Sandor. 2014. Żar. [audiobook]. Czyta Mariusz Bonaszewski. Warszawa: Agora.

Ilustracja autorstwa kristine431 z Pixabay

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Niech nie zachodzi słońce (Sylwia Chutnik, "Kieszonkowy atlas kobiet")

Chutnik Hools, podpowiada mi za każdy razem przeżarta literaturą wyobraźnia. Czyżby Marysia z Kieszonkowego atlasu... miała naśladowców?

Kieszonkowy atlas kobiet Sylwii Chutnik przeczytałam ostatnio w ramach nadrabiania sztandarowych polskich tytułów głównonurtowych z ostatnich dwóch dekad. (Sprawdzam, na ile rzeczywiście książki postfantastów pozytywnie różnią się od uśrednionej reszty polskich głównonurtowców w kwestiach takich, jak bohaterowie, z którymi można się utożsamić, niecyniczne pokazanie elementów wrażliwości i eschatologii okołochrześcijańskiej czy życzliwy, pełen szacunku opis prostych, niepięknych ludzi.)


Choć ta moja wakacyjna wędrówka przez mainstream miała już kilka traumatycznych momentów (ach, ten Varga i Shuty), Kieszonkowy atlas... – zbiór czterech opowiadań, każde z nich poświęcone bohaterowi lub bohaterce znajdującym się w jakiś sposób w spektrum kobiecości – stanowi jak dotąd jeden z jaśniejszych punktów.


Przede wszystkim, książka jest napisana wrażliwie. Nieraz zdarzało mi się już (i nie tylko mi) narzekać na schematyczne, oparte na stereotypach lub wręcz pełne wyższości przedstawianie w niektórych polskich głownonurtowych książkach postaci z tzw. dołów społecznych. 


U Chutnik wygląda to całkiem inaczej, niż w tych mniej chubnych przykładach – i wygląda bardzo ciekawie. Dwa pierwsze opowiadania – o straganiarce Czarnej Mańce i niezamożnej starszej pani, Marii Wachelberskiej – rozpoczynają się od obrazów dość groteskowo przedstawiających grupy społeczne, z których wywodzą się obie kobiety. Tu zgraja mętów społecznych wciskających klientom byle co, tam zbiorowisko kłótnic wściekle awanturujących się w kolejce u lekarza lub nieżyczliwie podglądających sąsiadów z okien. Stereotyp, nieprzychylność i typowy głównonurtowy klasizm, można by powiedzieć. 


W miarę biegu obu historii Chutnik wyłuskuje jednak z tych zbiorowisk postaci bohaterek i nagle okazuje się, że każda z nich ma tak naprawdę żywe emocje, realistycznie odtworzone motywacje, a jej historia – z groteskowej – staje się w pewnym momencie wręcz rozdzierająca. Choć te początkowe obrazy denerwowały mnie chwilami tą stereotypowością – dialogi w kolejce do lekarza kojarzyły się miejscami z gagami z kiepskiego kabaretu – to jestem w stanie wziąć to za dobrą monetę i dopatrzeć się w tym morału: jako masa może i nie jesteśmy zbyt pociągający, ale jeśli popatrzeć bliżej, żulica czy sąsiadka-dziwaczka też okazują się piękne.


Podobało mi się też od strony ideowej. Motyw "paniopana Mariana" z trzeciego opowiadania zniechęcił mnie, gdy przeczytałam o nim w blurbie – zapowiadało się to na nachalnie ideologiczną dżęderową opowiastkę. Tymczasem otrzymujemy opowiadanie cudnie subtelne i apollińskie, tak niewinne, że nie zgorszyłoby zapewne nawet najbardziej purytańskiej pensjonarki. Myślę, że gdybym była niebinarna, też bardzo fajnie by mi się to czytało – w przeciwieństwie, tak myślę, do większości innych narracji o płciowej nieheteronormatywności – a ten odważny, nieskazitelny bohater (ma w sobie coś z arturiańskiego Galahada) mógłby mi być może wtedy pomóc jako role model.


No i wątki religijne. Na pewno przykuwa uwagę fakt, że wszystkie cztery główne postaci z opowiadań mają imiona będące wariacjami imienia Maria, a w fabułach tych historii często przewijają się nawiązania do Matki Bożej. Nie wszystkim mogą się one spodobać w kwestii wrażliwości, bo bywają "po bandzie", ale ciekawy i finalne słuszny teologicznie jest pomysł, że Maryja może być patronką kobiet również wtedy, gdy przepełnia je gniew lub bunt, gdy toczy je nałóg lub szaleństwo. 


Szczególnie poruszyły mnie dwa wątki. Pierwszy to historia o kanalarkach z Powstania Warszawskiego, które, według narratora, jak barwy wojowniczek, malowały sobie na policzkach dwie rysy takie jak na obrazie częstochowskiej Czarnej Madonny. 


Drugi to modlitewna relacja, jaką ma z Matką Bożą bohaterka czwartego opowiadania, mała buntowniczka Marysia. Dziewczynka jest przepełniona gniewem na wszystko wokół, ale z drugiej strony modlitwa jest dla niej czymś bardzo ważnym, te dwa sprzeczne żywioły walczą w niej ze sobą. Jak w życiu, można by powiedzieć. 


I tak, jak w życiu, na pierwszy rzut oka to gniew, to bycie tym bezkompromisowym rebelem, wydaje się być bardziej atrakcyjne, takie niemieszczańskie, uwalniające, autentyczne. Ale gdy przychodzi co do czego... zwróćcie uwagę, jak inaczej potoczyłyby się losy Marysi i jej wymarzonej przyjaciółki w zależności od tego, czy Marysia posłuchałaby Maryi, czy swojego gniewu. Zwróćcie uwagę, jakie opowiadanie Chutnik jest w tym miejscu ewangeliczne.


A, i zwróćcie też uwagę, jakie rekomendacje muzyczne daje Maryja małej buntowniczce. Ci, którzy mieli okazję wsłuchać się bardziej w TEN konkretny rodzaj muzyki, zgodzą się ze mną zapewne, że to dokładnie tak działa. Jak to czytałam, miałam (pozytywne) ciarki.


Chutnik, Sylwia. 2008. Kieszonkowy atlas kobiet. Kraków 2008: Korporacja Ha!art.