Praca nad wpisem o postfantastach w toku. Wygląda na to, że skupię się głównie na tych książkach.
Do zobaczenia wkrótce zatem!
Książki (w dużej mierze fantastyczne), życie i inne takie. Wszystko w lekko obtłuczonej zastawie w różyczki.
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
wtorek, 12 kwietnia 2016
Jak ma się ubierać fanka Twardocha? (poPyrkonowa podróż dwudziesta druga)
Inspiracje były dwie.
Po
pierwsze, o Samej Porcelanie wspomniał Pan Jan
Adamski, gospodarz bloga poświęconego modzie męskiej.1
(pozdrawiam!) Poszło
oczywiście nie o to, żebym jakoś szczególnie znała się na
garniturach, a o to, że w tytule tekstu o powieści Marty Kisiel
użyłam słowa „sartorialny”, które jest, póki co, rzadko
używane w języku polskim, a jeśli jest, to właśnie w kontekście
ruchu, nazwijmy to, dżentelmeńskiego.
Z
ciekawości, wzmocnionej faktem, że zrobiło mi się miło z powodu
bycia zauważoną, przejrzałam trochę blog p. Adamskiego oraz kilka
innych o podobnej tematyce. Robią sympatyczne wrażenie. Oprócz
samych kwestii ubraniowych przewijają się w nich wątki typu
taktowne postępowanie, bycie porządnym człowiekiem, ogólnie męski
etos oraz opcjonalnie, pewna forma pozytywnego tradycjonalizmu. Można
na ich podstawie uwierzyć (choć ja sama nigdy się z tą myślą
specjalnie nie identyfikowałam), że staranne ubranie może być
częścią czegoś więcej, i to czegoś, co jest całkiem fajne.
Druga
inspiracja to fakt, że w miniony weekend mieliśmy Pyrkon. Jeden
z konwentowych dni miałam okazję spędzić, siedząc w punkcie z
dobrą widocznością (w bardzo, dodam, fajnej ekipie) i gapiąc się
na ludzi.
Przynajmniej
kilku pyrkonowiczów przyszło w garniturach. Podczas
Pyrkonu'2014 powstała teoria, że facet, który przychodzi na
konwent w garniturze, to niechybnie członek fandomu Szczepana
Twardocha.
Owa
teoria trafia mnie w samo serce, bo żartem sugeruje, że jedno
z moich ulubionych zjawisk literackich – polska
literatura postfantastyczna – ma, przynajmniej w wypadku jednego z
jej przedstawicieli, jakąś spójną grupę fanowską, a co
więcej – że ci ludzie są na tyle odrębni od reszty świata, że
można ich rozpoznać po wyglądzie. Ach, gdyby tak było...
Gdyby
tak było, pewnie sama chętnie wdziałabym strój organizacyjny, bo
cóż fajniejszego, niż identyfikacja z czymś, co się lubi. Ale
jest jeden problem. Jestem kobietą. Podczas gdy męscy entuzjaści
prozy Twardocha mają do dyspozycji nie tylko na pęczki
dżentelmeńskich blogów, ale i podręcznik stylu napisany dla nich
przez samego Mistrza w duecie z Przemysławem Bociągą, fanki,
chcąc zaakcentować strojem przynależność do Twardochowego
fandomu, mogą dojść do strasznego wniosku, że nie mają co na
siebie włożyć.
Dyskurs
dżentelmeński ma się, odkąd sięgam kulturową pamięcią,
całkiem dobrze, natomiast dyskurs o byciu damą leży i kwiczy. Nie
jest nim przecież ponury, jak każdy nałóg, ciuchoholizm rodem z
magazynów dot. shoppingu, ani też niepociągające, plutokratyczne
BCBG z tzw. czasopism luksusowych. Ani zimny, wykluczający dyskurs
szafiarek – któż jest w stanie spełnić te wszystkie
antykofeinowe i antypoliestrowe standardy, zebrane, niby to dla
żartu, choćby w tych wierszykach na – i tak w miarę wyluzowanej
– stronie Niemodne Polki?2
Pod żadnym z tych adresów nie
znalazłam wspomnianych wcześniej przyjemnych wartości widocznych w
blogach poświęconych modzie męskiej.
Na
Facebooku znajdują się dwa urocze fanpejdże dedykowane damom, W imieniu dam
oraz Jestem kobietą, noszę spódnice
– są nieco zbliżone stylistyką i podłożem etycznym do
blogów dżentelmeńskich, ale zawierają głównie zdjęcia i
cytaty. Nie sposób organizować sobie podług nich szafy, a co
dopiero życia.3
W anglojęzycznym necie znalazłam z kolei taką przyjemną stronę – to już bliżej, ale
autorka mieszka na Florydzie i obawiałabym się, że amerykańskie
wzorce mogą okazać się w niektórych przypadkach nieprzystające
do naszej rzeczywistości, co często widać w przypadku poradników
dla kobiet napisanych za oceanem.4
Tak
więc ogólnie bryndza, moje drogie. Chciałaby czytelniczka
pocosplayować postfantastykę, a nie może. Do niedawna
dodatkowym utrudnieniem był fakt, że w gronie postfantastów
mieliśmy tylko autorów płci męskiej – Twardocha, Szostaka,
Orbitowskiego, Małeckiego.
Ale
jest nadzieja. Ania Kańtoch napisała ostatnio kryminał, więc
w zasadzie trochę jakby już delikatnie zahaczała o postfantastykę. Poza tym
w artykule Justyny Sobolewskiej o polskim realizmie magicznym
(zjawisku, które na tyle zazębia się z postfantastyką, że lubię
te kategorie traktować jako pokrewne, nawet w przypadku autorów,
którzy nie zaczynali od fantastyki) obok postfantastycznego Jakuba
Małeckiego pojawiają się nazwiska dwóch debiutantek – Weroniki
Murek i Dominiki Słowik.5
A zatem – może któraś z tych Autorek napisze nam w końcu Sztukę życia dla kobiet i sprawi, że na Pyrkonie'2017 żeńskie fanki postfantastyki będą się tak wyróżniać z tłumu, że męskiemu fandomowi Twardocha w pięty pójdzie?
A zatem – może któraś z tych Autorek napisze nam w końcu Sztukę życia dla kobiet i sprawi, że na Pyrkonie'2017 żeńskie fanki postfantastyki będą się tak wyróżniać z tłumu, że męskiemu fandomowi Twardocha w pięty pójdzie?
1Adamski,
Jan. 2015. „Między nami sartorialistami”. Jan Adamski.
(http://janadamski.eu/2015/12/miedzy-nami-sartorialistami/) (data
pobrania: 12 kwietnia 2016)
2Fat
Cat. 2014. „Poezje czytelników vol. 1”. Niemodne Polki.
(http://niemodnepolki.blogspot.com/2014/02/poezje-czytelnikow-vol1.html)
3W
imieniu dam: (https://www.facebook.com/wimieniu/?fref=ts)
(data pobrania: 12 kwietnia 2016); Jestem kobietą,
noszę spódnice:
(https://www.facebook.com/KobietyNoszaSpodnice/?fref=ts)
(data pobrania: 12 kwietnia 2016)
4The
Classy Woman: (http://theclassywoman.blogspot.com/)
(data pobrania: 12 kwietnia 2016)
5Sobolewska,
Justyna. 2015. „Polski realizm magiczny ma nowych autorów”.
Polityka.
(http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1636181,1,polski-realizm-magiczny-ma-nowych-autorow.read)
(data pobrania: 12 kwietnia 2016)
wtorek, 5 kwietnia 2016
Hagiograficzna podróż dwudziesta pierwsza (L. Frassati, „Pier Giorgio Frassati”)
Opinie
na temat Pier Giorgia Frassatiego (1901-1925), które docierały do
mnie przed przeczytaniem tej książki, kazały mi wierzyć, że to
niechybny überhipster wśród osób wyniesionych na ołtarze.
Przynajmniej
na ich grzeczną, ponadczasowo tradycjonalistyczną miarę. „Tak,
ten i tamta to rzeczywiście tacy trochę świętoszkowaci i
niedzisiejsi, ale przecież jest jeszcze Frassati, on był taaaki
inny...” „codziennie uczestniczył we mszy świętej, no ALE
lubił też pohulać przy WINIE (!) z przyjaciółmi...”. (W sumie
– kto wie, może i hulali przy hipsterskim prosecco – robią je w
okolicach Wenecji, a Frassati pochodzili z Turynu, to i to północ
Włoch, więc wszystko być może.)
Przeczytałam
jego biografię i stwierdzam stanowczo, że nie, nie był żadnym
hipsterem. Choćby dlatego, że nie było w nim ani odrobiny
ironii, był wcieloną bezpośredniością. Współczesne subkultury
muszą jeszcze, widać, poczekać na swoich świętych
reprezentantów. Ale Pier Giorgio Frassati był nieodparcie
atrakcyjny na kilka innych sposobów.
Pierwsza
z rzeczy, które mnie wzruszyły, to to, jak funkcjonował w swojej
rodzinie. Był synem
Alfreda Frassatiego – senatora, dyplomaty i założyciela tygodnika
La Stampa. Rodzina bogata,
poważana, przy tym niespecjalnie religijna i mocno skonflikowana.
Autorka książki – siostra Pier Giorgia, Luciana – wiele miejsca
poświęca tym wewnątrzrodzinnym iskrzeniom (nie będąc zresztą
przy tym specjalnie obiektywną – wyraźnie trzyma stronę brata).
Mamy
zatem w tym żywocie cały kalejdoskop rodzinnych neurotyzmów i
codziennych zmartwień.
Wspólne posiłki z atmosferą tak gęstą, że każdy chciał jak
najszybciej wstać od stołu a Pier Giorgio starał się za wszelką
cenę być wesoły, nie z rzeczywistej radości, ale z chęci, by
choć trochę ulżyć bliskim. Jego życie w ciągłym strachu, że
rodzina się rozleci i podejmowanie – nie wiem, czy nie trochę
młodzieńczo naiwnych – działań, żeby tak się nie stało. Żale
i wyrzuty ze strony rodziców, że przyszły błogosławiony jest
zbyt religijny, niepraktyczny, nie robi kariery, a także – że
dokonał politycznej wolty i pomimo bycia synem znanego działacza
skrzydła liberalnego, przeszedł w pewnym momencie na inną stronę
politycznej barykady (polecam sprawdzić, na jaką – to całkiem
skomplikowane).
Obserwowanie,
jak Pier Giorgio radzi sobie z tym, by pozostać kochającym, pełnym
zaangażowania domownikiem, a jednocześnie nie dać sobie narzucić
żadnej morfy, to, mam wrażenie, całkiem pouczająca lekcja, a przy
tym coś troszkę odświeżającego w czasach kultu asertywności.
Wątek
miłosny, który przydarzył się głównemu bohaterowi, też jest
dobrą historią. Nawet bardzo dobrą. Czytając, nie od razu
zrozumiałam, o co z tą Laurą Hidalgo chodzi. Myślałam, że to,
co się zadziało, zadziało się przez jakąś świętoszkowatość
Pier Giorgia. Ale nie, powody były dużo bardziej subtelne.
Ostatecznie wyszło to wszystko jednocześnie heroicznie i trochę
groteskowo, odrobinę niepotrzebnie i zarazem szlachetnie. No i nie
sposób czytać o tym bez emocji. Zapoznajcie się koniecznie. A
najlepiej – niech ktoś z was napisze o tym coś fabularnego, bo ta
historia na to zasługuje. Kolejny wątek biograficzny z cyklu „tak
dobre, że człowiek by tego nie wymyślił”.
Na
większości medalików ze swoją podobizną Pier Giorgio Frassati
jest przedstawiany z fajką. Niby niedrogi chwyt, ale totalnie
mnie to rozczula. W książce jest też mowa o tym, że lubił palić
toskańskie cygara, bo takie też popalała jego matka, z czego Pier
Giorgio był z jakiegoś powodu strasznie dumny i lubił się tym
chwalić w towarzystwie. Te jego charakterystyczności – właśnie
zamiłowanie do tytoniu, wzmianki o wspomnianych już wcześniej
wieczorach przy winie ze znajomymi, czy też o tym, że lubił głośno
śpiewać, choć nie umiał, albo że zarywał noce nad czytaniem
poezji, sprawiły, że na wzór tej obiegowej wkręty niektórych
zakochanych, którzy, gdy związek zaczyna iść w poważniejszym
kierunku, zaczynają mieszać w wyobraźni cechy swoje i ukochanej
osoby i roić sobie, jak będą wyglądać ich przyszłe dzieci,
zaczęłam się zastanawiać, jak wyglądałyby np. moje
charakterologiczne dziwności, gdyby, jak u Pier Giorgia, zostały
kiedyś zmieszane ze świętością. Przecież każdy ma na to
szansę, prawda? W sumie polecam ten eksperyment. Z czym osobliwym
wygrawerowaliby was na medaliku? Która z rzeczy, które obecnie
uważacie u siebie za trochę głupawe, mogłaby w przyszłości,
odpowiednio duchowo podrasowana, okazać się wzorem cnót?
W
książce jest sporo zachwytów, jaki to Pier Giorgio był męski. Że
nosił ludziom jakieś ciężkie pakunki, miał sporo stanowczości,
a jak ktoś go w miarę słusznie zdenerwował, potrafił i dać
wpiernicz. Trochę to jest po staroświecku opisane, ale brzmi
całkiem autentycznie. No i do tego ta rozbudowana wrażliwość
religijna i rodzinna i te urocze cechy typu wspomniane zamiłowanie
do śpiewu pomimo braku talentu. Poza tym w książce są jego
zdjęcia, na których co prawda wychodził różnie (był jednym z
tych ludzi, którzy mają tendencję do wyglądania na każdym
zdjęciu jak inna osoba), ale widać, że ewidentnie nie straszył.
Ogólnie rysuje się z tego wszystkiego obraz takiego typowego –
stock character niemalże
– chłopaka do
zakochania. Co w wypadku błogosławionego jest tym bardziej urocze.
A
zakończenie tej historii pokazuje, że nasze czyny, również te
dobre, mają swoje konsekwencje, i że to wszystko to nie jest
zabawa. I jeszcze, żebyśmy
śpieszyli się kochać tych wszystkich zabawnych facecików i
fertyczne laski, którzy angażują się w te różne akcje
dobroczynne i inne ekstremalności. Jak widać, różnie to, wiecie,
bywa.
Jeśli
się komuś nie spodobała moja narracja, to gorąco polecam zajrzeć
do książki Szymona Hołowni Święci codziennego
użytku,
gdzie w rozdziale o brazylijskim surferze jest ciśnięte żeńskiemu
fandomowi Frassatiego. Będziecie mieć szansę, żeby trochę
odreagować.
Frassati,
Luciana. 1979. Pier Giorgio Frassati. Człowiek ośmiu
błogosławieństw. Przełożyli
Barbara Sieroszewska, Stanisław Waldemar Gaudyn. Warszawa: Instytut
Wydawniczy PAX.
środa, 30 marca 2016
Napiszmy oboje o tym samym #3 (F.S. Fitzgerald, „Czuła jest noc”)
Przypomnijmy: dwie różne książki o tym samym wspólnym losie, jedna napisana przez żonę, druga przez męża. O książce żony – Zatańcz ze mną ostatni walc Zeldy Fitzgerald – pisałam ostatnio, że jest mało plotkarska i nie robi czytelnikowi krzywdy. I jeszcze, że nie budzi zaufania.
Czuła
jest noc Francisa
Scotta Fitzgeralda
(czyli książka męża) budzi natomiast zaufanie wręcz bezbrzeżne.
Poziom wiary w to, że jest dokładnie tak, jak powiedział narrator
lub pomyślał główny bohater, to byłoby kolejne kryterium, w
świetle którego mogłabym od razu przyznać, że Scott to większy
geniusz, niż Zelda.
W
tej powieściowej mutacji losów Scotta i Zeldy
on (Dick Diver) jest niezwykle uzdolnionym psychiatrą, ona zaś
(Nicole Warren, później Diver) – schizofreniczką z bardzo
zamożnej rodziny, która
zakochuje się w swoim terapeucie. Poznajemy ich, gdy są już
małżeństwem, potem ma miejsce retrospekcja na czas, kiedy się
pierwszy raz spotkali, po czym znów spotykamy ich jako małżeństwo
i widzimy, jak sprawa rozwija się dalej.
Klimat
wokół pary protagonistów jest tu zgoła inny, niż w dość
beztroskim Zatańcz...
.
Ponieważ narrator budzi takie zaufanie, czytelnik całkowicie
poddaje się jego wizji, w świetle której Nicole to żałosna
wariatka – można z miejsca zapomnieć o refleksyjnej, twórczej
osóbce z Zatańcz...,
czy też o przynajmniej niejednoznacznym obrazie Zeldy, jaki wyłania
się z informacji biograficznych.
Główny
bohater męski – mąż Nicole, Dick – jest z kolei odmalowany
jako postać absolutnie czarująca.
Jest śliczny jak z obrazka, budzi sympatię otoczenia (w tym
uwielbienie kobiet), ma niesamowite zdolności społeczne, wspaniały
charakter, no i świetny z niego lekarz. W Zatańcz...
też
został w zasadzie opisany jako osobnik atrakcyjny i miły w
obejściu, ale, rany, nie aż tak.
Napisałam
wcześniej, że przewagę geniuszu pisarskiego zawartego w Czuła
jest noc
w kontraście do Zatańcz
ze mną ostatni walc upatruję
w tym, że Fitzgerald lepiej plotkuje i robi większą krzywdę
czytelnikowi. Tak, jeśli chodzi o plotki, to podczas gdy Zatańcz
ze mną ostatni walc
czyta się jak ciepłe, lajtowe, amatorskie wynurzenia przyjaciółki,
Czuła jest noc
przez
cały czas gra na najniższych instynktach czytelnika niczym
umiejętnie zredagowana rubryka z sensacjami w tabloidzie.
Na początku wchodzi pewna mroczna tajemnica, później – budzące
plotkarską ciekawość doniesienia ze szpitala psychiatrycznego, a w
tle przewijają się cały czas wątki romansowe. Przez te pikantne
kawałki książkę Francisa Scotta czyta się dużo bardziej
potoczyście, niż książkę Zeldy – innych powodów, niż
plotkarstwo, nie dostrzegłam, bo akcja nie pędzi na łeb, na szyję,
zabrakło mi też w tej książce motywów, które by mnie zadziwiły
czy zachwyciły i przez to pchały lekturę do przodu.
Co
do krzywdy doznanej przez czytelnika, to oczywiście, jest to kwestia
indywidualna. Nie
wiem, czy osoby, które np. identyfikowały się z bohaterem męskim
albo ogólnie są mniej imersyjne, też odbierają tę książkę
jako ciężką lekturę, budzącą „litość i trwogę”. U mnie –
tak jak ostatnio w wypadku Biesów Dostojewskiego
– znów rozbiło się o bohaterkę żeńską, i to – po raz drugi
– o bohaterkę szaloną. Czytając o chorobie Nicole, czułam
miejscami, jakbym sama miała zaraz dostać od tej lektury na głowę
– wrażenie tym silniejsze z uwagi na moją wcześniejszą sympatię
do rzeczywistej postaci Zeldy.
W
dodatku choroba nie była jedynym nieszczęściem tej bohaterki, bo w
różnych miejscach powieści była dodatkowo bohaterką lekceważoną
i pogardzaną (w konsekwencji choroby), wystawioną na małżeńską
nielojalność, przestawianą jak pionek przez bardziej
samosterownych bliskich, postrzeganą w niektórych momentach
wyłącznie przez pryzmat posiadanych pieniędzy; bohaterką,
której ukochana osoba jest w stanie po prostu nie przebaczyć
przewin i którą wydaje się ciągle ważyć na szali –
czy jeszcze się „nada”, czy też już można sobie odpuścić,
mieć w nosie to, że coś tam jej się przysięgało i udać się na
stały „leave of abstinence”?
Dość
okropny to obraz. A tymczasem oficjalna
interpretacja powieści Fitzgeralda stanowi, że miała ona być
obroną małżeństwa Scotta i Zeldy (mówią
o tym m.in. wstępy do obu książek w przytoczonych przeze mnie
wydaniach). Jakoś nie potrafię tego kupić, no chyba, że chodziło
o to, że autor chciał sam siebie nastraszyć i przez to negatywnie
zmotywować. Nie potrafię też znaleźć w sobie sympatii ani
zrozumienia wobec postaci Dicka. Ale to może być subiektywne.
Zresztą sprawdźcie sami. Może takie książki należy nie tylko
pisać, ale i interpretować z dwóch punktów widzenia.
Co
do postaci Nicole – bałam się i współczułam jej zarazem.
W przeciwieństwie do Marii Timofiejewny z Biesów,
nie przyszło mi już jednak do głowy, by starać się ją wybielać
i wmawiać sobie, że skoro jest taka fajna, to na pewno była
normalna, tylko ją obgadali. Skoro to, że u rzeczywistej Zeldy
zdiagnozowano schizofrenię, jest faktem biograficznym, to przecież
nie będę się kłócić. Zresztą nie miałam na to nawet ochoty.
A
tymczasem, proszę, zrobili to za mnie inni. Według niejakiej
Therese Anne Fowler, autorki książki Z:
A Novel of Zelda Fitzgerald,
Zelda prawdopodobnie została źle zdiagnozowana,
cierpiała nie na schizofrenię, a co najwyżej na depresję albo w
ogóle rozstrój psychiczny zawiniony przez swojego okropnego męża,
którego zresztą, według tej narracji, przewyższała talentem,
powodując tym jego zawiść.1
Jakoś wcale nie czuję ulgi na tę myśl. Może to trochę miło,
jeśli jednak nie była szalona. Ale rehabilitacja Zeldy kosztem, z
kolei, stłamszenia i umniejszenia Scotta? Nie, jakoś „nie
o to chodziło w ogóle,/ Nie, zupełnie o co innego”.
I
taki to chyba koniec mojej fascynacji Zeldą i Scottem. Trochę
smutno po tej podwójnej lekturze – bliższe zapoznanie się z
pierwowzorem uroczych postaci z filmu Allena okazało się prowadzić
do historii naznaczonej szaleństwem, autodestrukcją i wzajemnym
chłodem. Obejrzałam drugi raz O
północy w Paryżu i
nie potrafiłam się już nawet za bardzo cieszyć tym wątkiem. No
cóż, śpijcie słodko, Pani i Panie Fitzgerald. Jeszcze jeden
moment, kiedy tak bardzo cieszę się ze swojej przynależności
denominacyjnej – podobno (to wiedza potoczna zaczerpnięta od osoby z branży) za wszystkich ludzi, żywych i zmarłych,
ktoś tam z ekipy się modli. Zatem nie zostaną bez opieki, nawet
jeśli ja zapomnę o tej, przywiędłej po tych dwóch latach,
fascynacji. To dobrze, bo o fazach na fikcyjnych bohaterów można
sobie zapominać do woli, ale o prawdziwych ludziach jakoś tak
głupio. Ale może ja sama jednak też nie zapomnę.
Fitzgerald,
Francis Scott. 1994 [1934]. Tender
is the night. Hertfordshire:
Wordsworth Classics.
1„Zelda
Fitzgerald nie chorowała na schizofrenię?”. 2013. Booklips.
(http://booklips.pl/newsy/zelda-fitzgerald-nie-chorowala-na-schizofrenie/)
(data pobrania: 14 marca 2016)
niedziela, 20 marca 2016
Napiszmy oboje o tym samym #2 (Zelda Fitzgerald, „Zatańcz ze mną ostatni walc”)
Fitzgeraldami zainteresowałam się przez film O północy w Paryżu Woody'ego Allena. Konkretnie, urzekła mnie postać Zeldy (Alison Pill). Poszło mi chyba o to, że temperamentem konwersacyjnym i słomianym zapałem do różnych dziedzin sztuki trochę przypominała mi mnie samą, a przy tym jawiła mi się jako szalenie sympatyczna. (Rzecz nietypowa, bo często nie lubi się swoich sobowtórów – nawiasem mówiąc, ten właśnie temat, w wersji young adult, pojawia się we wspomnianych ostatnio książkach Kosika.). Kiedy Zelda pojawiła się w filmie, poczułam, jakby zapaliła mi się w głowie jakaś lampka i stwierdziłam, że mam ochotę pozgłębiać temat.
Tak
więc zaczęłam na temat Fitzgeraldów szperać. Historia jednak
mroczniejsza, niż to, co migawkowo pokazuje Allen – była to
rzeczywiście wielka miłość i barwne życie wśród ówczesnej
bohemy, ale było też wzajemne niszczenie się emocjonalne, bójki,
libacje, niewierności, choroba psychiczna Zeldy, a ostatecznie –
separacja i przedwczesna śmierć obojga. Źródła nie mogą się
zgodzić, czy to bardziej Zelda tłamsiła Scotta, nie pozwalając mu
pisać tyle, ile by chciał, czy też bardziej Scott Zeldę,
skupiając się na swojej karierze i ignorując jej rozliczne
zainteresowania.
Ale
na szczęście w ich wypadku czytelnik ma relacje z pierwszej ręki.
Jak wspomniałam poprzednio, oboje napisali powieści biograficzne o
swoim wspólnym życiu. O Czuła jest noc F.S.
Fitzgeralda będzie następnym razem – dziś biorę na tapet
Zatańcz ze mną ostatni walc Zeldy.
Akcja
Zatańcz ze mną ostatni walc obejmuje dzieciństwo
autorki/głównej bohaterki (w książce noszącej imię Alabama),
jej znajomość i małżeństwo z malarzem Davidem Knightem
(książkowy odpowiednik F.S. Fitzgeralda) oraz długotrwały pobyt
pary w Europie.
Tradycyjnie
uważa się (mówi o tym m.in. wstęp do książki autorstwa
Harry'ego T. Moore'a), że książka Zeldy to głównie ciekawostka,
dziełko opublikowane jako forma autoterapii i nie mogące się
równać z pisarskimi dokonaniami Francisa Scotta. Jeśli tak, to
w moim odczuciu niższość Zeldy widać przede wszystkim w tym, że
(1) nie jest tak dobrą plotkarką, jak jej mąż i (2) jej książka
nie robi czytelnikowi takiej krzywdy, jaką wyrządza Czuła
jest noc. Zatańcz ze mną ostatni walc to
powieść plotkarska, ale to plotki dość niewinne. Pomimo opisów
konfliktów, negatywnych emocji i małżeńskich transgresji, czyta
się ją jak nieco nużące zwierzenia znajomej o tym, jakie to życie
jest ciężkie a „on” – okropny; trochę to miejscami nudne i
niespecjalnie poruszające dla odbiorcy, ale słucha się dalej przez
sympatię i empatię.
Tym
razem okazałam się grzeczną i przewidywalną czytelniczką, bo
czytałam Zatańcz... tak, jak kazano we wstępie: bardziej
koncentrując się na historii autorki jako człowieka (czy też
konkretnie – jako kobiety), niż na kwestiach literackich. I dobrze
się w ten sposób czytało. Zatem parę obserwacji pod kątem
kobiecym i ogólnoludzkim: po pierwsze, zarówno sama autorka, jak i
jej porte-parole, Alabama, mają cudownie
kreatywne przemyślenia i sposób wypowiadania się, ale jest to taka
kreatywność, z którą nie bardzo jest co zrobić. Na przykład,
kiedy absztyfikant Alabamy przysyła jej rodzinie wiadro krabów na
kolację, Alabama, przyglądając się jednemu z nich, stwierdza:
„Myślę, że mogłabym takiego zrobić (…) gdybym miała
materiały.”1
Lubię ten typ abstrakcyjnego postrzegania rzeczywistości. Dziś
byłaby z niej świetna publicystka facebookowa, ale w tamtych
realiach osobliwe frazy i pomysły Alabamy/Zeldy ewidentnie się
marnują – częściowo przez inną, niż teraz, dynamikę
rozpowszechniania treści, częściowo przez ograniczenia stawiane
wtedy kobietom. I jak tak się to czyta, to trochę tej zagubionej
kreatywności dziewczyn z epoki analogu szkoda.
Czytelniczka,
której zachciałoby się podejść do Zatańcz... z
pozycji tradycyjnej moralności, zyska w Alabamie/Zeldzie
potwierdzenie tego, że majstrowanie przy koncepcji monogamicznego
małżeństwa to nic dobrego. Alabama ewidentnie stara się być
kobietą wyzwoloną, a jej związek z Davidem miejscami wygląda na
„otwarty”. I co? I widać, że Alabamę totalnie niszczy to
psychicznie, generalnie łzy, frustracja i urażona ambicja, podczas
gdy David wydaje się raczej emocjonalnie zdystansowany. Chociaż
inna sprawa, że Zatańcz... bardziej koncentruje się na jego
zewnętrznych reakcjach typu wybuchy gniewu, z pominięciem
wewnętrznych przeżyć.
Ważne
miejsce w książce zajmuje wątek pasji Alabamy do nauki tańca
baletowego. I to jest bardzo smutny wątek, bo przebija z niego takie
przeświadczenie, że kiedy kobieta oddaje się działalności
artystycznej, to fakt, może ją to ożywić, wypełnić jakąś
pustkę czy dostarczyć ekscytacji. Jednak te wszystkie dobre
rzeczy dzieją się kosztem życia rodzinnego, wbrew domownikom,
wręcz nawet powiązane są z jakąś wrogością wobec nich, i w
zasadzie ostatecznie albo trzeba wybrać – rodzina czy pasja –
albo wyboru dokona samo życie. (Tak mówi ta książka, nie ja.)
Zatańcz
ze mną ostatni walc bardzo
interesująco się kończy. Nie
mogę oczywiście powiedzieć, jak, ale to jest całkiem
niepowieściowe, to jest nieliniowe, to może wywołać bardzo fajne
czytelnicze wrażenia, warto dotrwać do końca, żeby się
dowiedzieć. Powiedziałabym, że chyba zagrał tu fakt, że powieść
jest biograficzna, bo człowiek by czegoś takiego sam nie wymyślił.
Chociaż z drugiej strony, kiedy pomyśleć o tym, jak się ta
historia rozegrała naprawdę, to też... Cóż, sami zobaczycie.
Nie
podejmę się oceny języka w tej powieści. Wspomniany
już niejaki Moore we wstępie gani Zeldę za relatywnie słaby
warsztat i językową manierę, chociaż dodaje, że gdzieś w jednej
trzeciej książki trochę się wyrabia. A mnie jest trudno
sformułować własną opinię, bo miałam dostęp jedynie do
polskiego tłumaczenia. Pewne rzeczy widać i tak – jak wspomniałam
wcześniej, spodobała mi się kreatywność w formułowaniu myśli i
osobliwe skojarzenia. Zdarzały się momenty stylistycznie
niezręczne, ale tutaj nie mogę mieć pewności, w którym miejscu
na linii autorka – redakcja – przekład zabrakło czegoś
istotnego. Prawdę mówiąc, nawet jeśli wyjściowy angielski był
bardzo zły, nie wiem, czy w jakimkolwiek przekładzie, który nie
byłby przekładem polemicznym, zostawiłabym świadomie takie zdania
jak „Wolne chwile Alabamy charakteryzowały się bólem mięśni i
najchętniej spędzała je w domu” (s. 194) czy „Pracowała w
szarym mroku studia i czuła się bardzo profesjonalnie w niewygodzie
nieogrzewanego miejsca” (s. 202).
A
tak całkiem na marginesie, urzekło mnie jeszcze to, że córka
państwa Knight miała nianię „posługującą się
staroangielskim” (też str. 202). Tu też nie wiem, czy to kwiatek
autorstwa samej Zeldy, czy wyszło gdzieś dalej w procesie
redakcyjnym, ale, afæstla,
gdyby dane mi było kiedyś zatrudniać nianię, przemożnie
ucieszyłabym się, gdyby okazała się native
speakerką odmiany
angielszczyzny używanej przed rokiem 1066. Chociaż fakt, że taka
niania byłaby bardziej przydatna mnie i naukom humanistycznym, niż
jakimkolwiek dzieciom.
Wyzłośliwiam
się, ale ogólnie rzecz biorąc, Zatańcz
ze mną ostatni walc to
książka, po którą zdecydowanie warto sięgnąć, jeśli lubi się
dwudziestolecie międzywojenne, jest się choć trochę
zainteresowanym historią pp. Fitzgeraldów, ewentualnie śledzi się
tzw. pisarstwo kobiece, obojętnie z której flanki.
Smutnawa,
ciepła, napisana osobliwym językiem, przy tym – pomimo dramatyzmu
wydarzeń – jednak w miarę spokojna i pozytywna. To jest zresztą
trochę podejrzane. Alabama/Zelda jest opisana jako w gruncie rzeczy
dość sympatyczna osoba, z którą, na to wygląda, wszystko jest z
grubsza w porządku, która stara się raczej postępować (według
swoich norm) etycznie i robić dobre wrażenie, a na wszelakie
problemy, które ją dotykają, zawsze znajduje się w końcu jakaś
rada. Ogólnie rzecz biorąc – ona sama jest fajna i ze
spotykającymi ją zdarzeniami też nie ma dramatu. Tylko że z
jakiegoś powodu ta wersja wydarzeń nie budzi zaufania. To
wrażenie pogłębia się – słusznie lub nie – po przeczytaniu
wersji wydarzeń autorstwa jej męża. Ale
o tym, jak się uda, napiszę za tydzień.
1
Fitzgerald, Zelda. 2014
[1932]. Zatańcz ze
mną ostatni walc [Save me the waltz]. Tłumaczenie:
Katarzyna Janusik. Bielsko-Biała: Pascal,
50.
poniedziałek, 14 marca 2016
Napiszmy oboje o tym samym #1 (R. Kosik, „Amelia i Kuba”/ ”Kuba i Amelia”)
No więc tak, w 2014r. ukazała się podwójna powieść dla dzieci napisana przez Rafała Kosika, pt. Amelia i Kuba oraz Kuba i Amelia. Dwie osobne książeczki, główny wątek – obyczajowa historyjka o jedenastolatkach z apartamentowca, przeplatana wątkami kojarzącymi się z fantasy i science-fiction – zasadniczo ten sam, ale w Amelii i Kubie opisany z perspektywy tytułowej bohaterki, a w Kubie i Amelii – z perspektywy tytułowego bohatera.
Chociaż
od dziecka mam inklinacje, by trzymać się utworów skierowanych do
mojej aktualnej grupy wiekowej, a zatem średnio ciągnie mnie YA, to
tutaj zrobiłam wyjątek, bo przeżywałam akurat fazę na koncept
pisania dwóch różnych książek na ten sam temat, ale z dwóch
różnych perspektyw. A tu się trafiło, że taką książkę
napisał fandomowy autor, więc
stwierdziłam, że z ciekawości sięgnę.
Nawet
zgrabnie to wyszło. Nie wiem, co na Amelię
i Kubę/ Kubę i Amelię grupa
docelowa, czyli uczniowie późnej podstawówki, ale myślę, że
mogło się spodobać. Przeczytanie drugiej książeczki po uprzednim
zapoznaniu się z pierwszą faktycznie daje sporo radości z poznania
kontrastowej perspektywy drugiego bohatera i wyjaśnienia tego, co w
pierwszej książeczce wydawało się niejasne. Poza tym, przez
większą część akcji, zwłaszcza na początku książki, Kuba i
Amelia przebywają osobno i ich perypetie są inne. Minus jest taki,
że przy czytaniu drugiej książeczki zna się już zakończenie,
chociaż dowiadujemy się jednak nowych szczegółów. Ale ogólnie
całkiem fajnie. Rozważyłabym np. jako prezent dla osoby w targetowym wieku.
Szczególnie
przyjemne wrażenie zrobiła na mnie warstwa, można powiedzieć,
formacyjna. Intuicyjnie oczekiwałam innych wzorców, niż te, na
których sama się lekturowo wychowałam, a tymczasem okazały się
sympatycznie podobne. Od razu poczułam większą
solidarność międzypokoleniową z generacją, która wkracza
właśnie w wiek gimnazjalny. Jeśli oni też przechodzą morfunek na
historyjkach typu że artystyczny brudny róż to ładniejszy kolor
sukienki niż obrzydliwie przesłodzony róż cukierkowy, że
najlepszy kodeks postępowania dla chłopaka to kodeks neorycerski, a
o tym, co znaczą słowa „resuscytacja” czy „ekskomunikować”,
albo kto to był Cthulhu, powinno się wiedzieć od szóstego roku
życia (a jak się nie wie, to najlepiej zanotować to w analogowym
notesiku), to ja nie wiem, oj nie wiem, czy aby na pewno obecni
czytelnicy Kosika wyrosną w przyszłości jak
jeden na ludzi sukcesu albo lwów salonowych, wiem za to niemal na
pewno, że, jako przedstawicielka pokolenia wychowanego na
Musierowicz, będę z nimi w stanie normalnie pogadać i nie
zejdę przy tym w środku rozmowy na dysonans poznawczy.
Ale
to tylko tak tytułem wstępu, bo sama faza na powieści pisane z dwóch
perspektyw wzięła mi się z fascynacji – tym razem mającą miejsce naprawdę, dorosłą (czytelnicy Kosika mogą sięgnąć za dekadę-dwie) i osadzoną w klimacie dwudziestolecia
międzywojennego – historią Francisa Scotta Fitzgeralda i jego
żony Zeldy. Oboje napisali książki o swoim wspólnym życiu
– on słynne Czuła jest noc (1934), Zelda –
dużo mniej słynną i budzącą sprzeczne opinie powieść Zatańcz
ze mną ostatni walc (1932). Przeczytałam,
porównałam, zdziwiłam się trochę. Opowiem następnym razem. A
raczej przez dwa następne razy. Pozostańcie na linii.
Kosik,
Rafał. 2014. Amelia i Kuba. Godzina duchów. Warszawa:
Powergraph.
Kosik,
Rafał. 2014. Kuba i Amelia. Godzina duchów. Warszawa:
Powergraph.
poniedziałek, 7 marca 2016
Subskrybuj:
Posty (Atom)