środa, 12 sierpnia 2020

Jak podróżować w czasie koronawirusa? – Olga Tokarczuk, „Bieguni”

Nie dajcie się zwieść Komitetowi Noblowskiemu – Bieguni Olgi Tokarczuk to nie żadna nadmiernie ambitna cegła, a przemiła, lekka lektura, angażująca czytelnika zarówno ciekawymi historyjkami, jak i sympatyczną rozkminą. Nie myślcie też, że książkę opowiadającą o podróżach źle się czyta w czasie koronawirusa, gdy egzotyczne eskapady są utrudnione. Wprost przeciwnie – jej lektura w dobie pandemii odkrywa nowe atuty i sensy.


Nie jestem aż tak ekologiczna, by marszczyć brwi na nieistniejącą narratorkę,
która radośnie rozbija się po świecie generując ślad węglowy.

Biegunów Olgi Tokarczuk czytało mi się dużo bardziej potoczyście niż cokolwiek w ostatnim czasie. Ciekawa sprawa, biorąc pod uwagę, że jestem fanką czytelniczej popkultury, która okazjonalnie wzięła się za coś „ambitnego”.


LEKTURA PODRÓŻNA – ŁATWA I PRZYJEMNA

Ta łatwość czytania bierze się pewnie ze struktury tej powieści. Gdzieś na początku Biegunów narratorka kokieteryjnie daje do zrozumienia, że książka ta jest lekturą podróżną, „wagonową” – czytadłem, którym można umilić sobie chwile lotu czy przejazdu, po czym bez żalu zostawić w kabinie czy przedziale. Myślę, że jest to całkiem prawdziwe. Bieguni mają niezobowiązującą, nieco poszatkowaną budowę. Luźne, a przy tym ciekawe rozmyślania i wspominki narratorki na tematy ogólne związane z podróżą, przeplatają się z również ciekawymi i angażującymi czytelnika historyjkami fabularnymi: a to jakieś zaginięcie, a to miłostka z nauką w tle, a to dzieje drugoplanowej postaci znanego wydarzenia historycznego.


Dzięki tej budowie Bieguni świetnie nadają się do czytania dla zabicia czasu, krótkimi partiami – na przykład właśnie w podróży. Główny zamysł książki i tak jest dość wyrazisty, można go zapamiętać nawet przy niezbyt wnikliwej lekturze, a znajomość szczegółowych powiązań pomiędzy pomniejszymi wątkami i fragmentami nie wydaje się być niezbędna, by czerpać z lektury Biegunów satysfakcję i intelektualne korzyści.

Wielkie piękno, czyli żółciutki Lipsk na uboczu
centrum Warszawy. Pamiątka z mikrowycieczki po stolicy.


MAPA ŚWIATA, MAPA LUDZKICH ŻYŁ

A jaki jest ten główny zamysł książki? Wygląda na to, że splecenie dwóch tematów: podróży i anatomii ludzkiego ciała. Podróż jest, zwłaszcza na początku, tematem przewodnim. Narratorka rozpoczyna opowieść od wspomnień z dzieciństwa i początków swojego życia nomady. Te podróżnicze wspomnienia – opisy odwiedzanych miejsc, historie zasłyszane od współpasażerów i miejscowych, przemyślenia i fantazje związane z podróżowaniem, przestrzenią, kartografią – stają się kanwą całej książki. Także pierwsza dygresyjna historyjka – opowieść o Kunickim – traktuje o rodzinnej, wakacyjnej podróży.


Bardzo szybko w narracji Biegunów pojawia się jednak ten drugi ważny temat, dotyczący anatomii. Jedna z pierwszych turystycznych przygód, jakie opisuje narratorka, to zwiedzanie przyszpitalnej wystawy anatomicznych osobliwości – preparatów zdeformowanych organów ludzkich i zwierzęcych. Autorka podsumowuje: „Właśnie ku temu się cierpliwie poruszam w moich podróżach, tropiąc błędy i wpadki stworzenia”1 – i pewnie to zdanie, jakkolwiek by nie oceniać słuszności takiej negatywnej motywacji, można potraktować jako pierwszy zwornik między dwiema przewodnimi myślami w Biegunach, dotyczącymi podróży i ciała. Tych wątków anatomicznych robi się z czasem w książce Tokarczuk więcej. Mamy m.in. historię doktora Blaua, współczesnego eksperta w dziedzinie plastynacji, czyli konserwacji zwłok z zachowaniem ich oryginalnego wyglądu; wątki jego mistrza, XVII-XVIII-wiecznego anatoma, dr. Ruyscha, oraz jego córki i ucznia; czy też końcowy wątek – kolejny zwornik tematu podróży i tematu ciała – wylew krwi do mózgu jednego z bohaterów opisywany tak, jak opisuje się powódź albo zatopienie kontynentu, gdzie anomalia zdrowotna powodująca zanik pamięci i świadomości człowieka porównana jest do fizycznego zniszczenia geograficznego świata.


Ta sama mikrowycieczka i ten sam Lipsk – jeno w kontekście.


EKOLOGICZNE DYLEMATY PODRÓŻNIKA

Czy, obok wspomnianej niewątpliwej przyjemności z lektury, wyciągnęłam z Biegunów Tokarczuk coś jeszcze? Raczej nie, jeśli mówimy o rzeczach naprawdę wielkich i pięknych: to misterne, choć też i dość luźne splecenie dróg i żyłek nie zaprowadziło mnie do żadnego splotu słonecznego ani węzła komunikacyjnego, nie przeżyłam żadnej duchowej epifanii, ciężkiej rozkminy moralnej czy wstrząsu estetycznego.


Przy czym ja oczywiście jestem tylko prostą młodą kucharką, wszędzie szukającą doznań teologicznych i popkulturowych, ale, co ciekawe, również postępowi eksperci od literatury przyznają niekiedy, że nie są pod etycznym wrażeniem Biegunów. Maciej Jakubowiak w artykule w Dwutygodniku o Noblu dla Olgi Tokarczuk wbija na przykład Biegunom szpileczkę za pochwałę mobilności, która w naszych czasach nie jest do końca moralnie niewinna.2 Nie wiem, czy jestem tak ekologicznie wrażliwa, by aż marszczyć brwi na nieistniejącą narratorkę, która radośnie rozbija się po świecie, generując ślad węglowy. Jeśli coś wywoływało we mnie pewien dyskomfort, to raczej fakt, że powieść czytałam w pandemii, w której loty do egzotycznych krajów zaczęły się kojarzyć zgoła inaczej i bardziej abstrakcyjnie, niż było to kilkanaście lat temu, w czasie publikacji książki.


Odpadły trzy literki, został słoń Babar, czy Barbar.
Nie trzeba jechać do Disneylandu, by spotkać
postaci z bajki!


MIKROPODRÓŻE W PANDEMII

Ale Bieguni to, przyznaję po namyśle, dobra lektura na pandemię – i to jest druga wartość, którą wyciągnęłam z lektury tej książki Tokarczuk. Myślę, że jest to też dobra lektura w obliczu zmian w podróżniczych przyzwyczajeniach, które, być może, czekają nas w związku ze zmianami ekologicznymi czy ekonomicznymi. 

 

Przede wszystkim – poszatkowana struktura Biegunów czyni z nich, jak wspomniałam, dobrą lekturę podróżną – jednak niekoniecznie na wielogodzinne rejsy samolotem czy wycieczkowcem, czy też na trasy kolejowe na miarę Transsibu. Weźcie lepiej Biegunów na eskapadę tramwajem, między założeniem maseczki przy wejściu a zdezynfekowaniem łapek przy wyjściu spokojnie zdążycie przeczytać któryś z ich minirozdziałów. Z podobnych powodów zaplanujcie tę książkę Tokarczuk jako lekturę na popas podczas mikrowycieczki do parku w sąsiedniej dzielnicy. Zresztą historia „zakutanej biegunicy” pokazuje, że uwalniającą podróżą może być wszystko – nawet dreptanie w miejscu czy kołysanie się na boki. A zatem każda nasza mikrowycieczka, każda wyprawa do lasu, który tworzą trzy drzewa za domem (jak to robił bohater Stroiciela lasu Marka Stokowskiego), każde odnalezienie Bieszczadów w zakątku ogrodu (czego dokonała moja kochająca góry przyjaciółka po odkryciu powołania do zakonu klauzurowego) – to doświadczenie, które pozwoli nam identyfikować z sytuacjami opisanymi w Biegunach nawet w obecnej sytuacji.


No i jeszcze to, że według narratorki Biegunów podróżujemy, bo uciekamy przed złem. Jako młodą kucharkę, a zatem osobę, która niekoniecznie musi sobie własnoręcznie budować duchowość, zazwyczaj niespecjalnie ekscytuje mnie w literaturze tego typu górnolotne, New Age’owe pipczenie (choć doceniam samą próbę rozkminy, po co tak naprawdę robimy coś, co jest pozornie oczywiste). Jednak teraz, w pandemii, zyskuje to sporo sensu. Przypomniałam sobie o tym, kiedy ostatnio, uziemiona na stołecznym dworcu na dwie godziny (pandemiczne limity miejsc siedzących), złapałam się na tym, że nie mam wcale aż takiej jak zwykle ochoty zaszyć się z książką w kawiarni czy rozłożyć się na trawniczku w parku. Wolę wyjść z dworca i pokursować sobie po uliczkach, bo po co generować zagrożenie w tak ludnym miejscu. I co? Zyskałam sporo dobra w postaci świeżych obserwacji i paru fajnych zdjęć. „Kiwaj się, ruszaj się, ruszaj”.3

 

PRZYPISY

1 O. Tokarczuk, Bieguni, Kraków 2019: Wydawnictwo Literackie, s. 24.

2 M. Jakubowiak, „Kibicowskie emocje”, Dwutygodnik, wyd. 266, 10/2019, https://www.dwutygodnik.com/artykul/8520-kibicowskie-emocje.html (pobrano 12.08.2020). O istnieniu tego miłego nawiązania dowiedziałam się od Ziuty.

3 O. Tokarczuk, op. cit., s. 291.

 

 ILUSTRACJE

Obrazek z nagłówka: Clker-Free-Vector-Images z Pixabay

Zdjęcia z mikrowycieczki po Warszawie: autorka 

niedziela, 2 sierpnia 2020

William Onyeabor – dlaczego afrykański Kraftwerk ucichł?

Rzadko zachwyci mnie jakiś wykonawca muzyki pop. William Onyeabor, ze swoimi retro elektronicznymi bitami, ciepłym wokalem i wartościowymi tekstami, jest jednym z tych nielicznych. Prócz świetnych piosenek – to doskonała muzyka na lato – ten nigeryjski muzyk tworzący w latach 70-tych i 80-tych miał fascynujące życie. Był multiinstrumentalistą, biznesmenem, wodzem plemienia i duchownym, a na końcu tajemniczo zniknął z popkultury.

Ciepła i jasna elektronika w stylu retro, magnetyczne bity i ciepły wokal – trochę
jak u Daft Punk. A do tego teksty o tematyce pacyfistycznej, mądrościowej i biblijnej.


Słuchałam ostatnio radia KEXP, alternatywnej rozgłośni z Seattle, w której w związku z protestami w Stanach puszczali akurat sporo
muzyki czarnoskórych twórców. Przez różnicę stref czasowych gdy u mnie był późny ranek, u nich panował blady świt, a zatem muzyczka leciała raczej chilloutowa, takie neutralne tło.


I nagle usłyszałam kawałek, który mnie zelektryzował. Niesamowicie radosne, energetyczne brzmienie, mocno „wkręcający się” refren, magnetyczna oldskulowa elektronika w tle i wokale: ciepły głos męskiego solisty i nieco etnicznie brzmiący żeński chórek, wszyscy śpiewający z sympatycznie egzotycznym akcentem.



Całość tak mocno przyciągała uwagę, że stwierdziłam, że to pewnie jakiś wielki, klasyczny hit, który jakimś cudem dotąd mnie ominął, coś na miarę Glorii Jimiego Hendrixa czy Roxanne The Police – charyzmatyczność owego kawałka była porównywalna z tymi utworami. Kiedy jednak sprawdziłam nazwisko wykonawcy, okazało się, że nic mi ono nie mówi: był to niejaki William Onyeabor, piosenka zwała się Atomic bomb.


NIGERYJCZYK, PREKURSOR TECHNO, WÓDZ I BIZNESMEN

Zaintrygowana, zaczęłam guglać informacje o tym wykonawcy. Jak się okazało, Onyeabor był Nigeryjczykiem, żył w latach 1946–2017 ale tworzył muzykę jedynie przez osiem lat (1977–1985), wydając na własną rękę dziewięć albumów.1 Muzyka była tylko jedną z dziedzin, którą się zajmował: był również biznesmenem (zajmował się realizacją zamówień publicznych i miał własny młyn; w 1987 r. otrzymał nawet tytuł Zachodnioafrykańskiego Przedsiębiorcy Roku), miał żonę i dzieci, został też obwołany wodzem plemiennym w swoim rodzinnym Enugu i ponoć był pastorem.2 Jak wspomina autor noty pożegnalnej na stronie wytwórni muzycznej Luaka Bop, był społecznikiem i osobą mocno przejętą problemami współczesnego świata.3



BYĆ JAK DAFT PUNK – ZANIM TO BYŁO MODNE

Choć w latach osiemdziesiątych XX w. William Onyeabor tajemniczo wycofał się ze świata muzyki, został na nowo odkryty przez hipsternię i współczesnych wykonawców, a jego muzyka jest uważana za prekursorską dla techno.4 Często bywa porównywany z Kraftwerk i klasykami nurtu afrobeat.5 Mnie klimatem i charakterystycznym połączeniem synestetycznie ciepłej i jasnej elektroniki w stylu retro, zachwycająco natarczywych bitów i również ciepłego wokalu kojarzy się jednak przede wszystkim z Daft Punk i ich płytą Random Access Memory. Atomic Bomb to zresztą pierwszy kawałek pop, który naprawdę wpadł mi w ucho od czasu, gdy ukazało się Get Lucky autorstwa właśnie Daft Punk.


PRZYJEMNE POGLĄDY W TEKSTACH PIOSENEK

Ciekawe są teksty jego utworów. Przyjemny światopogląd Onyeabora – lokalnego społecznika, który ponoć oglądał wiadomości z USA, Europy i Chin, by zrozumieć różne punkty widzenia ludzi z całego świata, i późniejszego chrześcijańskiego kapłana – dobrze wydaje się pokazywać kawałek pt. Better change your mind:


Ameryko,

ty myślisz, że ten świat jest twój, ha?
A ty, Rosjo, hej tam,
ty myślisz, że ten świat jest twój?
(...)

Ty, biały,
ty myślisz, że ten świat jest twój?
A ty, czarny,
ty myślisz, że ten świat jest twój?
(...)

Jeśli myślisz tak,
to źle,
Lepiej zdanie zmień.
(...)

Bo nikt wśród ludzi i państw,
tylko Bóg,
ma w ręku świat.

[przekład własny; da się zaśpiewać]


Innym przyjemnym ideowo kawałkiem jest Why go to war, gdzie podmiot liryczny pyta białych i czarnych ludzi, dlaczego idą na wojnę, skoro potrzebują pokoju, i czemu zawsze chcą zatrzymać pocisk wymierzony w nich samych a nigdy nie dbają o ten wymierzony w innego człowieka.



„TECHNIAWKA” Z AFORYZMEM

Teksty piosenek Williama Onyeabora, jak przystało na kawałki prekursorskie wobec tanecznej muzyki elektronicznej, mają strukturę podobną do współczesnych tekstów muzyki house: krótkie frazy lub zwrotki, przerywane partiami instrumentalnymi i wielokrotnie powtarzane. Różnią się jednak od nich treścią.


We współczesnych tekstach tzw. „techniawek” strasznie drażni mnie ich miałkość i nieadekwatność. Zasłyszane lub podczytywane przeze mnie kawałki Darude’a, Tiesto, Armina van Buurena i im podobnych z reguły okazywały się być albo okrągłymi frazami o miłości sprawiającymi wrażenie, jakby tekściarz całą wiedzę o niej czerpał z tekstów innych „techniawek”, albo frazesami o treści ludycznej lub autotematycznej.


Na tym tle Onyeabor tchnie miłą jednostkowością.
On również ma kilka (bardzo niewinnych) kawałków zabawowo-miłosnych, takich jak Beautiful Baby. Jednak większość jego tekstów świetnie wykorzystuje budowę utworów tanecznej elektroniki, których teksty przypominają trochę powtarzające się mantry albo wykuwane lekcje, i tę powtarzalną, mnemotechniczną strukturę wypełnia treściami, które rzeczywiście warto przemedytować lub wbić sobie w pamięć.


I tak wiele tekstów Onyeabora ma charakter „mądrościowy”, powtarzane między instrumentalnymi wstawkami zdanie to często jakaś
uniwersalna sentencja na temat ludzkiego życia. Przykładem piosenka When the going is smooth and good:

Gdy masz w życiu ogromny fart,
wielu ludzi z tobą jest za pan brat.

Lecz gdy cię w życiu dosięgnie pech,

wielu, wielu ludzi ucieknie precz.

[przekład własny; da się zaśpiewać]


Dodatkowym plusem jest styl tych tekstów – nie silą się na żadną konwencję (nie na darmo Onyeabor był prekursorem), są proste, treściwe, kolokwialne, napisane w uroczej angielszczyźnie wskazującej, że autor nie jest rodzimym użytkownikiem angielszczyzny i nie wstydzi się tego.


BIBLIA I NIGERYJSKIE BULWY

Inne kawałki Onyeabora otwarcie – a przy tym kreatywnie – nawiązują do cytatów biblijnych. Kolejnym „mądrościowym” tekstem jest np. Good name, który jest oparty na wersecie ze starotestamentowej Księgi Przysłów (Prz 22:1) – jednak ładnie go kolokwializuje i zwraca się do słuchacza:

Mam dobre imię,
to więcej niż skarb,

nikomu, nikomu, nikomu nie odsprzedam go.

Czy masz dobre imię?

Czy masz dobre imię?
Nikomu, nikomu, nikomu nie sprzedawaj go.

[przekład własny; da się zaśpiewać]

Inna piosenka, Anything you sow, to z kolei nawiązanie do fragmentu nowotestametowego Listu św. Pawła do Galatów (Ga 6:8). Tu z kolei podmiot liryczny modląc się, zadaje Bogu pytanie o przyczynę zła na świecie i słyszy uzasadnienie nawiązującego do Pawłowego „co człowiek sieje, to i żąć będzie”. Mamy tu przy tym piękny smaczek kulturowy: Onyeabor zamienia charakterystyczną dla Biblii metaforę związaną ze zbożem i zastępuje ją bardziej swojskim dla Nigeryjczyka nawiązaniem do bulwiastej rośliny będącej podporą tamtejszej kuchni i gospodarki. Śpiewa więc: „gdy siejesz pochrzyn, oczekuj pochrzynu”.



DLACZEGO WILLIAM ONYEABOR ZAMILKŁ?

Wygląda jednak na to, że społecznictwo i pozytywny przekaz w piosenkach nie zadowoliło sumienia Williama Onyeabora i zdecydował się on na większy duchowy hardkor.


W okolicach roku 1985
stał się „nowonarodzonym” chrześcijaninem (w rozumieniu protestanckich kościołów ewangelikalnych), po czym zamilkł jako świecki muzyk i odciął się od dawnego życia. Zaszył się w swojej posiadłości w Enugu, poświęcił się wyłącznie wierze, działalności biznesowej i społecznej, został też wyświęcony na pastora.


Pomimo fali wielkiego wzrostu zainteresowania jego muzyką w latach 2013–2014, związanej ze wznowieniem jego nagrań i trasą koncertową supergrupy wykonującej jego przeboje, kontakt dziennikarski z nim był niemal niemożliwy. Pytany o muzykę czy swoją przeszłość, odpowiadał z uśmiechem:
„chcę rozmawiać tylko o Bogu”.6


LEPSZA CZĄSTKA

I co ja na to? Kiedyś taka historia, jak ta o zamilknięciu Williama Onyeabora, bardzo by mnie zasmuciła. Wolę historie, gdzie Bóg zgadza się, by ktoś do końca życia, na Jego chwałę, zajmował się tym, co kocha i co jest jego talentem.


Ale obecnie wydaje mi się, że wybór, którego dokonał Onyeabor, może być w pewnych przypadkach lepszą opcją. Może odkrył większe piękno, a może uciekł od czegoś, co go w poprzednim życiu męczyło. Bo przecież my, odbiorcy, chcemy cieszyć się sztuką, a tymczasem twórcy może nie być z tą sztuką równie wesoło.


William Onyeabor obrał swoją najlepszą cząstkę a nam zostawił na pamiątkę dziewięć albumów zawierających tyle dobra i talentu w muzyce i tekstach, że wydaje mi się, że Pan Bóg wiedział, co robi, nie powołując go do służby czynnej od razu.



PRZYPISY

niedziela, 5 lipca 2020

Duchowa dieta na literę „M”. Vol. 3: Merton, czyli energetyczna piguła

Jeśli ktoś o tak atrakcyjnych współcześnie poglądach
mówi coś głębokiego o Bogu, to warto go posłuchać.

Tą notką kończę cykl wpisów o trzech potrawach „dla ducha”, które szczególnie mi ostatnio smakowały, a które łączy je to, że ich twórcy zwą się na tę samą literkę. Poprzednio pisałam o tekście piosenki rapera Maty i mikropowieści Sándora Máraiego. Dziś będzie o duchowym przewodniku pt. „Nikt nie jest samotną wyspą” autorstwa Thomasa Mertona – dwudziestowiecznego amerykańskiego mnicha, mistyka, pacyfisty, antyrasisty, miłośnika kultury Dalekiego Wschodu i ważnego prekursora hipster katolicyzmu.


O Thomasie Mertonie (1915–1968) miałam już okazję tu pisać w kontekście jego książki „W natarciu na niewypowiadalne”, będącej zbiorem esejów o książkach, kulturze i wierze. Byłam zdziwiona – choć zarazem zachwycona – że napisał coś tak „przyziemnego”, bo stereotypowo kojarzyłam Mertona raczej z wysoką mistyką. Stereotyp ten umocnił we mnie fejsbukowy fanpejdż „Thomas Merton Daily Quotes”, który chętnie podczytywałam, a który zazwyczaj publikował bardzo uduchowione i wysmakowane intelektualnie cytaty – często pochodzące właśnie z „Nikt nie jest samotną wyspą”. Stwierdziłam, że musi to być pewnie jakieś szczególnie ważne dzieło tego pisarza i gdy w końcu wpadło mi w ręce, z chęcią się za nie zabrałam.


TOMASZ HIPSTER

Spodziewałam się po „Nikt nie jest samotną wyspą” wiele, bo, jak wspomniałam, mam Mertona za ikonę hipsterskiego podejścia do chrześcijaństwa, a podejście to bardzo mnie pociąga. Był i jest ceniony przez intelektualistów i artystów: do niegdysiejszej fascynacji Mertonem przyznaje sie m.in. reżyserka Małgorzata Szumowska, fascynacji tej udzieliła też głównemu bohaterowi swego kontrowersyjnego filmu „W imię...”.


Szumowska akurat zadeklarowała później utratę wiary, więc wzór dla adepta mistyki chrześcijańskiej z niej słaby.1 Ale o samym Mertonie nie można tego powiedzieć – w końcu jeśli ktoś o tak znakomitych talentach literackich, przygotowaniu intelektualnym i o tak atrakcyjnych dla współczesnego człowieka poglądach (wspomniany pacyfizm, szacunek dla tradycji duchowej Wschodu, szacunek dla przyrody, propagowanie porozumienia między religiami, równości ras i ogólnie równości społecznej) ma jednocześniej do powiedzenia coś naprawdę głębokiego o Bogu, to pewnie warto go posłuchać.


CZYTA SIĘ WOLNO, ALE WARTO

Z tą myślą, i pamiętając piękne cytaty przeczytane na fanpejdżu, zabrałam się za „Nikt nie jest samotną wyspą”. I na starcie doznałam pewnego rozczarowania: początek książki napisany jest bardzo gęstym, a przy tym bardzo kościelno-filozoficznym językiem, którego po prostu nie czytało mi się najlepiej.


Zachęcona wspaniałą renomą autora i pozytywnymi wrażeniami z „W natarciu na niewypowiadalne”, przebiłam się jednak dalej i w sumie już po kilkudziestu stronach spomiędzy trudnych słów i stereotypowo kapłańskich sformułowań zaczęły się przebijać bardzo oryginalne, łapiące za serce myśli. I choć książka do samego końca pisana jest gęsto – czyta się ją przez to dość wolno, ja niekiedy na jednym posiedzeniu czytałam po zaledwie kilka-kilkanaście stron – to miałam świadomość, że nie zmarnowałam ani jednej poświęconej jej minuty.


Jest ona po prostu bardzo pożywnym literackim i duchowym daniem, taką energetyczną pigułą – łyżkami jeść nie sposób, ale już mała porcja i smakuje, i nasyci. I chociaż smuci mnie obserwacja, której dokonał ongiś Ignacy Loyola, że świeckie książki i myśli dają tylko chwilową przyjemność a jedynie lektura i refleksja duchowa – przyjemność trwałą2, to gdybym miała wybrać sobie lektury na – nomen omen – bezludną wyspę, „Nikt nie jest samotną wyspą” byłoby mocną kandydaturą, właśnie z tego powodu.


JAK SIĘ ZBAWIAĆ, TO NIE INDYWIDUALNIE

Jakie składniki zawiera zatem ten literacko-duchowy baton energetyczny? Dla mnie jedną z najmocniejszych treści w tej książce była teza zawarta w tytule, często przewijająca się w treści: że nikt z nas nie żyje dla siebie i nawet do duchowego rozwoju a w konsekwencji – do zbawienia wiecznego dążymy jako wspólnota, wraz z bliskimi ludźmi, którzy nas otaczają.


Było to dla mnie dość nowe, bo w czasach, w których nasze pokolenie się wychowało, mocno stawiano przecież na indywidualizm, posiadanie własnego zdania, czy wymagania od siebie „nawet gdyby inni (...) nie wymagali”.3 Maksymalizm moralny i rozwinięta duchowość kojarzyły mi się raczej z samotnością i pewnego rodzaju buntem przeciw otoczeniu. Ale z drugiej strony wpajano przecież, żeby być dla innych dobrym i miłym, że miłość bliźniego itp., i bywał człowiek nieco zagubiony...


W książce Mertona te dwie rzeczy ładnie się spotykają, co mnie osobiście dało ulgę i motywację. Ciekawe są też praktyczne porady, jakie Merton daje w związku z życiem we wspólnocie – na przyklad ta, że tych bliskich ludzi nie sposób mieć zbyt wielu. Warte do rozważenia w dobie fejsbuka.


POP-MISTYKA, ALE...

„Nikt nie jest samotną wyspą” z pewnością może spodobać się osobom spragnionym duchowości w jej bardzo współczesnym, wręcz stereotypowym rozumieniu, typu medytacja czy mindfulness: sporo jest tam na temat uproszczenia życia, samotności czy skupienia. Jednak czytelnika, który szukałby w Mertonie New Age’owego, neutralnego światopoglądowo dziecka-kwiatu, schlebiającego współczesnej głównonurtowej moralności, czeka pewne zdziwienie: w kwestii obyczajów autor „Nikt nie jest samotną wyspą” okazuje się mocno ewangeliczny i katolicki.


TOMASZ PRORODZINNY

Ciekawe jest na przykład to, jak mocno autor podkreśla, że ważną rolą małżonków jest, jak to określa, „obowiązek” dawania nowego życia – pisze np. tak: „Żyjąc w ścisłym zjednoczeniu z Bogiem-Stwórcą, mąż i żona zrozumieją lepiej niż inni tajemnicę Jego nieskończonej płodności, bo uczestniczenie w niej stało się ich przywilejem” (s. 189). Albo: „Miłość obawiająca się mieć dzieci dla jakiegokolwiek powodu, lęka się samej miłości. (...) Sama natura miłości żąda, by dążyć do wypełnienia jej twórczych celów pomimo wszelkich przeszkód” (s. 239).


Nie jest to absolutnie najważniejszy wątek tej książki – w samym temacie miłości małżeńskiej autor równie mocno podkreśla wagę bliskości, wzajemnego wsparcia czy też po prostu rozkoszy zmysłowej – ani też jakiś mój szczególnie ulubiony, jednak ciekawi mnie to zestawienie poglądów, gdzie pisarz, który w wielu kwestiach popiera bardzo „postępowe” wartości, w tym temacie jest akurat bardzo jednoznaczny i tradycyjny. Znów rozumuję na zasadzie: skoro tę myśl wyraził wspaniały, hipsterski Merton, to jest to dobry powód, by poświęcić jej chwilkę.


TOMASZ – JEDNAK DZIECKO-KWIAT?

Przy tym wszystkim Merton jest rewelacyjnie naturalny, pozbawiony pruderii i przekonujący, gdy pisze na tematy związane z seksualnością. Spodobało mi się to, jak afirmuje świeckie powołanie małżeńskie. Wskazuje na jego korzyści w porównaniu z kapłaństwem czy życiem zakonnym, które teoretycznie niby bardziej sprzyjają głębokiej duchowości. Np. w tym fragmencie: „wielu chrześcijan, nie mających powołania do życia zakonnego ani do kapłaństwa mówi sobie: »Nie mam powołania!« Cóż za pomyłka! Mają wspaniałe powołanie, tym piękniejsze, że pozostawiające stosunkowo dużo swobody i pozbawione sztywnych form” (s. 188).


Albo tu: „Ludzie żyjący w małżeństwie (...) [p]owinni dziękować Bogu, że to ich powołanie, z całą jego odpowiedzialnością i jego trudnościami, jest pewną i bezpieczną drogą do świętości, wolną od skrzywień i wypaczeń pobożnego konwencjonalizmu” (s. 189). To umiłowanie Mertona do naturalności i wychodzenia ze sztywnych ram, nawet tam, gdzie porusza tematy najbardziej związane z katolicką ortodoksją pokazuje, że chyba jednak był w dużej mierze dzieckiem-kwiatem.


PIĘKNE I WZNIOSŁE (PO RAZ DRUGI)

To jest bardzo wybiórczy i stronniczy rzut oka na wątki zawarte w „Nikt nie jest samotną wyspą”, w książce jest tych treści o wiele więcej. Oprócz wspomnianych tematów skupienia, samotności czy wspólnotowości jest mowa m.in. o ascezie (bardzo ciekawe objaśnienie dla osób, które nie rozumieją, o co chodzi z tymi wszystkimi postami czy inną czystością i wstrzemięźliwością – szczególnie warte przeczytania w dobie zagrożeń ekologicznych i nowych trendów etycznych, które wymuszają na nas pewne samoograniczenia), stosunku do przyrody, pracy czy używania dóbr doczesnych. Generalnie Merton odnosi się do większości ważnych dziedzin w życiu człowieka – każdą z nich odnosząc do życia kontemplacyjnego i poszukiwania Boga.


I w zasadzie ten główny temat pozostaje chyba z czytelnikiem najdłużej po przeczytaniu tej książki – to poszukiwanie tego, o co naprawde w życiu chodzi, a w wypadku wierzących – tęsknoty za pięknym, wzniosłym Bogiem, Tym, którego kiedyś tam się spotkało podczas tzw. nawrócenia, chociaż poźniej w życiu człowiek nieraz za bardzo zaaferuje się innymi sprawami i o tej chwili, o tym pięknie, zapomni. Merton szczególnie mocno mi o tym przypomniał, bo też i głównie o tym pisał, ale takie przebłyski zdarzają mi się również przy czytaniu rzeczy całkiem spoza działki literatury religijnej. I w sumie dostarczanie tego typu przeżyć to coś, co łączy wszystkie trzy teksty kultury (pierwsze dwa: tu i tu), które opisałam w tym cyklu o autorach na literkę M.


Merton, Thomas. 1983. Nikt nie jest samotną wyspą [No man is an island]. Tłumaczyła Maria Morstin-Górska. Kraków: Wydawnictwo Znak.


PRZYPISY

1 Szumowska: To piękno trzeba złamać, rozmawiał: Tadeusz Sobolewski, „Wyborcza.pl”, 7 lutego 2013, https://wyborcza.pl/piatekekstra/1,129155,13365759,Szumowska__To_piekno_trzeba_zlamac.html?disableRedirects=true 
 

2 Ks. J. Badeni SI, Życie św. Ignacego Loyoli, założyciela zakonu Towarzystwa Jezusowego, wydanie trzecie, Kraków 2016, http://www.ultramontes.pl/zycie_sw_ignacego.pdf, s. 12.



3 Jan Paweł II, homilia w czasie liturgii słowa skierowana do młodzieży zgromadzonej na Westerplatte, Gdańsk – Westerplatte 12 czerwca 1987, http://www.nauczaniejp2.pl/dokumenty/wyswietl/id/748

piątek, 12 czerwca 2020

Duchowa dieta na literę „M”. Vol. 2: Márai, czyli kotlet smakowicie odgrzany

Sam motyw niezbyt oryginalny, ale Márai opisał to tak, że miałam wrażenie, że dotykam samej istoty tego archetypu.

Po przerwie wracam do cyklu wpisów o trzech potrawach „dla ducha”, które szczególnie zasmakowały mi w niedawnym czasie. Łączy je to, że ich twórcy zwą się na tę samą literkę. Dziś piszę o mikropowieści „Żar” Sándora Máraiego, którą czytałam kilka lat temu, a ostatnio odświeżyłam sobie w formie audiobooka.


Kiedy kilka lat temu przeczytałam „Dziennik” Sándora Máraiego – a dokładniej obszerny wybór fragmentów jego dzienników, który ukazał się w Polsce w 2004 roku – zachwyciłam się bez reszty połączeniem chrześcijańskiej duchowości (jakkolwiek pod koniec życia wspominał, niestety, o utracie wiary), cudownej brawury intelektualnej (np. mistrzowskie oranie klasyków literatury, których nie lubił) i jakiegoś nienazwanego piękna. Po przeczytaniu „Dziennika” wzięłam się za powieści jego autora – wrażenia były różne, choć na ogół znajdowałam powody do zachwytu. Jedną z tych powieści był „Żar”.


PIERWSZE SPOTKANIE Z „ŻAREM”

Gdy czytałam tę książkę pierwszy raz, największe wrażenie zrobił na mnie po pierwsze soczysty, przekonujący realizm, a po drugie – sposób ogrania motywu dwóch mężczyzn rywalizujących o kobietę. (Książka opowiada o spotkaniu, w latach 40-tych XX wieku, dwóch starych mężczyzn, Henryka – węgierskiego generała i Konrada – jego przyjaciela ze szkoły wojskowej, którego Henryk podejrzewa o uwiedzenie przed laty jego żony Krystyny.) Sam motyw niezbyt oryginalny, ale Márai opisał to tak, że miałam wrażenie, że dotykam samej istoty tego archetypu, z całym towarzyszącym mu emocjonalnym rozgorączkowaniem, świadomością winy a z drugiej strony tego, co jest moralnie słuszne i piękne.


DRUGIE PODEJŚCIE

Po kilkuletniej przerwie w czytaniu Máraiego wpadł mi w ręce audiobook „Żaru” z 2014 r., czytany przez Mariusza Bonaszewskiego. Z pewną ekscytacją stwierdziłam, że odświeżę sobie dawne wrażenia. I jak to bywa, przekonałam się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki – co jednak nie znaczy, że kolejne kąpiele nie mają sensu.


Wspomniany archetyp przestał do mnie tak mocno mówić – nie wiem, pewnie to przez inny moment życia. Perełki trafnych obserwacji rzeczywistości nadal mnie zachwycały tu i ówdzie. (Na gorąco przypomina mi się na przykład taki obrazek, gdzie Konrad katuje się wyrzutami sumienia, że jego niezamożni rodzice rujnowali się na jego wykształcenie a Henryk trzeźwo odpowiada, że mogli być z tym wszystkim bardzo szczęśliwi.) Zauważyłam natomiast też coś nowego – co mnie podczas tego drugiego podejścia do „Żaru” miejscami męczyło i irytowało.


KSIĄŻKA-KŁÓTNIA – ALE (P)O CO?

Książka ta ma formę, którą w swym idiolekcie nazywam opowieścią o humpfie – to historia ludzi, którzy przez cały czas trwania akcji siedzą przy stole i się kłócą. Ta forma potrafi dać odbiorcy wiele radości, jak widać na przykładzie filmów „Rzeź” Polańskiego czy „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” Genovese. Tym bardziej kiedy bohaterowie kłócą się inteligentnie i/lub zabawnie.


Ale „Żar” Máraiego taki nie jest. Konflikt bohaterów jest opisany śmiertelnie na poważnie, wręcz pompatycznie. Rozmowa Henryka i Konrada prowadzona jest inteligentnie, ale radość z odbioru psuł mi fakt, że od pewnego momentu zaczęła mi się wydawać bezsensowna.


Protagoniści przez sto kilkadziesiąt stron mielą temat dawnej domniemanej zdrady małżeńskiej, wnikając w najdrobniejsze szczegóły, kreśląc tło historyczne i psychologiczne i pogrążając się w dygresjach. Ich motywacje – a zwłaszcza głównego bohatera, Henryka – są przy tym dla mnie, jako czytelniczki, kosmicznie odległe i nieaktywujące schematów poznawczych. (Chodzi im o jakieś mętne, wyprane z emocji, empatii czy moralności poczucie sprawiedliwości i honoru.)


Krystyna, (prawdopodobnie) niewierna żona, nie żyje przecież od lat, więc wątek międzyludzki jest nieaktualny. Emocje, po upływie czterdziestu lat od domniemanego zdarzenia, wywietrzały. Także wątek zdrady jako moralnego zgorszenia nie wydaje się być dla bohaterów ważny. Po co więc było Henrykowi kisić tę urazę i po co tyle się nad tym rozwodzić?


KATHARSIS

Trochę to wszystko się jednak klaruje – i zyskuje sens – na końcu. (Nie będę spoilerować, zasygnalizuję tylko, że chodzi mi o motyw z obrazem i jego moralną wymowę.) Czytelnik, nawet jeśli wymęczył się nieco, wraz z bohaterami, podczas akcji powieści, na końcu może mieć wrażenie, że jednak było warto. I może, choć bohaterowie i narrator wydają się pozornie indyferentni moralnie, ta męka postaci i odbiorcy to jest właśnie morał tej powieści – skoro zdrada to wielki grzech, to przy jej odkupieniu widać trzeba podrążyć i musi poboleć.


To zakończenie uważam za piękne bo, jak to się ładnie mówi, „przypomina o Ewangelii”. I jak teraz patrzę na tę moją ponowną lekturę „Żaru”, to obok wspomnianych perełek realizmu i motywów niewytłumaczalnie pięknych (motyw niani Nini, obraz dzikiej węgierskiej przyrody) moje ulubione momenty tej powieści to właśnie te, gdzie Márai jest kryptoteologiczny – albo po prostu otwarcie chrześcijański. A to dlatego, że jego autor wewnętrzny, jak rzadko kto, wydaje się wiedzieć, o czym – i o Kim – mówi.


REALNE I PIĘKNE

Na przykład w dygresji o krwi narrator wspomina, że była ona obecna w obrzędach zawsze, gdy człowiek chciał powiedzieć Bogu coś ważnego. Nie ma tu dystansu wobec „opium dla ludu” czy nawet bardziej lub mniej powierzchownego szacunku wobec tradycji i rytuału – jest osobista relacja, człowiek i Bóg. Albo gdy pojawia się porównanie życia kogoś z bohaterów do życia zakonników i pada stwierdzenie, że zakonnikowi jest łatwiej, ponieważ ma wiarę – znów zamiast częstego w kulturze niezrozumienia dla chrześcijańskiego życia konsekrowanego widać tę świadomość, że wiara to coś realnego i coś, co potrafi pomóc człowiekowi.


Márai jest piękny i autentyczny również w odniesieniach do chrześcijańskiej obyczajowości. Przykładowo, kiedy współczesny czytelnik trafia na literacki obraz dojrzewania chłopców, stereotyp nakazywałby mu pewnie oczekiwać wywlekania związanych z nim brudów i grzechów. W „Żarze” mamy zaś przejmujący, emocjonalny obraz gorącej – a przy tym w stu procentach niewinnej i jednoznacznej – przyjaźni Henryka i Konrada oraz wzmiankę o ich wzajemnym zobowiązaniu do zachowania czystości. Nawet biorąc poprawkę na epokę – powieść wydano w 1942 roku – jest to, moim zdaniem, mocne. (Opis najwcześniejszych losów Henryka i Konrada to jest właśnie ten piękny obraz męskiego dzieciństwa, o którym wspominałam w poprzedniej notce.)

Podobnie jest w „Żarze” przedstawiony obraz małżeństwa – tu znów stereotypowo spodziewałabym się po współczesnej literaturze krytyki, pokazania pustoty tej formy społecznej lub przynajmniej obojętnego do niej stosunku. Tymczasem Márai skupia się na więzi emocjonalnej, która może łączyć małżonków (szczególnie w historii rodziców Henryka, którą narrator podsumowuje stwierdzeniem, że bardzo się kochali, choć nie rozumieli) i na ostateczności i nieodwołalności ich relacji (znamienne słowa Henryka, że w momencie śmierci Krystyna wzywała jego imię, nie Konrada).


Krótko mówiąc, jeśli chodzi o pisanie o Bogu i moralności chrześcijańskiej, autora „Żaru” łączy z bohaterem poprzedniej notki to, że obaj, jak na moje, mieli okazję naprawdę zagadać do Tego, o którym niekiedy piszą, a nie tylko ślizgać się po powierzchni jakichś idei czy tradycji religijnych (nawet jeśli u Máraiego ta relacja się później skomplikowała). Bardzo lubię czytać takich ludzi.



Márai, Sandor. 2014. Żar. [audiobook]. Czyta Mariusz Bonaszewski. Warszawa: Agora.

Ilustracja autorstwa kristine431 z Pixabay

sobota, 8 lutego 2020

Duchowa dieta na literę „M”. Vol. 1: Mata, czyli znów przeżuwam piosenki



Kumpela ostatnio dietuje i przesyła różne zdrowe przepisy ze swojej diety, jak już sama wypróbuje i stwierdzi, że smaczne. Pomyślałam, że zrobię coś podobnego i podzielę się z Wami namiarami na trzy potrawy „dla ducha”, które najefektywniej odżywiały mnie przez ostatni kwartał. Łączy je to, że ich twórcy zwą się na tę samą literkę. Dziś o tym, co poznajdowałam w rapowych tekstach niejakiego Maty.

Używając niesamowicie prostych środków językowych (no, może z wyjątkiem
„przykładu” i „jarzębiny”), Mata
przekazuje całe doświadczenie sacrum.


Dlaczego rapsy Maty mnie urzekły? Bo uwielbiam takie sytuacje: być w otoczeniu niepięknym i niezbyt dobrym i nagle wśród takiego względnego syfu znaleźć Wielkie Piękno i Wielkie Dobro, którego człowiek się tam kompletnie nie spodziewał. (Jak już kiedyś wspominałam, najbardziej modelową sytuacją tego typu jest dla mnie motyw z Meisterem Eckhartem w „Oberkach do końca świata” Wita Szostaka, obczajcie.)


No i mamy młodziutkiego rapera, który składa rymy wprawdzie sprawnie, ale na ogół w tematyce niesprzyjającej zachwytom, a i forma tego bywa niekiedy chropawa. I nagle taki koleś wylatuje z kawałkiem „Żółte flamastry i grube katechetki”. Nie umiem nawet za wiele powiedzieć na temat tego, za dużo emocji. W sumie to bardziej napisałam ten wpis po to, żeby Wam dać znać, żebyście tego kawałka posłuchali i go wchłonęli, niż żeby wielce kminić na jego temat.


Dobra, jednak trochę pokminię. Podoba mi się u Maty to, że w swoich rapsach stosuje się do ewangelicznego „tak-tak, nie-nie”. Kiedy nie ma konceptu, po prostu nawija sobie o moralnym zepsuciu bogatej młodzieży, wyprawie do Freshmarketu albo przepitych feriach we Włoszech – czysta, klarownie przekazująca myśli narracja, bez językowych udziwnień albo banalnych frazesów o dźwięku potłuczonego szkła i księżycu, który głowę schował. Ale kiedy już ten koncept ma, wychodzą duże rzeczy.


Nie wiem, czy ktoś już wcześniej użył metafory o Bogu, który podnosi i całuje błądzącego człowieka jak całuje się chleb, który upadł, ale coś się od tego w człowieku takiego robi, że miałby ochotę powiedzieć tak swoim dzieciom, tłumacząc jak odnosić się do chleba, Boga i siebie. Albo „bo są rzeczy, których nie wolno nam pić/ i których nie wolno nam jeść/ jak na przykład jarzębina” – koleś, używając niesamowicie prostych środków, niemal prymitywów językowych (no, może z wyjątkiem „przykładu” i „jarzębiny”), przekazuje całe doświadczenie sacrum: tego, jak to jest być bardzo, bardzo młodym człowiekiem albo wyznawać bardzo, bardzo młodą religię. Skojarzyło mi się to ze Starym Testamentem i odświeżyło moje ciepłe uczucia do niego.


W innej piosence, „100 dni do matury” (podobnie jak na „Żółte flamastry”, zwrócił mi na ten fragment uwagę Ziuta – pozdro, ziom) mamy zwrot Maty do rodziców, w którym tłumaczy znaczenie swojej ksywy: „Jak się boicie, że zapomnę zatracając się w rapach/ to pamiętajcie MA jak mama TA jak tata” i to też mnie rozstraja niesamowicie. Pewnie dlatego, że każdy z nas, bez wyjątku, jest złożony z takich dwóch połówek, więc każdego ten temat jakoś rusza. Pewnie już pisałam, że w taki sposób mój pan od literatury tłumaczył siłę „Króla Leara” Szekspira: nie każdy człowiek przeżył zakochanie, nie każdy ma dzieci, wiarę albo wrogów, więc tekst o miłości, rodzicielstwie, świętości czy zbrodni nie przemówi do każdego, ale rodziców ma lub miał każdy.


No i generalnie wychodzi mi, że siłą tekstów Maty w miejscach, gdzie one są mocne, jest to, że dotyka tam rzeczy bardzo uniwersalnych. Mnie bardzo siedzi jeszcze w pamięci ten fragment z „Patointeligencji”: „miałem już (...) tak dość tego ciepła i piękna”, ale to już nie wiem, dlaczego, nie wpisuje mi się to w teorię. Chyba po prostu jest to dobra, przekonująca antyteza: czego jak czego, ale ciepła i piękna większość z nas naprawdę chce, a tu ktoś pisze, że miał go dość, więc budzi to jakieś uczucia.


Jeszcze jedna ważna rzecz odnośnie do „Żółtych flamastrów”: oprócz relacji z Bogiem i kwestii językowych jest tam bardzo piękny obraz męskiego dzieciństwa. I to nas ładnie prowadzi do kolejnej notki, gdzie też coś o tym będzie. Widzimy się niebawem, yo.

___

P.S. Jeśli komuś mało, to pod tym linkiem można znaleźć bardzo ciekawą i lepiej niż moja ogarniętą w temacie rapu recenzję albumu Maty autorstwa Macieja Wernio z Noizz.pl.

P.S.2 Już po napisaniu tego tekstu przesłuchałam kawałek Maty pt. „Konkubinat” i świadomość metajęzykowa, którą autor w nim pokazuje, to dowód, że to, o czym napisałam w notce, nie wyszło mu przez przypadek. A refren, w którym Mata wydaje przesterowane jęki bólu spowodowanego brzmieniem nielubianych słów, to kolejny motyw, który można by chyba nazwać uniwersalnym. No powiedzcie sami, kto z Was nie zna tego uczucia?

Źródło obrazka: OpenClipart-Vectors, Pixabay