poniedziałek, 8 lutego 2016

Bądź mądry, bądź jak recenzenci z Lubimy Czytać, czyli gdy przypili cię klasyka

Czytam kolejne notki z Recenzji z Lubimy Czytać. Zaglądam do komentarzy, wściekam się. Przemyśliwam o tym jakiś czas, przychodzi mi do głowy jakaś teoria. Zapisuję. W międzyczasie w prasie albo necie pojawia się kolejny komentarz na temat całego zjawiska. Czytam, wściekam się. Wprowadzam poprawki w notatkach. I tak w koło Macieju.

W skrócie dla tych, którzy nie znają sprawy: Recenzje z Lubimy Czytać to facebookowy fanpejdż, na który wklejane są opinie internautów z portalu Lubimy Czytać dotyczące klasycznych dzieł literackich. Recenzje czasem zawierają błędy rzeczowe, częściej jednak ich autorzy po prostu interpretują klasykę według własnych, subiektywnych skojarzeń – a to bazujących na popkulturze, a to na światopoglądzie czytającego, a to na jakimś porównaniu z życia wziętym. Całość ma, jak rozumiem, wywoływać efekt komiczny, tzn. mamy poczuć się lepsi od autorów opinii jako ci, którzy lepiej potrafią interpretować klasyczne dzieła i mogą pośmiać się z ich głupoty.

Wklejki z tych amatorskich recenzji śledzę z sympatią, komentarze publicystyczne na ich temat – z irytacją i rosnącym wrażeniem wyobcowania. Już myślałam, że uratuje mnie Żulczyk w bieżącej Polityce (nr 6 (3045), 3.02.-9.02.2016), bo jego felieton „Beka i kara” był reklamowany jako obrona czytelników wystawianych na pośmiewisko na fanpejdżu. Ale nie, mówi mniej więcej to, co inni. Ta sama żartobliwa, protekcjonalna wyższość, to samo założenie, że te „łobuzy”, które ośmielają się te książki czytać poza kontekstem epoki albo oceniać je negatywnie, to jakiś inny, gorszy typ człowieka, który musi ewentualnie dopiero dorosnąć do prawdziwej lektury.

Złości mnie i smuci i sam fakt istnienia Recenzji z Lubimy Czytać, i ta afera wokół nich. I tak, oczywiście, powodem tej irytacji jest moja urażona duma. A to dlatego, że wykpiony na RzLC sposób czytania klasyki, uznany przez komentatorów za automatycznie wykluczający z szeregów inteligencji i/lub niedojrzały – czyli czytanie potoczne, subiektywne, niekoniecznie poprzedzone wnikaniem w konteksty, traktujące książkę bardziej jako artefakt dnia dzisiejszego i własnego życia czytelnika, niż element epoki, w której powstała – to coś, co sama z chęcią praktykuję, pomimo niegimnazjalnego wieku i humanistycznego wykształcenia. Lubię tak klasykę czytać i lubię w ten sposób o niej rozmawiać. A kiedy najdzie mnie na to ochota, nie zawaham się również w takim subiektywnym, ahistorycznym duchu o klasyce napisać – zresztą robiłam już tu takie próby.

No właśnie, bo czytanie czytaniem, ale co ma zrobić czytelnik-amator, kiedy zachce mu się opisać wrażenia z lektury jakiegoś klasycznego dzieła? Na portalu takim jak Lubimy Czytać, na forum, na blogu? Po odrzuceniu przesądów typu że nie wypada, ja nie godzien, wychodziłoby na to, że główny problem to gigantyczny, w porównaniu z tym, do czego jesteśmy przyzwyczajeni przy bardziej popkulturowym pisaniu, stan badań. Tak długo, jak piszemy o nowościach i/lub literaturze gatunkowej, mamy w miarę fajnie, bo często wystarczy odpalić wyszukiwarkę i już plus minus wiadomo, co o danej książce zostało napisane, do czego warto się odwołać, a czego napisać już nie możemy, żeby nie powtórzyć po poprzedniku. Ale co jeśli przeczytało się właśnie coś z klasyki, głowę ma się pełną wrażeń i chciałoby się to uzewnętrznić, a tu nagle brakuje czasu i kwalifikacji, żeby przedrzeć się przez stu- czy dwustuletnie zwały pism teoretycznoliterackich poświęconych tej książce, a co więcej, możemy mieć podejrzenia, że w tychże zwałach opisano już wszelakie mądre, obiektywne i szanujące kontekst teorie interpretacyjne, jakie można było na temat tego dzieła wysnuć i czegokolwiek byśmy w tej kwestii nie zrobili, narażamy się na powtarzalność, jeśli nie plagiat?

Moja robocza odpowiedź jest następująca: nie da się tego zrobić inaczej, niż tak, jak robią to czytelnicy z Lubimy Czytać. I właśnie dlatego nie ma co się z nich śmiać. Wydaje mi się, że pisanie o klasyce tak, jak oni – z perspektywy swojego bąbla kulturowego, przez pryzmat własnych, wybiórczych doświadczeń książkowych czy filmowych (w tym całkiem popkulturowych), z użyciem wszelakich dziwnych, eklektycznych skojarzeń, jakie przychodzą w danym momencie do głowy, z odniesieniem do bieżących spraw, memów, własnych przeżyć – to jedyny sposób, żeby napisać o klasycznym dziele coś, co będzie oryginalne, a nie będzie wymagało przeprowadzenia wcześniej regularnych badań literaturoznawczych. Tło historyczne i kulturowe klasycznego dzieła, adekwatne fakty z biografii autora czy też oficjalna, „poprawna” interpretacja to coś, co raczej dawno opracowali lepsi od nas. Ale jest prawie pewne, że nikt nie uprzedzi nas w skromnym, subiektywnym opisaniu, jak czytana właśnie przez nas powieść Hugo czy opowiadanie Czechowa ma się do wątku z jakiegoś współczesnego filmu, widoku, jaki mamy z okna, ulubionej piosenki albo czegoś, o czym aktualnie jest głośno w mediach, a co nam się jakoś subiektywnie skojarzyło z książką. Nie wątpię, że większość tego typu skojarzeń nie porwie tłumów ani nie zrewolucjonizuje sposobu patrzenia na dane dzieło, ale my będziemy szczęśliwi, bo się wywnętrzyliśmy, a przy tym będziemy mieć niemal pewność, że taka interpretacja, jak nasza, nigdy wcześniej nie powstała. A jeśli mamy talent, to kto wie, może nawet to nasze pisanie okaże się ciekawe.

Pomysł przyszedł mi do głowy pod wpływem tekstów z RzLC (i co tu dużo mówić, własnych ciągot, bo np. tekst o Krúdym to jak niby pisałam?), ale konsultacja z koleżanką, która siedzi w branży, uświadomiła mi, że jest nawet taki przyjemny nurt krytycznoliteracki, zwany prezentyzmem, który podobną procedurę – czytanie dzieł nie tyle przez ich historię, co przez współczesnej konteksty – w mądrzejszej, bardziej dopracowanej wersji stosuje do całkiem poważnej analizy literaturoznawczej (więcej można sobie o tym przeczytać np. tutaj).1 Jesteśmy więc po bezpiecznej stronie.

Zresztą podobne literaturoznawcze alibi można by znaleźć dla niejednej recenzji wyśmiewanej na RzLC. Trochę mi się chce śmiać, że już taki szmat czasu temu przetoczyły się przez literaturę takie burze, jak postmodernizm mieszający sacrum z profanum i patchworkujący style i epoki, dekonstrukcja rozpierniczająca „oficjalne” sposoby odczytywania tekstów, czy też proklamacja śmierci autora dokonana przez Rolanda Barthes'a, a tymczasem subtelni intelektualiści w komentarzach pod postami RzLC nadal dostają raka, napadów śmiechu albo serca palpitacji, kiedy komuś się Dostojewski skojarzy z kryminałem a Gra w klasy Cortázara – z mieszanką nie zawsze smacznych czekoladek, albo kiedy Gombrowiczowi dostaje się za przesadzanie z formą i stylem. Podobnie bawi mnie fakt, że literaturoznawstwo już dawno zdało sobie sprawę, że można czytać teksty przez pryzmat określonej wrażliwości politycznej, przez co mamy krytykę marksistowską, feministyczną, gejowską, ekokrytykę i co tam nie jeszcze, a na RzLC czymś tak niesamowicie śmiesznym dla autorów komentarzy okazuje się fakt, że ktoś krytykuje Sto lat samotności za seksualną nieobyczajność bohaterów albo Mistrza i Małgorzatę – za sceny nieprzyjemne dla wegetarian. No co, też patrzenie na literaturę przez pryzmat etyki, tylko orientacje etyczne inne. W sumie wydaje mi się, że takie analizowanie książek z perspektywy swojego systemu wartości – przyjęcie takiej własnej, jednostkowej, prywatnej krytyki politycznej – to kolejny sposób na oryginalność dla książkowego interpretatora-amatora.

A zatem, w skrócie – bronię subiektywnego, ahistorycznego odczytywania literatury, uważam, że jest ono sensowną opcją w amatorskim pisaniu o klasycznych dziełach, a poza tym na takie czytanie są odpowiednie paragrafy w teorii literatury. Recenzenci z Lubimy Czytać są w dechę. Trudno mi się to wszystko pisało. Nie jest to moja działka, poza tym temat z gatunku tych bardziej ogólnych, a ja wolę mikroskalę. Jeśli ktoś mnie złapał na jakimś błędzie albo głupstwie, niech da znać. Ale nie chciałam tej całej sprawy z Recenzjami z Lubimy Czytać zostawiać bez komentarza, bo skoro weszło w modę publiczne mieszanie z błotem amatorskiego pisania o klasyce, a ja tu, na Samej porcelanie, z rozmysłem stosuję rejestr amatorski i lubię zestawiać gatunki wysokie z niskimi, to wypadało się jakoś wytłumaczyć. Zresztą kiedy wybuchła ta afera, miałam właśnie pomysł na notkę o czymś kosmicznie klasycznym, ale w ujęciu bardzo dyletanckim. Pomyślę, może ją wrzucę, jeśli się nie będę za bardzo bała.



P.S. Wiadomość z ostatniej chwili: na stronie Recenzje z Lubimy Czytać ukazał się właśnie (7.02.2016) post w odpowiedzi na tekst Żulczyka, w którym gospodarze deklarują sympatię do czytelników z Lubimy Czytać i radość z tego, że wyżej wymienieni „nie wierzą w kanon” i „mają odwagę podzielić się swoją czytelniczą frustracją”. W sumie sympatycznie, chociaż moja duma czytelnicza jest nadal urażona. Pod postem komentarze, spośród których część hejtuje już Żulczyka, część – nadal czytelników z Lubimy Czytać, a jeden – czytanie jako takie. Cudowności.



1Fernie, Ewan. 2005. „Shakespeare and the prospect of presentism”, [w:] Holland, Peter. 2005. Shakespeare Survey: Volume 58, Writing about Shakespeare. Cambridge: Cambridge University Press, 169-184. (https://books.google.pl/books?id=jbjHkT1W1UgC&printsec=frontcover&hl=pl&source=gbs_ge_summary_r&cad=0#v=onepage&q&f=false) (data pobrania: 07.02.2016)

środa, 13 stycznia 2016

Wokół „Herrenvolk” S. Uznańskiego, czyli biedny/a hipster/ka patrzy na II wojnę światową

Jakiś czas temu, w bardzo fajnych okolicznościach, wpadła mi w ręce powieść Herrenvolk Sebastiana Uznańskiego, I dobrze, że wpadła, bo dawno nie miałam okazji podumać na temat II wojny światowej. W bąblu kulturowym, w którym się znajduję, temat jakby w ostatnich latach zamarł. Kiedy chodziłam do szkoły, jaranie się tą epoką było poniekąd na czasie. Były jakieś podwórkowe zabawy z wojną jako motywem przewodnim a na lekcjach historii można było czniać Napoleona czy wojny punickie, ale kiedy wjeżdżała II wojna, wypadało przestać rysować głupoty po marginesach i z pompatycznie wzniosłym wyrazem twarzy posłuchać, co to był ten odcinek „Wizna” albo wyspa Guadalcanal, a z kartkówki dostać nieco lepszą ocenę, niż miało się z pozostałych. Wypadało się tym interesować chłopakom, bo to takie męskie i militarne i dziewczynom, bo jak się coś o tym wiedziało, to nie wychodziło się na pustą dziunię.

A teraz – zupełnie kontrastowo. Kiedy myślę, o czym zazwyczaj rozmawia się ze znajomymi, gdy temat schodzi na historię, to chyba najbardziej przemawia ludziom do wyobraźni dwudziestolecie międzywojenne, albo jeszcze wcześniej, czyli kminienie, kto jest z jakiego zaboru i co to oznacza. Następne w kolejce byłyby lata 50-te XX wieku – to już może nie w rozmowach, ale w kulturze niewerbalnej, vide popularność lindy hop i ten niedawny, jakże pozytywny zwrot w modzie damskiej. Podsumowując, na tapecie są wszystkie dekady naokoło, a o II wojnie cisza. Lekturowo i filmowo sprawy mają się może nieco lepiej, ale i tak zaczynając Herrenvolk, miałam wrażenie, że odblokowuję sobie nieczęsto używane synapsy.

Jest zatem Herrenvolk historią alternatywną, w której główny bohater, Artur Sosnowski, ot taki sobie, żyjący w naszych czasach zwykły chłopak w wieku wczesnodorosłym, zostaje przeniesiony w czasie do roku 1940 i trafia do hitlerowskiej niewoli. Ponieważ niektórzy spośród nazistowskich oficjeli są w stanie łyknąć historię o tym, że gość przybył z przyszłości (duch niemieckiego romantyzmu!), Artur zdobywa sobie pewien posłuch w strukturach III Rzeszy i zaczyna świadczyć hitlerowcom usługi jako doradca. Zarówno jego wskazówki, jak i pewne trudne do zidentyfikowania siły związane z naruszeniem kontinuum czasowego sprawiają, że historia II wojny światowej zaczyna się w powieści toczyć całkiem inaczej, niż pamiętamy z rzeczywistych dziejów. Brawurowo zmieniają się (w stosunku do stanu faktycznego) linie frontu, miejsca ważnych potyczek i ich wyniki. Przyznam, że trochę żałowałam, że nie znam lepiej historii II wojny światowej (jednak lubiłam rysować po marginesach), bo pewnie doceniłabym to jeszcze bardziej, ale i tak miałam z tych odkształceń sporo zabawy. Najbardziej podobały mi się rozwiązania odnośnie do walk w Wielkiej Brytanii, a szczególnie motyw z lisem i jego tradycyjnym znaczeniem w brytyjskiej kulturze. Rany, jakież to było dobre.

To tak tytułem odblokowywania synaps odpowiadających za wrażenia militarystyczne. Mnie akurat bardziej, niż historie alternatywnych potyczek, zajmowała postać głównego bohatera i jego rozmyślania nad wojną, własną sytuacją i moralnymi wyborami. Artur nie jest bohaterem całkiem bez właściwości, ale można powiedzieć, że to dość typowy człowiek naszych czasów, a przy tym osobowościowo raczej średniak. Nie ma dziwactw ani jakichś szczególnie paskudnych cech charakteru. Jest trochę oportunistą, ale ewidentnie wyposażonym w sumienie i skłonność do refleksji. Łatwo się z nim identyfikować.

Problem polega jednak na tym, że z tym swoim nieszkodliwym charakterem Artur mimochodem staje się w powieści zdrajcą swojego kraju, cudowną bronią w rękach wojsk hitlerowskich i pośrednim sprawcą śmierci niewyobrażalnej liczby ludzi. Fakt, ma na ten temat jakieś przemyślenia i widzi, że wokół niego dzieją się złe rzeczy, ale bojąc się bólu, deprywacji i utraty życia, godzi się na to wszystko, podejmując co najwyżej jakieś żałosne, niewidoczne dla ogółu formy sprzeciwu typu dopuszczanie się drobnych niebłagonadiożnosti w pożyciu erotycznym, żeby nie wszystko było tak, jak Hitler nakazał. Czytając, trudno nie patrzeć na Artura krytycznie i z wyższością, ale jego sytuacja jest na tyle podobna do współczesnych pokus typu praca na nie do końca uczciwą umowę czy tolerowanie czyichś nieakceptowalnych dla nas poglądów, że łatwo wyobrazić sobie, że na jego miejscu można by się podobnie zaplątać. Dosyć to straszne.

Druga, oprócz protagonisty, postać, która szczególnie rzuca się w oczy i prowokuje do rozkminy, to Weiner - „dobry Niemiec”, który od początku obdarza Artura zaufaniem i staje się jego przewodnikiem po wojennej rzeczywistości. Z tą swoją dwoistą postawą – szlachetna dusza i sprzeciw wobec nazizmu, ale z drugiej strony motywowana patriotyzmem decyzja o pozostaniu wysoko postawionym żołnierzem III Rzeszy i w zasadzie prowadzenie w ramach służby dość przyjemnego i dostatniego życia – totalnie kojarzył mi się z Ernstem Jüngerem i dlatego też jakoś mnie elektryzował podczas lektury. Ponieważ jednak do fikcyjnego bohatera podchodzi się z mniejszą atencją i bardziej na zimno, niż do postaci historycznej, a przy tym potężnego klasyka i moralisty, jakim był autor Promieniowań, w pewnym momencie nasunęło mi się w odniesieniu do Weinera nieco zgryźliwe skojarzenie z memem z cyklu Things Jesus never said: „tak naprawdę nie liczy się to, co robisz, jeśli w głębi duszy pozostajesz dobrym człowiekiem”.1 Przez większość czasu trwania powieści „dobroć” Weinera wydaje się polegać na w miarę cywilnym zachowaniu i górnolotnych przemyśleniach, podczas gdy obsługiwany przez niego system wyrządzał zbrodnie. Wstępna moja konkluzja z zapoznania się z postacią Weinera była taka, że jeśli rzeczywiście tak (w sensie, spijaniem koktajli na koszt reżimu i moralnym kompromisem) kończy się przygoda z przebieraniem w orientacjach politycznych i nieopowiadaniem się za żadną z opcji, to nie wiem, czy to jest dobre rozwiązanie i czy sama rzeczywiście chcę w tę stronę. Plus jeszcze nasunęło mi się, że strasznie przydatną cechą jest umiejętność wyczucia momentu, kiedy „nasi” zaczynają przeginać.

Podobał mi się przekaz Herrenvolk. Fajny, nienarzucający się narrator, kilka zapadających w pamięć zdań wypowiedzianych przez Annę czy psychoterapeutę Hoffmana, czy wspomniane przemyślenia Artura. Był jednak jeden moment, który mnie zirytował. Chodzi mi o pobyt Artura w schronie państwa Meyers – prostej rodziny, fanatycznie wielbiącej Hitlera. W opisie tej rodzinki przerysowane, potworne wręcz ubóstwienie führera (wiara, że powieszenie jego podobizny na ścianie chroni przed bombardowaniem) niepokojąco miesza się z cechami neutralnymi lub wręcz poczciwymi: ci ludzie wyznają obrzydliwe poglądy polityczne, ale jednocześnie są gościnni dla nieznajomego, prowadzą zwyczajne, ciepłe życie rodzinne, wierzą w Boga, a kiedy w schronie rodzi się dziecko, z którym jest jakiś problem, w ich rozmowach absurdalne, okrutne poglądy z domeny eugeniki mieszają się z czymś, co dziś wyglądałoby jak humanistyczny prolajf („Nie my daliśmy mu życie. Nie my powinniśmy je zabrać”2). Przy tym ci prości, tradycyjnie żyjący ludzie są przedstawieni w książce jako ideologicznie wyprane potwory, z którymi nie da się żyć – tak jakby w opozycji do takich bohaterów, jak Artur czy Liliane, prowadzących z kolei dość libertyński styl życia, a przy tym równie uwikłanych w system, ale przedstawionych jako zasługujących na względną sympatię, bo przecież oni się zastanawiają, oni kwestionują. Nie podważam zasadności takiego przedstawienia – z epilogu Herrenvolk wynika, że podbudowę pod opis życia codziennego w Rzeszy stanowił solidny research – ale zawsze deprymowały mnie zestawienia tego typu. Podobnie mam z Kabaretem Boba Fosse'a. Urzeka mnie ten film, ale denerwuje mnie, że bywa odbierany na zasadzie: akceptuj reguły Kabaretu, z jego płytkością, hedonizmem, przelotnymi więziami i brakiem apetytu na „coś więcej” w życiu, bo jak nie będziesz akceptował, toś faszysta i pobratymiec tego chłopca, co to śpiewa „Tomorrow belongs to me”. No, mnie nie odpowiada żadna z tych opcji i zawsze miałam nadzieję, że istnieje trzecia droga. Chociaż jeśli jednak jej nie ma, to wiadomo, lepszy chyba Kabaret, w którym można istnieć na własnych zasadach i delikatnie zarażać innych swoim stylem bycia (w filmie coś takiego robi moja przesympatia, panna Landauer), niż totalitaryzm.

Jeszcze na osi Herrenvolk kontra Kabaret, w Herrenvolk mamy rozbicie drugiej dychotomii widocznej w filmie: faszyzm kontra dekadencka sztuka. W Kabarecie świat artystów, z jego frywolnością i kontrowersyjnymi środkami ekspresji, wyraźnie odcina się od prostoty, brutalności i starań o „czystość przekazu” hitlerowców. W Herrenvolk natomiast, za sprawą podróży Artura w przeszłość i w konsekwencji zachwiania biegu historii, kultura III Rzeszy zaczyna się zmieniać i obok topornych form sztuki, których jedynym celem miała być służba Hitlerowi czy rozrostowi narodu niemieckiego, pojawiają się zjawiska, które Anglofoni ładnie określają jako edgy: kluby z ostrą muzyką przypominającą techno czy stroje nawiązujące do czegoś pomiędzy ciuchami metalowców a estetyką BDSM. Celem tych form kulturowych okazuje się zresztą dla odmiany, hm, służba Hitlerowi i rozrost narodu niemieckiego. Tym niemniej, ciekawie się o tym czyta. Podobnym odkształceniom podlega w Herrenvolk technologia – pojawiają się wynalazki, o których w rzeczywistych latach 40. nikt nie słyszał – a także design: przyciężkie formy architektoniczne Speera, które kojarzymy z historii, czy kanciastość ówczesnych urządzeń mechanicznych zostaje zastąpiona opływową, organiczną estetyką kojarzącą się z budową organizmów roślinnych czy zwierzęcych. Trochę się podczas czytania zastanawiałam, czemu poszło to akurat w tę stronę, ale pewnie nikt mi na to pytanie nie odpowie.

Książkę czytało mi się potoczyście, ciężko ją było odłożyć i dopiero po skończeniu zdałam sobie sprawę, że po pierwsze, w sumie czytałam ją jednak dość długo (nie zauważyłam tego wcześniej), a po drugie, chociaż w trakcie lektury zdecydowanie chciało się wiedzieć, co będzie dalej, to w sumie nie jest to rzecz jakoś szczególnie napakowana akcją. Moim zdaniem, Herrenvolk to bardzie opisanie alternatywnego świata, coś jak Podróże Guliwera, niż historia niesamowitych przygód. Ale tak jak wspomniałam, procesu lektury to nie zakłóca. A tak ogólnie, czy zachęcam do lektury? Jeśli ktoś nie jest podatny na zgorszenie przez okrutnawe opisy tortur (na początku książki), czy też dość naturalistyczne sceny erotyczne (to bardziej w dalszej części), to tak, jak najbardziej. Jak na moje, ciekawa, wartościowa rzecz, w dodatku przypominająca o sprawach, nad którymi na co dzień nie ma okazji się zastanowić. I nawet, jeśli zastanawiając się nad nimi, zaczyna się brzmieć trochę tak, jak gość z wiersza zahintowanego w tytule notki, to i tak myślę, że lepiej się nad takimi rzeczami zawczasu zastanawiać, niż nie.


1 <http://www.churchpop.com/wp-content/uploads/2014/08/114.jpg>. Na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości – to naprawdę NIE SĄ słowa Jezusa. (przyp. Shee)


2 Uznański, Sebastian. 2011. Herrenvolk. Rzeszów: FOX Publishing Bartosz Kusibab, s. 217.

środa, 23 grudnia 2015

„Smok” Bagińskiego i kobiety



30 listopada miał premierę krótkometrażowy filmik fantastyczny pt. Smok w reżyserii Tomasza Bagińskiego. Kto jeszcze nie miał okazji, może go sobie zobaczyć tutaj – dajcie szansę, to tylko 13 minut, będziecie wiedzieli, o czym piszę. Tym bardziej, że sadzę w tej notce spoiler za spoilerem.


Cóż mogę powiedzieć? Fajny statek i sympatyczne roboty, fabuła prościutka, gdzieniegdzie jakby niedopracowana, a gdzieniegdzie okraszona kuriozalnymi pomysłami. Generalnie, filmik spłynąłby po mnie jak woda po kaczce, gdyby nie to, że Łaku w fejsowym wpisie wywołał temat sposobu przedstawienia w Smoku postaci kobiecych. Wpis jest w statusie dla znajomych, cytuję za zgodą autora:


Obejrzałem "Smoka", Bagiński dostarcza sporo zabawy. Nawet nie wiem czy nad takim pół serio szortem pochylać się z jakimiś serjaśnymi uwagami ale leży sposób prezentowania kobiecych postaci - albo są przechwytywaną nagrodą dla obu stron, albo nadtroskliwą i nie do końca zorientowaną mamą protagonisty. Bo i po co pokazywać że się pogrywa z legendą i z smoka robi terroryste w wunderwaffe skoro tak naprawdę się z nią nie pogrywa. Razi zwłaszcza ta inspiracja "Ghost in the Shell", gdzie przecież (chyba w serialu), pada bardzo fajne pytanie do głównej bohaterki-cyborga spod znaku - możesz mieć każde ciało, dlaczego zostałaś przy kobiecym? A tutaj mamy sprowadzenie całości do high-techowej owcy wypchanej siarką i smołą. (…)
(Łaku na swym profilu na Facebooku, 30.11.2015r.)


Ghost in the Shell nie oglądałam – wygląda na to, że rzeczywiście Bagiński zepsuł ciekawy intertekstualny motyw i strywializował, sądząc po przytoczonym zdaniu, fajny sposób spojrzenia na kobiecość. Co do pozostałych rzeczy, to poczułam się na tyle zaintrygowana, że obejrzałam Smoka jeszcze raz, skupiając się właśnie na wizerunku kobiet. Poniżej subiektywne wnioski. Ton lekko polemiczny nie odnosi się do wpisu Łaka (któremu jestem generalnie wdzięczna za inspirację do zabawy w taką analizę i zapodanie motywu z Ghost in the Shell), ale wynika z mojego ogólnie przekornego nastawienia do tematu przedstawiania kobiet w kulturze.


Rzeczywiście, sporo (chociaż nie wszystkie – o tym za chwilę) scen ze Smoka z udziałem kobiet pokazuje bohaterki stereotypowo: kobieta bajerowana przez mężczyznę, bezwolnie przezeń uprowadzona, czy też naiwnie zatroskana o swoje dziecko. Mam jednak wrażenie, że stereotypizacji poddane są w tym filmie wszystkie postaci. Stereotypowo, przy użyciu wyświechtanych klisz pokazani są mężczyźni (macho – Kamczatkow, rycerz na białym koniu – Janek), przedstawiciele władz (oczywiście nieskuteczni i biorący łapówki), dziennikarze (koniecznie wścibscy i zadające debilne pytania), paneliści w TV (wiadomo, nic mądrego nie powiedzą, tylko się pokłócą), Rosjanie (Kamczatkow jako muzykalny brutal-romantyk), czy krakowianie (ich główną motywacją, by w ogóle wyjść z domu, jest zakup precli, vide 7:10). Taki sposób pokazania postaci jest strasznie dziwny, bo sugerowałby, że Smok to jakaś komedia charakterów, co jest nieprawdą, bo to przecież film(ik) akcji i komediowo przerysowani bohaterowie gryzą się z konwencją. Zamiast śmiesznie, jest zatem kuriozalnie, a dla widzów wrażliwych na stereotypy – potencjalnie krzywdząco.


To, że w kwestii stereotypów kobiety nie są, moim zdaniem, przedstawione w Smoku gorzej od innych grup bohaterów, nie znaczy, że nie ma w filmie scen, gdzie żeńskie bohaterki są źle traktowane. Niektóre momenty wywołały na mnie naprawdę przykre wrażenie. Zrobiło mi się niemiło, kiedy Kamczatkow pogardliwie wziął pod brodę Olę, gdy ta próbowała go atakować (6:25). Komentarz z Internetu z 7:10 o tym, że porwanym dziewczynom się należało, to chamski victim blaming, a rada, by kobiety nie wychodziły w ogóle z domów, by ustrzec się porwania – protekcjonalność i niemiłe ograniczenie wolności. Co prawda nie rozumiem feministycznego hejtu na komplementowanie kobiet, nawet w sytuacjach nieadekwatnych, ale telewizyjny komentarz z 11:51 na temat dopiero co wyswobodzonych ofiar porwania, informujący, że „wyglądają ślicznie” zrobił na mnie dość mroczne wrażenie: naprawdę, w sytuacji potencjalnego zagrożenia życia ważniejsze są inne rzeczy. A następujące zaraz potem pytanie dziennikarza do jednej z ofiar (11:52), czy Kamczatkow był „oziębły” i miał „nieświeży oddech”, to już w ogóle mrok. Wprawdzie wszelakie przesłanki wskazują na to, że Smok nie dopuszczał się na swoich więźniarkach żadnych aktów przemocy, w tym seksualnej (nie ma takich scen w filmie a dziewczyny po wyjściu z niewoli nie wyglądają na straumatyzowane), jednak skoro dziennikarz tak pyta, to zapewne sam uznaje, że przemoc seksualna jednak była, a w takim przypadku są to dość ohydne żarty.


W tym momencie nasuwa mi się jednak pytanie – i co z tego, że źle się czuję, oglądając te sceny? Na pewno te ordynarne zachowania bohaterów świadczą jakoś o nich samych i przyczyniają się do ich charakterystyki – możemy sklasyfikować internautów ze Smoka jako prymitywów, a dziennikarza – jako pozbawionego empatii idiotę. O samych bohaterkach-kobietach te akurat momenty filmu mówią niewiele. Osoba wierząca w to, że poprzez teksty kultury można i należy wychowywać społeczeństwo, może tu rzeczywiście znaleźć garść niewychowawczych przykładów. Ja akurat w tę wychowawczą rolę nie wierzę, więc powyższe swoje wrażenia odbieram po prostu na zasadzie „OK, ten utwór wywołał we mnie takie i takie emocje”.


Zresztą nawet jeśli by potraktować sztukę filmową jako potencjalny oręż do walki z nierównością płci, to Smok nie pokazuje kobiet wyłącznie jako słabych, biernych dam w opałach. OK, główne wątki – porwanie głównej bohaterki, dziewczyny więzione przez Kamczatkowa czy kobieta-cyborg, która nic nie robi – rzeczywiście pokazują kobiety jako postaci pasywne. Ale jest też sporo motywów, gdzie zaakcentowana jest siła kobiet i ich status równy męskiemu.


Rozumiem, na ten przykład, że postać mamy Janka nie kojarzy się z emancypacją, bo to taka stereotypowa mama. Z drugiej jednak strony, ma ona przemożny wpływ na syna (funkcja „Kontrola rodzicielska” w komputerze; telefon podczas akcji z cyborgiem), więc nawet jeśli jest stereotypowa, to jednak jednocześnie silna i mająca kontrolę.


Poza tym, kobiece bohaterki Smoka nie są ciągle sztampowo słodkie i miłe – są w filmie sceny, gdzie okazują złość, używają mocnego języka, a nawet przemocy: Ola, która ostatecznie daje się udobruchać, ale jednak reaguje gniewem, kiedy Janek ją filmuje (1:26); internautka Kasia Kowalskia [sic!] z 5:46, ucinająca seksistowskie komentarze na temat porwanych dziewczyn słowami „Co ty p******lisz gościu?!”, znów Ola, rzucająca się z pięściami na Kamczatkowa (6:25), czy też jedna z uwięzionych dziewczyn fizycznie atakująca wścibskiego dziennikarza (11:53).


Szczególnie ciekawa jest postać panelistki z telewizyjnej debaty (3:59). Już przez sam fakt, że w takim panelu bierze udział kobieta, robi się bardziej równościowo, niż w realu, gdzie często słychać narzekania, że do programów politycznych są zapraszani praktycznie tylko politycy-mężczyźni. A w Smoku kobieta-panelistka nie dość, że jest, to jeszcze wykazuje się największą stanowczością: po jakimś czasie niemrawej pogawędki na wizji, to ona nadaje ton, pytając surowo: „Jak można dogadać się z gangsterem?” (4:12), a kiedy pozostali rozmówcy – mężczyźni – nadal nie wykazują chęci do konstruktywnej dyskusji, energicznie opuszcza studio (4:26).


Wątek romantyczno-ratunkowy między Jankiem a Olą istotnie jest stereotypowy, ale Ola wykazuje inicjatywę, sama przysiadając się do Janka w 12:24 i dopominając o obiecane kino. Poza tym na początku filmu (1:05) widzimy ją, jak gra w kosza w mieszanym składzie, więc można wnioskować, że i krzepę fizyczną ma nie gorszą od facetów.


Co do równouprawnienia obyczajowego, to warto zauważyć, że dwuznaczne fotki robi w Smoku nie tylko bohater męski bohaterce żeńskiej (Janek fotografujący Olę), ale i bohaterka żeńska bohaterom męskim (Pinky Dragonetta robiąca zdjęcia skaterom w 1:00). W tej kwestii jest więc jeden do jednego. Przyznam się, że sama nie wiem, co w kwestii obyczajowości myśleć o fascynacji Kamczatkowem, jaką przejawia Pinky Dragonetta i internautka Dominica (ta ostatnia w bardzo bezpośredni sposób, słowami „Bierz mnie, Smoku!!!” w 7:09). Bo z jednej strony jest to takie wiernopoddańcze i tak naprawdę stereotypowe, ale z drugiej – no, mówią jednak dziewczyny, czego chcą, prawda?


A, no i nie żeby akurat mnie te wszystkie powyższe rzeczy, jako odbiorczynię, ziębiły czy grzały – pozbierałam je tylko po to, by pokazać, że bohaterki Smoka to jednak nie stuprocentowe ciepłe kluchy i pewne cechy stockowej Silnej Postaci Kobiecej można u nich znaleźć.


A część z przedstawień kobiet i tematów okołokobiecych w Smoku, pomimo pewnej kontrowersyjności, po prostu mi się spodobała. To cukierkowe, przerysowane zauroczenie Oli i Janka, z tymi ich uśmiechami i zacukaniem, oglądało mi się uroczo, wprost proporcjonalnie do tego, jak bardzo jest zapewne od czapy psychologicznie (no bo kto się jeszcze dzisiaj potrafi tak cieszyć drugą osobą i się tego nie wstydzić, no kto?). Nie ruszył mnie negatywnie motyw z filmowaniem i to, że Ola uznała je za komplement – ostatecznie, chodziło o zupełnie jawną sytuację w miejscu publicznym a Janek nie miał złych zamiarów. I motyw z mamą cieszącą się, że syn ogląda zdjęcia (ubranych!) dziewczyn a nie robotów, choć głupawy i moralnie wątpliwy, też ma jeden pozytywny aspekt. Przecież samotność i ucieczka w technologię to też poważny problem społeczny. Może mama Janka, przypominając synowi w taki, nieco koszarowy sposób, że ludzie są jednak ważniejsi niż przedmioty, przed czymś – na przykład taką właśnie samotnością i ucieczką – go uratowała?


Podsumowując, wrażenia co do wizerunku kobiet w Smoku mam mieszane, ale bardziej pozytywne, niż negatywne. Pewnie częściowo powodem są moje osobiste popkulturowe preferencje – niespecjalnie rusza mnie kult silnych bohaterek i odwracania tradycyjnych ról genderowych wszędzie, gdzie się da. Ale nawet pomijając to, myślę że taki właśnie sposób przedstawienia kobiet – zresztą, po dokładniejszym przyjrzeniu się, nie taki jednoznacznie stereotypowy – po prostu pasuje do stylistyki filmu i – szerzej – cyklu Legendy polskie. Po obejrzeniu drugiego filmu z cyklu – Twardowskyego – zdałam sobie sprawę, że przaśność, która wychodziła tu i ówdzie w kreacji postaci kobiecych w Smoku, to – stety bądź niestety – klamra kompozycyjna obu filmów. W Smoku mamy przaśnie przedstawione i przaśnie traktowane kobiety, a w Twardowskym główny bohater urządza w statku kosmicznym ołtarzyk z kibolskimi gadżetami i wykazuje się stereotypowo polskim cwaniactwem i niesubordynacją. Może zatem klisze w przedstawianiu i traktowaniu kobiet, w jakie na pierwszy rzut oka obfituje Smok, można odczytać również na zasadzie satyry na seksizm jako jeszcze jedną naszą narodową przywarę?




P.S. W grudniowym Regularniku Drugiej Ery moja recenzja Antipolis Tomasza Fijałkowskiego, a konkretnie m.in. dlaczego Antipolis jest fajną opowieścią o apokalipsie (bo są tam kawiarenki i kamieniczki) a Mad Max niefajną (bo brudno, obskurnie i dużo rdzy). Innymi słowy, porcelana level hard. Zapraszam!

poniedziałek, 30 listopada 2015

Piracka gra literacka, czyli jak inaczej wykorzystać szanty



1. Odpal kanał na youtubie (lub gdziekolwiek indziej), gdzie jest dużo szant.


2. Wyszukaj taką, której głównym bohaterem jest jakaś jednostka pływająca (statek, okręt, cokolwiek).


3. Większość szant, opisując jednostki pływające, personifikuje je: opisuje statek jak ukochaną kobietę lub dzielnego kompana, nadaje mu cechy charakteru, obdarza emocjami.


4. Potraktuj to, co jest w szancie powiedziane o tym statku tak, jakby był to opis człowieka.


5. Wynotuj wszystko, co jest w tekście szanty powiedziane o tej „postaci”.


6. Wykreśl elementy, które wskazują, że mamy jednak do czynienia z przedmiotem, a nie człowiekiem (np. czynności pokładowe, którym statek jest „instrumentalnie” poddawany przez załogę) czy ogólnie bytem nieczłekokształtnym (np. szczegóły budowy statku niepasujące do opisu budowy człowieka). Ewentualnie, ostrożnie i z szacunkiem zaadaptuj je tak, by pasowały do opisu osoby ludzkiej.


7. Wykreśl elementy, które kojarzą się zbereźnie. Z racji na to, że adaptujemy opis przedmiotu, a także na dość jednostronną wyobraźnię marynarzy, nie wyjdzie z nich nic ciekawego. Jeśli ta sfera będzie ci potrzebna w kreacji postaci, dodasz ją później.


8. Przejrzyj opis bohatera literackiego, który właśnie otrzymałeś. Dodaj szczegóły, które wydadzą ci się potrzebne. Poniżej dwa przykłady:

Czarny charakter, ale budzący sympatię. Nosi jakieś ckliwe, „mówiące” imię, np. Kordian albo Dolores. Trudni się przemytem. Niegdyś wykonywał uczciwszy fach, ale wszedł na drogę bezprawia pod wpływem namów swoich licznych kochanek. Ma konszachty z jakimś podejrzanym bóstwem (to pozwala wprowadzić wątek fantastyczno-mitologiczny). Jest pracoholikiem i perfekcjonistą. Przeciwnicy ciągle go ścigają, więc żyje w ciągłym stresie, co odbija się na jego zdrowiu. Dobrze wyczuł lukę rynkową i wydaje się niepokonany, ale jednak ostatecznie odpowiednie służby łapią go i szlachtują. Po fakcie okazuje się, że takich jak on było więcej, ale tylko o nim dowiedziała się opinia publiczna.

„Samantha” (Zejman & Garkumpel)
Starsza, niepozorna kobitka, którą narrator zna z pracy (branża związana ze spedycją, muzyką albo jednym i drugim). Pełniła tam funkcję księgowej, kadrowej lub coś równie emocjonującego. Jest mocno przy kości i nosi niemodne ciuchy. W porównaniach z innymi pracownicami wypada fatalnie. Narrator czuje się z nią jednak szczególnie związany. Jest to związek o charakterze innym niż romansowy: może np. wspierała go psychicznie, kiedy zaczynał staż albo była jedyną osobą, która go tam w ogóle lubiła. Kobieta nie osiągnęła w swoim zawodzie wiele i w końcu odeszła na emeryturę, jej ulubionym zajęciem staje się siedzenie przy oknie jako tzw. poduszkowiec i wygrzewanie się w słońcu. Narrator, pozbawiony towarzystwa ulubionej współpracownicy, popada w depresję, co ma wpływ na dalszy kształt narracji – można rozważyć wprowadzenie tu pewnych nowoczesnych eksperymentów z formą opowieści.


9. Napisz utwór literacki, w którym będzie występował twój bohater. Opowiadanie, powieść, a może wiersz?


10. Opublikuj go.


11. Zgodnie z piracką tradycją, nie mów, skąd wziąłeś pomysł. Szanty to i tak wspólne dobro kulturowe, nikt nie powinien cię ścignąć za prawa autorskie. Możesz co najwyżej, w ramach wdzięczności, westchnąć za tych, co na morzu. Albo wypić ich zdrowie. Nie musi być z procentem: szpinakowo-jarmużowe smoothie też jak najbardziej obleci. Do dzieła!

piątek, 20 listopada 2015

„Wróżenie z wnętrzności” Szostaka: pięć łyżek miodu, jedna dziegciu, jedna nie wiem czego


1. Czy warto przeczytać Wróżenie z wnętrzności? Oczywiście, że warto. Kto wie, o co chodzi z Witem Szostakiem, to już i tak się zabrał albo zabierze. Kto nie wie – warto choćby po to, żeby wiedzieć, o czym ja tak cały czas (no, przynajmniej od czasu do czasu). Jeśli powody towarzyskie to za mało – przede wszystkim język. Podobnie jak w Oberkach do końca świata, jest tu tak niesamowicie muzyczna fraza, że gdyby to czytać totalnie bez zrozumienia, to i tak pewnie robiłoby wrażenie. Chciałabym, żeby istniała muzyka, która brzmiałaby tak, jak to jest napisane. Trochę się nawet bałam, że jak skończę czytać, to załączy mi się mówienie czymś podobnym, ale na szczęście nie. Poza tym – jeszcze z powodów, dla których warto przeczytać – jest w tej powieści dużo nienarzucającego się moralnego dobra (przykład w punkcie 5) i ponoć również solidna podbudowa filozoficzna. Ja się na tym za mało znam, ale tak ludzie mówią i intuicja też podpowiada, że tu idzie o tzw. coś więcej.


2. O czym to jest? Dla mnie u Szostaka najważniejsze są kwestie z punktu 1, więc mogłoby na dobrą sprawę być o czymkolwiek. Ale jest akurat o Mateuszu i Marcie – młodym, dzieciatym małżeństwie, które porzuciło życie w mieście i zamieszkało na górskim odludziu, w miejscowości o nazwie Poświatów, w willi przebudowanej z dawnej stacji kolejowej. Mieszka z nimi niepełnosprawny umysłowo brat pana domu, Błażej, który pełni funkcję narratora i z którego perspektywy poznajemy realia życia domowników. Narrator jest zatem osobą szczególną, a i realia są szczególne, bo w trakcie opowiadania rzeczywistość się odkształca – górska dolina zaczyna niekiedy przypominać tereny śródziemnomorskie, ludzie bywają bogami a kolacja ze znajomymi potrafi przemienić się w destrukcyjny rytuał ofiarny. Całość jest podzielona na pięć mniejszych historii, z których dwie ostatnie – zwłaszcza ich zakończenia – są najwspanialsze.


3. To jest potwornie smutna książka. Pokazuje same najlepsze rzeczy, jakie można sobie wymyślić w doczesnym życiu – góry i Śródziemnomorze, szczęśliwą miłość, przyjaźń i harmonijne życie rodzinne, kontakt z naturą, twórczość artystyczną i przynajmniej wspomnienie życia kulturalnego, pięknych ludzi, ładne wnętrza, dobre jedzenie, wino – jest w ogóle jeszcze coś innego fajnego na tym świecie? A we Wróżeniu z wnętrzności wszystkie te cudowności wydają się być zgromadzone w jednym czasie i miejscu akcji tylko po to, by pokazać, jak bardzo są do niczego. Główni bohaterowie mają wszystko, a i tak atmosferę w książce można by ciąć nożem, każdy sobie z czymś nie radzi, każdy gdzieś ucieka, a ze wspomnianych dóbr korzysta się bez radości – góry są po to, by się w nich kryć przed bliskimi, zaproszonych przyjaciół obserwuje się z niechęcią albo obraża przy stole... To dość dołujące i podczas lektury można w każdą z tych rzeczy – przynajmniej czasowo – zwątpić. Atmosferę rozładował nieco sam autor na spotkaniu poświęconym książce, podsuwając, że Poświatów można interpretować jako czyściec. Faktycznie – bohaterowie Wróżenia z wnętrzności są podobni do duchów Józia i Rózi z Mickiewiczowskich Dziadów. Niby opływają we wszystko, co dobre, a i tak dręczy ich nuda i trwoga. Z tym że Mateuszowi i Marcie brakuje czegoś innego, niż ziarnek gorczycy, bo cierpienia też niby doświadczyli, a i tak nic nie zrobiło się lepiej.


4. Wróżenie z wnętrzności, zgodnie z tytułem, jest pełne frazeologii związanej z organami wewnętrznymi i tak sugestywnie ją przywłaszcza, że trudno jej teraz dalej normalnie używać. A to takie przydatne zwroty były. „Wypruwanie sobie żył” - fakt, pewnie bywa powiedzeniem rodzinnym, tak jak w domu powieściowego Mateusza, ale jest też przecież takie użyteczne jako określenie przeciwieństwa hipsterskiej nonszalancji: „nie no, spoko, żył sobie nad tym nie wyprułam”. „Życie z otwartym przewodem” to z kolei przydatna fraza w życiu uczelnianym – zresztą to od dawna funkcjonuje jako mem, jest nawet taki fanpejdż na Facebooku. Z kolei frazeologia związana z czynnościami przewodu pokarmowego w odniesieniu do funkcji umysłowych jest mi szczególnie bliska jako miłośniczce dogłębnego i długotrwałego roztrząsania problemów wszelakich: wygodnie było powiedzieć, że coś trzeba przetrawić, albo że jest takie z trzewi. A teraz – po tej książce – jakoś tak głupio. Normalnie książka-złodziej.


5. (TROCHĘ SPOILER) Nie lubię zaprzęgania literatury do celów wychowawczych czy społecznych. Ale tutaj nie mogę się powstrzymać się przed jedną taką uwagą. U Szostaka totalnie niesamowity jest sposób pokazania niepełnosprawności i późnej starości. Kiedy któryś z tych motywów pojawia się w literaturze czy sztuce współczesnej – takiej bardziej eksperymentalnej, nie mam na myśli ugrzecznonych, familijnych obrazków – to z reguły na zapas zaczynam się bać. Zawsze wydaje mi się, że ktoś kogoś będzie źle traktował albo stanie się coś innego drastycznego. Jak w finale Cześć, Tereska Glińskiego. Albo że przynajmniej wyjdzie, jakim taka osoba jest problemem dla otoczenia. W Wróżeniu z wnętrzności poraża – i zachwyca – to, z jaką miłością pozostali bohaterowie traktują osoby niesprawne. Błażej, ze swoim odizolowaniem, niewidzącym spojrzeniem i „gęsioskórkowatym” podobieństwem do pana domu, jest przyczyną zakłopotania osób przyjeżdżających do Poświatowa. Cóż może być gorszym przewinieniem dla ludzi naszego pokolenia, niż budzenie konfuzji i wprowadzanie dziwnej atmosfery? A tymczasem nikt nie reaguje na niego nieprzyjaźnie, nikt się na niego nie gniewa, każdy odnosi się do niego z czułością – do samego wzruszającego finału książki włącznie. Podobnie jest z sędziwym ojcem Błażeja i Mateusza. Kiedy zaczyna mieszkać w domu Marty i Mateusza, w zasadzie wywraca ich życie do góry nogami i wymaga ciągłej opieki. I nie tylko nikt się na to nie skarży, ale wręcz te wszystkie czynności opiekuńcze – mycie, karmienie, spacery, rozmowy – są opisane jako coś w rodzaju pięknego rytuału. Metaforycznie widać, że wpływ ojca na otoczenie nie jest całkiem pozytywny: swoimi ponurymi wspomnieniami sprawia, że ogród Marty staje się szary. I co na to jego syn? Zaczyna wozić ojca po okolicznych górskich ścieżkach – nawet nie dlatego, żeby ten nie odbarwiał roślin w ogrodzie, ale, jak rozumiem, po to, by miał więcej przestrzeni do spokojnego snucia swojej szarości. A motyw „Nie chowaj się, wiem, że tam jesteś”, oprócz tego, że dość powala fabularnie, jest niemal podręcznikowym przykładem na to, jaką rozmowę należy odbyć z osobą u schyłku życia, żeby mogła w spokoju odejść. Czegoś podobnego uczą się na kursach przygotowawczych wolontariusze opieki paliatywnej.


6. Łyżka dziegciu: to i owo w Wróżeniu z wnętrzności mocno kojarzy się z niektórymi poprzednimi książkami Szostaka, a głównego twistu łatwo było się domyślić przed jego rozwiązaniem.


7. Marta, za wyjątkiem kilku konkretnych czynów, jest, jako bohaterka, chodzącym ideałem. Mądra, dobra, naturalnie piękna, związana z naturą, troskliwa dla rodziny, świetna i zaradna w tym, co robi zawodowo... Jednocześnie, choć narrator nazywa ją boginią Poświatowa, jest w tym wszystkim dość bliska zwykłemu życiu i zastanawiam się, czy tylko mnie wkręciło się smutne porównywanie się z nią i konstatacja, że tak mnie, jak i chyba każdej kobiecie bliżej jednak do jej głupich, nieautentycznych koleżanek, które przyjeżdżały do Poświatowa w gości. Strasznie dyskryminująca jest. Z kolei jej mąż Mateusz to, podobnie jak poprzedni męscy protagoniści Szostaka, postać bardzo ludzka i sympatycznie połamana. Swego czasu Ziuta pamiętnie pisał o jeszcze bardziej ludzkim i niedoskonałym głównym bohaterze Szostakowych Chochołów (tu i tu), zauważając, że wielu czytelników-facetów może odnaleźć w nim siebie, podczas gdy na czytelniczki jego bierność i nijakość zwykła działać jak płachta na byka. Mój odbiór tej postaci wpisał się zresztą w ten obrazek – pamiętam, że pomstowałam na Chochoła aż miło. Ale kiedy czytałam Wróżenie z wnętrzności i wkurzałam się z kolei na idealną Martę, zachciało mi się naraz poczytać o kimś takim, jak Chochoł, ale żeby to była postać żeńska. Taka everywoman, zwykła, porządna dziewucha, która za wiele w sumie nie robi ani też zbyt wiele w życiu nie wygrywa, ma może jakąś tam rysę na charakterze, ale nie czyni to z niej ani wariatki, ani czarnej charakterki, ani femme fatale, ani jakże-słodkiej-w-swoich-niedoskonałościach Bridget Jones, a jeśli miałaby być boginią, to co najwyżej taką, jak z finału Solaris Lema. Taka bohaterka, przy której czytelniczka może się poczuć dobrze, stwierdzić – w sumie to całkiem jak ja, albo nawet – w sumie to całkiem jak my wszystkie z tego pokolenia. Jeśli ktoś taką Chochołkę z jakiejś książki kojarzy – może podesłać namiary.

piątek, 6 listopada 2015

Miasto, Márai, Musierowicz

Kiedy przeprowadziłam się do miasta, rozkminiałam przez jakiś czas, na ile różni się postrzeganie przestrzeni przeze mnie i osoby mieszkające w mieście od urodzenia. Wyszło mi, że dla mnie naturalne jest widzenie swojego miejsca zamieszkania jako malutkiego punktu otoczonego przestrzenią – jeśli chce się załatwić jakąś sprawę (kino, lekarz, większe zakupy), należy punkt opuścić, przebyć jakąś przestrzeń i dotrzeć do innego punktu. Miejscy znajomi wydawali się natomiast postrzegać swoje rodzinne miasto jako coś w rodzaju zamkniętego zbioru punktów, w którym w zasadzie są wszystkie potrzebne rzeczy, a opuszczenie go i udanie się w przestrzeń zewnętrzną jest czymś wyjątkowym i na swój sposób trudnym.


Obycie z otwartymi terenami składa mi się z powodami, dla których lubię fantastykę. Jedna z rzeczy, które najbardziej mnie w niej urzekły, to fakt, że jest tam wizualnie dużo przestrzeni. W fantasy te wszystkie opowieści drogi i fantastyczne krainy, w science-fiction – przestrzenie kosmiczne. Podobne nastawienie miałam zresztą też wobec książek niefantastycznych: z lektur szkolnych bardziej Sienkiewicz (tu Afryka, tam jakieś stepy) niż Prus ze swoimi zakurzonymi miejskimi kamieniczkami; we własnych wyborach czytelniczych – też głównie książki, gdzie była jakaś fajna przestrzeń do wyobrażania sobie - czy to wizualna, czy duchowa. Rzadko poza to wychodziłam.


Oczywiście, nie mówię, że nie wychodziłam nigdy. Przykładem tytułowa Musierowicz. Ale pamiętam, że trudno mi było u niej oswoić tę miejską przestrzeń – nie wiedząc wtedy, jak wyglądają opisywane przez nią miejsca w Poznaniu, wyobrażałam je sobie, sztukując kawałki własnej miejscowości i miast, które jako tako znałam.


Márai1 sprawił, że wyszłam z tego antymiejskiego ograniczenia, i to na dobre. On jest bardzo miejskim pisarzem, a podczas lektury jego Dziennika zgadzałam się z nim w tylu kwestiach i tyloma się zachwyciłam, że jakoś łatwo przyszło mi zaufanie tej nowej, miejskiej perspektywie i wtopienie się w nią. Przestrzeni za dużo u niego nie ma, nie ma też zbyt wiele materiału dla wyobraźni wizualnej. Jest natomiast niesamowite skupienie na szczególe. Mam wrażenie, że czytając Dziennik, po raz pierwszy zaczęłam doceniać piękno, jakie może nieść realizm. Potem zaczęłam tego szukać też w innych książkach i generalnie trochę mi się przez to odkręciły upodobania czytelnicze.


A czemu właśnie jemu aż tak zaufałam? Bo (niestety, tylko do ok. 1970r.) chrześcijaństwo, wyrażane w niesamowicie jednostkowy sposób? Bo mądry konserwatyzm, potrafiący zrozumieć inność i idący w parze z wartościami humanistycznymi? Bo oryginalny punkt widzenia i odważne patrzenie na sztukę? W sumie te rzeczy można przecież znaleźć też u innych twórców.


Zastanawiam się, czy powodem nie była szczególna mieszanka wszystkich powyższych rzeczy, która tworzy razem etos patrycjusza. Wychowałam się na wsi, ale sporo moich przodków to mieszczanie. Myślę sobie, czy przypadkiem lektura Máraiego nie podziałała mi na coś w rodzaju pamięci genetycznej – może znalazłam u niego i wartości, i ogląd przestrzeni, który siedział gdzieś głęboko i sprawił, że poczułam się w jego książkach jak w domu.


Możliwe, że wcześniej z podobnego powodu spodobały mi się książki Musierowicz. Pomimo wszystkich jaskrawych różnic, Máraiego i Musierowicz łączy to, że w swoich książkach przedstawiają właśnie – i to oboje w bardzo zachęcający sposób – kodeks moralny człowieka z miasta. Dzieli ich opinia o tym, czy ten kodeks nadal istnieje i czy jest uwarunkowany pochodzeniem.


Márai opiewa etos przedwojennego, węgierskiego mieszczanina, ale pokazuje od razu, jak ten etos się rozpada. Jego Wyznania patrycjusza, choć opisują jeszcze środowisko miejskie z czasów, kiedy przedwojenny porządek, zależności społeczne i rodzina trzymały się dobrze, zapowiadają, że to wszystko powoli się kończy: że ten porządek tak naprawdę jest skostniały, że kolejne młodzieńcze zwątpienia w tradycyjne wartości to droga, z której nie ma powrotu, że w tym miejskim ciepełku tak naprawdę nie sposób wytrzymać, a gdy się człowiek już wyrwie, ten cały etos bardzo łatwo odrzucić i znaleźć się w próżni. Do tego etos patrycjusza u Máraiego jest jednoznacznie klasowy – jeśli nie jest się dobrze urodzonym mieszczaninem, po prostu nie ma się do niego dostępu. Osoby ze wsi, Żydzi, arystokraci czy służący są w Wyznaniach... traktowani jako postaci bez mała egzotyczne.


U Musierowicz etos patrycjusza jest natomiast jak najbardziej nierozpadnięty, aktualny i dostępny dla wszystkich chętnych. Fakt, jej bohaterki pochodzą w dużej mierze z mieszczańskich domów (lepszych lub gorszych), jednak wyznawane przez nie wartości nie wydają się w żaden sposób od tego pochodzenia zależeć.


W Wyznaniach patrycjusza Máraiego o wartościach religijnych dowiadujemy się przez pryzmat klimatu szkoły katolickiej, do której chodził główny bohater; pierwsze doświadczenia miłosne protagonista przeżywa dlatego, że jego grupa rówieśnicza uważa, że tak trzeba, a intelektualny punkt odniesienia stanowią książki stojące w biblioteczce rodziców w którymś z reprezentacyjnych pokojów rodzinnego domu. Wszystko jest uwarunkowane. Gdyby główny bohater przyszedł na świat w innej klasie społecznej a jego rodzice mieliby mniej lub więcej pieniędzy, wyglądałoby to pewnie zupełnie inaczej.


U Musierowicz cały etos można spokojnie praktykować nie mając nic oprócz dobrych chęci i ewentualnie karty bibliotecznej. Opisując go, pójdę za tym samym kluczem, co w wypadku Máraiego przed chwilą: religia, miłość, wartości intelektualne.


OK, zatem religia. W książkach Musierowicz często pojawia się poznański kościół dominikanów, do którego bohaterowie chodzą w niedziele i święta. Obchodzone są uroczystości religijne. Poza tym mało jest nawiązań religijnych (w jednym z ostatnich tomów mama Borejko mówi tylko do męża, by przy święcie zacytował może coś z Biblii, a nie ciągle rzymskich klasyków), ale to gdzieś tam jest, całkiem naturalnie i w sposób, w jaki może to robić każdy.


Jeśli chodzi o miłość, to u poznańskiej pisarki jest zwyczajnie i współcześnie. Nie ma mowy o jakimś uwikłaniu w status społeczny. Márai w Wyznaniach... opisuje cały łańcuszek kobiet, jakie przewijają się przez życie jego pierwszoosobowego bohatera – cudzoziemek, aktorek, najemczyń mieszkań – ale gdy przychodzi do żeniaczki, wybór pada na dziewczynę z jego miasta, o podobnym statusie społecznym, którą zna od dzieciństwa. U Musierowicz natomiast najlepsze historie miłosne to akurat mariaże społecznych kontrastów: Cesia i Jurek (Szósta klepka) – dziewczyna z wielopokoleniowej, inteligenckiej rodziny i chłopak-sierota, Patrycja i Baltona (Pulpecja) – córka wrogiego subkulturom filologa klasycznego i zbuntowany miłośnik „mrocznego rocka”, czy Cezary i Bella (Córka Robrojka) – potomek poznańskich nowobogackich i córka ich biednego znajomego.


Jeszcze w temacie etosu i miłości, wszystkie bohaterki Musierowicz są, statystycznie rzecz biorąc, niezwykle cnotliwe. Chociaż emocji na tym tle jest w Jeżycjadzie niemało, sytuacje miłosne są opisywane bardzo delikatnie: oszczędnie wypowiadane słowa (wielu bohaterów to introwertycy), przypadkowo spotykające się dłonie, atmosfera. A później te pary po prostu się pobierają. Można by się kłócić, że ta sfera została pominięta, bo to powieści dla młodzieży, ale kiedy Róża w Języku trolli jako pierwsza wyłamuje się z etosu i zachodzi w pozamałżeńską ciążę, okazuje się nagle, że ze sprawy robi się wielkie halo (na tle moralnym, nie na zasadzie, że dziewczyna wstyd przyniesie), a wkrótce potem młodsza siostra Róży, Laura, już otwarcie podejmuje decyzję, że chce czekać do ślubu. I nie ma w tym wszystkim mowy o jakiejś dewocji czy szczególnym nastawieniu ideologicznym – wydaje się, że bohaterki Musierowicz postępują w ten sposób ot tak, bo tak należy i tak jest piękniej. A piękne te historie miłosne w Jeżycjadzie rzeczywiście bywają.


I na koniec, wartości intelektualne w mieszczańskim etosie à la Musierowicz. Po pierwsze, zamiłowanie do czytania. Musierowicz w swoich felietonach Frywolitki bezpośrednio znęcała się nad osobami stroniącymi od lektury, przypisując im tzw. „ołowiane oko” czyli ciężkie, bezmyślne spojrzenie. Jej bohaterki mają z reguły pasję do książek i bardzo konkretne upodobania czytelnicze: Ida w Idzie sierpniowej zaczytuje się Jane Eyre, Natalia zgaduje się ze swoim ukochanym w kwestii zamiłowania do Baśni z tysiąca i jednej nocy, Gabrielę w co którejś książce widzimy chichoczącą nad dziełem jakiegoś rzymskiego klasyka.


Zamiłowanie do kultury antycznej i łaciny to zresztą kolejny filar intelektualnej formacji Musierowiczowskiej patrycjuszki: nie byłabym zdziwiona, gdyby w pokoleniu czytającym Musierowicz znalazła się spora grupa dziewczyn, które chętniej niż reszta populacji wplatają łacińskie sentencje i zwroty do codziennej mowy, a jeśli na studiach trafią na lektorat z języków martwych, nie uważają go, jak każdy normalny człowiek, za dopust Opatrzności (przypomnijcie sobie, jaką prasę miała łacina w starszych powieściach dla młodzieży).


Pod patrycjuszowski kult intelektu podchodzi też konieczność posiadania tzw. zainteresowań. Większość postaci u Musierowicz można wręcz odróżniać od siebie właśnie po ich pasjach: teatr (Aniela), żeglarstwo (Natalia), kolekcje (Patrycja), muzyka (Laura, Staszka Trolla). Generalnie to, co łączy te wszystkie bohaterki, to tzw. bogata osobowość.


I to właśnie bogata osobowość wydaje się w tych książkach być najbardziej cenioną cechą. Ona również – a nie jakieś nabyte dziedzicznie, klasowe uposażenie „panienki z dobrego domu” – jest gwarantem życiowego sukcesu bohaterek. Musierowicz zdaje się mówić: nie musisz być bogata (siostry Borejko), piękna (Aurelia Jedwabińska), zadbana (Cesia) ani starannie wystylizowana (Kreska); nie musisz też mieć, jak dawniejsze patrycjuszki, wyniesionej z domu kindersztuby (Patrycja w Pulpecji podsuwająca Marcelkowi taboret nogą; Natalia wpadająca w ordynarną furię w Nutrii i Nerwusie) ani wystudiowanych zachowań typowej kobiety (Gabrysia). Po prostu miej ideały i zasady, a jeśli to nie wystarcza, zaświeć intelektem i wszystko będzie dobrze.


Często bywa u Musierowicz właśnie tak, że bohaterki nadrabiają intelektem inne niedostatki. I dobrze na tym wychodzą. W jeżycjadowych historiach miłosnych, intelekt okazuje się np. silnym wabikiem na płeć brzydką i dobrym spoiwem związku. Cesia w Szóstej klepce robi niesamowite wrażenie na Jurku – miłośniku fizyki – faktem, że wie, kto to był Richard Feynman. Wie to, co prawda, przypadkiem od taty-inżyniera, ale w miarę, jak relacja z Jurkiem nabiera rumieńców, Cesia dokształca się, podczytując Feynmana wykłady z fizyki. Pyza i Patrycja decydują się rozpocząć ten sam kierunek studiów, co ich narzeczeni: odpowiednio astronomię i leśnictwo. Wszystkie te historie (SPOILER!!!) kończą się wspaniale. Generalnie, pomimo rozlicznych problemów rodzinnych, finansowych i zdrowotnych (SPOILER!!!) wszystkie historie bohaterek Musierowicz kończą się wspaniale. Każda przeżywa w końcu szaloną miłość, zakłada cudowną rodzinę, jest szczęśliwa i spełniona.


Jak widać, etos patrycjatu u Musierowicz jest w pełni demokratyczny. Na praktykowanie ideałów, przeczytanie jakichś książek i posiadanie hobby stać przecież absolutnie każdego, wcale nie trzeba do tego być z miasta ani z dobrej rodziny. Márai w Dzienniku formułuje określenie „arystokrata ducha”. Jest to człowiek, który wcale nie musi mieć szlacheckiego pochodzenia – jest arystokratą przez swoją szlachetną naturę i dumną postawę wobec świata i innych ludzi. W tym sensie bohaterki Musierowicz – a także czytelniczki, którym zachciałoby się je naśladować – można by nazwać patrycjuszkami ducha. Status szlachetnej mieszczanki wydaje się być, według tych książek, dostępny wyłącznie za osobiste zasługi, bez żadnych punktów za pochodzenie. Podobnie jak wizja wynikającego z niego szczęścia w życiu osobistym.


Jest z nim tylko jeden kłopot. Ten sam, co z Wyspami Bergamutami w wierszyku Jana Brzechwy. Jeśli zaobserwować współczesny (a może w ogóle – realny) świat – trudno dojść do innego wniosku niż ten, że takiego patrycjatu nie ma. I może nigdy nie było. Świat po prostu nie działa tak, jak u Musierowicz. Osoba, która zaufała wizji świata w jej książkach, może mieć problem.


Bo wyobraźcie sobie taką modelową Musierowiczowską patrycjuszkę. Być może niezbyt ładna, być może ubrana jak chłopczyca (Natalia), tylko na czarno (Aurelia) albo z braku kasy przerabiająca swetry dziadka na stroje dla siebie (Kreska), do tego nieumalowana (Cesia) i jak nic pachnąca kamienicą. Jej atutami są natomiast wysokie zasady moralne, znajomość łacińskich sentencji, ewentualnie jeszcze biegłość w dziedzinie, którą interesuje się obiekt jej westchnień. Jeśli chce zwrócić uwagę fizyka, czyta Feynmana; jeśli podoba jej się leśnik lub astronom, rozpoczyna studia na odpowiednim kierunku. I tu pytanie: jaką logiką trzeba się kierować, by założyć, że można stać się bardziej atrakcyjną jako kobieta, gdy zacznie się szpanować wiedzą o kwantach i kwarkach albo osiągnie ekspertyzę w wycince boru sosnowego?


U Máraiego etos patrycjusza rozpadał się jeszcze na kartach powieści. U Musierowicz w samych powieściach trzyma się on świetnie – rozpada się dopiero przy konfrontacji z rzeczywistością.


Czytelniczka Musierowicz, jeśli jej zaufała, musi w pewnym momencie zaakceptować fakt, że wyznawane przez nią wartości i zgromadzone atuty – jej wiara, zasady, wiedza – mogą jednak wcale nie zapewnić jej automatycznie bycia atrakcyjną kobietą, ślicznego domku na przedmieściach, wspaniałego mężczyzny u boku i życiowego spełnienia.


Generalnie – patrząc z perspektywy doczesnej – mogą nie zapewnić jej kompletnie niczego.


A to jest z kolei bardzo w duchu Máraiego. Po tym, jak pisarz traci dom podczas wojny, a jakiś czas potem, pozbawiony przez reżim komunistyczny możliwości normalnej artystycznej wypowiedzi, musi opuścić Węgry, pisze w Dzienniku: „Wszystko przepadło, wszystko. Język, dom, sens pracy, młodość. Nareszcie jestem wolny!”.2


Rozczarowana czytelniczka Musierowicz może odrzucić swój etos patrycjuszki ducha, stać się cyniczną, rozwiązłą nihilistką i liczyć, że może to da jej tę upragnioną, doczesną nagrodę.


Ale może też tego nie robić i po prostu poczuć się wolna. Bez tego całego balastu - poczucia bezpieczeństwa, samospełniających się prospektów na rodzinę, szczęście i sukces, dumy z własnego intelektu i przekonania o własnej atrakcyjności jako kobiety. (Bo rozumiem, że innych balastów - kasy, urody, manier i prezencji jak u modelki - mogła nie mieć już wcześniej).


A potem ewentualnie sobie tę atrakcyjność i kobiecość wymyślić na nowo, bez sztucznych, intelektualnych podpórek. I pomyśleć, co konstruktywnego można zrobić ze znajomością wykładów Feynmana i łaciny, skoro jako metoda podrywu okazały się nic nie warte. Macie jakieś pomysły?



1 Sándor Márai (1900-1989) – węgierski prozaik, trochę również poeta. Autor Dziennika, który powala oraz wielu powieści, w których pojedyncze frazy również powalają. W Polsce ładnie pisali o nim Małgorzata Baranowska - tu i Szczepan Twardoch - tu i w wielu innych miejscach. To, że Márai jest u mnie drugim węgierskim pisarzem w tym kwartale, to nie przypadek ani jakaś moja szczególna specjalizacja, a prawo serii – o Krúdym przeczytałam właśnie u niego. (przyp. Shee)


2 Márai, Sándor. 2004. Dziennik. Warszawa: Czytelnik, 165.