wtorek, 14 lutego 2017

Wyzwanie Hain #3: U.K. Le Guin, „Miasto złudzeń”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy.


Początek "Miasta złudzeń", dziejący się w Leśnych Domach, jest bardziej hygge niż zapewne niejeden poradnik hygge.

Miasto złudzeń” to historia Falka, humanoida o "wyczyszczonej" pamięci, odnalezionego przez mieszkańców Domu Zove – prostych osadników, jednych z nielicznych ludzi zamieszkujących Ziemię wiele lat po wygaśnięciu jej dawniejszej cywilizacji. Nie mogąc znaleźć swojego miejsca w społeczności, Falk decyduje się opuścić Dom i ruszyć na wyprawę poprzez bezdroża i osady leżące na terenie niegdysiejszych Stanów Zjednoczonych do miasta Es Toch, by poznać swoją prawdziwą tożsamość, a także zmierzyć się ze złem uosabianym przez wrogie ludziom i całej Ekumenie, kontrolujące Ziemię plemię Shinga.


Zacznę może od kwestii samej, najprostszej, hedonistycznej przyjemności czytania. Podczas gdy „Świat Rocannona” ucieszył mnie wizualnie krajobrazami tak wzniosłymi, że od perspektywy czasem kręciło się w głowie a „Planetę wygnania” miałam za powieść bardzo, na poziomie historii indywidualnych bohaterów, optymistyczną, „Miasto złudzeń” w swojej pierwszej części wywołało we mnie uczucie błogości. Nie ma w tym żadnej wyższej filozofii: po prostu dobrze czytało mi się o Domu Zove, o pięknym lesie wokół niego, o ludziach zajmujących się z chęcią nieskomplikowanymi rzemiosłami i zdolnych do prostej dobroci zarówno wobec siebie nawzajem jak i wobec niespodziewanego przybysza, i o radosnym, jasnym romansie między głównym bohaterem a jedną z mieszkanek Domu – Parth. Przypuszczam, że właśnie dla takich wrażeń ludzie czytają te wszystkie książki o rzucaniu korpo i budowaniu winnicy w Toskanii. (Czasem się zastanawiam, czy nie powinnam zmienić czytelniczego repertuaru, bo co się dorwę do ambitnej fantastyki, to włączają mi się jakieś tendencje dezercyjne. Trzeba jednak przyznać, że sama autorka podaje całkiem górnolotne wyjaśnienie obecnego w książce kultu prostoty życia, pokazując, że niektórzy Ziemianie zapamiętali w zniekształconej formie przemyślenia Henry'ego Davida Thoreau.)


Co do wrażeń sensorycznych, w „Świecie Rocannona” podobały mi się opisy zimna i gorąca, a w „Mieście złudzeń” mamy z kolei sporo mogących podobnie mocno działać na wyobraźnię kontrastów światła i mroku. Powieść zaczyna się od ocknięcia się Falka po utracie pamięci – ma to miejsce w całkowitej ciemności, która ustępuje dopiero przy dotarciu do osady Zove. Na końcu książki bohaterowie ponownie pogrążają się w ciemności. Podczas ponownej nauki podstawowych ludzkich czynności po swojej amnezji Falk przyrównuje zdobytą wiedzę do małe świeczki palącej się na ciemnym polu – gdy natomiast rusza już na swoją wyprawę i znajduje się w obcej nieprzyjaznej okolicy, wychodzące zza chmur słońce dodaje mu otuchy i umacnia w powziętym zamiarze. W innym miejscu wędrówki, gdy po dłuższym odcinku położonym z dala od jakichkolwiek osad ludzkich główny bohater widzi światło jakiegoś domostwa, znów mocno reaguje emocjonalnie: „To światło, świecące z daleka poprzez mrok wzruszyło go do głębi” (s. 253). Oczywiście, śledząc wątek światła i mroku, mogłam się była domyślić, że tak ogólny, nasycony symboliką temat został już na pewno wcześniej opisany przez zawodowców. I rzeczywiście, choćby anglojęzyczna Wiki podaje, że temat światła i mroku w „Mieście złudzień” opisał niejaki Douglas Barbour, przypisując im znaczenie związane z opartą na harmonii przeciwieństw filozofią tao.1 Choć ten trop jest wielce zasadny, a bezpośrednie nawiązania do taoizmu pojawiają się w samej fabule książki, mnie podczas lektury obrazy światła i mroku po prostu działały na wyobraźnię wizualną, ewentualnie kojarzyły się kryptoteologicznie.


Kontynuując wątek kontaktu z Innymi, który podjęłam w poprzednich notkach, z początku wydawało mi się, że w „Mieście złudzeń” trop się urywa i tym razem nic o dialogu z obcymi rasami i światopoglądami nie znajdę. Po namyśle stwierdziłam jednak, że można na ten temat wyciągnąć z „Miasta złudzeń” całkiem sporo, jeśli zamiast z mieszkańcami Domów czy z Falkiem, czytelnik spróbuje się zidentyfikować z wrogimi Shinga – z ich cywilizacyjną wyższością wobec innych bohaterów i narzuceniem tym innym – niby to dla ich dobra – wymyślonego przez siebie, opresyjnego sposobu życia. Opresja wobec kultur mniej rozwiniętych brzmi zapewne znajomo, i nie zawstydzić się przy tym wątku w książce nie sposób, niezależnie jak bardzo niepoprawnym politycznie by się nie było. A to dla tego, że Le Guin pokazuje, że podstawą reżimu Shinga jest kłamstwo, które jest uznawane za moralne zło przez chyba każdy system etyczny, również przez systemy politycznie niepoprawne. Możemy więc powstydzić się wszyscy razem.


Jeśli chodzi o tematykę kłamstwa, to właśnie ono staje się tu nośnikiem „gęsioskórkowatości”, która stanowi dla mnie kolejne lekturowe wrażenie łączące dotychczasowe części cyklu Hain. Trochę creepy są tu mieszkańcy tytułowego miasta złudzeń - Es Toch, przyjemny czytelniczy lęk mogą też budzić wzmianki o „dziwnościach” poszczególnych społeczności Ziemi odwiedzanych przez Falka (również spowodowanych przez kłamstwo, bo będących efektem wpływów Shinga). Najbardziej niepokojące były dla mnie jednak mówiące zwierzęta. Przy fragmencie z dzikiem, który mówi do Falka „Aach, aach, człowieku, myśl do mnie” „niewyraźnym i matowym głosem dobywającym się z pokiereszowanego ryja” (s. 242) przez chwilę trochę bałam się być sama w pokoju. To wrażenie „gęsioskórkowatości”, sam fakt występowania mówiących zwierząt i stopniowe odkrywanie przez czytelnika prawdy o okrutnie traktowanej, żyjącej w kłamstwie społeczności, trochę kojarzy mi się z wątkiem Królikarni Sideł w „Wodnikowym Wzgórzu” Richarda Adamsa.


Źródełko z Wiki podpowiada, że w „Mieście złudzeń” pojawia się wątek feministyczny w postaci krytycznie przedstawionej mizoginii społeczności Pszczelarzy.2 Szczerze mówiąc, nie zauważyłam tego podczas lektury i zastanawiam się, czy tak jak np. u Lema wątki naukowe, tak u Le Guin nie zestarzała się przypadkiem warstwa dotycząca tego rodzaju sprawiedliwości społecznej. Mam wrażenie, że to, co ona opisuje w kwestiach płci i obyczajów, dla współczesnych social justice warriors (i w sumie dla kogokolwiek) może być zbyt mało radykalne: „wojownicze” wątki giną pośród obrazów bardzo tradycyjnych społeczności i spolaryzowanych ról płciowych. Z kolei czytelnik spragniony obyczajowej tradycji i esencjalistycznego romansu, kiedy po serii wątków, które mogą mu się spodobać (takich jak zakończona „morałem” historia z Estrel) książka robi się na chwilę bardziej „bezpruderyjna”, może odczuć konfuzję – trochę jak w towarzystwie szacownej cioci czy wujka, który/a nagle rzuca na rodzinnym spotkaniu pieprzny dowcip, żeby pokazać, jak to on/a rozumie młodzież.


Lektura pierwszej części powieści zbiegła mi się z podczytywaniem „Świętych codziennego użytku” Szymona Hołowni i niektóre wątki uroczo mi się kontaminowały. Reakcja mieszkańców Domu Zove na przybycie Falka – nakarmienie go i opieka nad nim pomimo poważnych wątpliwości co do tego, czy nie jest groźny – kojarzyła mi się z historią o św. Janie Ruskim i ewangelizacji przy pomocy miski zupy tudzież z maksymą bł. Urszuli Ledóchowskiej: „Bądźmy dobre i dla dobrych, i dla złych, dla wielkich i dla małych, dla dzieci i dorosłych, dla zwierząt, dla kwiatów, dla wszystkich stworzeń”.3 Delikatność i czułość relacji Falka i Parth na jej samym początku, z czasowo wyciszonymi choć obecnymi zmysłami, przywodziła mi na myśl życie małżeństwa dwojga świętych: Marii i Luigiego Beltrame Quattrocchich. Wątek myślomowy jako najszczerszej, doskonalszej od innych form komunikacji powiązał mi się ze św. Teresą z Ávila i jej praktyką modlitwy myślnej, a niefrasobliwość Falka, który wyruszając w podróż, nie do końca wiedział, dokąd i po co idzie – z historiami świątynnej wdowy i, ponoć nieco nieogarniętego życiowo, bł. Rafała Kalinowskiego. Końcówkę powieści doczytywałam natomiast przy dźwiękach soundtracków Maxa Richtera i finalne zagadki, z zamieniającymi się miejscami prawdą i kłamstwem, przeskakiwały mi w wyobraźni w takt muzyki jak cegiełki. Oczywiście wiem, że to wszystko nie wnosi nic do ogólnego odbioru „Miasta złudzeń”, ale mamy postmodernizm i ponoć wszystko już było, więc czuję się w obowiązku napisać Wam cokolwiek, czego o tej książce nie powiedzieli inni, bo jeszcze mi tu uśniecie.


Zajrzyjcie też koniecznie do wpisów pozostałych uczestników wyzwania: Rusty, Ziuty, Gryzipióra i Pyzy!



1  Barbour, Douglas, "Wholeness and Balance in the Hainish Novels" published in Ursula K. Le Guin (Modern Critical Views), ed. Harold Bloom, (New York, NY: Chelsea House Publishers, 1986) pages 24-25. , za: Wikipedia, „City of Illusions”.


Spivack, Charlotte. Ursula K. Le Guin, (Boston, MA: Twayne Publishers, 1984), s. 20, za: Wikipedia, „City of Illusions”.



3  Hołownia, Szymon. 2015. Święci codziennego użytku. Kraków: Wydawnictwo Znak, s. 91.

7 komentarzy:

  1. O, ja bym jeszcze do śledzenia kwestii związanych ze światłem i mrokiem dodała też i to, że najbardziej problematyczną dla otoczenia rzeczą w Falku są jego oczy -- więc chociażby w scenach z obozu Basnasska, by uratować bohatera Estrel musi przewiązać mu oczy (musi się pogrążyć zatem w ciemności -- a ten ostateczny ratunek, na końcu, to znowu, jak zauważyłaś, odejście w ciemność).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aa, faktycznie! Zaczyna mi chodzić po głowie, że można by pewnie wyciągnąć fajne interpretacyjne rzeczy, gdyby to, gdzie się w tej książce pojawia światło i mrok, przedstawić graficznie i wyciągnąć wnioski. Ale to już byłoby dość czasochłonne i bardzo fangirlowskie/fanboyowskie zajęcie ;)

      Usuń
    2. O rety, gdyby to tak zrobić, byłoby świetnie -- ja bym czytała/oglądała :-D. No bo w końcu jak już fangirlować/fanbojować, to czemu nie Le Guin, która jest taką dobrą pisarką :-)!

      Usuń
    3. Ja osobiście uwielbiam zachowania fanowskie wobec niepopkulturowych klasyków :)

      Usuń
  2. Bardzo mi się podoba twoja interpretacja i chciałabym przeczytać esej o martyrologii jako cesze wszystkich dotychczasowych bohaterów wyzwania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Hmm, coś w tym jest - każdy z nich poświęcił się dla sprawy, każdy stał się postacią mityczną, do tego Rocannon ma planetę a Agat - ród pod swoim "wezwaniem". W dodatku jest podobne, jak w zbiorczych hagiografiach, bogactwo ról życiowych: Rocannon - szkolarz i włóczęga dla dobra sprawy (jak np. św. Jacek), Agat - szczęśliwy małżonek (św. Joanna Beretta Molla), Falk/Ramarren - materiał na męczennika (bardzo wiele przykładów).

      Tym, co nie pasuje mi w koncepcie, że bohaterowie Hain to tacy para-święci (a nie tylko zwyczajne postaci mityczne, ojcowie-założyciele) to fakt, że nie bardzo widać tę wspólną, wielką, piękną sprawę, dla której się poświęcają. Ekumena? Rozumiem, fajna idea, ale nie widać, żeby na co dzień aż tak mocno zaprzątała im głowę, każdy z nich przynajmniej równie mocno jest skoncentrowany na własnej lub lokalnej agendzie. Generalnie sama idea Ekumeny - tworu politycznego, zapewne trudnego do wyobrażenia dla prostego człowieka, a w dodatku niedoskonałego i kontrowersyjnego - nie ma chyba takiej siły, jak motywacje wypływające z religii. Na podobnej zasadzie trudno mi sobie wyobrazić męczennika poświęcającego się za wartości Unii Europejskiej :) Ale dzięki za podrzucenie konceptu, poobracam go w głowie, może coś mi się jeszcze nasunie?

      Usuń
  3. Jak nie wpis, to może prelekcja?

    OdpowiedzUsuń