niedziela, 14 lutego 2021

Odtrutka na rasizm (Flannery O'Connor, „Ocalisz życie, może swoje własne”)

O Flannery O'Connor (1925–1964), wybitnej amerykańskiej autorce opowiadań i powieści i zarazem głęboko wierzącej katoliczce, dowiedziałam się w latach późnolicealnych lub wczesnostudenckich z któregoś ówczesnego czasopisma hipster katolickiego, prawdopodobnie była to, wówczas znakomita, „Fronda”. Choć do niedawna nie miałam okazji, żeby przeczytać którekolwiek z jej dzieł, czytywałam w międzyczasie kolejne teksty o niej i zafascynowała mnie sama jej osoba.


Urzekł mnie rys abstrakcji w osobowości O'Connor – na przykład jej zachwyt nad ptakami, zwłaszcza pawiami.

Fascynowała – to mało, przyznam się, że stała się dla mnie trochę wzorem osobowym. Kochana przez czytelników i doceniana przez krytyków jako znakomita pisarka o iskrzącej inteligencji, niestroniąca od drastycznych i kontrowersyjnych tematów, bezlitosna w obnażaniu prawdy o ludziach – uwielbiam znajdować takie persony i dowiadywać się, że łączyli to z silną wiarą, i zawsze, a we wczesnej młodości szczególnie, trochę chciałam sama dążyć do stania się kimś takim.


DLACZEGO FLANNERY O'CONNOR JEST WSPANIAŁA

Dodatkowo urzekł mnie rys abstrakcji w osobowości O'Connor – na przykład jej zachwyt nad ptakami, zwłaszcza pawiami, czy też to, że w dzieciństwie została opisana w prasie lokalnej, bo udało jej się nauczyć swoją kurę chodzić do tyłu. I wreszcie to, że jej religijna żarliwość nie stała na przeszkodzie wolnemu stylowi bycia, w tym uczestnictwu w barowym życiu bohemy, dyskusjom na „krawędziowe” tematy i udzielaniu rozmówcom „krawędziowych” ripost – choćby słynny bon mot „Jeśli to tylko symbol, do diabła z tym” rzucone drżącym głosem w rozmowie z mniej wierzącą pisarką na temat Najświętszego Sakramentu. Do tego wszystkiego Flannery, moim zdaniem, bardzo ładnie wyglądała.


Te wszystkie cechy sprawiały, że w młodości nieraz marzyłam, by też stać się taką przenikliwą, uduchowioną intelektualistką, która przyjaźni się z wielkimi ludźmi epoki (znała się m. in. z Mertonem i Chestertonem) a podczas barowych dyskusji rzuca, w dobrej wierze i w dobrym celu, uwagami mocniejszymi, niż jej liberalni znajomi.


WRAŻENIA Z LEKTURY OPOWIADAŃ

Takoż i wzięłam się w końcu za czytanie jej prozy, a konkretnie za kompletny zbiór jej opowiadań wydany pod tytułem Ocalisz życie, może swoje własne. Są znakomite, ale z drugiej strony, żyjąc przez lata legendą autorki, teraz, po lekturze i odświeżonym researchu na jej temat, odczułam, jak to jest, gdy legenda zderza się z rzeczywistością.


WĄTKI RELIGIJNE – RADOŚĆ Z EGZOTYKI

W istocie, tematyki religijnej jest w tych opowiadaniach sporo, choć jest to zrobione w najuczciwszy z możliwych sposobów. Jestem pewna – i odzew czytelniczy to potwierdza – że te teksty z jednakowym zainteresowaniem przeczyta zarówno osoba religijna, jak i niewierząca. Wiara występuje tu po prostu jako jeden z tematów – nieraz bardzo ważny dla bohaterów i niekiedy pchająca ich do bardzo dramatycznych działań, jak w przypadku małego, wychowanego w ateizmie Bevela we wstrząsającym opowiadaniu Rzeka, czy tytułowego bohatera, entuzjasty tatuaży, w pełnych emocji Plecach Parkera.


Jest to jednak zrobione bez popadania w niszowość – osoba nieznająca teologicznych detali nie będzie miała wrażenia, że te teksty traktują o rzeczach dla niej nieinteresujących. Co więcej, uważam, że motywowane wiarą osobliwe decyzje czy przemyślenia bohaterów mogą, szczególnie właśnie dla odbiorców niewierzących, mieć posmak ciekawej egzotyki. Muszę przy tym przyznać, że we mnie, jako osobie wierzącej, te wątki religijne wprawdzie wzbudziły właśnie zaciekawienie i poruszenie, jednak nie było w tym zachwytu czy duchowej łączności z odczuciami bohaterów; nie znalazłam tam odbicia własnej wiary.


Może to kwestia różnicy epok i sytuacji – we współczesnej Polsce po Soborze mamy inny krajobraz duchowy, niż w protestanckich Stanach trzy czwarte wieku temu. Najsilniejszym przeżyciem religijnym odnośnie do Flannery O'Connor i jej twórczości pozostaje więc dla mnie fakt, że pośród „naszych” mamy tak wybitną pisarkę, która potrafi w tak ciekawy sposób opowiedzieć o swoim doświadczeniu religijnym w prozie.


ŚMIERĆ I DRGAWKI PRZEZ SZOK KULTUROWY

Osobliwe decyzje, czyny, myśli i reakcje postaci z opowiadań Flannery O’Connor to kolejna sprawa, która mnie urzekła. Autorka reprezentuje literacki nurt amerykańskiego południowego gotyku, którego flagowymi cechami są właśnie osobliwość, groteska, niestronienie od okrucieństwa, pokazywanie zewnętrznych lub wewnętrznych ułomności bohaterów oraz ich przerysowanych emocji. Nie miałam wcześniej świadomie do czynienia z tym nurtem (gdy czytałam Faulknera, nie wiedziałam, że on też w nim pisze, zresztą czytany przeze mnie Intruz jest chyba mało gotycki) i muszę przyznać, że poczułam się w tym emocjonalnym klimacie jak ryba w wodzie.


Takie przesadne (z punktu widzenia normalsa) reakcje emocjonalne i cielesne na sprawy, które dla człowieka nieceniącego spraw ducha wydają się błahe a dla osoby mocno duchowej – wprost przeciwnie, to coś, o czym zawsze chciałam czytać i co chętnie włączam we własne próby fabularne, jeśli już się zdarzają. U Flannery O'Connor takie skrajne emocje wywołują niekiedy wspomniane już przeżycia religijne (jak w wypadku nawrócenia Ashbury’ego w opowiadaniu Dreszcz), ale najczęściej – szok kulturowy związany z kwestiami bliskimi amerykańskiemu Południu z połowy XX wieku, czyli tarciami między białymi a czarnymi, klasą posiadającą a tzw. „białą hołotą”, czy też miejscowymi a imigrantami.


W opowiadaniach dzieją się zatem dantejskie sceny. Staruszkowie i gospodynie w średnim wieku dostają ataków lub umierają na miejscu, bo ktoś, kogo uważali za gorszego od siebie – osoba o innym kolorze skóry lub imigrant – dostał równe im prawa lub zachował się niezgodnie z ich oczekiwaniami. Krzepki dziadek dokonuje morderstwa na krewnym, który ośmielił się identyfikować z drugą, mezaliansową stroną rodziny. Liberalna nastolatka wpada w histerię połączoną z atakiem epilepsji, bo nie spodobało jej się to, co powiedziała kobieta czekająca z nią w kolejce do lekarza.


BOHATEROWIE FLANNERY I RASA

Przeniesienie przez Flannery O'Connor na zewnątrz tego, co zazwyczaj dzieje się w psychice człowieka, pozwala dokładniej przyjrzeć się pewnym mechanizmom – szczególnie mocno akcentowanym przez autorkę kwestiom związanym z dyskryminacją – co może mieć korzystny skutek etyczny dla czytającego i, szczególnie w naszych napiętych czasach, działać pojednawczo.


Osoba, która rzeczywiście zwykła traktować innych jako gorszych, w opowiadaniach O'Connor zobaczy swoje emocje na tacy, poddane wiwisekcji eksponującej – co tu dużo mówić – ich brzydotę. Niektórych mogą również przekonać (w moim przypadku było to przyjemne w odbiorze przekonywanie przekonanej) morały O'Connor na temat równości biednych i bogatych czy czarnych i białych w dostępowaniu zbawienia, z pierwszeństwem dla tych mniej uprzywilejowanych. Taki morał najdobitniej przedstawiony został w często cytowanej wizji pani Turpin w opowiadaniu Objawienie.


Korzyść moralną i zachętę do budowania pokoju mogą tu znaleźć jednak również ci, którzy z dyskryminacją walczą. Flannery O'Connor w swoich wiwisekcjach uczuć rasistów czy klasistów jest bowiem bardzo empatyczna i pokazuje, że to wszystko nie jest takie proste. Zwolennicy szerzenia równości i sprawiedliwości za pomocą ognia, siarki, cancelu i calloutu mogą zadumać się np. nad tym, że niektóre podziały siedzą w ludziach i wspólnotach ludzkich tak głęboko, że trudno je wyrwać drastycznymi metodami bez zrobienia komuś krzywdy (przykładem otwierające zbiór opowiadanie Pelargonia). O ile to ich jeszcze obchodzi. Bardzo poruszające i wyraźnie pokazujące tę drugą stronę medalu są również te opowiadania, w których przywiązanie do dyskryminacyjnej wizji świata wykazują osoby, które są dla innych bohaterów bardzo drogie – np. czyjaś ukochana żona (opowiadanie Uchodźca, nawiasem mówiąc zawierające bardzo w tym temacie interesujący wątek polski) czy mama (słynne, również z powodu odniesień do filozofii Teilharda de Chardin, opowiadanie Spotkanie).


FLANNERY I RASA

Na koniec powiem, że przy okazji wspomnianego odświeżonego researchu o Flannery O'Connor zimnym prysznicem okazało się dla mnie odkrycie, że, szczególnie we wcześniejszym okresie życia, ona sama również miała tzw. problemy z rasizmem. Oczywiście nie sprzyjała jakiemukolwiek uciskowi, przemocy czy nierówności wobec czarnoskórych, jednak emocjonalnie czuła się ponoć nieswojo w związku ze zniesieniem segregacji, za młodu niechętnie siadała w komunikacji miejskiej obok osób czarnoskórych a i później, już jako pisarka, miewała okazjonalne opory przed interakcją towarzyską z nimi (tu można przeczytać bardzo wielostronny artykuł na ten temat w New Yorkerze, a tu – mądry tekst autorstwa siostry ze zgromadzenia paulistek).


Cóż, może jest to morał dla katolików, że nigdy nie można odpuszczać – nawet jeśli jakaś nasza słabość wydaje nam się taka głęboko zakorzeniona, i taka swojska i nasza, i wszyscy naokoło to rozumieją, i w ogóle nie chcemy być tacy świętoszkowaci w każdej dziedzinie, więc sobie pozwalamy kogoś mniej kochać czy w czymś tam sobie folgować. Bo może np. później zostaniemy kimś sławnym i jakaś mała Shee, czy inna siostra Helena, odczują przez nas czasowe zgorszenie.


Ale ogólnie rzecz biorąc, mam szczerą nadzieję, że Flannery O'Connor jest w niebie (wraz ze zwizualizowanymi przez siebie w Objawieniu ludźmi różnych stanów i ras) a czytać ją – zarówno ze względu na doskonałość literacką, jak i na wspomniane sprawy moralne – bardzo warto.


Flannery O'Connor, Ocalisz życie, może swoje własne. Opowiadania zebrane [The Complete Stories], przeł. M. Skibniewska i M. Kłobukowski, Warszawa MMXIX: Wydawnictwo W.A.B.

Ilustracja: OpenClipart-Vectors z Pixabay

niedziela, 31 stycznia 2021

Restauracja inna niż wszystkie (W. Szostak, „Cudze słowa”)

 

Jak wielu z nas wie, Cudze słowa Wita Szostaka to powieści obyczajowa, w której siedmiu bohaterów (dwie kochanki, przyjaciel z dzieciństwa, ojciec, wykładowca-mentor, kolega ze studiów i podwładny w pracy) przedstawia siedem różnych wersji historii życia Benedykta Rysia – w młodości wybitnie się zapowiadającego studenta filozofii, a następnie spiritus movens niezwykłej krakowskiej restauracji z kuchnią śródziemnomorską. 

Mnie w niniejszej notce interesuje obecność w tej książce trzech funkcji: nieuchwytnego piękna, dobrej fabuły oraz ciekawie literacko ogranej duchowości chrześcijańskiej. Na koniec ponarzekam bonusowo na konflikt pokoleń, który trochę z początku popsuł mi odbiór Cudzych słów.

 

Fabuła w Cudzych słowach jest i wciąga. To wielki atut na tle większości polskiej głównonurtowej literatury najnowszej.

Notka zawiera ogólne, lecz sugestywne odniesienia do fabuły Cudzych słów, w tym do zakończenia. Osoby, które obawiają się spoilerów, zachęcam do lektury mojego tekstu po przeczytaniu książki.

 

PIĘKNO

Szukam tej cechy w każdej książce Wita Szostaka od czasu, gdy zachłysnęłam się nią w Oberkach do końca świata. Zachwyt wytłumaczyć jest trudno i musicie mi uwierzyć na słowo: w Cudzych słowach on też jest, a dokładnie w pierwszej części powieści, zanim nie zaczyna go przyćmiewać kolejna szukana przeze mnie funkcja, czyli fabuła. W miarę jak autor coraz bardziej zaciekawia czytelnika a to rozwojem jakiegoś romansu, a to upadkiem czy mrocznym sekretem któregoś z bohaterów, to subtelne, charakterystyczne dla prozy Szostaka piękno przestaje być widoczne, ustępując innym bodźcom. Najwyraźniej dostrzegłam je chyba w początkowej części historii Józefa, ojca Benedykta, z jej czułością, pokręconą, błądząca dobrocią i żalem. I może też w historii Jakubka, gdy tę rodzinę małego Benedykta opisywał, a także dużo później, gdy duży Jakub przychodzi do „Isoli”.


FABUŁA

Fabuła w Cudzych słowach jest i wciąga. Wspomniane romanse, upadki, mroczne sekrety, do tego obraz formacyjnej przeprowadzki, bezwzględnego akademickiego wyścigu szczurów, marzycielskiego biznesplanu gastronomicznego tudzież cennych rad rodzica jednego z bohaterów na temat zamążpójścia – te wszystkie wydarzenia budzą taki stopień plotkarskiej ciekawości, że książkę trudno odłożyć. To wielki i rzadki atut, jeśli spojrzymy na Cudze słowa na tle reszty polskiej głównonurtowej literatury najnowszej. Jakiś czas temu nadrabiałam zaległości w tej dziedzinie i wyrywkowa lektura wybranych książek Tokarczuk, Karpowicza, Shutego, Vargi czy Drotkiewicz utwierdziła mnie w przekonaniu, że jeśli jakiś współczesny polski pisarz aspiruje do pisania poza schematami powieści gatunkowych, chce powiedzieć coś ważnego, popisać się kunsztem językowym, to zazwyczaj dzieje się to kosztem przyzwoicie napisanej fabuły. Cudze słowa takie nie są, co wydaje się potwierdzać hipotezę, że wśród naszych pisarzy dobrych fabuł mniej boją się – wyszkoleni w popkulturze – postfantaści.


Dwiema wisienkami na torcie są dwa cudowne twisty fabularne na końcu powieści – zaskakujące, misternie spinające wszystkie wątki, obracające w proch nasze wcześniejsze wyobrażenia na temat czytanej historii. Te twisty uratowały moje pozytywne mniemanie o Cudzych słowach, bo przed doczytaniem do końca trochę miejscami kręciłam na tę książkę nosem – o czym napiszę w końcowej części notki.


Kolejna sprawa – dialog z duchowością chrześcijańską. Nim się tym zajmę, wytłumaczę, co, oprócz subiektywnych zapatrywań, każe mi uważać, że jest to ciekawy temat literacki.


(DYGRESJA: DLACZEGO WARTO PISAĆ O CHRZEŚCIJAŃSTWIE?)

Sprawa jest prosta: uważam, że duchowość – a dokładniej sfera Mitu w sposób, w jaki rozumiał ją np. C.S. Lewis – to ogólnie ważny temat dla literatury. Wątki chrześcijańskie są zaś w tym temacie dobrym wyborem dla naszych lokalnych pisarzy – czy to w realizmie, czy w światotwórstwie – bo dla większości z nas są po prostu najbardziej dostępne i emocjonalnie najbliższe, nawet jeśli dla niektórych w sposób negatywny. Duchowości egzotyczne, wyparta słowiańszczyzna czy new age w większości przypadków mają pod tym względem, moim zdaniem, dużo mniejszą siłę, nie mówiąc już o racjonalizmie, który w duchowość jest zazwyczaj z definicji uboższy.


To w duchowości chrześcijańskiej większość z nas jest zanurzona (nawet gdy ktoś jej nie podziela), to jej legendarium i imaginarium znamy i to ono na nas działa – pozytywnie lub nie – a zatem to na jej podstawie jesteśmy w stanie tworzyć dobry realizm lub przekonujące fantazje. Na niwie fantastyki myślę, że to jest właśnie niewypowiedziany morał eseju Sapkowskiego Piróg, albo nie ma złota w Szarych Górach, z którym pewnie ów autor za nic by się nie zgodził: skoro nie potrafimy budować dobrych opowieści rodzimowierczych jak Anglosasi, bo silniej wyparło je u nas chrześcijaństwo, to może spróbujmy, czy nie będzie nam się ich dobrze budowało właśnie na chrześcijaństwie?  


Tegoroczna Nike wydaje się to potwierdzać w sposób pozytywny a niedawna krytyka pod adresem Dukaja w związku z niewłaściwym odwzorowaniem egzotycznej kulturowo i religijnie bohaterki – w sposób negatywny.


WĄTEK CHRZEŚCIJAŃSKI: TEOLOGIA CIAŁA

Wróćmy do Wita Szostaka i Cudzych słów. W poprzednich książkach tego autora moja spragniona takich właśnie swojskich duchowych tematów czytelnicza dusza znajdowała ukojenie, jednak zawsze były to wzmianki bardzo delikatne: a to zachwycający wątek Meistera Eckharta w Oberkach..., a to subtelne, bardzo szczerze brzmiące odniesienia we Wróżeniu z wnętrzności (piszę o nich w tej notce). W Cudzych słowach mamy mniej takiego subtelnego ducha, a więcej ciała, a konkretnie – teologii ciała. Otóż: dwoje bohaterów – kolega Benedykta ze studiów, Szymon, i jego dziewczyna Magdalena – fascynując się za młodu filozofią personalistyczną i jednocześnie sobą nawzajem, zaczynają na własnym związku testować moralne wytyczne promowane przez zwolenników owego nurtu teologii. Zaczyna się między nimi gra, w której miesza się filozofia, duchowość i erotyka.


Ten wątek jest różnie interpretowany przez recenzentów książki. Paweł Cybulski z Przy muzyce o książkach sprowadza go do dekonstrukcji przez Szostaka „»filozofii« Jana Pawła II, która nie wytrzymuje najprostszej konfrontacji z życiem. Zwłaszcza z życiem ludzi wybitnie myślących, którzy próbowali wcielać ideały tej myśli w życie”.1 Abstrahując od mojej – odmiennej – oceny teologii ciała i jej praktyczności, smutne wydaje mi się takie spłaszczenie wielowymiarowej książki Szostaka do głosu w polityczno-obyczajowej wojence (w recenzji pojawia się pełna uznania uwaga, że autor pisze „jakby na przekór zaleceniom ministra Czarnka”2). Tym bardziej, że wybitność myślenia (i w ogóle wiarygodność jako bohaterów) Szymona i Magdaleny to sprawa mocno dyskusyjna. Bliżej mi emocjonalne do rozpoznania Adama Skalskiego z portalu Katedra, który dopatruje się w historii Magdaleny i Szymona poważnej dyskusji ze wspomnianym nurtem teologii.3 Ale generalnie nie całkiem zgadzam się z tym, że teologia ciała jest w Cudzych słowach przywołana gwoli intelektualnej czy obyczajowej polemiki.


Moim zdaniem funkcja tego wątku jest czysto literacka: teologia ciała jest tu użyta, by w nowy i świeży sposób połączyć dwa mocarne tematy literackie (i życiowe): wiary religijnej i seksualności. Nie wiem, na ile subiektywnie, ideowo, jestem zachwycona rozegraniem tego tematu w Cudzych słowach od pewnego momentu książki. Zastanawiam się nad jego zbytnimi podobieństwami do obiegowych, jurnych „prawd” na temat seksualności i związków. Na pewno jednak temat ten jest bardzo zgrabnie użyty pod względem fabularnym: teologia ciała jest zarówno świetnym motywem dla zawiązania się wątku romansowego, jak i dla splecenia owego romansu z głównym wątkiem książki. Faktem jest też, że finalna sytuacja rodzinno-uczuciowa tej historii czyni ją w moim subiektywnym odczuciu lepszą również pod względem ideowym, dopowiada do niej pewien morał.


Podsumowując – pomimo zastrzeżeń, cieszę się, że ktoś – bardziej czy mniej subtelnie – wprowadził teologię ciała do literatury. Nie spotkałam jej dotąd jako tematu literackiego i chętnie poczytałabym kolejne historie, który ograłyby ten temat – może w sposób bardziej mi odpowiadający, niż w Cudzych słowach.


JEDZENIE I KONFLIKT POKOLEŃ

Miałam ponarzekać na tematy pokoleniowe, które w początkowej części książki trochę zraziły mnie do Cudzych słów. Punkt wyjściowy jest taki: zarówno większość bohaterów, jak i „autor wewnętrzny” wydają się reprezentować punkt widzenia tzw. pokolenia X w jego polskim wydaniu. Dotyczy to przede wszystkim głównego wątku Cudzych słów, dotyczącego restauracji „Isola”. Przez lwią część powieści wokół jadłodajni prowadzonej przez Benedykta i Weronikę unosi się atmosfera zachwytu: jakie to wspaniałe, że ta kuchnia śródziemnomorska, i jak cudownie, że to takie miejsce inne niż wszystkie, w dodatku ciągle ewoluuje, a to wycofują stałą kartę dań i każdego dnia jest coś innego, a to zapraszają gości do gotowania... A ten restaurator jaki charyzmatyczny, a to się dosiądzie i uraczy historią z życia, a to zgromi za chęć polania pilawu keczupem... A jak wspaniale, że ta „Isola” to coś więcej, niż zwykły biznes: pracownicy są powoływani jak apostołowie i codziennie biesiadują do późna jak rodzina, tacy są zżyci, no i w ogóle bycie tam to bardziej duchowe misterium, niż zwykłe przyjście na posiłek...


Ten balonik zostaje pięknie przekłuty w finale powieści, jednak przez większość jej trwania czytelnik musi z tą wizją żyć i znosić kolejne mistyczne zachwyty nad knajpką „inną niż wszystkie”.4 I to jest pewnie bardzo OK, jeśli ktoś taką wizję choć trochę kupuje. Jest to prawdopodobne w przypadku czytelników, którym – podobnie jak większości bohaterów Cudzych słów – blisko jest mentalnie do pokolenia X. Wizja roztaczana w Cudzych słowach może spodobać się np. osobie, która doświadczyła zachłyśnięcia się możliwością podróży i dostępnością egzotycznych kuchni po epoce PRL, czy też nowego, kapitalistycznego podejścia do biznesu, gdzie praca staje się „czymś więcej”, misją i wizją, wartością samą w sobie, a w walce o klienta – również tego gastronomicznego – pojawiają się coraz to nowe, rewolucyjne pomysły. 

 

Taka osoba, jeśli dodatkowo wychowana była przed epoką powszechnej promocji higieny emocjonalnej i asertywności, może łatwiej zachwycić się charyzmatycznym bohaterem, który w imię sobie tylko znanej agendy ingeruje w życie erotyczne przyjaciół a biznes prowadzi tak, jakby był nie usługodawcą, a karzącym prorokiem, choć żadnej moralnej prawdy w zamian od tego proroka nie uświadczymy.


Mnie, jako że bardziej identyfikuję się z pokoleniem Y (w powieści reprezentowanym przez Weronikę), ta wizja od początku wydała się podejrzana. Co więcej, w trakcie czytania martwiłam się, że autor „to wszystko tak na serio” i gdyby nie zakończenie, chyba trochę bym się do niego zraziła. Zachwyty nad pilawem, jagnięciną itp. przywodziły mi na myśl motywacyjne historyjki o rzucaniu korpo i przeprowadzce do cudownej Prowansji. „Niesamowite” pomysły wdrażane w „Isoli” kojarzyły mi się nie tyle z literacką transgresją, co z jak najbardziej mającymi miejsce w realu zabiegami restauratorów, by przyciągać klientów coraz to większymi nowościami. Nieformalna atmosfera, elastyczne menu, zapraszanie gości do przygotowywania potraw czy osób wykluczonych do współpracy to przecież wszystko pomysły z życia wzięte. Sam przywołany przeze mnie wcześniej cytat dotyczący „Isoli” niebezpiecznie kojarzy się ze sloganem „restauracja inna niż wszystkie”, którym często bywa określana pewna restauracja bynajmniej nie włoska, a amerykańska. 

 

Nie zachwyciła mnie też wizja „powoływania” pracowników czy przyjacielskiego ucztowania obsługi noc w noc – wolę transparentną rekrutację, przewidywalne godziny pracy i oddzielenie aktywności zawodowej od prywatnej. Jeśli natomiast chodzi o postać Benedykta i jego oddziaływanie na otoczenie, to osoba, której nieobca jest podstawowa wiedza o zdrowiu psychicznym (a to chyba częściej i wcześniej zdarza się u „igreków”, niż u wcześniejszych pokoleń), nie da się zwieść zachwytom roztaczanym przez większość akcji powieści i dość szybko dostrzeże w nim manipulatorskiego, nieodpowiedzialnego partnera raniącego bliskich, toksycznego szefa i złego usługodawcę (ten keczup szczerze mnie zdenerwował).


ZAKOŃCZENIE JEST SUPER


Ale tak jak powiedziałam, zakończenie jest cudowne i naprawia ten pokoleniowy niedostatek, akcentując przy tym atuty powieści, których subiektywne wyliczenie zawarłam w poprzedniej części notki. A przy okazji oddaje głos rozsądnej, „igrekowej” Weronice, z czego po kibicowsku się cieszę.



Wit Szostak, Cudze słowa, Warszawa 2000: Powergraph.

Ilustracja: 🎄MerryChristmas🎄 z Pixabay

Przypisy:

2 Tamże.

4 W. Szostak, Cudze słowa, Warszawa 2020: Powergraph, s. 265.

sobota, 7 listopada 2020

Romans dla nikogo (Stanisław Lem, „Powrót z gwiazd”)

Zawsze chciałam przeczytać Powrót z gwiazd Lema ze względu na wątek romantyczny. Gdy w końcu to nastąpiło, trochę mnie ów wątek rozczarował, współcześnie jest lekko niestrawny. Nie zawiodły mnie natomiast Lemowskie obserwacje obyczajowe i futurologia.

 


Nie dziwi mnie, że Lem nie przewidział LGBT, ale mógł przewidzieć, że rozpasani ludzie przyszłości będą np. chcieli niekiedy spędzać czas inaczej, niż ich partnerzy.

Ten blog to istne cmentarzysko zawiedzionych oczekiwań czytelniczych. Jak być może wiecie1, jedną z rzeczy, które swego czasu najbardziej lubiłam i których usilnie szukałam w prozie Stanisława Lema, są – dość skąpo w tych książkach rozsiane – wątki romantyczno-miłosne, dosłowne lub wyinterpretowane. Moją pierwszą lemowską fascynacją był Solaris, później nadinterpretowałam sobie Fiasko, bo mi się kojarzyło romansowo, z zapałem chłonęłam też tło uczuciowo-obyczajowe Cyberiady. Od dawna wiedziałam, że prawdziwą perłą w koronie, jeśli chodzi o miłosnego Lema, jest jednak Powrót z gwiazd. Niedawno w końcu nadarzyła się okazja i książkę przeczytałam. No i – po raz kolejny nie znalazłam tego, czego szukałam, znalazłam natomiast inne rzeczy.


Z GWIAZD W DAMSKIE RAMIONA

Uściślając – nie znalazłam w tej książce romantycznych wrażeń, które spodziewałam się przeżyć, bo wątki romansowe tam oczywiście są. Powrót z gwiazd to generalnie książka obyczajowa: główny bohater, Hal Bregg, wraca z dalekiej i niebezpiecznej ekspedycji kosmicznej, podczas której, wskutek paradoksu czasowego, dla załogi minęło niewiele czasu, gdy tymczasem na Ziemi upłynęło ponad sto lat. Bregg trafia więc do świata, w którym pod jego nieobecność nastąpiły ogromne zmiany techniczne i kulturowe. Wraz z czytelnikiem poznaje codzienność życia w futurystycznej rzeczywistości oraz próbuje nadrobić relacje międzyludzkie. A że jego krewni i przyjaciele już dawno nie żyją, to – jak mówi mu pewien sędziwy doktor – któż mu pozostał, jak nie kobiety?


MĘSKIE EMOCJE

Mamy zatem szereg (niezłożony z przesadnie wielu elementów) perypetii, jakie spotykają Bregga na drodze do znalezienia osoby, z którą będzie mógł się zrozumieć, założyć wspólne ognisko domowe, i w której ramionach będzie mógł znaleźć odrobinę ciepła. Są tu obrazki typowo obyczajowe – smakowicie okraszone futurologicznymi wizjami rozwoju owej ludzkiej obyczajowości, uczuciowości, czy instytucji związku i małżeństwa – są też (słownie) dwie sceny miłosne oraz dużo liczniejsze obrazy męskiej emocjonalności i kierujących męskim bohaterem związkowych motywacji.


No i tak, gdy za młodu rozpoczynałam swój quest w poszukiwaniu romantyzmu u Lema, pewnie w pierwszej kolejności zaciekawiłby i ujął mnie ten ostatni wątek. I trzeba przyznać, że rozterki Bregga, jego zagubienie, całkiem rozsądne pragnienia i wysiłki na rzecz ich sublimacji, a chwilami też niemalże uczuciowy szał – są przedstawione w sposób sugestywny, a z drugiej strony przyjemnie subtelny. To wszystko działa na czytelnicze emocje, a dla niektórych czytelniczek spośród tych, którym zdarza się durzyć w bohaterach literackich, intelektualizujący gwiezdny twardziel z sercem na wierzchu i (lekko się tylko niekiedy naddającymi) zasadami może jawić się wręcz jako „chłopak do zakochania”.


CZARNA POLEWKA W WERSJI HIGH TECH

Powyższe nastawienie jest mi dobrze znane, ale sama jako czytelniczka absolutnie nie jestem na tym etapie. Na wątki romantyczne w Powrocie z gwiazd patrzyłam więc z zainteresowaniem, ale nie tyle emocjami, co obyczajami i wartościami. W kwestii obyczajów na pewno zajmujący jest wspomniany rys futurologiczny. Przykładem jest słynna, jesli chodzi o tę książkę, koncepcja betryzacji – rodzaju antyprzemocowej emocjonalnej kastracji ludzkości – która znacznie wpływa też na relacje międzypłciowe. Inny przykład to błyskotliwy i bardzo zabawny motyw brytu – biotechnologicznej czarnej polewki podawanej przez kobiety absztyfikantom, których chciały trzymać na dystans.


ROMANS NIESTRAWNY DLA NIKOGO

Co do sfery wartości związanej z relacjami miłosnymi, poczułam się podczas lektury Powrotu z gwiazd zagubiona i wyobcowana – i zastanawiam się, czy którykolwiek ze współczesnych czytelników się tak nie czuje. Lemowska wizja miłości i małżeństwa w przyszłości nie wydaje się bowiem, przynajmniej na dzisiejszy stan literatury, ani szczególnie odkrywcza, ani futurologicznie trafiona, ani – atrakcyjna.


Z jednej strony mamy tu, dość stereotypowo, spore rozluźnienie obyczajów, ludyczne nastawienie i brak wzmianek o religijnej czy innej „uwznioślającej” nadbudowie miłości i małżeństwa. Z drugiej strony jest to wizja w dużej mierze mieszczańska i konserwatywna. Bohaterowie grzecznie drepczą do futurystycznych urzędasów, by legalizować swoje luźne i krótkotrwałe związki, a w miejscach publicznych, np. przybytkach rozrywki, pojawiają się karnie w heteroseksualnych parach. Nie dziwi mnie tu bynajmniej, że Lem w latach 60-tych nie przewidział ekspansji kultury LGBT czy poliamorii, bo kto to mógł przewidzieć. Ciekawi mnie jednak, że nie przyszło mu do głowy, że rozpasani ludzie przyszłości mogą np. chcieć spędzać wolny czas w inny sposób i w innych miejscach, niż ich partnerzy. Podsumowując wszystko powyższe – nie wiem, czy ktokolwiek z nas współczesnych, niezależnie od poglądów, chciałby żyć w czymś takim.


BOHATER WIERNY, LECZ NARWANY

Ta etyczna ambiwalentność tyczy się też – mimo innych wspomnianych pozytywnych emocji, które może wzbudzać protagonista Powrotu z gwiazd – podejścia Bregga do miłości i związków. Osoby lubiące obyczajowość chrześcijańską i/lub zachowawczo romantyczne mogą być jeszcze ewentualnie mile zaskoczone pragnieniem Bregga, by wejść w związek, który – wbrew trendom na nowej Ziemi – przetrwa całe życie. Z drugiej jednak strony nie tylko czytelnicy lewicowi mogą być współcześnie lekko etycznie zszokowani dość maczystowskim niekiedy poczynaniem sobie bohatera z płcią przeciwną (niechęć połączona z pożądaniem wobec Aen; niejednoznacznie konsensualny początek znajomości z Eri), czy też gwałtownością jego miłosnych afektów. Niezależnie od światopoglądu, obecnie jesteśmy chyba bardziej zbetryzowani, niż protagonista Powrotu z gwiazd i z jego działaniami często trudno się identyfikować a niekiedy mogą one nawet budzić sprzeciw.


NIEZNANE PROROCTWO LEMA!

Tak to u mnie wygląda. Nie powzruszałam się tyle, ile chciałam, niestety. Na szczęście jednak lektura była przyjemna z innych powodów. Głównie dzięki wspomnianej futurologii: nie tylko wizja przyszłej obyczajowości, ale i techniki, mody, architektury czy struktury społecznej, choć nie zawsze trafiona, została przez Lema w Powrocie z gwiazd oddana ciekawie. Działa to wszystko na wyobraźnię wizualną (jakież psychodeliczne wizje on tam niekiedy roztacza – uczta dla wewnętrznych oczu!), daje do myślenia (również w tych miejscach, gdzie autor się pomylił – można dywagować, gdzie się podziały te wszystkie bogactwa, blichtr i powszechne bezpieczeństwo, które nam, ludziom przyszłości, miało przyjść w udziale?) a w kilku miejscach jednak zaskakuje trafnością. Bo Lem przewidział w tej książce nie tylko ten nieszczęsny opton, który wszyscy tak wałkują, ale na przykład również to:


Podała mi wysoki stożek z rurką, mienił się jak rubin, ale był miękki, jakbym dotykał mszystej skórki owocu. (...) Płyn miał smak nieznanych, świeżych owoców, z malutkimi grudkami, które niespodziewanie i zabawnie rozpryskiwały się na języku.2


I co, spodziewaliście się czegoś takiego, hipsterzy?


---

Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, Warszawa 2008: Biblioteka Gazety Wyborczej.

 

Obrazek: zmodyfikowana przez autorkę ilustracja Clker-Free-Vector-Images z Pixabay

1 Jeśli np. czytaliście notkę o „Fiasku” lub słuchaliście naszych paneli lemowskich na tegorocznym festiwalu Cytadela (dostępne tutaj i tutaj).

2 S. Lem, Powrót z gwiazd, Warszawa 2008: Biblioteka Gazety Wyborczej, s. 93. Dziękuję Ziucie za powiązanie tego fragmentu powieści i piosenki!

poniedziałek, 19 października 2020

Czas śmiania, czas narzekania (Henry Kuttner, „Próżny robot”)

 Czasami nachodzi nas ochota, by poczytać coś lekkiego, pobudzającego do śmiechu, poprawiającego nastrój. Za taką właśnie literaturę uchodzą wśród utworów science fiction opowiadania Henry’ego Kuttnera, w tym te zgromadzone w antologii „Próżny robot”. Ale bywa tak, że zamierzone na początku wytchnienie i zabawa obraca się w trakcie lektury w coś innego i nieoczekiwanego.

Dowcipy alkoholowe śmieszą różnie w zależności od wieku. Ogółem
jednak opowiadania Kuttnera mnie
ubawiły i rozerwały, choć nie
obyło się bez neurotycznej rozkminy.

Na początek mała retrospekcja. Kilka lat temu, mając akurat w czytaniu wstrząsającą „Drogę” Cormaca McCarthy’ego, obejrzałam w ramach wytchnienia po pracy kreskówkę pt. „WALL-E”. Oglądałam późno wieczorem, lekko przysypiając, i ta moja dekoncentracja, w połączeniu ze świeżymi wrażeniami z „Drogi”, sprawiły, że urocza historyjka dla dzieci opowiadająca o robociku-śmieciarzu, jego ekologicznej misji i miłości do robociczki o imieniu EWA wydała mi się jakimś straszliwym postapo. Patrzyłam na obrazy hałd śmieci pokrywających Ziemię i miast zamierzonej przez twórców koncentracji na przygodach robotów i ekologicznym przesłaniu odczuwałam przerażenie tymi – jak mi się to jawiło w związku z lekturą McCarthy’ego – obrazami umierającego świata, po którym bezładnie i beznadziejnie kręcą się dwie żałosne istoty. Cóż, popkultura nie zawsze potrafi być eliotowskim obiektywnym korelatem i czasem efekt, który dane dzieło ma wywrzeć na na czytelniku – rozbawienie, przestrach, moralna perswazja – z różnych powodów spektakularnie się wykrzacza.


KUTTNER – SZTANDAROWY FANTASTYCZNY HUMORYSTA

Trochę, ale tylko trochę, miałam tak ze zbiorem opowiadań Henry’ego Kuttnera „Próżny robot”, wydanym przez Solaris w 2011 r. Kuttnera kojarzyłam zawsze jako twórcę humorystycznego: kilku bliskich jest fanami jego komizmu, pojawił się też jako sztandarowy przykład w dyskusji poznańskiego Koła „Noosfera” na temat zabawnych wątków w fantastyce. Te rekomendacje zachęciły mnie, by kiedyś sięgnąć po tego autora i kiedy kilka miesięcy temu, przygotowując się do ważnego egzaminu, dostałam radę, by „poczytać coś wesołego” dla odstresowania się, stwierdziłam, że to właściwy moment. Czy efekt został osiągnięty? W ostatecznym rozrachunku tak, ale okazało się to bardziej skomplikowane, niż myślałam.


Gwoli wprowadzenia technicznego: antologia opowiadań Kuttnera skompilowana przez Solaris składa się z trzech części. Sekcja „Roboty i podróże w czasie” zawiera trzy teksty, które łączy temat ingerencji kosmitów w życie mieszkańców Ziemi – bądź to za pomocą pozostawionych przedmiotów, bądź to poprzez bezpośrednie działania – i niesamowitych skutków tychże ingerencji. Cykl „Galloway Gallegher” to opowiadania o konstruktorze-alkoholiku, który w stanie upojenia wpada na genialne pomysły wynalazcze. I wreszcie „Hogbenowie” to zbiór historii o rodzinie mutantów posiadającej nadludzkie umiejętności z pogranicza magii i technologii, a przy tym żyjącej sobie gdzieś na głuchej prowincji w Stanach Zjednoczonych i całkiem nieźle wtapiającej się w tamtejszą zaściankową społeczność.


KOSMICI BARDZIEJ STRASZNI, NIŻ ŚMIESZNI

Zaczęłam czytać „Próżnego robota” zgodnie z kolejnością, od opowiadań o robotach i podróżach w czasie. Faktycznie, nieźle mnie wciągnęły i sprawiły, że skutecznie oderwałam się od myśli o czekającym mnie stresie. Wszystkie teksty mają zaskakujące fabuły, dużo się w nich dzieje a brzytwa Lema ślizga się po nich bez najmniejszego draśnięcia – zarówno tajemniczy artefakt znaleziony przez dzieci w pierwszym opowiadaniu, radio, które okazuje się być czymś więcej niż radiem w opowiadaniu drugim, jak i przybycie obcych w finalnym tekście, to doskonałe przykłady na to, jak warto używać motywów fantastycznych, by czytelnika zadziwić, przestraszyć i wybić z rutyny w stopniu nieosiągalnym za pomocą sztafażu realistycznego.


Było zatem ciekawie – tylko pytanie, czy aż tak śmiesznie? Dla mnie nie tak bardzo. Z pewnością dialogi są w tych opowiadaniach prowadzone z dużą dozą humoru a opisane w nich fantastyczne niesamowitości mają w sobie absurd i groteskę. Całość nie sprawiła jednak, że zaśmiewałam się serdecznie do łez, wstrząsana oczyszczającymi, katartycznymi skurczami. Wprost przeciwnie – jeśli poza zaciekawieniem towarzyszyły mi jakieś emocje, był to raczej lekki przestrach, bo wszak mamy tu elementy grozy. Może zresztą zadziałała tu demografia – gdy opowiadania te czyta np. dzieciak lub stereotypowy facet, może łatwiej czuć mu rozbawienie biegiem ich fabuły, bo może albo identyfikować się z bohaterami, albo czuć pewną złośliwą lub właśnie katartyczną satysfakcję, że im się dostało. Na mnie nie podziałało to w ten sposób i miałam raczej wrażenia na zasadzie: ojej, biednieńcy, kochani, żeby im się co złego nie wydarzyło... Zatroskanie zamiast rozbawienia, trochę jak ongiś, przy oglądaniu „WALL-E”’ego.


GALLEGHER – POGODNY I STRESUJĄCY

Wciągające fabuły, element zaskoczenia i doskonałe wykorzystanie motywów fantastycznych to zresztą cechy, które posiadają opowiadania ze wszystkich części zbioru „Próżny robot”. Druga część antologii, „Galloway Gallegher”, trzyma jednak czytelnika w napięciu nie tylko z uwagi na niesamowite rozwiązania techniczne tworzone przez protagonistę, czy też z uwagi na konstrukcję opowiadań (mamy tu sporo wątków rodem z prozy kryminalnej, sensacyjnej i szpiegowskiej), ale też dlatego, że nie sposób nie kibicować Gallagherowi: uda się mu, czy się nie uda? Wpadnie na właściwy pomysł przed upływem któryś już raz przesuwanego terminu zlecenia, czy nie wpadnie i wezmą go do paki za niedotrzymanie umowy? Choć więc motywów bezpośrednio humorystycznych jest tu jeszcze więcej, niż w opowiadaniach z pierwszej części zbioru – mnie najbardziej bawili chyba tytułowy narcystyczny robot Joe oraz dziadek Galleghera i jego dialogi z wnukiem – to moje rozbawienie znów podszyte było „dorosłym” lękiem, że jakże to tak można, tak chronicznie nie dotrzymywać deadline’ów i nie cierpieć przy tym ciągłych katuszy ze stresu i poczucia winy? W takim momencie czytelnik zaczyna empatycznie cierpieć za bohatera.


Z uwagi na demografię przepadła dla mnie również część dowcipów alkoholowych. Gdy byłam w wieku nastoletnim, zarówno mnie, jak i moich równieśniczych przyjaciół strasznie bawiły, bardziej z pobudek czysto abstrakcyjnych niż empirycznych, wice o chlaniu, wódzie czy byciu żulem. Natomiast później jakoś to się wszystko rozpłynęło, nie że jakieś wielkie historie z uwrażliwieniem się na tragedię alkoholizmu, po prostu zaczęły nas śmieszyć inne rzeczy. Ale pomimo tych boomerskich rozkmin muszę przyznać: Gallegher i jego wysoce dowartościowany roboci pomocnik bawią, ciekawią i skutecznie poprawiają humor.


HOGBENOWIE – ZABAWNI, POLITYCZNIE NIEPOPRAWNI

Hogbenowie podziałali na mnie podobnie jak Gallegher: tak jak on zaciekawiają, mają rozmach, technologiczne fajerwerki i udzielającą się czytelnikowi witalność, i ogólnie są wielkimi odsmucaczami. Poza obiektywnym komizmem historii o nastoletnim synku rodziny, który z gratów znalezionych na tyłach podwórka buduje stos atomowy, o skonstruowaniu przez ową rodzinkę strzelby powodującej ból zębów u wszystkich mieszkańców miasteczka celem narobienia kłopotów pewnemu wścibskiemu profesorowi, czy też o sklonowaniu złośliwego sąsiada tak, by mógł dać w gębę wszystkim ludziom na świecie, te historie mają w sobie zwyczajny, ludzki optymizm. Fajnie poczytać o tym, że Hogbenom, przez (tyci spoiler) tysiące lat ich życia ciągle się udaje, że pomimo ich atomowo-genetyczno-czasoprzestrzennych umiejętności sąsiedzi w miarę ich lubią, proboszcz tylko od czasu do czasu skarci za paranormalne ekscesy z lataniem, a mama spokojnie chodzi na spotkania parafialne i przynosi nowinki.


Jednak i w tej części antologii dopadły mnie wątpliwości boomerskiego smutasa – tym razem z pobudek politpoprawnościowych. Bo na przykład – choć osobiście nie wydaje mi się żadną zbrodnią danie dzieciakowi w tyłek, by uchronić go np. przed poniesieniem jakiejś większej szkody na ciele, a już tym bardziej niewinne jest dla mnie dawanie raz po raz w łeb fikcyjnemu bohaterowi będącemu zdolnym do latania i niewidzialności mutantem przez jego równie fikcyjną matkę – to czy w naszych czasach można jeszcze takie och-jak-bardzo-straszne, propagujące przemoc domową opowiadanie, streszczać lub polecać coraz bardziej wrażliwiejącym wspołfantastom?


Albo to, że w finalnym opowiadaniu p.t. „Zimna wojna” (notabene bardzo aktualnym, bo podnoszącym tematykę wirusologiczną) zawiązaniem fabuły jest niezrównana brzydota niejakiej Lily Lou Mutz, przez którą wpada ona w oko innemu niezrównanie brzydkiemu bohaterowi a ich potomstwo, wskutek pewnych biotechnologicznych machinacji Hogbenów, wywołuje istne genetyczne pandemonium. No więc jakże to tak, postrzegać bohaterkę kobiecą z perspektywy jej wyglądu, w dodatku niepochlebnie? (I jeszcze nadmieniać, że wskutek tej brzydoty mieszkańcy miasteczka rzucali w nią grudami ziemi?) Sama mam dystans to takich pomysłów ideowej lektury, ale w obecnych czasach, przy rosnącej wykładniczo wrażliwości współczytelników, takie myśli-przeszkadzajki jednak się przy lekturze pojawiają.


MODLITWA O ŚMIECH

Tak więc opowiadania Kuttnera mnie, summa summarum, ubawiły i rozerwały, choć każdemu zabawnemu motywowi towarzyszyła, jak widać, neurotyczna rozkmina. Może jest trochę tak, że każdy czytelnik – i każde pokolenie czytelnicze – ma takie momenty, kiedy rozbawienie humorystycznymi książkami przychodzi nieco trudniej – wiadomo, jest czas śmiania i czas narzekania. A jak komuś tego śmiechu w takim mniej zabawowym czasie jednak brakuje, to zawsze można zrobić w tej sprawie to, co w trudnych sprawach robił niekiedy Gallegher (i nie, nie chodzi mi o picie).


Henry Kuttner, Próżny robot, Stawiguda: Solaris 2011.

Ilustracja: własna kompilacja obrazków BarelyDevi i Clker-Free-Vector-Images z Pixabay

sobota, 3 października 2020

Dlaczego jeszcze warto czytać „Baśń o wężowym sercu” Radka Raka?

 Powieść Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakubie Szeli autorstwa Radka Raka zgarnia laury za laurami – i bardzo dobrze. Ukoronowaniem tego jest, jak na razie, miejsce w siódemce nominantów do prestiżowej Nagrody Literackiej „Nike” – o ostatecznym werdykcie dowiemy się już jutro. Przy tej okazji chciałabym zwrócić uwagę na niedostrzegany walor tej powieści, który mam za ważny.

Cieszy mnie myśl o wytchnieniu jurorów Nike, którzy zamiast czytać kolejnego autora zafascynowanego Pamięcią, wykąpali wyobraźnię w przygodach kiełka bukowego drzewa – i w oryginalnej duchowości.


Uznanie sprawiło, że o Baśni o wężowym sercu – jej walorach językowych, sposobie przedstawienia historycznego wątku Jakuba Szeli i rabacji galicyjskiej czy odwołaniach kulturowych – wypowiedziało się już sporo kompetentnych osób. (Zajrzyjcie np. tu, tu czy tu.) Nie będę zatem tym razem dublować opinii ludzi mądrzejszych ode mnie i nie dołożę własnej całościowej analizy – tym bardziej, że autor to w sumie osoba z naszego lokalnego fandomu, tudzież z kręgu naszych znajomych, więc tak jakoś nieśmiało mi się robi na myśl o pisaniu klasycznej recenzji.


Chciałabym jednak zwrócić Waszą uwagę na jedną szczególną cechę Baśni o wężowym sercu..., która czyni z niej książkę szczególnie cenną dla niektórych czytelników, a wzmianki o której możecie nie znaleźć w innych analizach.


Recenzenci Baśni o wężowym sercu Radka Raka skupiają się najczęściej na formalnych cechach książki i jej relacji z prawdą historyczną. Nie spotkałam więc jeszcze recenzji, która eksplorowałaby tematykę religijną – czy też, konkretnie, duchowość chrześcijańską – w tej powieści, a jest co eksplorować.


Tymczasem jest grono czytelników fantastyki, nie tylko wierzących, które takie uduchowione książki fantastyczne sobie bardzo ceni. Zapytania o wątki religijne regularnie pojawiają się na książkowych forach. Podaż dobrych książek tego typu jest jednak stosunkowo mała. Mistrzami wplatania wrażliwości religijnej do fantastyki są bez wątpienia J.R.R. Tolkien, C.S. Lewis, Gene Wolfe czy Marek S. Huberath. Ważną postacią na polskim gruncie jest z pewnością Wojciech Szyda; mnie spodobało się też ogranie tego tematu w Antipolis Tomasza Fijałkowskiego (chyba moja pierwsza opublikowana recenzja!) i w cyklu Kuzynki Andrzeja Pilipiuka. Pewnie znalazłoby się jeszcze trochę przykładów, ale raczej mniej, niż chcieliby entuzjaści.


I takie właśnie osoby, lubiące w fantastyce tematykę religijną – czy też, konkretnie, chrześcijańską – nie powinny czuć się zawiedzione po lekturze Baśni o wężowym sercu. Już samo uniwersum powieści jest zbudowane z uwzględnieniem tego, że Bóg istnieje i działa w życiu ludzi. W Jego istnienie wydają się wierzyć narrator i „autor wewnętrzny” a dla bohaterów ta wiara jest ważnym punktem odniesienia, choć część z nich (np. Sława) jej absolutnie nie podziela. Chrześcijańska cudowność jest w świecie Baśni o wężowym sercu ważną siłą sprawczą, w ciekawy sposób użytą w wątkach fantastycznych (udane są np. obrazy odpędzania złych mocy za pomocą modlitwy, niemająca sobie równych postać „świętego starca”, czy też sposób przedstawienia realnego zła w działaniu diabłów i czarownicy). Oryginalne jest też to, jak Radek Rak zestawia tę cudowność np. z tematem magii czy rodzimowierstwa, dając zgoła inne odpowiedzi, niż te, które przyzwyczailiśmy się słyszeć w mainstreamowej fantastyce.


Wszystko to jest przedstawione uczciwie, w pełni literacko, bez jakiejkolwiek ideowej łopatologii, dokładnie przepuszczone przez filtry wiarygodności fabularnej, wyobraźni i intelektualnych fascynacji „autora wewnętrznego” – podobnie jak ma to miejsce np. w książkach Marka S. Huberatha. A przy tym, tak jak u Huberatha, ta metafizyka robi wrażenie na czytelniku. Jeśli po lekturze Baśni o wężowym sercu odkryjecie, że częściej niż dotąd łapią was myśli o Bogu i zaświecie, albo że nabraliście większej niż dotąd ochoty na odmówienie różańca albo tzw. modlitwy Jezusowej, to nie mówcie, że Wam nie mówiłam.


Warto tylko nadmienić, że z pewną ostrożnością będą musiały podejść do tej książki osoby wrażliwe na punkcie erotyki w literaturze, bo jest jej w Baśni o wężowym sercu sporo. Odnosi się to jednak głównie do początkowej części powieści, druga połowa jest bardziej apollińska – podobnie zresztą jest w Kocham cię, Lilith tegoż autora, co słusznie zauważył swego czasu kolega Scobin na nieodżałowanym forum Drugiego Obiegu Fantastyki.


To tyle ode mnie, trzymam kciuki za jutrzejszy werdykt, tegoroczne eliminacje Nike to piękna karta w historii polskiej fantastyki. I szczerze mnie cieszy myśl o wytchnieniu, jakie być może odczuli w tym roku jurorzy tej nagrody, gdy zamiast kolejnej książki, której autor deklaruje, że najbardziej interesuje go Pamięć i w której opisuje swoją brudną młodość i/lub zapijaczoną artystyczną dorosłość w brzydkim polskim miasteczku a opis przeplata wzmiankami o smutnym życiu swojej prababki, której przyszło żyć przed rewolucją seksualną – tym razem mieli okazję wykąpać wyobraźnię w obrazach malwowej dziewczyny o włosach jak woda, w biograficznych wspomnieniach kiełka bukowego drzewa, w bardzo niecodziennych dla niefantastów pomysłach na to, jak przenieść narracyjny punkt widzenia z głowy jednego bohatera do głowy drugiego, czy też w nietypowym dla polskiego mainstreamu typie wrażliwości duchowej, o której kilka słów napisałam powyżej.


R. Rak, Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakubie Szeli, Powergraph 2019.

[Ilustracja: fragment ikony św. Krzysztofa, źródło: Dimitris Vetsikas z Pixabay ]