środa, 26 stycznia 2022

W Parmie było gorzej (Stendhal, „Pustelnia parmeńska”)

 Sięgnęłam po Pustelnię parmeńską Stendhala w celach edukacyjnych. Jeśli samemu chce się pisać lepiej, podobno należy czytać dobre, stare książki. Całe szczęście, lektura nie okazała się samokształceniowym mozołem, czytało się lekko i przyjemnie. Nasycone zostały, w większym lub mniejszym stopniu, wszystkie trzy z moich motywacji czytelniczych: potrzeba wzniosłości i moralnego zbudowania, zamiłowanie do plotkarstwa i rozrywki oraz miłość do tego, co dziwne. A po lekturze doceniłam naszą rzeczywistość, znośniejszą od stendhalowskiej Parmy.

 

 

Przyjemna jest nieprzewidywalność bohaterów Stendhala. Nie ma
żadnych zasad, więc czytelnik nigdy nie wie, co się za chwilę zdarzy.


Mała uwaga metodologiczna: Pustelnia parmeńska to dzieło klasyczne i pisząc na jego temat, trzymam się moich prywatnych zasad blogowania o klasyce, które wyłuszczyłam niegdyś w notce o fanpejdżu Recenzje z Lubimy Czytać. Osoby zainteresowane szczegółami tła historycznego książki, jej dokładnymi powiązaniami z biografią autora czy doniosłością dla dziejów literatury zapraszam do zapoznania się ze zwałami opracowań edukacyjnych, jakie zapewne powstały na temat Pustelni parmeńskiej. Mnie, choć zajrzałam tu i ówdzie, by zachować faktograficzną przyzwoitość, interesuje tylko własny subiektywny odbiór w dniu dzisiejszym i ogólnie me, myself and I.

 

Pustelnia parmeńska jest historią życia Fabrycego del Dongo, syna mediolańskiego margrabiego. Akcja przypada na pierwszą połowę XIX wieku. Żyjący w dusznym, arystokratycznym otoczeniu, Fabrycy najpierw, jako młodzieniec, ucieka z ojczyzny, by przyłączyć się do wojsk uwielbianego przez siebie Napoleona. Po niepowodzeniu przedsięwzięcia udaje się do Księstwa Parmy, gdzie w zdobyciu wykształcenia i pozycji społecznej pomaga mu można ciotka, księżna Sanseverina. Fabrycy wikła się w liczne afery miłosne i dworskie. Jednocześnie, jakkolwiek sprzeczne z powyższym zdaniem by to nie było, podejmuje kroki, by zostać duchownym.

 

OD LAURKI DLA NAPOLEONA DO PLOTKARSTWA

Książka Stendhala zaabsorbowała mnie od pierwszych stron, choć w trakcie czytania powód mojego zaangażowania się zmieniał. Początek, opisujący młodość Fabrycego, zirytował mnie, jak mi się wydawało, jednostronnością. Opis życia w zachowawczym, dewocyjnie pobożnym środowisku mediolańskim wydawał mi się łopatologiczny w swoim krytycyzmie, pozbawiony światłocienia. Podobnie łopatologiczny był dla mnie bezkrytyczny zachwyt narratora nad przybyciem w te okolice wojsk napoleońskich, które zostało opisane jako wydarzenie nieskończenie radosne, metafizycznie wręcz wyzwalające. Trudno mi było uwierzyć, że w dawnym życiu bohaterów nie było absolutnie nic dobrego a z kolei wojenny, było nie było, najazd może kojarzyć się wyłącznie z radosnymi potańcówkami z udziałem świetnie tańczących, dobrodusznych i radosnych wojaków, których kocha cała lokalna ludność. Faktem jest, że zjeżyłam się na takie przedstawienie sprawy, bo poczułam się dotknięta ad personam, jako osoba częściowo konserwatywna irytująca się na prosty podział na złych dewotów i dobrych „postępowców”. Jednak każdy czytelnik może się przekonać sam – czy te fragmenty powieści Stendhala nie tchną propagandą?

 

Dość szybko jednak moje zaangażowanie w lekturę przeszło od irytacji do plotkarskiego zaciekawienia. Gdy Fabrycy wyrusza, by dołączyć do wojsk napoleońskich, szybko okazuje się bowiem, że Stendhal krytykuje nie tylko jedną opcję polityczną. Żołnierze Napoleona, po bliższym poznaniu, okazują się równie głupi, zabawni i podporządkowani najniższym instynktom, jak bogobojni mediolańczycy. Sam Fabrycy również zaczyna wykazywać z czasem wszystkie te przymioty. Ten klimat równego braku sympatii czy aprobaty ze strony autora wewnętrznego dla niemal wszystkich bohaterów utrzymuje się w powieści przez większość jej akcji. Zarówno wojenne przygody Fabrycego, jak i jego późniejsze dworskie dzieje w Parmie (która, podobnie jak rodzinne strony Fabrycego, okazuje się siedliskiem wstecznictwa, moralnego rozkładu, intryg i nieokiełznanych namiętności) pełne są dziwacznych, przerysowanych postaci oraz ich nieprzewidywalnych, szalonych postępków. Trup ściele się wcale gęsto, romanse nie znają takich granic, jak więzy rodzinne, przysięgi małżeńskie czy stan konsekrowany, a dane komuś słowo, przyzwoitość czy logika nie znaczą nic.

 

To wszystko pozytywnie przekłada się na satysfakcję z lektury. Fakt, że wszyscy bohaterowie są groteskowi i antypatyczni, powoduje u czytelnika coś, co nazwałabym, w analogii do terminu Coleridge’a, chwilowym zawieszeniem empatii. W którymś momencie niepowodzenia sercowe Fabrycego czy emocjonalne cierpienia nadwrażliwej Sanseveriny przestają martwić a zaczynają złośliwie bawić, natomiast padające trupy zazdrosnych kochanków czy uczestników dworskich potyczek nie kojarzą się z tragediami, bardziej ze zbitymi pionkami w jakiejś grze. Stan jakże różny od tego, czego wymaga od nas moralność w realnym życiu – i może dlatego bardziej odprężający czytelniczo niż śledzenie nowoczesnych popkulturowych fabuł, często stawiających na identyfikację i empatyzowanie z bohaterem.

 

NIEPRZEWIDYWALNOŚĆ AKCJI

Przyjemna dla czytelnika jest również wspomniana nieprzewidywalność postępowania bohaterów Stendhala. Ponieważ nie ma tu żadnych zasad, czytelnik nigdy nie wie, co za chwilę się zdarzy. Podjęcie decyzji o małżeństwie nie wyklucza tu natychmiastowego odnowienia więzi z kochankiem. Zwycięska intryga dworska mająca chronić życie któregoś z bohaterów nie gwarantuje tego, że kilka stron dalej życie owego bohatera stanie się dużo bardziej zagrożone. Brawurowa ucieczka z niebezpiecznego miejsca może zakończyć się tym, że bohater, wiedziony niezrozumiałym porywem serca, z własnej woli piechotą wróci do matni. Pobożny ksiądz może ekspresowo wplątać się w romans a wierny swoim zasadom jakobin – zostać złodziejem, o ile tylko zysk będzie sobie wyliczał według demokratycznych zasad. Ta kompletna dowolność w przechodzeniu fabuły od punktu A do punktu B generuje mnóstwo zwrotów akcji, które wielu czytelników tak lubi, a przy tym daje poczucie dziwności i abstrakcyjności, które, jak już wspomniałam, osobliwie lubię ja.

 

WZNIOSŁOŚĆ I MORALNE ZBUDOWANIE, CZYLI OKRUCHY

Te cechy przemykają się w Pustelni parmeńskiej trochę opłotkami. Jednak, pomimo wielu niegodziwości przedziwnego świata tej powieści, można w nim znaleźć okruchy autentycznego dobra.

 

Podobała mi się scena na dworze w Parmie, gdy księżna Sanseverina, chcąc zdenerwować parmeńskiego księcia, bezczelnie zwraca mu uwagę, by zamiast prawić komplementy jej, poświęcił uwagę swej wzgardzonej żonie. Książę wpada we wściekłość, jednak stosuje się do rady. Skutkuje to jedną z niewielu sytuacji w tej powieści, gdzie jakaś relacja damsko-męska choć przez dwadzieścia minut przebiega, jak na współczesne standardy, normalnie.

 

Poza tym, wśród mnogości postaci negatywnych w Pustelni parmeńskiej, pomimo (zazwyczaj uzasadnionego) antyklerykalizmu autora wewnętrznego, pojawiają się dwie postaci wyglądające na zdecydowanie pozytywne i akurat są to postaci duchownych: od któregoś momentu przedstawiany jako nienaturalnie wręcz nieskazitelny don Cesare z parmeńskiej cytadeli, po którego spotkaniu z Sanseveriną narrator zauważa: „jego nieskazitelna cnota ujęła księżnę, nie przywykłą do takiego widoku. Spodobał jej się jako nowość”[1], oraz, wprawdzie dość ograniczony intelektualnie i omamiony astrologią, ale serdeczny, dobroduszny i uczciwy wychowawca Fabrycego z czasów dzieciństwa, ksiądz Blanès.

 

Także niektóre porywy nieokiełznanych bohaterów Stendhala – tylko niektóre, bo większość z nich pełna jest komizmu, nielogiczności lub po prostu brzydoty – robią nieco milsze i wznioślejsze wrażenie od innych. Pozytywne akcenty – pewien spokój, szacunek, wierność – pojawiają się m.in. w relacji hrabiego Mosca i Sanseveriny, która ostatecznie znajduje budujący finał. Także Fabrycy, choć robi często rzeczy głupie a niekiedy – straszne, miewa takie przemyślenia i chęci, które wydają się słuszne, a przynajmniej urocze. Między innymi jego relacja z Klelią, a także uczucia ich obojga, mają w sobie na pewnym etapie coś ładnego. Czytelnik może się zastanawiać: kto wie, może gdyby jedna więcej dotrzymana obietnica, jedna więcej odparta pokusa, nieco inaczej podjęte decyzje co do jakichś pustelni czy klasztorów – i byłoby możliwe ładniejsze, bardziej wyzwalające a mniej „parmeńskie” rozwinięcie niektórych wątków w tej powieści? Był taki moment, że spodziewałam się, że Pustelnia parmeńska wyjdzie jednak z, koniec końców, przewidywalnych ram powieści romantycznej i skończy się jak jakiś współczesny moralitet, jak bez mała Sztukmistrz z Lublina Singera, Emancypantki Prusa czy prawdziwa biografia Piotra Mamonowa.

 

MY MAMY LEPIEJ

Pomimo tych nielicznych, wyżej opisanych wątków Pustelni parmeńskiej, które wzbudziły we mnie przyjemniejsze wrażenie, głównym moim wrażeniem duchowym z tej książki jest jednak dystopijność jej świata i wdzięczność, że sama nie muszę w takim żyć. Współczesne, realne dramaty, skandale czy światopoglądowe rozchwianie bywa trudne, ale jednak najczęściej ostatecznie jest się na czym moralnie oprzeć. Nie tak jak w stendhalowskim Księstwie Parmy, gdzie nawet codzienne uczestnictwo we mszy świętej czy radykalne przyrzeczenie nie daje bohaterowi widoków na żadne duchowe wyzwolenie (w naszym świecie takie praktyki są jednak często oznaką pewnej przemiany i lubią wiązać się ze zmianą postępowania) a każda piękna miłość sama w sobie jest zwiastunem tego, że jej finał będzie niepiękny.

 

 

Stendhal, Pustelnia parmeńska, Warszawa 1988: Książka i Wiedza.

Ilustracja: Clker-Free-Vector-Images z Pixabay



[1] Stendhal, Pustelnia parmeńska, Warszawa 1988: Książka i Wiedza, s. 382.

środa, 19 stycznia 2022

Za co wolę serial „Wiedźmin” od książki (Andrzej Sapkowski, „Krew elfów”; „Wiedźmin”, Netflix, Sezon 2)

Jestem dość ciekawym przypadkiem odbiorcy wiedźmińskiej sagi: pomimo sporej ekspozycji na fantastykę jako taką, powieść Krew elfów Andrzeja Sapkowskiego przeczytałam dopiero teraz, równolegle oglądając jej serialowy odpowiednik, czyli drugi sezon Wiedźmina Netflixa. Dlaczego tak się stało i jakie są moje wrażenia – opowiadam w niniejszej notce.

Krew elfów Sapkowskiego i 2. sezon netflixowskiego Wiedźmina były dla mnie porównywalnie satysfakcjonujące.

 

Tekst zawiera spoilery.

Oglądanie netflixowskiego Wiedźmina od początku wiązało się dla mnie z radością, że nagle znów wszyscy gadamy o tym samym dziele kultury i tworzy się ta niesamowita wspólnota, podobna do tej, którą pamiętam z czasów ważnych fantastycznych premier książkowych z początku obecnego tysiąclecia. W przypadku drugiego sezonu Wiedźmina radość była mniej pełna, bo okazał się on kontrowersyjny artystycznie. Zamiast wspólnoty zajawki i lokalnej dumy znanej z dyskusji o sezonie 1. więcej było zatem dzielenia się rozczarowaniem bądź spierania o to, jak powinno się kręcić adaptacje. Jednak radość z gadania o tym samym tekście kultury z coraz większą grupą ludzi (sporą zasługę w mojej bańce miał w tej kwestii spot z Dawidem Podsiadło) pozostała.

 

JAK CZYTAŁAM SAPKOWSKIEGO 

Nie brałam udziału w sporach o drugi sezon „Wiedźmina” z powodu mojej specyficznej relacji z książkami Sapkowskiego. Wtedy gdy czytała je z wypiekami większość twardej fanbazy, czyli w nastoletniości, ja, ówcześnie idealistyczna tolkienistka, byłam do nich uprzedzona. Nie widziałam powodu, by tracić czas na jakieś mroczno-rubaszne historyjki pełne gagów o chędożeniu. Później, w czasach poststudenckich, zachęcona przez bliskich, sięgnęłam po oba tomy opowiadań Sapkowskiego: Ostatnie życzenie i Miecz przeznaczenia. Zareklamowano mi je tym, że Sapkowski fajnie opisuje emocje. Fakt, spodobał mi się opis opiekuńczej więzi Geralta i Ciri, sercowych rozterek Essi Daven czy poczciwości potwora o imieniu Dudu ukrytej pod pozorem grozy. Doceniłam też literacką jakość tych tekstów, choć rzuciły mi się w oczy cechy, które nie przetrwały próby czasu, takie jak „rewolucyjny” postmodernizm czy pastiszowa ironia względem konwencji gatunkowych, które, znalazłszy zbyt wielu naśladowców, obecnie bardziej nudzą niż dziwią.

 

Miłe, koniec końców, wrażenia z lektury Ostatniego życzenie i Miecza przeznaczenia Sapkowskiego przełożyły się na moje pozytywne wrażenia z pierwszego sezonu Wiedźmina Netflixa (napisałam wówczas pochlebny tekst o piosenkach z serialu). Mając swoje słabsze momenty, sezon ów mimo wszystko nieźle oddawał ducha opowiadań Sapkowskiego, a samo obcowanie z lubianymi bohaterami w oprawie miłej dla oka filmowej estetyki fantasy było przyjemnym przeżyciem. No i ta wspomniana wcześniej wspólnota odbiorcza.

 

Drugi sezon „Wiedźmina” oglądałam, jak wspomniałam, czytając jednocześnie po raz pierwszy Krew elfów – pierwszy tom sagi Sapkowskiego, na którym to tomie ten sezon się opiera. Czytałam go zatem, jak również wspomniałam, w dużo późniejszym wieku, niż większość znanej mi fanbazy (bo nie jako nastolatka), bardzo długi czas po premierze książki (która ukazała się w 1994 roku), a także bez tego ładunku emocjonalnego, który sprawił, że wielu fanów książki nie zostawia suchej nitki na serialu, mając duży żal o niewierność oryginałowi czy nieoddanie sprawiedliwości wątkom, które fanowska społeczność uznaje za ważne. Jak mi się zatem czytało i oglądało?

 

KREW ELFÓW I 2. SEZON WIEDŹMINA – RÓŻNICE W STRUKTURZE

Wśród fabularnych „nowości” wprowadzonych przez serial nie brak niestety żenujących ozdobników.

Muszę przyznać, że czytanie książki równolegle z oglądaniem serialu, z racji faktycznie sporej niewierności tego drugiego względem tej pierwszej, wywołało u mnie pewien mętlik w głowie. Zaczęło mi się mylić, co było w powieści a co na ekranie, i musiałam się ratować notatkami, pisząc na własny użytek równoległe plany wydarzeń dla obu wersji historii. Kiedy porównałam oba plany, zdziwiła mnie rozbieżność nie tyle w tym, co się działo (ostatecznie nie była aż tak wielka), co w sposobie prowadzenia fabuły.

 

Streszczenie Krwi elfów Sapkowskiego to historia bardzo liniowa, możliwa do opowiedzenia za pomocą zwięzłych, logicznie po sobie następujących punktów. Minimalistyczne jest też podejście autora do wprowadzania postaci: chociaż w trakcie akcji stopniowo łączą się losy kilku bohaterów, których znamy już z opowiadań, Sapkowski rzadko rozbija akcję na wątki równoległe (wyjątek czyni dla Jaskra), a o losach bohaterów, którzy mają dopiero dołączyć do głównego wątku (np. Yennefer), dowodujemy się za pośrednictwem listów otrzymywanych przez innych bohaterów czy krążących pogłosek. W poszczególnych scenach czy przygodach, jak w klasycznych dramatach czy dziewiętnastowiecznych nowelach, mamy zazwyczaj niewiele postaci i ogólnie cała historia jest dość kameralna: Sapkowski koncentruje się na losach Geralta, Ciri i Yennefer, dalej mamy szereg bohaterów drugoplanowych (Triss, wiedźmini, Nenneke itp.), a na najdalszym planie rysuje się wielka polityka czarodziejów, elfickiej partyzantki i poszczególnych królestw.

 

Plan wydarzeń drugiego sezonu netflixowskiego serialowego Wiedźmina jest dużo mniej liniowy. Po pierwsze, mamy równoległe, osobne wątki Geralta i Ciri, Yennefer, Jaskra oraz Fringilli i nilfgaardzkiego dworu. Po drugie, próba streszczenia fabuły serialu w punktach daje całkiem inny efekt końcowy, niż streszczenie książki. W wypadku serialu niektóre punkty planu są równie ascetyczne, jak w książce. Inne natomiast obrastają w wątki poboczne, w dygresje, w prorocze czy senne widzenia, w akademickie dociekania na temat monolitów czy powstawania wiedźminów, czy też w walki z potworami służące ewidentnie jedynie ożywieniu akcji. W ósmym odcinku wszystko to się w zasadzie splata, dość pośpiesznie jest też wprowadzone to, czego czytelnikowi książek mogło brakować w odcinkach wcześniejszych (narada królów, nawiązanie relacji między Yennefer i Ciri). Miłośnik logiki, domykania wątków i klasycznego zacięcia w tekstach kultury, taki jak ja, może się zatem czuć od biedy usatysfakcjonowany, tym bardziej, że prostota, łopatologia i brak zawiłości to przecież niekoniecznie znaki jakości tak w literaturze, jak i w filmie. Niemniej jednak, po dokonaniu takiej wstecznej inżynierii, bardziej elegancki, harmonijny i „wyrozumowany” od serialowego wydaje mi się plan wydarzeń w książce, i z tego powodu to jej fabułę, w kwestii struktury, oceniam jako milszą memu sercu od tej serialowej.

 

Równoległe poznawanie książki i serialu i związana z tym konieczność skupienia uwagi sprawiły, że mniej koncentrowałam się na fabularnych „nowościach” wprowadzonych przez serial i ich jakości. Faktem jest jednak, że mimo tego rozproszenia dostrzegłam, niestety, siermiężność części z nich. Nie brak tu niestety żenujących ozdobników: pulpowo ukazanych potworów, bohaterów wyskakujących na zasadzie deus ex machina itp. Fabuła wersji książkowej w tej kwestii poprowadzona jest jednak tak, że trudno się o cokolwiek przyczepić. Pewne rzeczy mogą się estetycznie podobać lub nie, być bardziej lub mniej literacko wysmakowane, jednak nie wywołują raczej uczucia żenady. Lepsze w porównaniu z serialowymi są również książkowe dialogi: u Sapkowskiego jest w nich kunszt, sens i humor, w serialu często sprowadzają się niestety do komunałów lub wręcz, jakże wymownych, spojrzeń i chrząknięć.

 

SAPKOWSKI – MISTRZ CZY NIEKONIECZNIE?

Nie znaczy to jednak, że Krew elfów uważam za jakieś całkowite literackie arcydzieło. Ostatnimi czasy, również z kręgów akademickich, docierały do mojej bańki wzmianki o śmiertelnie poważnym traktowaniu wiedźmińskiej sagi Sapkowskiego. Bardzo zdziwił mnie np. artykuł Krzysztofa Uniłowskiego, który, prócz bardzo dla mnie intuicyjnych rozpoznań co do nawiązań metatekstualnych w opowieściach o wiedźminie czy co do postmodernizmu, sugeruje, że autor wewnętrzny Sagi to poważny moralista, wykorzystujący swoje fabuły do uprawiania pedagogiki społecznej.[1] Oczywiście dostrzegłam w Krwi elfów pewne przemyślenia na temat wojny czy poszanowania inności, jednak nie wydały mi się one donioślejsze niż analogiczne motywy napotykane w innych znanych mi niezłych książkach fantastycznych. To akademickie zainteresowanie i uznanie wobec sagi o wiedźminie Sapkowskiego sprawiło natomiast, że do Krwi elfów podeszłam z wysokimi oczekiwaniami, szykowałam się niemal na dzieło genialne, tak w sensie głębi, jak i formy literackiej.

 

I co do formy, jak napisałam wyżej, jest to książka mająca swoje atuty, choć dopatrzyłam się i słabości. Zdziwiła mnie na przykład ekspozycja części wątków: Sapkowski ucieka się nieraz do tzw. infodumpów, przekazując czytelnikowi wiedzę o bohaterach czy elementach świata za pomocą dużych porcji informacji podanych w łopatologiczny sposób. Przykładowo, jest w stanie zarysować cały wątek nie korzystając z narzędzi fabularnych, ale opisując go, jak krowie na rowie, w pieśni barda i pogwarce wioskowych plotkarzy (tak zaczyna się powieść). Albo każe dwójce bohaterów rozmawiać ze sobą o tym, jak się poznali i kim właściwie są, jakby nie było to dla nich oczywiste (rozmowa Geralta i szypra).

 

Niezgrabny bywał też dla mnie np. sposób budowania postaci Geralta, z ciągłym powtarzaniem przez innych bohaterów, że jest on nieczułą maszyną do zabijania, i jednocześnie ciągłymi dostrzegalnymi w fabule dowodami, że to nieprawda. Takiego chwytu można by oczywiście użyć w sposób literacko kunsztowny, jako narzędzia do wprowadzenia ironii czy do wykazania niewiarygodności narratora, jednak w sposobie przedstawienia Geralta w Krwi elfów nie dostrzegłam niczego takiego i jawi mi się to po prostu jako uciążliwa niekonsekwencja. Innym nieznacznym minusem książki jest rozmyte, bałaganiarsko urwane zakończenie. Oczywiście, tomy serii można kończyć w ten sposób, ale jest on jednak mało szczęściodajny.

 

Z racji specyfiki języka filmu, żadne z tych uchybień nie zostało bezpośrednio przeniesione do serialu, ale pojawiają się inne. Ślady infodumpów widać tam w innych miejscach, np. w finalnym monologu Rience’a w ósmym odcinku. Jeśli chodzi o niedostatki w przedstawieniu protagonisty, serialowy Geralt, rycerz bez skazy, któremu niemal zawsze się wszystko udaje, ma cechy typowego Gary’ego Stu. Zakończenie sezonu jest bardziej domknięte i spektakularne niż zakończenie tomu, jednak akurat finalny odcinek ma tyle minusów, że ten ewentualny atut ginie w gąszczu wad.

 

Jeśli chodzi o kwestię wspomnianej ewentualnej ideowej głębi pierwszej części wiedźmińskiej sagi, kilka subiektywnych uwag zawarłam w poniższej sekcji.

 

GERALT SYMETRYSTA W KSIĄŻCE I SERIALU

Ojcowskie uczucia Geralta do podopiecznej, miejscami niemal metafizyczne, to motyw robiący osobliwie świeże wrażenie. W serialu jest on jeszcze bardziej zaakcentowany, niż w powieści.

W Krwi elfów Sapkowskiego, tak jak i w przypadku wiedźmińskich opowiadań z Ostatniego życzenia  i Miecza przeznaczenia, doceniłam sugestywność w przedstawieniu emocji. Szczególnie, znów, przemówił do mnie wzruszający motyw przybranego rodzicielstwa, tym razem zarówno ze strony Geralta, jak i Yennefer.

 

Co do warstwy ideowej, podobały mi się rozważania na temat neutralności i brania bądź niebrania udziału w konfliktach, w których żadna ze stron nam nie odpowiada. W dobie popularności rozkmin o symetryzmie ten wątek ma dziś może jeszcze większą moc niż w czasie ukazania się książki. W serialu Netflixa ten motyw ginie, a przynajmniej traci wyrazistość, za sprawą całkiem innego poprowadzenia wątku elfickiej partyzantki.

 

Jednak odbiorca spragniony wzorców moralnych niemieszczących się w spolaryzowanych kliszach może i w netflixowskiej wersji historii znaleźć coś dla siebie. Ciekawe jest m. in. napięcie między poglądami serialowych Geralta i Ciri na kwestię Vereeny i jej „inności”. Także ojcowskie uczucia Geralta do podopiecznej, miejscami wydające się niemal metafizyczne, niecofające się przed ofiarą z życia, to fajny i robiący na mnie osobliwie świeże wrażenie motyw. W serialu jest on chyba jeszcze bardziej zaakcentowany i wyidealizowany niż w powieści, w której Geralt popełnia, wytknięte przez Triss, błędy wychowawcze a jego relacja z podopieczną wydaje się bardziej oparta na posłuszeństwie wobec przeznaczenia i buncie wobec reszty świata niż na takiej wszechogarniającej, całkowicie bezinteresownej opiekuńczej miłości.

 

WIEDŹMIŃSKIE OBYCZAJE, CZYLI ZA CO DOCENIAM SERIAL

Jeszcze jedna sprawa w temacie idei: warstwa obyczajowa. Stwierdzam, że zostało ze mnie sporo z tego człowieka, który w nastoletniości wzbraniał się przed domniemaną zbereźnością sagi o wiedźminie. W tym kontekście zmiany, które w źródłowym dziele wprowadzili twórcy drugiego sezonu netflixowskiego serialu Wiedźmin – spowodowane zapewne takimi czy innymi kryteriami oglądalnościowymi – doceniłam na plus.

 

Przykładowo, pozytywniej odbieram postać serialowego Geralta – idealisty chorego z miłości do ukochanej kobiety i z troski o przybraną córkę, który dzielnie opiera się pokusie romansu z jedną z drugoplanowych postaci – niż Geralta książkowego, który ów romans jak najbardziej odbył, pozostała mu z niego miła relacja just friends, a i kolejną przelotną relacją erotyczną nie pogardza, natomiast więź z miłością swojego życia odnawia tylko ze względu na dobro Ciri.

 

Także postać Triss obyczajowo bardziej trafiła w moje gusta w wersji serialowej niż książkowej. Serial, w myśl minimalizmu języka filmu, oszczędza nam kwiecistych opisów jej erotycznej przeszłości, czy też wzdychania do faceta, który jest emocjonalnie „nie do wzięcia”. Serialowa Triss jest zatem w większym stopniu dobrą ciotką i ekspertką, niż erotyczną heroiną o podzielnej uwadze, co subiektywnie mi się podoba.

 

KSIĄŻKA SAPKOWSKIEGO VS SERIAL NETFLIXA: MÓJ WERDYKT

Dla wielu zabrzmi to jak bluźnierstwo, ale zarówno powieść Sapkowskiego Krew elfów, jak i drugi sezon netflixowskiego serialu Wiedźmin, oceniam w odbiorze jako porównywalnie satysfakcjonujące. Serial, jak to współczesne dzieło filmowe, ma swoje uroki wizualne – miło było popatrzeć na te majestatyczne góry, szarobure ujęcia z drona i efekty specjalne. Bardziej podobała mi się też obyczajowość niektórych bohaterów. Do atutów książki zaliczam z kolei lepszą jakość struktury, fabuły i dialogów. Poziom ogólnej radochy odbiorczej miałam zbliżony. W wypadku serialu tylko częściowo był on zepsuty wykonawczymi niedoróbkami a w wypadku książki – rozbieżnościami między mindsetem moim a autora wewnętrznego, w tym elementami, które nieefektownie się zestarzały od czasu lat 90-tych.

 

Podsumowałabym to tak, że emocjonalnie bliżej mi do drugiego sezonu Wiedźmina Netflixa, zaś intelektualnie wyżej cenię Krew elfów Sapkowskiego. I pomimo bardzo rozbieżnej oceny tych dzieł ze strony środowiska fanowskiego (saga – mistrzostwo, serial – chłam dla mas) dalsze ciągi obu z nich będę śledzić z porównywalną, całkiem znaczną, ochotą.

 

A. Sapkowski, Krew elfów, Warszawa 2001: supernowa.

Wiedźmin [The Witcher], Sezon 2, Netflix 2021.

 

Ilustracje:
Wilk - Image by
OpenClipart-Vectors from Pixabay
Chatka – Image by ElisaRiva from Pixabay 
Ojciec i córka – Image by
Please Don't sell My Artwork AS IS from Pixabay



[1] K. Uniłowski, Historia jako parodia : „Saga o wiedźminie” Andrzeja Sapkowskiego, 2017, „Nowa Dekada Krakowska: dwumiesięcznik kulturalny”, R. 6, nr 1/2 (2017), s. 20–30.

niedziela, 12 grudnia 2021

Kat-krętacz i literatura wysoka (Gene Wolfe, Księga Nowego Słońca: Cień i Pazur, Miecz i Cytadela)

 Księga Nowego Słońca Gene’a Wolfe’a, prócz radości, jaką dało mi obcowanie z kolejnym wybitnym pisarzem czerpiącym z wrażliwości katolickiej, usatysfakcjonowała mnie również jako fankę Jacka Dukaja. Podobna ścieżka rozwoju fabuły, to samo wysokojakościowe przemieszanie odmian gatunkowych i porównywalny stopień radosnego lekceważenia czytelnika i jego wygodnictwa.

Gene Wolfe, Księga Nowego Słońca
W Księdze Nowego Słońca występuje niewiarygodny narrator.
Przykład: kwestia natury klejnotu zwanego Pazurem Łagodziciela.

Za Księgę Nowego Słońca autorstwa Gene’a Wolfe’a (wydaną przez wydawnictwo MAG w serii „Artefakty”, póki co w dwóch częściach pod tytułami Cień i Pazur oraz Miecz i Cytadela) zabrałam się z podobnych powodów, co za opisywany tu ostatnio zbiór opowiadań Flannery O’Connor. Od dawna słyszałam o znakomitości tego pisarza – nie tylko na tle innych autorów science fiction, ale też literatury amerykańskiej jako takiej. Mój zapał był tym większy, że, podobnie jak O’Connor, Gene Wolfe był znany ze swojej wiary katolickiej, której ślady można znaleźć w jego dziełach. Czytałam już wcześniej inną książkę Wolfe’a, głównonurtowy Pokój, i jej wieloznaczność w połączeniu z faktycznie bliskimi mi, bardzo subtelnymi, motywami duchowymi, zachęciła mnie, by sięgnąć po jego utwory fantastycznonaukowe.

 

Księga Nowego Słońca, inaczej niż sugeruje forma wydawnicza, składa się tak naprawdę z pięciu tomów: Cień kata, Pazur Łagodziciela (w Magu, jak i często w wydaniach anglojęzycznych, wydane razem jako Cień i Pazur) Miecz liktora, Cytadela Autarchy (w Magu razem jako Miecz i Cytadela) oraz Urth Nowego Słońca (w Magu ukaże się osobno w nadchodzącym roku). W notce skupię się zatem na pierwszych czterech tomach; Urth Nowego Słońca jest jeszcze przede mną.

 

Opowiadają one, z początku w konwencji mrocznego fantasy, historię ucznia a następnie czeladnika bractwa katów imieniem Severian. Spędziwszy dzieciństwo i nauczywszy się katowskiego fachu w siedzibie bractwa w niejakiej Wieży Matachina w mieście Nessus, Severian naraża się przełożonym, pomagając pięknej więźniarce. Zostaje wydalony z bractwa i tak rozpoczyna się jego długa wędrówka, podczas której odwiedza osobliwe miejsca, poznaje różne dziwne postaci i przybiera niespodziewane role życiowe. W miarę jego wędrówki czytelnik natyka się na coraz więcej motywów, które bardziej niż z gatunkowym, akcyjnym fantasy kojarzą się z science fiction lub symbolicznymi i formalnymi zawiłościami literatury wysokiej.

 

KSIĘGA NOWEGO SŁOŃCA A LITERATURA WYSOKA

 Co do przynależności fantastycznej Księgi Nowego Słońca do literatury wysokiej, słyszałam o niej wiele przed lekturą – o tym, że Wolfe bywa zaliczany do najwybitniejszych pisarzy amerykańskich swojej epoki, a na temat wielopoziomowości i symboliki jego dzieł rozpisywane są kolejne analizy. Wstępnie nastawiłam się zatem na wyszukiwanie intertekstualności czy erudycyjnych nawiązań. Jednak, pomimo posiadania pewnych podstaw wiedzowych, niczego się nie dopatrzyłam; książki te na moim poziomie odbioru wydają się mocno samowystarczalne. Doceniłam jednak ich misterną strukturę.

 

Księga Nowego Słońca miejscami ma budowę szkatułkową, napotkani przez Severiana bohaterowie opowiadają mu swoje historie, przytaczane są opowieści zawarte w książce, którą protagonista bierze na pamiątkę z Wieży Matachina. Ważnym motywem jest sztuka teatralna, kojarząca się z teatrem absurdu lub witkacowską Czystą Formą, odgrywana przez trupę aktorską, do której Severian dołącza u początku swojej drogi. Wszystkie te szkatułkowe historie, a owa sztuka szczególnie, zmyślnie łączą się z fabułą, a jeśli ktoś czytałby uważniej, niż ja, pewnie doceniłby tę zmyślność jeszcze bardziej.

 

Przykładów na kunszt literackiej formy Księgi Nowego Słońca jest więcej. Na uwagę zasługuje choćby stylizacja cyklu na przekład z języka i kultury opisywanej planety i epoki, podkreślana przez notkę „od tłumacza” dodaną do każdego tomu. Są też zabiegi świadczące o samoświadomości narracji, na przykład bezpośrednie zwroty do czytelnika, gdzie narrator zdradza, dlaczego pewne rzeczy opisuje tak a nie inaczej. Widać na tej podstawie, że Wolfe, nie mniej niż heroicznymi przygodami Severiana, jest zainteresowany formą, w jakiej opowiada historię.

 

Mamy też do czynienia z niewiarygodnym narratorem: w miarę czytania można odkryć, że opowiadający Severian myli plany czasowe, postrzega świat przez pryzmat własnych niedoskonałości, na przykład choroby czy skrajnego zmęczenia. Bywa też, że wersja wydarzeń, którą wcześniej przekonująco nam przekazał, jest zakwestionowana przez innych, na oko bardziej kompetentnych bohaterów. Przykładem są członkinie zakonu Peleryn spotkane w lazarecie, które naruszają zaufanie czytelnika do jego wcześniejszej wiedzy na temat natury Pazura Łagodziciela.

 

Poza tym, choć wiele zdarzeń w tych książkach wydaje się nie mieć klasycznego, „przygodowego” związku przyczynowo-skutkowego, w miarę czytania okazuje się, że motywy powracają i spójnie się ze sobą splatają. Szczególnie dobrze widać to w finale Cytadeli Autarchy, gdzie wiele postaci wcześniej pozornie „porzuconych” przez narratora okazuje się odgrywać ważną rolę.

 

Także pojawiające się w opowieści artefakty czy sceny pozornie niemające wpływu na akcję są opisane tak sugestywnie, że czytelnik jest pewien, że nie są one tylko pustymi ozdobnikami, a czechowowskimi strzelbami. Jednak by w pełni usłyszeć wystrzał (mnie nie zawsze się to udawało), trzeba by pewnie przeczytać te książki z wnikliwością akademickiego krytyka, a jeśli nie, to przynajmniej – jak sugeruje w finale sam Severian – przeczytać je dwukrotnie.

 

GRATKA DLA FANÓW DUKAJA

Choć cztery tomy składające się na Cień i Pazur oraz Miecz i Cytadelę czytałam bardzo długo, przez około kwartał, a swoje kompetencje czytelnicze uważam za nie najgorsze, uważam, że nie wyciągnęłam z cyklu Gene’a Wolfe’a wszystkiego, co w nim jest. Ślizgałam się po powierzchni, koncentrując się na akcji, bohaterach, klimacie, wątkach etycznych i sklejaniu tego w imponującą całość w miarę wyjaśniania się kolejnych zawiłości fabuły. W tym sensie lektura Księgi Nowego Słońca przypominała mi mój odbiór książek Jacka Dukaja. Łapię je fabularnie, odgaduję część tropów intelektualnych i ogólnie wyciągam z lektury wiele satysfakcji. Jednak mam świadomość, że autorowi niespecjalnie zależy, by wytłumaczyć mi wszystkie swoje pomysły i część z nich po prostu mnie omija. Podobnie jak Dukaj, tym razem Wolfe wydawał się wymagać ode mnie więcej sił intelektualnych i zaangażowania, niż byłam w stanie dać. A może faktycznie wszystko wyjaśnia się u niego po ponownej lekturze?

 

Jak zasugerowałam na początku, fani Dukaja mogą mieć wiele satysfakcji z lektury Księgi Nowego Słońca również z innych powodów. Należą do nich zbliżony sposób rozwoju fabuły (nie będę rozwijać, poczytajcie sami) czy też, podobnie jak np. w Dukajowskim Lodzie czy Extensie, przemieszanie sztafażu fantasy/quasihistorycznego z pomysłami science fiction. Tu dodam, że ta warstwa w cyklu Gene’a Wolfe’a, choć znacząca dla fabuły i ciekawa, wydaje się mniej rozwinięta i technologicznie przekonująca niż u polskiego autora. (Podobnie, odkrywanie elementów „naszego” świata towarzyszących u Wolfe’a wątkowi fantastycznonaukowemu, choć również udane, nie miało takiej siły rażenia, takiej grozy, jak np. w Kantyczce dla Leibowitza Millera czy w cyklu haińskim Le Guin.)

 

GENE WOLFE – NIENACHALNY KATOLIK

W Księdze Nowego Słońca Wolfe’a bardzo przypadły mi do gustu – również nieobce prozie Dukaja – wątki nawiązujące bardziej lub mniej luźno do chrześcijaństwa. Choć Wolfe jest tu wyjątkowo nienachalny, luźne podobieństwa między wiarą chrześcijan a czcią, jaką mieszkańcy Urth obdarzają niejakich Prastwórcę i Łagodziciela czy ich wiarą w nadejście Nowego Słońca, mogą wydać się osobie wierzącej krzepiące.

 

Subtelne sugestie treści bliskich chrześcijaństwu widać również w warstwie obyczajowej. Choćby w uroczym według mnie, „prorodzinnym” zakończeniu jednej ze szkatułkowych historii. Narrator stwierdza w nim, że mężczyźni z jego stron bardzo kochają swoje rodziny: „Powiada się nawet, że kiedy mężczyzna pcha swoją łódź po kamieniach, w szurgocie, jak wtedy powstaje, można usłyszeć dwa powtarzane bez przerwy słowa: żona i dzieci, żona i dzieci, żona i dzieci…”[1]

 

Wszystko to są jednak bardzo delikatne przebłyski, świat Księgi Nowego Słońca jest bowiem mroczny i pełen występku, od okrucieństwa i grzechów seksualnych poczynając, co zresztą może być przeszkodą dla części czytelników lub przynajmniej częściowo psuć im lekturę. Dlaczego tak tam jest – tego po części dowiemy się pod koniec. Historia trochę podobna jak w biblijnej Księdze Sędziów, której okrutna treść, bulwersująca czytelników, którzy natrafią na jej wyrwane z całości fragmenty, jest smutno i słusznie uzasadniona dwoma ostatnimi zdaniami (u Wolfe’a wyjaśnienie pojawia się wcześniej).

 

FANTASTYKA JAKO BALAST

Na zakończenie dwie uwagi z perspektywy czytelnika fantastyki. Po pierwsze, Severian, główny bohater Księgi Nowego Słońca, może być dla nas, współczesnych fantastów, o tyle ożywczy, że praktycznie nie da się go lubić czy trzymać za niego kciuków. Jeśli przywykliśmy szukać w popkulturze bohaterów, z którymi możemy się utożsamiać, czy też reprezentujących grupy, do których należymy, tu możemy od tego schematu spokojnie odpocząć: katowski czeladnik już choćby przez wzgląd na swój zawód nie budzi sympatii, do tego kręci, ciągle dopuszcza się wątpliwych etycznie i logicznie czynów, a jego przygody stają się z rozdziału na rozdział coraz mniej zbieżne z jakimkolwiek naszym doświadczeniem w tzw. realu. To może być uwalniające, bo nabierając dystansu do protagonisty, lepiej docenimy kunszt samej opowieści, choćby niewiarygodność narracji.

 

Po drugie, sztafaż fantasy wydawał mi się ciążyć w odbiorze części zawartości Księgi Nowego Słońca. Być może wspomniane wcześniej wysokoliterackie walory tego cyklu były dla mnie tak trudne do uchwycenia właśnie dlatego, że Wolfe ubrał je w dekoracje, które zazwyczaj kojarzymy z bardzo typowo „gatunkową” prozą przygodową. Nie oznacza to oczywiście, że odmawiam wybitnym dziełom fantasy wstępu do literatury wysokiej, bo byłaby to po prostu nieprawda – czego przykładem nie tylko Wolfe, ale i książki Tolkiena, Le Guin, nagrodzona nagrodą Nike powieść Radka Raka czy choćby pełny kunsztu literackiego cykl smoczogórski Wita Szostaka. Jednak tym razem w przypadku Wolfe’a schematy poznawcze okazały się dla mnie zbyt silne. Co tu kryć, Severian zbyt mocno kojarzył mi się z – fakt, również na swój sposób wybitnym literacko, ale jednak typowo ludycznym – Conanem. Trudniej jest dopatrzeć się subtelnej symboliki magicznego klejnotu czy spotkania epickiego osiłka z jakimś magiem, gdy wcześniej poznało się ileś historii, w których klejnoty i magia były po prostu tworzywami dla niezobowiązujących „przygód”. Wspomniany już Pokój Wolfe’a, pozbawiony ciężaru takich dekoracji, wydawał się łatwiejszy do interpretowania.

 

 

G. Wolfe, Cień i Pazur, Warszawa 2020: Wydawnictwo MAG

G. Wolfe, Miecz i Cytadela, Warszawa 2020: Wydawnictwo MAG

Ilustracja: Hans-August Beer z Pixabay



[1] G. Wolfe, Miecz i Cytadela, Warszawa 2020: Wydawnictwo MAG, s. 334.

niedziela, 14 lutego 2021

Odtrutka na rasizm (Flannery O'Connor, „Ocalisz życie, może swoje własne”)

O Flannery O'Connor (1925–1964), wybitnej amerykańskiej autorce opowiadań i powieści i zarazem głęboko wierzącej katoliczce, dowiedziałam się w latach późnolicealnych lub wczesnostudenckich z któregoś ówczesnego czasopisma hipster katolickiego, prawdopodobnie była to, wówczas znakomita, „Fronda”. Choć do niedawna nie miałam okazji, żeby przeczytać którekolwiek z jej dzieł, czytywałam w międzyczasie kolejne teksty o niej i zafascynowała mnie sama jej osoba.


Urzekł mnie rys abstrakcji w osobowości O'Connor – na przykład jej zachwyt nad ptakami, zwłaszcza pawiami.

Fascynowała – to mało, przyznam się, że stała się dla mnie trochę wzorem osobowym. Kochana przez czytelników i doceniana przez krytyków jako znakomita pisarka o iskrzącej inteligencji, niestroniąca od drastycznych i kontrowersyjnych tematów, bezlitosna w obnażaniu prawdy o ludziach – uwielbiam znajdować takie persony i dowiadywać się, że łączyli to z silną wiarą, i zawsze, a we wczesnej młodości szczególnie, trochę chciałam sama dążyć do stania się kimś takim.


DLACZEGO FLANNERY O'CONNOR JEST WSPANIAŁA

Dodatkowo urzekł mnie rys abstrakcji w osobowości O'Connor – na przykład jej zachwyt nad ptakami, zwłaszcza pawiami, czy też to, że w dzieciństwie została opisana w prasie lokalnej, bo udało jej się nauczyć swoją kurę chodzić do tyłu. I wreszcie to, że jej religijna żarliwość nie stała na przeszkodzie wolnemu stylowi bycia, w tym uczestnictwu w barowym życiu bohemy, dyskusjom na „krawędziowe” tematy i udzielaniu rozmówcom „krawędziowych” ripost – choćby słynny bon mot „Jeśli to tylko symbol, do diabła z tym” rzucone drżącym głosem w rozmowie z mniej wierzącą pisarką na temat Najświętszego Sakramentu. Do tego wszystkiego Flannery, moim zdaniem, bardzo ładnie wyglądała.


Te wszystkie cechy sprawiały, że w młodości nieraz marzyłam, by też stać się taką przenikliwą, uduchowioną intelektualistką, która przyjaźni się z wielkimi ludźmi epoki (znała się m. in. z Mertonem i Chestertonem) a podczas barowych dyskusji rzuca, w dobrej wierze i w dobrym celu, uwagami mocniejszymi, niż jej liberalni znajomi.


WRAŻENIA Z LEKTURY OPOWIADAŃ

Takoż i wzięłam się w końcu za czytanie jej prozy, a konkretnie za kompletny zbiór jej opowiadań wydany pod tytułem Ocalisz życie, może swoje własne. Są znakomite, ale z drugiej strony, żyjąc przez lata legendą autorki, teraz, po lekturze i odświeżonym researchu na jej temat, odczułam, jak to jest, gdy legenda zderza się z rzeczywistością.


WĄTKI RELIGIJNE – RADOŚĆ Z EGZOTYKI

W istocie, tematyki religijnej jest w tych opowiadaniach sporo, choć jest to zrobione w najuczciwszy z możliwych sposobów. Jestem pewna – i odzew czytelniczy to potwierdza – że te teksty z jednakowym zainteresowaniem przeczyta zarówno osoba religijna, jak i niewierząca. Wiara występuje tu po prostu jako jeden z tematów – nieraz bardzo ważny dla bohaterów i niekiedy pchająca ich do bardzo dramatycznych działań, jak w przypadku małego, wychowanego w ateizmie Bevela we wstrząsającym opowiadaniu Rzeka, czy tytułowego bohatera, entuzjasty tatuaży, w pełnych emocji Plecach Parkera.


Jest to jednak zrobione bez popadania w niszowość – osoba nieznająca teologicznych detali nie będzie miała wrażenia, że te teksty traktują o rzeczach dla niej nieinteresujących. Co więcej, uważam, że motywowane wiarą osobliwe decyzje czy przemyślenia bohaterów mogą, szczególnie właśnie dla odbiorców niewierzących, mieć posmak ciekawej egzotyki. Muszę przy tym przyznać, że we mnie, jako osobie wierzącej, te wątki religijne wprawdzie wzbudziły właśnie zaciekawienie i poruszenie, jednak nie było w tym zachwytu czy duchowej łączności z odczuciami bohaterów; nie znalazłam tam odbicia własnej wiary.


Może to kwestia różnicy epok i sytuacji – we współczesnej Polsce po Soborze mamy inny krajobraz duchowy, niż w protestanckich Stanach trzy czwarte wieku temu. Najsilniejszym przeżyciem religijnym odnośnie do Flannery O'Connor i jej twórczości pozostaje więc dla mnie fakt, że pośród „naszych” mamy tak wybitną pisarkę, która potrafi w tak ciekawy sposób opowiedzieć o swoim doświadczeniu religijnym w prozie.


ŚMIERĆ I DRGAWKI PRZEZ SZOK KULTUROWY

Osobliwe decyzje, czyny, myśli i reakcje postaci z opowiadań Flannery O’Connor to kolejna sprawa, która mnie urzekła. Autorka reprezentuje literacki nurt amerykańskiego południowego gotyku, którego flagowymi cechami są właśnie osobliwość, groteska, niestronienie od okrucieństwa, pokazywanie zewnętrznych lub wewnętrznych ułomności bohaterów oraz ich przerysowanych emocji. Nie miałam wcześniej świadomie do czynienia z tym nurtem (gdy czytałam Faulknera, nie wiedziałam, że on też w nim pisze, zresztą czytany przeze mnie Intruz jest chyba mało gotycki) i muszę przyznać, że poczułam się w tym emocjonalnym klimacie jak ryba w wodzie.


Takie przesadne (z punktu widzenia normalsa) reakcje emocjonalne i cielesne na sprawy, które dla człowieka nieceniącego spraw ducha wydają się błahe a dla osoby mocno duchowej – wprost przeciwnie, to coś, o czym zawsze chciałam czytać i co chętnie włączam we własne próby fabularne, jeśli już się zdarzają. U Flannery O'Connor takie skrajne emocje wywołują niekiedy wspomniane już przeżycia religijne (jak w wypadku nawrócenia Ashbury’ego w opowiadaniu Dreszcz), ale najczęściej – szok kulturowy związany z kwestiami bliskimi amerykańskiemu Południu z połowy XX wieku, czyli tarciami między białymi a czarnymi, klasą posiadającą a tzw. „białą hołotą”, czy też miejscowymi a imigrantami.


W opowiadaniach dzieją się zatem dantejskie sceny. Staruszkowie i gospodynie w średnim wieku dostają ataków lub umierają na miejscu, bo ktoś, kogo uważali za gorszego od siebie – osoba o innym kolorze skóry lub imigrant – dostał równe im prawa lub zachował się niezgodnie z ich oczekiwaniami. Krzepki dziadek dokonuje morderstwa na krewnym, który ośmielił się identyfikować z drugą, mezaliansową stroną rodziny. Liberalna nastolatka wpada w histerię połączoną z atakiem epilepsji, bo nie spodobało jej się to, co powiedziała kobieta czekająca z nią w kolejce do lekarza.


BOHATEROWIE FLANNERY I RASA

Przeniesienie przez Flannery O'Connor na zewnątrz tego, co zazwyczaj dzieje się w psychice człowieka, pozwala dokładniej przyjrzeć się pewnym mechanizmom – szczególnie mocno akcentowanym przez autorkę kwestiom związanym z dyskryminacją – co może mieć korzystny skutek etyczny dla czytającego i, szczególnie w naszych napiętych czasach, działać pojednawczo.


Osoba, która rzeczywiście zwykła traktować innych jako gorszych, w opowiadaniach O'Connor zobaczy swoje emocje na tacy, poddane wiwisekcji eksponującej – co tu dużo mówić – ich brzydotę. Niektórych mogą również przekonać (w moim przypadku było to przyjemne w odbiorze przekonywanie przekonanej) morały O'Connor na temat równości biednych i bogatych czy czarnych i białych w dostępowaniu zbawienia, z pierwszeństwem dla tych mniej uprzywilejowanych. Taki morał najdobitniej przedstawiony został w często cytowanej wizji pani Turpin w opowiadaniu Objawienie.


Korzyść moralną i zachętę do budowania pokoju mogą tu znaleźć jednak również ci, którzy z dyskryminacją walczą. Flannery O'Connor w swoich wiwisekcjach uczuć rasistów czy klasistów jest bowiem bardzo empatyczna i pokazuje, że to wszystko nie jest takie proste. Zwolennicy szerzenia równości i sprawiedliwości za pomocą ognia, siarki, cancelu i calloutu mogą zadumać się np. nad tym, że niektóre podziały siedzą w ludziach i wspólnotach ludzkich tak głęboko, że trudno je wyrwać drastycznymi metodami bez zrobienia komuś krzywdy (przykładem otwierające zbiór opowiadanie Pelargonia). O ile to ich jeszcze obchodzi. Bardzo poruszające i wyraźnie pokazujące tę drugą stronę medalu są również te opowiadania, w których przywiązanie do dyskryminacyjnej wizji świata wykazują osoby, które są dla innych bohaterów bardzo drogie – np. czyjaś ukochana żona (opowiadanie Uchodźca, nawiasem mówiąc zawierające bardzo w tym temacie interesujący wątek polski) czy mama (słynne, również z powodu odniesień do filozofii Teilharda de Chardin, opowiadanie Spotkanie).


FLANNERY I RASA

Na koniec powiem, że przy okazji wspomnianego odświeżonego researchu o Flannery O'Connor zimnym prysznicem okazało się dla mnie odkrycie, że, szczególnie we wcześniejszym okresie życia, ona sama również miała tzw. problemy z rasizmem. Oczywiście nie sprzyjała jakiemukolwiek uciskowi, przemocy czy nierówności wobec czarnoskórych, jednak emocjonalnie czuła się ponoć nieswojo w związku ze zniesieniem segregacji, za młodu niechętnie siadała w komunikacji miejskiej obok osób czarnoskórych a i później, już jako pisarka, miewała okazjonalne opory przed interakcją towarzyską z nimi (tu można przeczytać bardzo wielostronny artykuł na ten temat w New Yorkerze, a tu – mądry tekst autorstwa siostry ze zgromadzenia paulistek).


Cóż, może jest to morał dla katolików, że nigdy nie można odpuszczać – nawet jeśli jakaś nasza słabość wydaje nam się taka głęboko zakorzeniona, i taka swojska i nasza, i wszyscy naokoło to rozumieją, i w ogóle nie chcemy być tacy świętoszkowaci w każdej dziedzinie, więc sobie pozwalamy kogoś mniej kochać czy w czymś tam sobie folgować. Bo może np. później zostaniemy kimś sławnym i jakaś mała Shee, czy inna siostra Helena, odczują przez nas czasowe zgorszenie.


Ale ogólnie rzecz biorąc, mam szczerą nadzieję, że Flannery O'Connor jest w niebie (wraz ze zwizualizowanymi przez siebie w Objawieniu ludźmi różnych stanów i ras) a czytać ją – zarówno ze względu na doskonałość literacką, jak i na wspomniane sprawy moralne – bardzo warto.


Flannery O'Connor, Ocalisz życie, może swoje własne. Opowiadania zebrane [The Complete Stories], przeł. M. Skibniewska i M. Kłobukowski, Warszawa MMXIX: Wydawnictwo W.A.B.

Ilustracja: OpenClipart-Vectors z Pixabay