sobota, 8 lutego 2020

Duchowa dieta na literę „M”. Vol. 1: Mata, czyli znów przeżuwam piosenki



Kumpela ostatnio dietuje i przesyła różne zdrowe przepisy ze swojej diety, jak już sama wypróbuje i stwierdzi, że smaczne. Pomyślałam, że zrobię coś podobnego i podzielę się z Wami namiarami na trzy potrawy „dla ducha”, które najefektywniej odżywiały mnie przez ostatni kwartał. Łączy je to, że ich twórcy zwą się na tę samą literkę. Dziś o tym, co poznajdowałam w rapowych tekstach niejakiego Maty.

Używając niesamowicie prostych środków językowych (no, może z wyjątkiem
„przykładu” i „jarzębiny”), Mata
przekazuje całe doświadczenie sacrum.


Dlaczego rapsy Maty mnie urzekły? Bo uwielbiam takie sytuacje: być w otoczeniu niepięknym i niezbyt dobrym i nagle wśród takiego względnego syfu znaleźć Wielkie Piękno i Wielkie Dobro, którego człowiek się tam kompletnie nie spodziewał. (Jak już kiedyś wspominałam, najbardziej modelową sytuacją tego typu jest dla mnie motyw z Meisterem Eckhartem w „Oberkach do końca świata” Wita Szostaka, obczajcie.)


No i mamy młodziutkiego rapera, który składa rymy wprawdzie sprawnie, ale na ogół w tematyce niesprzyjającej zachwytom, a i forma tego bywa niekiedy chropawa. I nagle taki koleś wylatuje z kawałkiem „Żółte flamastry i grube katechetki”. Nie umiem nawet za wiele powiedzieć na temat tego, za dużo emocji. W sumie to bardziej napisałam ten wpis po to, żeby Wam dać znać, żebyście tego kawałka posłuchali i go wchłonęli, niż żeby wielce kminić na jego temat.


Dobra, jednak trochę pokminię. Podoba mi się u Maty to, że w swoich rapsach stosuje się do ewangelicznego „tak-tak, nie-nie”. Kiedy nie ma konceptu, po prostu nawija sobie o moralnym zepsuciu bogatej młodzieży, wyprawie do Freshmarketu albo przepitych feriach we Włoszech – czysta, klarownie przekazująca myśli narracja, bez językowych udziwnień albo banalnych frazesów o dźwięku potłuczonego szkła i księżycu, który głowę schował. Ale kiedy już ten koncept ma, wychodzą duże rzeczy.


Nie wiem, czy ktoś już wcześniej użył metafory o Bogu, który podnosi i całuje błądzącego człowieka jak całuje się chleb, który upadł, ale coś się od tego w człowieku takiego robi, że miałby ochotę powiedzieć tak swoim dzieciom, tłumacząc jak odnosić się do chleba, Boga i siebie. Albo „bo są rzeczy, których nie wolno nam pić/ i których nie wolno nam jeść/ jak na przykład jarzębina” – koleś, używając niesamowicie prostych środków, niemal prymitywów językowych (no, może z wyjątkiem „przykładu” i „jarzębiny”), przekazuje całe doświadczenie sacrum: tego, jak to jest być bardzo, bardzo młodym człowiekiem albo wyznawać bardzo, bardzo młodą religię. Skojarzyło mi się to ze Starym Testamentem i odświeżyło moje ciepłe uczucia do niego.


W innej piosence, „100 dni do matury” (podobnie jak na „Żółte flamastry”, zwrócił mi na ten fragment uwagę Ziuta – pozdro, ziom) mamy zwrot Maty do rodziców, w którym tłumaczy znaczenie swojej ksywy: „Jak się boicie, że zapomnę zatracając się w rapach/ to pamiętajcie MA jak mama TA jak tata” i to też mnie rozstraja niesamowicie. Pewnie dlatego, że każdy z nas, bez wyjątku, jest złożony z takich dwóch połówek, więc każdego ten temat jakoś rusza. Pewnie już pisałam, że w taki sposób mój pan od literatury tłumaczył siłę „Króla Leara” Szekspira: nie każdy człowiek przeżył zakochanie, nie każdy ma dzieci, wiarę albo wrogów, więc tekst o miłości, rodzicielstwie, świętości czy zbrodni nie przemówi do każdego, ale rodziców ma lub miał każdy.


No i generalnie wychodzi mi, że siłą tekstów Maty w miejscach, gdzie one są mocne, jest to, że dotyka tam rzeczy bardzo uniwersalnych. Mnie bardzo siedzi jeszcze w pamięci ten fragment z „Patointeligencji”: „miałem już (...) tak dość tego ciepła i piękna”, ale to już nie wiem, dlaczego, nie wpisuje mi się to w teorię. Chyba po prostu jest to dobra, przekonująca antyteza: czego jak czego, ale ciepła i piękna większość z nas naprawdę chce, a tu ktoś pisze, że miał go dość, więc budzi to jakieś uczucia.


Jeszcze jedna ważna rzecz odnośnie do „Żółtych flamastrów”: oprócz relacji z Bogiem i kwestii językowych jest tam bardzo piękny obraz męskiego dzieciństwa. I to nas ładnie prowadzi do kolejnej notki, gdzie też coś o tym będzie. Widzimy się niebawem, yo.

___

P.S. Jeśli komuś mało, to pod tym linkiem można znaleźć bardzo ciekawą i lepiej niż moja ogarniętą w temacie rapu recenzję albumu Maty autorstwa Macieja Wernio z Noizz.pl.

P.S.2 Już po napisaniu tego tekstu przesłuchałam kawałek Maty pt. „Konkubinat” i świadomość metajęzykowa, którą autor w nim pokazuje, to dowód, że to, o czym napisałam w notce, nie wyszło mu przez przypadek. A refren, w którym Mata wydaje przesterowane jęki bólu spowodowanego brzmieniem nielubianych słów, to kolejny motyw, który można by chyba nazwać uniwersalnym. No powiedzcie sami, kto z Was nie zna tego uczucia?

Źródło obrazka: OpenClipart-Vectors, Pixabay

sobota, 18 stycznia 2020

Dlaczego piosenki z „Wiedźmina” są takie dobre

Tym razem utożsamiam się z vox populi – oglądam netflixowskiego „Wiedźmina” i zachwycam się piosenkami Jaskra, zwłaszcza „tą” piosenką. Bo cóż przyjemniejszego, niż odrobina zachwytu – tym bardziej takiego, który można uzasadnić filologicznie.
 



O zarąbistości Toss a coin to your witcher mówi cały Internet – polsko- i anglojęzyczny – i niejeden widz uznaje tę piosenkę za główny, lub niekiedy nawet jedyny, atut całego serialu. Nie spotkałam jednak zbyt wielu teorii co do tego, co nam się właściwie w tym kawałku aż tak podoba, więc postanowiłam stworzyć własną.

Wydaje mi się, że sekretem udatności piosenek Jaskra jest to, że w przyjemnym, popowo-balladowym opakowaniu serwują nam coś, co nie dość często w takim opakowaniu dostajemy – czyli porządną tekściarsko-literacką robotę.


TROCHĘ TEORII

Tego, co to znaczy, że tekst piosenki jest dobrze napisany, nauczyłam się z książki Stanisława Barańczaka pt. Ocalone w tłumaczeniu: szkice o warsztacie tłumacza poezji z dodatkiem małej antologii przekładów-problemów. Omawiając swoją propozycję przekładu jednego z tekstów Beatlesów, Barańczak podaje tam praktyczny zbiór kryteriów, jakie powinny spełniać słowa tłumaczonych piosenek tak, by czytało i śpiewało się je równie dobrze jak oryginał. Było to dla mnie niemałe odkrycie: uświadomiłam sobie, że o postrzeganej przez nas „fajności” tekstu nie przesądza to, czy śpiewa go wspaniały Sting czy siermiężny Perfect, ani czy jest on napisany w prestiżowym angielskim czy w swojskiej polszczyźnie. Decydują tu cechy czysto formalne: spójność i świadomość stylu, zgodność akcentów w wyrazach i zdaniach z akcentami muzycznymi, czy choćby to, czy w rymach mamy porządne wyrazy znaczące (rzeczowniki, czasowniki itp.) czy nędzne wyrazy funkcyjne (np. zaimki lub przyimki).


POTWORY Z RADIA

Choć Barańczak pisał o przekładach, te cechy można też bez problemu potraktować jako kryteria jakości oryginalnych słów piosenek. I niestety – wiele popowych tekstów, tak angielskich jak i polskich, nie zdałoby takiego egzaminu.

Robiąc ostatnio mały radiowy re-listening anglojęzycznego popu z ostatnich dekad, jestem zadziwiona, jak złe rzeczy potrafią wyrabiać tekściarze. Nawet w największych hitach miewamy te paskudne wyrazy funkcyjne na końcach wersów („Cause we are gonna be/ Forever, you and me...” – Lighthouse Family, High), przedziwne konstrukcje składniowe, byle tylko zmieścić się w wersie (wpiszcie w wyszukiwarkę „bad grammar in song lyrics” i cieszcie się mnogością przykładów), nienaturalne sformułowania („Rainy days never say goodbye/To desire when we are together” – aha, czyli po ludzku tu jest napisane, że nawet gdy pada, on czuje do niej miętę? Gdybym spotkała ten tekst Gazebo w redagowanym przez siebie tekście dowolnego gatunku, cięłabym aż miło), czy źle użytą leksykę („Hit me, baby, one more time” Britney – bez komentarza). Nie wspominając już o płyciźnie i/lub niespójności treści, która szczególnie ładnie wybrzmiewa w przeróbkach anglofońskich hitów na język polski, gdzie wystarczy wiernie przetłumaczyć piosenkę, zaśpiewać i już jest śmiesznie (przykładem Wzniosłe treści obcych pieśni Cezika). Przykładów z języka polskiego nie będę nawet podawać, każde z Was ma pewnie swoje ulubione.

Oczywiście, można by pewnie mnożyć i przykłady pozytywne, ale z moich ostatnich doświadczeń wynika, że jak się człowiek krytycznie wsłucha w to, co ci ludzie śpiewają, to częściej można się zdziwić niż zachwycić. Jak na moje, jesteśmy po prostu wygłodniali dobrego warsztatowo tekściarstwa w popie.


JASKROWE ELIKSIRY I PARONOMAZJE

I na to nasze wygłodnienie przychodzi cudowny Jaskier – oraz cudowna Jenny Klein, która napisała mu teksty – i dostarcza nam piosenek w których po prostu wszystko się zgadza.

Moją lingwistyczną uwagę przykuła już pierwsza piosenka Jaskra – You think you’re safe z początku drugiego odcinka „Wiedźmina” – gdzie baśniowe „stir up a potion” zrymowano kontrastowo z bardzo współczesnym, nagłówkowym „get an abortion”. Po dokładniejszym spojrzeniu na tekst widać jego kolejne atuty: same porządne rymy bez wyrazów funkcyjnych i innych wypełniaczy, sytuacja liryczna (groza życia w miejscowości Posada) spójnie przedstawiona za pomocą krótkich wersów bez składniowych łamańców, nawet humor językowy się w tej króciutkiej formie zaplątał („the pike with the spike/that lurks in your drawers” mnie totalnie rozwaliło, ta paronomazja słów „pike” i „spike” ma w sobie coś przecudownie przedszkolnego).


REFREN, KTÓRY BUJA

Przejdźmy teraz do dania głównego, czyli do Toss a coin to your witcher. I tutaj mamy spójną treść – zwięzłą historię potyczki bohatera lirycznego (Geralta) i podmiotu lirycznego (Jaskra) z diabołem i elfami, okraszoną zwrotami o charakterze perswazji, wzywającymi adresatów lirycznych do okazania uznania bohaterom i udzielenia im gratyfikacji finansowej. Jak w poprzednim przypadku, nie ma tu żadnego niepotrzebnego wersu. Nie znaczy to, że nie ma powtórzeń – choćby wspomniana prośba o pieniądz pojawia się trzy razy, w różnych parafrazach („Toss a coin to your witcher”, „so give him the rest”, „now pour him some ale”). Ma to jednak głęboki sens – dla bohatera lirycznego zarobkowy, dla odbiorcy – artystyczny i komiczny.

Nie ma też rymów będących sztuką dla sztuki. W przeciwieństwie do gorzej napisanych piosenek, rymy spełniają w Toss a coin... właściwą funkcję, akcentując to, co w tekście ważne – a to przebieg akcji (deceit – teeth, pest – chest), a to wzmacniające stylizację archaizmy czy terminy baśniowo-fantastyczne (devil – revel, horde, elf), a to autotematyzm (song, tale), a to wspomnianą ekonomiczną perswazję (rest, ale).

Co do instrumentacji głoskowej innej niż rymy, w refrenie wspaniale wybrzmiewa to dźwięczne, jakby bujające się „oh, valley of plennnty, oh, valley of plennnty”. Chyba dlatego ten refren tak fantastycznie się śpiewa. Mamy też trochę aliteracji („When the White Wolf fought”, „minced our tender meat”, „that bashes and breaks you/and brings you to mourn”). Nasuwa ona trafne skojarzenie z germańskimi poematami epickimi, bez których przecież nie byłoby fantasy. Nie ma jej jednak za dużo, i dobrze, bo jesteśmy jednak w neverlandzie i nie musimy się silić na historyczność.

Ładnie wypada w tekście Toss a coin.... zgranie akcentów wyrazowych i zdaniowych oraz muzycznych. Prawie wszystko się zgadza, jedyny ewentualny zgrzyt to niepotrzebne zaakcentowanie słówka „the” w „At the edge of the world”. Ale za to „Our champ-i-on prevailed” brzmi tak ślicznie, że myślę, że można to autorce wybaczyć.


ELFIK ZERKA Z PÓŁECZKI

Jak już wspomniałam, jest w Toss a coin... trochę archaizmów i terminologii baśniowej – i tak jak w You think you’re safe, ta stylizacja jest trafnie przełamana elementami z zupełnie innych stylistyk. Przykładowo, znów w refrenie, bajkowo-poetyckie „oh, valley of plenty” jest zestawione ze współczesnym i jednocześnie dość napuszonym zwrotem „a friend of humanity” – mnie osobiście mega to zestawienie bawi. Innym takim kontrastem jest połączenie wzniosłych, epickich, pasujących do high fantasy zwrotów opisujących spotkania z wrogami z bardziej przyziemnymi określeniami na późniejsze spuszczanie sobie nawzajem manta.

Moim ukochanym przykładem jest „He thrust every elf / far back on the shelf”. Ta fraza, oprócz tego, że rozśmieszyła mnie sama w sobie (kolejny cudny rym), dodatkowo jest ponoć aluzją do kultowej brytyjskiej książeczki dla dzieci traktującej o tym, jak to bożonarodzeniowy elfik obserwuje z półki w dziecięcym pokoju, czy milusińscy są grzeczni i zasługują na prezenty. Jednak po tym podwójnym, meblarsko-gwiadkowym trollingu mamy powrót do wzniosłego świata fantasy: okazuje się, że owa półka, na którą wiedźmin upchnął elfy, wcale nie była jednak jakimś, ot, piętrem etażerki, ale — półką skalną, wysoko w górach, w tajemniczej ojczyźnie elfiego rodu.


TAJEMNICA SUKCESU

Podsumowując – uważam, że powodem, dla którego kochamy przewodni motyw muzyczny netflixowskiego „Wiedźmina” jest stara, dobra poetyka, z której autorka słów potrafiła zrobić użytek. Polska wersja piosenki, choć również została entuzjastycznie przyjęta i ma kilka dobrych momentów, współdzieląc część atutów oryginału („choć oberwał sam / zmiażdżył bestii kark / ten obrońca ludzkości / toastu jest wart” – bardzo ładne zestawienie stylu wzniosłego i przyziemnego), moim subiektywnym zdaniem nie jest aż tak zjawiskowa. Potwierdza się to w jej warstwie formalnej: np. do rymów wkradło się trochę gramatycznego szumu informacyjnego (wam, tam, ich, więc) a nosowe „sakiewką potrzooooońśnij” nie jest tak śpiewne jak jego angielski odpowiednik. Język polski stawia jednak więcej wyzwań tekściarskich, niż angielski. Tym jednak, którzy całkiem powątpiewaliby w możliwości naszego języka jeśli chodzi o tworzenie doskonałych tekstów piosenek, polecam zajrzeć do książki Barańczaka i przekonać się, że się da!


Źródła

Barańczak S. 2004. Ocalone w tłumaczeniu: szkice o warsztacie tłumacza poezji z dodatkiem małej antologii przekładów-problemów. Kraków: Wydawnictwo a5.
Grosza daj wiedźminowi. 2019. Autor tekstu: Jenny Klein. Przekład: b.d. Kompozytor: Sonya Belousova i Giona Ostinelli. Wykonanie: Marcin Franc.
Toss a coin to your witcher. 2019. Autor tekstu: Jenny Klein. Kompozytor: Sonya Belousova i Giona Ostinelli. Wykonanie: Joey Batey. Płyta: Netflix’s THE WITCHER (OST).


Do napisania notki zainspirowała mnie dyskusja o serialu „Wiedźmin” zorganizowana 14 stycznia 2020 r. przez Krakowską Sieć Fantastyki.

wtorek, 7 stycznia 2020

Wodnikowe Wzgórze” 2018 #2: Netflix a starsze ekranizacje

 

W ostatnim poście, który napisałam w marcu zeszłego roku, narzekałam nieco na Netflixowy serial „Wodnikowe Wzgórze” A.D. 2018, obiecując, że w kolejnej notce napiszę o jego pozytywniejszych stronach.


Później tak się stało, że na blogu nie było mnie bez mała trzy kwartały, jednak w międzyczasie w temacie „Wodnikowego Wzgórza” odezwał się do mnie portal Katedra. Zachęcona ich propozycją, zintegrowałam swoje pozytywne opinie o serialu mające się ukazać w kolejnej notce z najważniejszymi obserwacjami z notki poprzedniej. Dodatkowo obejrzałam dwie poprzednie ekranizacje powieści Richarda Adamsa – film z 1978 r. i serial z lat 1999–2000 – i porównałam swoje wrażenia z tymi, które odniosłam po obejrzeniu serialu Netflixa i przeczytaniu książki.


W efekcie powstał tekścik pt. „Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli »Wodnikowe Wzgórze« przez dekady”. Jeśli nie mieliście okazji zobaczyć go na Katedrze (gdzie wisi od czerwca) a nadal jesteście ciekawi mych przemyśleń na temat Adamsowskiej historii o wysoce ucywilizowanych królikach, to się częstujcie.


Ja natomiast postaram się wracać tu bardziej regularnie i nadrobić poczynione zaległości. Z tego, co widzę, z niedokończonych cykli pozostali mi postfantaści. Postaram się zatem wkleić niebawem finalną notkę o postfantastyce i będę mogła powiedzieć, że jestem na czysto.


A u Was co ostatnio słychać ciekawego?


[Ilustracja: Gordon Johnson, Pixabay]

poniedziałek, 11 marca 2019

Wodnikowe Wzgórze” 2018 #1: Książka a serial

Zeszłoroczny serial „Wodnikowe Wzgórze” Netflixa – adaptacja powieści R. Adamsa z 1972 r., opowiadającej o dzikich królikach, które wyruszają szukać nowego schronienia, gdy ich dotychczasowej królikarni zaczyna zagrażać niebezpieczeństwo – choć przyjemny w odbiorze, zawiera niestety schematy rodem z komercyjnych młodzieżówek. Ale nie będę się tym martwiła.
.

Bardzo wiele spodziewałam się po Netflixowym „Wodnikowym Wzgórzu” bo zapowiadające je kadry – obrazy animowanego komputerowo krajobrazu angielskiej wsi, gdzie dzieje się akcja, i pomykające wśród niego króliki – wyglądały, moim zdaniem, świetnie. Fantastycznie wspominam też książkę Adamsa: choć opowiada o przygodach zwierząt, nie jest ani powiastką przyrodniczą, ani bajką zwierzęcą, gdzie zwierzęta to alegorie ludzi. To zwyczajna powieść, której bohaterowie – króliki – mają własne historie i niepowtarzalne cechy psychiczne, a ich społeczność posiada własną religię, mitologię, język, przysłowia i sztukę.


USZY ZAMIAST MACEK

Dzięki powyższym zabiegom „Wodnikowe Wzgórze” jest książką zwyczajnie ciekawą – nie jako ciekawostka dla fana przyrody, ale dla zwykłego czytelnika powieści, lubiącego śledzić przygody bohaterów. Ma ona też pewne szczególne plusy dla fana fantastyki: oryginalne i rozbudowane pomysły autora w opisywaniu króliczej „kultury” dają podobną radość jak przy podziwianiu fantastycznych uniwersów, natomiast towarzyszące czytelnikowi uczucie obcości – zarówno w zderzeniu z kulturą królików (która, będąc podobna do naszej, ale jednocześnie nieludzka, ma w sobie coś z „doliny niesamowitości”), jak i w opisach kultury ludzkiej, obcej i strasznej w oczach królików – jest podobne do wrażeń, których dostarczają nam co subtelniejsze utwory z domeny grozy, która wszak obcością, naruszającą zwykły porządek rzeczy, stoi.


DLA DOROSŁYCH CZY DLA DZIECI?

Czytałam „Wodnikowe Wzgórze” w późnym dzieciństwie, jednak bywa ono klasyfikowane jako powieść młodzieżowa, a przypuszczam, że broni się też jako lektura dla dorosłych. Tym bardziej, że pojawiają się tam, z tego co pamiętam, tematy, które mogą zainteresować starszego czytelnika: śmierć, naturalistyczny (w subtelny sposób) obraz przyrody, nawiązania do działania społeczności ludzkich ukryte w tym, co się dzieje w powieściowej społeczności królików. Nie brak tam (fakt, subtelnie przedstawionych) tematów przemocy, cierpienia i ogólnie ciemniejszej strony „kręgu życia”.


I w tej właśnie kwestii – ciekawego napięcia między tradycyjnie kojarzoną z literaturą dziecięcą formą opowieści o zwierzętach a „dorosłą”, choć subtelną i „obyczajną” treścią – Netflixowe „Wodnikowe Wzgórze” trochę mnie rozczarowało. Przed obejrzeniem serialu nastawiłam się na to, że to napięcie również tam będzie – jako wrażliwy widz, trochę się wręcz bałam, że w dobie „Gry o tron” producenci z Netflixa gotowi zrobić z powieści Adamsa coś naprawdę „po krawędzi”, do tego stopnia, że nie będę tego już miała ochoty oglądać.


Nic takiego jednak nie nastąpiło, stała się natomiast rzecz, powiedziałabym, gorsza. Gdzieś przy trzecim (z czterech) odcinków, zdziwiona (i w sumie nawet ucieszona) niewinnością tego, co widzę, zaczęłam się zastanawiać – co oni tacy grzeczni? Króliczego Westeros ani widu, ani słychu, jedyne mocniejsze motywy to niezbyt drastyczne sceny przemocy. Co więcej – nawet wątki, które kojarzyłam jako nieco mroczne w samej książce (królikarnia sideł, nieżywy jeż na drodze), zostały jakby złagodzone. Dlaczego oni to zrobili?


WYPŁASZCZENIE W MŁODZIEŻÓWKĘ

Po krótkim czasie doszło do mnie: no tak, young adult. Mając jako produkt wejściowy tekst, który ciekawie balansuje między literaturą dla młodszych i starszych widzów, zamiast pozostawić to ciekawe niedookreślenie, lub też „wyostrzyć” tę historię, robiąc z niej współczesny, drastyczny i przekraczający granice produkt dla dorosłych, twórcy zdecydowali się wypłaszczyć nieoczywistości oryginału i nadać adaptacji cechy typowej, kliszowej, komercyjnej młodzieżówki z naszych czasów.


I tę kliszowość niestety widać. Sceny, w których pojawiają się ślady działalności ludzi, np. opuszczone ruiny budynków, w których chronią się króliki, są przedstawione w stylu postapo1 – jest to bezsensowne dla fabuły, ale zapewne miłe dla oka fanów tej popularnej estetyki. Mamy osławiony wątek atrakcyjnej bohaterki wybierającej między dwoma konkurującymi o nią bohaterami. Postaci żeńskie, w książce dużo bardziej epizodyczne, tu są – fabularnie nieco na siłę – przedstawione jako Silne Postaci Kobiece.2 Królikarnia Efrafa natomiast – fakt, dość opresyjne miejsce również w książkowym oryginale – w naszych czasach nie może się nie skojarzyć z młodzieżową dystopią.


W warstwie ideowej, w większym stopniu niż wszystkie te ciekawe rzeczy, które i ja, i inni pamiętaliśmy z książki – naturalizm, relacja królików z Bogiem (Frysem) i ich mitycznym bohaterem – El'Ahrerą, czy niepowtarzalny, króliczy światopogląd oparty z jednej strony na ciągłym poczuciu zagrożenia a z drugiej na pochwale sprytu – mamy głównie „bezpieczne”, niekontrowersyjne wartości: Wolność, Przyjaźń czy Logiczne Myślenie Zamiast Fanatyzmu. 


Nawet kolorystycznie jest tu tak, jak w znanych filmach young adult – obowiązkowe od czasów czwartej części Harry’ego Pottera klimatyczne, przytłumione zielenie – a scenom pościgu czy ucieczki musi towarzyszyć pompatyczna muzyka symfoniczna i obraz z drona, by zadowoleni byli z kolei fani innego klasyka vintage – Władcy Pierścieni Jacksona.


***

Te klisze trochę mnie zirytowały – zachwycona oryginalnością książkowego pierwowzoru, miałam nadzieję, że i adaptacja będzie podobnie jednostkowa. Ale tak jak napisałam na początku, nie będę się tym martwiła, bo ostatecznie i tak oglądało się cudnie, a do początkowych zachwytów wizualnych3 dołączyły inne. 


I o nich będzie następnym razem. 


 
Wodnikowe wzgórze [Watership Down]. 2018. Netflix.
Ilustracja: Pixabay


1 To akurat Ziuta zauważył, nie ja. 
2 No, może nie zawsze na siłę – motyw z Truskawką i jej geniuszem kopania nor jest sensowny dla fabuły i uroczy, scena z odnalezieniem rannego też ma sens w obliczu tego, jak fabuła potoczyła się dalej.
3 Eksperci narzekają na jakość animacji królików i pozostałych zwierząt. Mnie nie podobał się tylko pies, króliki, jak na moje, były OK.

niedziela, 17 lutego 2019

Cegły (U.K. Le Guin, „Rzeczy”)

Tom pt. „Rybak znad Morza Wewnętrznego” to obszerny zbiór opowiadań Ursuli K. Le Guin, złożony z czterech mniejszych zbiorów i uzupełniony powieścią „Opowiadanie świata”. Mówi się ostatnio w fandomie, że warto czytać opowiadania, więc może to trafna lektura na początek roku? Wiele tu dobra: takie trochę połączenie głębi opowiadań klasyków (typu Czechow czy Dostojewski, coś na zasadzie „koleś w kapelutku idzie ulicą, ojej, tu na pewno jest drugie dno, pointerpretujmy!”) z ulgą dla wyobraźni znaną z lektur fantastycznych. Dziś opowiem o tekście z „Rybaka...”, który szczególnie mnie poruszył. 
 


W notce beztrosko operuję spoilerami, więc jeśli ktoś uważa za ważne,by nie znać zakończenia tego opowiadania przed jego przeczytaniem, zachęcam do wcześniejszego zapoznania się – jest we wspomnianym tomie na str. 137-145.


„Rzeczy” to opowiadanie o ludziach z małej, wyspiarskiej społeczności (nie jest dokładnie powiedziane, ale pewnie jest to Ziemiomorze – mamy tu prostą kulturę w stylu fantasy-średniowiecza i wspomniane osadnictwo na wyspach) w obliczu zbliżającego się końca świata. Ludzie szaleją, rozpaczają, niszczą swój dobytek i uciekają w głąb swojej maleńkiej, bezdrzewnej wyspy, choć wiadomo, że i tam ratunku brak. Główny bohater, wytwórca cegieł imieniem Lif, postanawia oprzeć się destrukcyjnemu pędowi pobratymców i spróbować poszukać ocalenia przez opuszczenie skazanej na zagładę wyspy. Stara się przy tym wykorzystać umiejętności, jakie dał mu jego wyuczony zawód.


Zarówno cechy formalne opowiadania – schematyczność akcji i postaci: nie wiemy dokładnie, co się dzieje, co to w ogóle za koniec świata, brak tła, szczegółów o tym, co się z bohaterami działo wcześniej itp. – jak i moje wewnętrzne odczucie każe mi interpretować ten tekst jako przypowieść. (To raczej nadinterpretacja, ale celowo czy też nie, imię głównego bohatera oznaczało w języku staroangielskim „życie”, „sposób życia”, bądź też „okres życia człowieka” – idealne imię dla bohatera moralnego exemplum, oni lubili mieć imiona w stylu Każdy, Chrześcijanin, Cnota, Występek itp.) Głównym tematem tej przypowieści wydaje mi się zaś – trochę inaczej, niż samej autorce, z tego, co pisze we wstępie – droga zawodowa człowieka i to, jak wiąże się ona z sensem naszego życia.


Myślę, że to fajny temat na przypowieść dla współczesnego człowieka, bo wiążący się z wieloma naszymi bólami i rozterkami: a to jesteśmy jeszcze w takim wieku czy sytuacji, że nie wiemy, co i po co mamy w życiu robić; a to męczy nas taki czy inny zawodowy lęk, niedobór czy niedosyt; a to na zewnątrz niby cud, miód, sukces i rozwój, ale wystarczy chwila zastanowienia, by przyszły myśli o tym, jak śmieszne, zbędne i abstrakcyjne są te moje zadanka i biznesy; a to jeszcze coś zupełnie innego. Dodatkowe rozterki może mieć osoba, dla której liczy się życie duchowe i dla której nie za bardzo spina się ono z tym, co na co dzień robi zawodowo: bo jak to jest, że mam dążyć do zbawienia, a tymczasem większość energii zajmuje mi analiza i prognozowanie popytu albo rozkminianie, które pędy krzewu pomidora należy wyciąć a którym dać szansę?


„Rzeczy” Le Guin są tak sugestywnym obrazem takiej sytuacji, że aż mi głupio, że takie wrażenie to na mnie zrobiło. Jeśli naniesiemy sobie sytuację Lifa na los współczesnego człowieka, z jego pracą zawodową, obowiązkami życiowymi i powołaniem, to niejednej osobie może być łatwo się taką sytuacją utożsamić: tak, to co robię jest zarąbiście śmieszne i boleśnie niewystarczające, to całe sprzątanie, dbanie o zewnętrzną formę, kopanie rowów i zasypywanie ich, obracanie nieistniejącymi ideami. Jest niekiedy niemal tak śmieszne, jak budowanie balii z cegieł i próby żeglowania w niej, czy inne eksperymenty głównego bohatera „Rzeczy”, nawet jeśli jest w tym i uczciwość, i pracowitość, i rzemieślniczy kunszt, i świadomość tego ostatecznego, najważniejszego – często nieosiągalnego własnymi siłami – celu.


I tu dochodzimy do czegoś, co odczytałabym jako jeden z możliwych „morałów” opowiadania. Wiadomo, ze bez sensu jest zmieniać zdanie czy poglądy tylko dlatego, że fikcyjny bohater w jakiejś książce zrobił to czy tamto – zdarza się jednak, że w danej fabule ujrzymy wyjątkowo ładną i sugestywną ilustrację czegoś, w co i tak wierzymy i uznajemy za ważne, i ten obraz w jakiś sposób nam pomaga. U mnie zadziałało to w wypadku „morału” „Rzeczy” i moich własnych przemyśleń na temat chrześcijańskiej etyki pracy.


Bo – zdaje się sugerować fabuła opowiadania Le Guin – pomimo tej śmieszności i bezsensowności rób właśnie to, co umiesz i co masz w obowiązku robić, i niech cię ta bezsensowność nie zniechęca, bo gdy w finale skończy ci się budulec, zobaczysz przed sobą coś jasnego, co bardzo chciałeś zobaczyć i okaże się, że twoje śmieszne i niewystarczające wysiłki były jednak absolutnie niezbędne, nawet jeśli to Ktoś Inny dokończył za ciebie całą resztę.


Oczywiście, jeśli ktoś wierzy w takie sytuacje, jak ta z zakończenia opowiadania. Z metafizyką chrześcijańską spina się to bardzo ładnie i robi dobre rzeczy w głowie, przynajmniej u mnie zrobiło.


Tomy dzieł Ursuli Le Guin wydawane teraz przez Prószyńskiego przypominają trochę cegły i to prowadzi mnie do jeszcze jednego skojarzenia. Sens twórczości literackiej – czy innej artystycznej – oraz jej odbioru bywa sprawą równie wątpliwą, jak celowość naszych zabiegów w życiu profesjonalnym. Od wieków powątpiewają weń sami twórcy, ustawodawcy i tzw. zwykli ludzie. Nieraz powątpiewam i ja. Jaka jest celowość tworzenia zmyślonych opowieści odwzorowujących w większym lub mniejszym stopniu rzeczywistość, gdy wokół tyle głodu i wszelakich innych ludzkich potrzeb a przed nami – wieczność, też, jak mówią, wymagająca starań?


Odpowiedź, którą można odczytać z „Rzeczy”, jest dla mnie bardzo satysfakcjonująca również w temacie literatury: cegły wyrzucone w morze. Urszula wyrzuciła swoje nieco ponad rok temu. Mam nadzieję, że dożeglowałaś do jakiegoś fajnego miejsca, kochana.




Le Guin, Ursula. 2016. Rzeczy. Przeł. Zofia Uhrynowska-Hanasz. W: Le Guin, Ursula. 2016. Rybak znad Morza Wewnętrznego. Warszawa: Prószyński i S-ka, s.137-145.

piątek, 4 stycznia 2019

Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa #4: Duchowość i poglądy


W zeszłym roku napisałam trzy notki (do poczytania tutaj, tutaj i tutaj), w których starałam się zainteresować Was wybitną a niesłusznie zapomnianą powieścią fantasy Anny Borkowskiej pt. Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa. Wówczas koncentrowałam się głównie na jej literackim kunszcie – szczególnie na tym, na ile historia Taguna, Nulani, Dżauriego i innych mieści się w typowych wzorcach fantastyki, a na ile jest od nich twórczo odrębna. Tym razem skupię się na duchowej i światopoglądowej warstwie tej książki.

 

Nie udawajmy: jeśli chodzi o ducha i poglądy, dla wielu czytelników Gar'Ingawi... ważnym tematem jest biograficzny fakt, że autorka jest katolicką mniszką klauzurową. 

Fakt ten może budzić różne reakcje. Może to być poważna zachęta – np. czytelnicy spragnieni dobrej fantastyki z duchowym „drugim dnem” i zasmuceni jej małą podażą na rynku – bo ile można tego Tolkiena, Lewisa i Huberatha – mogą wiele spodziewać się po powieści fantasy pisarki, która na duchowości chrześcijańskiej zna się „zawodowo”. Proweniencja autorki może też jednak budzić podejrzliwość – np. co do ewentualnego podporządkowania wartości literackich wartościom ideowym – albo po prostu zaciekawienie i nastawienie na egzotyczne czytelnicze wrażenia.  

Przystępując do lektury Gar'Ingawi..., podzielałam po trosze każde z tych nastawień i z uwagą śledziłam warstwę duchowo-światopoglądową tej książki. Oto, co znalazłam.


ZNANA DUCHOWOŚĆ, NIEZNANA HISTORIA

To, co zachwyciło mnie w Gar'Ingawi..., to połączenie wątków bliskich chrześcijaństwu obecnych w innych dziełach nurtu "uduchowionej" fantastyki, takich jak religijna tęsknota i metafizyczny zachwyt czy umiłowanie moralnej czystości, prostoty, dobra i łagodności – z całkowicie nowym, niekopiujących istniejących już opowieści, uniwersum. 

Historie mieszkańców wyspy Gar'Ingawi, jej najeźdźców – Dżugidów czy też wyruszającego z niej wędrowca – Taguna – nie są bowiem alegoriami czy kolejnymi przepisaniami historii biblijnych czy hagiograficznych. Są raczej dziełami nieskrępowanej fantazji umieszczonymi w uniwersum, w którym działa kochający, chrześcijański Bóg i ewangeliczna moralność. 

Również sama religia wyznawana przez głównych bohaterów, choć niesprzeczna z chrześcijańską prawdą o Wcieleniu, nie przypomina formą czy obrzędami religii chrześcijańskiej i stanowi kolejny dowód światotwórczej wyobraźni autorki. To połączenie niezmiennych dla wielu prawd metafizycznych i moralnych z nieprzewidywalnością1 i kreatywnością świata i fabuły w Gar'Ingawi... może robić ożywcze wrażenie.


OCZEKIWANIE

Oczekiwanie na przyjście Jasnego Brata to w Gar'Ingawi... główny sens wspomnianej religii mieszkańców Wyspy, a zarazem konkretna technika modlitewno-medytacyjna, w której Tagun i jego sprzymierzeńcy starają się wyszkolić. Nie chciałabym pisać wiele o tym wątku, bo trochę mnie on przerasta, ale osobiście znalazłam w nim coś bardzo ważnego. I oczywiście jest to pewnie po części kwestia kompozycji duchowej danego czytelnika, bo na wątek ten szczególnie podatni mogą być ci, których duchowość wiąże się z jakąś formą tęsknoty. Mam jednak wrażenie, że Oczekiwanie może złapać za serce niezależnie od religijnej denominacji odbiorcy. Nostalgia i „maryjne” zapatrzenie u Tolkiena też przecież zachwyca czytelników różnych opcji, a tutaj jest wątek podobnej rangi, i podobnie pięknie opisany.


MNISZKA WIDZI INACZEJ?

Nie chciałabym ulec stereotypom, ani też przeceniać wpływu biografii autora na dzieło, jednak mam wrażenie, że niektóre cechy Gar'Ingawi... składające się na niepowtarzalność tej książki są efektem monastycznej wrażliwości jej twórczyni. We wpisie drugim pisałam już o wyjątkowej sensorycznej wrażliwości w opisach – która być może wydoskonala się w życiu pod klauzurą, gdzie nie ma przeładowania bodźcami, a we wpisie trzecim – o charakterystycznej zwięzłości dialogów, a nuż wynikającej z przyzwyczajenia autorki do reguły benedyktynek zakładającej wyciszenie. 
 
W kwestiach typowo moralno-duchowych kolejnym takim „zakonnym” wątkiem wydała mi się, zaskakująca i ciekawa jako temat literacki, krytyka tzw. „swobody”. Wyznawana jako czołowa wartość przez mieszkańców krany Galgal-pa'asz, „swoboda” pozornie tylko oznaczała dowolność i brak krępujących zasad, w rzeczywistości zaś była przyzwoleniem na krzywdzenie jednych przez drugich, dewastację przyrody, uniformizację niszczącą wszelkie piękno i wreszcie – państwowy terror i totalitaryzm. „Swoboda” jest w książce skontrastowana z pochwałą prostoty, wręcz duchowego ubóstwa mieszkańców Wyspy Szczęśliwej. Czy nie wydaje sie prawdopodobne, że ten punkt widzenia mógł zostać zainspirowany własnymi doświadczeniami osoby żyjącej pod regułą zakonną, upatrującej wolności w dyscyplinie i maksymalnie upraszczającej życie? 
 
W monastyczną wrażliwość wpasowuje się też postać Taguna jako protagonisty i herosa, jego sposób działania i „supermoce”. Czy nie tak właśnie powinien wyglądać heros fantasy w wydaniu... klauzurowym? I właśnie dzięki tym „mnisim” cechom Tagun jest, jako heros fantasy, oryginalny.


  BOHATEROWIE NIEZIEMSKICH OBYCZAJÓW

Co do obyczajowości w Gar'Ingawi..., to choć, jak pisałam, w powieści widać silne wpływy chrześcijańskiej wrażliwości moralnej, nie oznacza to nie tylko – rzecz jasna – tego, że wszyscy bohaterowie są świątobliwi, ale również tego, że system wartości mieszkańców Wysp – przestrzegany lub nie – jest tożsamy z chrześcijańskim. Choć, jak już również wspomniałam, powieść wysoko punktuje łagodność, uczciwość czy cnoty małżeńskie, nawet porządnym bohaterom i plemionom zdarzają się w powieści "na legalu" rozwody, wielożeństwo, podstępy czy ostre akcje militarne i dyplomatyczne. Widać, że jest to jednak świat inny od naszego – na Wyspach nie wykuto tablic Mojżesza ani nie spisano Katechizmu i moralność poszła nieco innym drogami. Jest to jeden z powodów czyniących z Gar'Ingawi... książkę fabularnie ciekawą: nie możemy po prostu założyć, że dana postać czegoś nie zrobi bo to „nie po katolicku”. 
 
Jest jeden wątek obyczajowy, który znów nasuwa skojarzenie z zakonną proweniencją autorki, a mianowicie lekka kontestacja miłości romantycznej i życia rodzinnego, zwłaszcza gdy wiążą się one z porzuceniem przez daną osobę własnych przekonań czy powołania. Niektóre wątki w książce pokazują, że bycie li i jedynie kochającym małżonkiem czy rodzicem nie przesądza o byciu dobrym człowiekiem czy życiowym spełnieniu. Z drugiej strony książka wydaje się afirmować wszelakie żywoty, wydałoby się, „przegrane” – porzuconego współmałżonka niewstępującego w kolejny związek czy osoby samotnej, straumatyzowanej i pozbawionej statusu społecznego – sugerując, że i tacy ludzie mają w najwyższym stopniu szansę na wartościowe, piękne życie.

I jeszcze w kwestii obyczajów, w Gar'Ingawi... całkowicie brak bezpośredniego erotyzmu, jednak jest to jednak zrobione tak, że w żaden sposób nie „kastruje” czy nie wyjaławia tej książki, nie kojarzy się z pruderią czy niedojrzałością, nie ujmuje też głębi opisywanym relacjom – również małżeńskim, miłosnym, z których rodzą się dzieci. Myślę, że to jeden z dowodów na kuszt autorki. Wiele jest zapewne przypadków, gdy z powodów etycznych czy zdroworozsądkowych dany pisarz decyduje się na nieporuszanie w twórczości pewnych tematów – Borkowska pokazuje, że nawet nie pisać o czymś można pięknie i z intelektualną klasą.


DUŻO MIODU, KROPLA DZIEGCIU

Gar'Ingawi, Wyspę Szczęśliwą uważam za książkę piękną, mądrą i ciekawą. Dlatego też podczas czytania intrygowała mnie postać „autorki wpisanej w dzieło” – w jakimż to pięknym umyśle mogła powstać taka historia? Kompozycja umysłowa „opowiadacza” stojącego za Gar'Ingawi... jawi się jako naprawdę pociągająca: jest tu mnóstwo uduchowienia, intelektualne wyrafinowanie i erudycja (zarówno zawiłości fabuły, jak i detale dotyczące batalistyki czy żeglarstwa budzą, przynamniej u osoby nieuczonej, szczere zaufanie), sensoryczna wrażliwość, otwartość umysłu (żonglowanie wielością punktów widzenia, choćby przy porównaniu wierzeń ludów Północy i Południa), wyczulenie na ogólnoludzkie wartości i sprawiedliwość wobec pokrzywdzonych (pewna piękna scena pokazująca zachowanie się wobec rodziny pokonanego wroga), wyczulenie na piękno, poczucie humoru, ironia... Myślę, że nawet wielu osobom teoretycznie przeciwnym wartościom, które uosabia autorka powieści, trudno byłoby się z tym „opowiadaczem” nie zgodzić.

I w tym całym nagromadzeniu mądrości i słuszności jest jeden malutki zgrzyt, a mianowicie: współczesnego czytelnika, który rozpozna Gar'Ingawi... jako dzieło opowiedziane z punktu widzenia, podsumujmy, głęboko religijnego intelektualisty o otwartym umyśle i zrozumieniu dla innych punktów widzenia, może zaskoczyć to, jak ten „opowiadacz” powieści Borkowskiej potraktował figurę świeckiego, racjonalistycznie i relatywistycznie nastawionego do rzeczywistości myśliciela w osobie... no, sami zobaczycie kogo. Nie wiem, może to znak tamtych czasów, może czegoś w tamtym wątku nie zrozumiałam, a może i w tym wypadku ta książka jest mądrzejsza ode mnie. Tym niemniej... dla osoby wiedzącej, jak współcześnie potrafi wyglądać dialog chrześcijańskich intelektualistów z ateistami – choćby rozmowa ks. Michała Hellera z Richardem Dawkinsem – sposób rozegrania tego tematu w Gar'Ingawi...może wydać się nieco kuriozalny. Ale to taki drobiazg, który przy całej imponującej reszcie jest co najwyżej dodatkową ciekawostką.

No i tak, jakby ktoś nie pamiętał – przeczytajcie Gar'Ingawi, Wyspę Szczęśliwą, bo to piękna książka jest.



1Pewne wątki w książce Borkowskiej można oczywiście porównać z już istniejącymi historiami – np. wielu przede mną zauważyło, że wędrówka Dżugidów kojarzy się z losami Narodu Wybranego (w tym sama autorka: https://pl.aleteia.org/2017/05/14/powiesc-fantasy-napisana-przez-katolicka-mniszke/) a wątek Jasnego i Ciemnego Brata – z gnozą, jednak są to pojedyncze motywy w bardzo nowatorskiej całości.


Borkowska, Anna. 2017 [1988]. Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa. Tom I: Oczekiwanie, Tom II: Dzieje Nulani, Tom III: Dzieje Taguna. Warszawa: Wydawnictwo Zona Zero.

poniedziałek, 24 września 2018

Nostalgia ocali świat? (Krzysztof Varga, „Chłopaki nie płaczą”)



Kolejna książka na fali nadrabiania polskiego głównego nurtu. Niestety, „Chłopaki nie płaczą” Vargi wydaje się potwierdzać negatywne stereotypy, jakie wielbiciele fantastyki i innych powieści „z akcją” mają o mainstreamie. Jak podsumowuje ją Andrzej Stasiuk w blurbie, jest to książka „[g]łównie o piciu i spędzaniu czasu”.


Stasiuk pisze to w sensie pozytywnym, chwaląc styl i sugestywność opowieści, ale stereotyp jednak się potwierdza. Powieść Vargi to nieustrukturyzowany, ewidentnie mocno biografizujący strumień świadomości, opowiadający o alkoholowych, gastronomicznych, imprezowych, erotycznych, samochodowych, kempingowych, muzycznych i niekiedy intelektualnych przygodach grupki przedstawicieli polskiej kontrkultury z lat 80-tych i 90-tych.


Skoro Stasiuk docenia, to pewnie można znaleźć tam to i owo. Wielbiciele autorskiej wyobraźni, ciekawych sensorycznie obrazów, dążących dokądkolwiek fabuł czy eksploracji inności (w sensie czegokolwiek dziejącego się poza obrębem głowy autora wewnętrznego, ewentualnie jego znajomych) nie znajdą tu jednak, jak łatwo się domyślić, paliwa dla swoich fascynacji.


Stasiuk we wspomnianym blurbie zachwala, że „Chłopaki nie płaczą” cechują się dobrej jakości chuligańsko-balladową stylistyką. Muniek Staszczyk, w drugim blurbie, docenia powieść za pokoleniowość i odmalowanie ówczesnej Warszawy.


Co do tego pierwszego – OK. Wprawdzie powieść Vargi wywołała we mnie wrażenie, jakie miewają niektórzy odbiorcy sztuki współczesnej – na zasadzie „takie coś napisać to i ja potrafię” – ale w sumie napisać o tym, że się piło albo pojechało na wycieczkę do domków letniskowych też przecież trzeba umieć, prawda? Żeby wątki się domykały, stylistyka nie zgrzytała, a czasami i jakieś nawiązanie kulturowe wpadło. W ilu pijackich opowieściach, których mieliście okazję wysłuchać, jednak brakowało tego „czegoś”, pointa była od czapy a ostateczny efekt – zepsuty jakimś zbyt często powtarzanym powiedzonkiem opowiadającego? A tu – wszystko ładnie i składnie. Więc chyba tego Vargę docenić trzeba. Prawda...?


Co do drugiej laudacji, tej Muńka Staszczyka – przypuszczam, że pokoleniowość tej powieści docenią czytelnicy nastawieni socjologicznie, ewentualnie ci, którym pokolenie młodych dorosłych z owej epoki z jakiegoś powodu leży na sercu. Mnie nasuwa się w tym temacie jeden wniosek – powieść brzydko zestarzała się pod względem etyki, a konkretnie obyczajów miłosnych i gastronomicznych. „Chłopaki nie płaczą” to kolejny przykład na to, że atrakcyjność grzechu ma krótką datę ważności. W czasie powstawania książki opisy objadania się – przy okazji wszelakich grilli i domówek – dużymi ilościami tłustego mięsa, czy też obcowania z dużą liczbą przypadkowo poznanych kobiet, zazwyczaj traktowanych przedmiotowo i obdarzanych obraźliwymi komentarzami – musiały wydawać się w jakiś sposób atrakcyjne. 


Obecnie w negatywnej ocenie takich poczynań bohaterów spotyka się etyka chrześcijańska (swoją drogą, temat grzechu obżarstwa jakoś nam ostatnio umyka) i bardziej doraźne trendy na bycie fit czy antyseksizm i hiperkonsensualność. Teoretycznie, „Chłopaki nie płaczą” nie powinna się obecnie podobać absolutnie nikomu. Ciekawe, czego my, obywatele tej dekady, będziemy się na podobnej zasadzie wstydzić w swoim zachowaniu, gdy znów pozmieniają się obyczajowe tendencje.


Z internetowych recenzji wynika, że ludzie zazwyczaj czytają „Chłopaki nie płaczą” jako lekką powieść rozrywkową. Cóż, jako odmóżdżacz czy guilty pleasure faktycznie może się dla niektórych czytelników sprawdzić. Tropiciele piękna czy duchowej pożywki mogą odczuć większy niedosyt. Chociaż jest w powieści Vargi jeden motyw, gdzie prześwituje jakiś tam promyk światła, jakaś metafizyka: tam, gdzie narrator, wspominając wybryki młodości, rzuca uwagi – jak w „Filandii” Świetlickiego – że takich imprez czy pomysłów już nie będzie, że to wszystko już na zawsze minęło. Ten motyw musiał być jakoś odautorsko ważny dla całości książki, bo przecież odwołuje się do niego sam jej tytuł.


I chociaż to, co narrator tak nostalgicznie wspomina, jest, jak pisałam, nierzadko obrzydliwe, to samo to uczucie tęsknoty wydaje się jakoś zaskakująco czyste, piękniejsze od całej reszty. Mam intuicję, na niwie literackiej mocno napędzaną Tolkienem, że jak człowiek zaczyna tęsknić i nie wie do końca, za czym, to może go to wywieść w dość niespodziewane – i niespodziewanie dobre – rejony. I to właśnie, ta niesprecyzowana tęsknota, trochę to Varga-versum w moich oczach ratuje.


Varga, Krzysztof. 1998. Chłopaki nie płaczą. Warszawa: Lampa i Iskra Boża.