poniedziałek, 19 lutego 2018

Życie to teleturniej





Przez dekadę, która upłynęła od premiery Slumdoga. Milionera z ulicy do mojego obejrzenia tego filmu, wyrobiłam sobie spaczone mniemanie, o czym to w ogóle jest i ze zdziwieniem odkryłam, że o Indiach i o teleturnieju Milionerzy. Moje spaczone mniemanie uwzględniało setting amerykański i mafijne porachunki (jakkolwiek w sumie tych trochę się w filmie pojawia), więc zaskoczenie było miłe.


Główny bohater Slumdoga, Jamal – chłopak występujący we wspomnianym teleturnieju, a przy okazji (między innymi) kolejnych pytań przypominający sobie sytuacje z dotychczasowego życia: dzieciństwo w slumsach Bombaju, śmierć matki, walkę o przetrwanie wraz z bratem i przyjaciółką Latiką – jest przeuroczym protagonistą. Jako mały dzieciak z najwcześniejszych retrospekcji jest zwyczajnie słodki – kojarzy mi się z Toto, głównym bohaterem Cinema Paradiso – a w miarę, jak dorasta i ma coraz to nowe pomysły na życie, budzi rosnącą sympatię swoją inteligencją i działającą nie tylko na innych bohaterów, ale i na widza, charyzmą (która zresztą ujawnia się już w scenach z dzieciństwa – scena z kupą i autografem pięknie zapowiada późniejszą przebojowość bohatera). Ogólnie rzecz biorąc, chcecie krzepiącej historii o kimś, komu czasem coś wychodzi – obejrzyjcie Slumdoga.


Akcja filmu jest epopeiczno-romansowa. Epopeiczna, bo kolejne retrospekcje z życia Jamala to jednocześnie obrazki z życia społeczności Indii – życie rodzinne w biednej dzielnicy, brutalne porachunki na tle religijnym, los sierot, piękne zabytki i ruch turystyczny, przestępczość, codzienność pracy w korporacji – mamy tu, wręcz podręcznikowo, losy jednostki na tle całego narodu.


Romansowa, bo dzieje bohaterów popychane są przez serię niesamowitych zbiegów okoliczności, przypadkowych spotkań i niewiarygodnych fartów lub niefartów. Mogłoby to denerwować, ale się broni, bo po pierwsze, wychodzi z tego przyjemna w odbiorze rozrywkowa historia, po drugie, część z tych zbiegów okoliczności i fartów można zracjonalizować olśniewającą inteligencją głównego bohatera, a po trzecie, można zgadywać, że ta romansowość to konwencja, która coś ważnego nam mówi. Albo o kulturze, w której jest zanurzony film1 (tu brakuje mi wiedzy – pojawia się skojarzenie z Bollywood, ale w obejrzanych filmach z tego gatunku nie pamiętam szczególnie drastycznych przypadków typu „zabili go a on uciekł”), albo o jakimś – celowo umieszczonym lub mimowolnym – „drugim dnie”.


Pewnym tropem może być motyw przeznaczenia. Przeznaczenie, jako ważna siła kierująca życiem, zostaje kilkakrotnie wspomniane przez Jamala, wiara w nie jest też widoczna w jego działaniach, zwłaszcza w kulminacyjnych momentach filmu. Jak wspomniałam, nie wiem, jaką rolę odgrywa ono w kulturze Indii, większa wiedza o niej, znów, umożliwiłaby pewnie lepsze odczytanie tego drugiego dna, które – być może – umieścili w filmie twórcy.


Jednak te sceny ze Slumdoga, gdzie ludzka logika i działanie ustępują pewnemu tajemniczemu Czemuś, mogą dać wiele radości również osobie lubiącej „drugie dna” chrześcijańskie. Ładnie widać w nich bowiem, że możemy sobie być wściekle inteligentni, przebojowi, charyzmatyczni, osiągać sukcesy, mieć w oku ten błysk, i to wszystko jest OK, ale zawsze może być tak, że tego najbardziej decydującego odcinka drogi wcale nie pokonamy na własnych skrzydłach, to nie my zaniesiemy pierścień na górę (nomen omen) Amon Amarth. I że zapewne ta wiedza i ten mechanizm może pomóc w tym, by z tą całą przebojowością i błyskiem w oku nie zmienić się w samoubóstwiającego siebie potwora.


To, co Slumdog wydaje się przy okazji pokazywać, to to, że teleturniej tak samo, a może lepiej, bo bardziej świeżo, niż oklepane od stuleci teatr czy szachy może być niezłą metaforą ludzkiego życia. I to nie tylko w sposób kontestacyjny, wskazujący na miałkość i zakłamanie przemysłu rozrywki – jak w opowiadaniu Doroty Dziedzic-Chojnackiej zatytułowanym właśnie Teleturniej, czy w pewnym, jakże egzystencjalnym, tekście rapowym – ale całkiem szczerze i pozytywnie, ze wszystkimi naszymi dążeniami, pamięcią o przeszłości, tożsamością, miłością i Tym Czymś Najbardziej Tajemniczym.


A jeszcze tak na koniec – podobał mi się główny wątek miłosny. Jeśli chodzi o konstrukcję, jest równie romansowy, jak cała reszta, co w sumie robi robotę, natomiast dodatkowo urzekł mnie delikatnością i idealizmem. Scena z blizną to bijący w oczy przykład miłosnego personalizmu z samego centrum mojej strefy komfortu. Więcej takich romansów poproszę. Przy okazji premiery Valeriana doszły do mnie słuchy, że niektóre filmy zachodnie „ugrzecznia się” obyczajowo, by odpowiadały również publiczności dalekowschodniej. Byłbyż to również przypadek Slumdoga? Jeśli tak, solidaryzuję się z publicznością dalekowschodnią, ewentualnie czekam na moment, gdy producentom zaświta myśl, że również i na ich podwórku nie wszyscy mają taki rodzaj wrażliwości, jaki oni myślą, że mają.


Slumdog. Milioner z ulicy [Slumdog millionaire]. 2008. Reż. Danny Boyle. Prod. Wielka Brytania.




1  Wiem, że to produkcja jest brytyjska, ale zrealizowana na podstawie powieści Hindusa Vikasa Svarupa, więc obstawiam, że zrobiona jest z pojęciem co do kwestii kulturowych.

niedziela, 4 lutego 2018

Święci z Hain

Wiadomość o śmierci Ursuli K. Le Guin dotarła do mnie w trakcie wprowadzania poprawek do tego tekstu. Szczerze mówiąc, nadal sobie tego wszystkiego nie poukładałam. To jedna z bardzo ważnych dla mnie autorek, w dodatku w ostatnich miesiącach, ze względu na wyzwanie Hain, byłam szczególnie mocno zanurzona w jej książkach. I jeszcze to, że przygotowując się do napisania ostatniej – tej – części cyklu wpisów, siedziałam akurat w temacie porównywania jej fabuł i chrześcijańskiej eschatologii.

Le Guin i eschatologia... Wywnętrzę się, że moim pierwszym wspomnieniem na temat tej twórczyni był jej esej, czy też wywiad z nią w „Nowej Fantastyce”, dawno temu, w którym napisała, że jest ateistką. Pamiętam, że czytając to jeszcze jako dziewczynka, zmartwiłam się o nią. I chyba nigdy mi to do końca nie przeszło.

Dziwnie mi trochę wrzucać w sieć tekst o wątkach duchowych i ostatecznych w książkach Ursuli tak krótko po Jej śmierci. Tym bardziej, że założenia duchowe, z których w nim wychodzę, są tak różne od tych, które deklarowała. Z drugiej strony nie chciałam czekać, bo kiedy upamiętnić tę Autorkę, jak nie teraz? Oby zatem wszystko obróciło się na jak najlepsze.

Notka na podstawie prelekcji pt. „All Saints of Hain. Finding parallels between Christian saints and U.K. Le Guin Hain's heroes” wygłoszonej 5 listopada 2017 r. podczas Festiwalu Fantastyki Falkon w Lublinie.




Przypomnijmy, o co chodziło ze świętymi i Le Guin: podczas zeszłorocznego wyzwania czytelniczego o powieściach z uniwersum Ekumeny fabuła Miasta złudzeń skojarzyła mi się z żywotami ze Świętych codziennego użytku Szymona Hołowni, które czytałam wówczas równolegle. W dyskusji pod wpisem zostałam zachęcona przez pomysłodawczynię wyzwania, Rusty, do napisania czegoś szerszego o martyrologii jako cesze bohaterów cyklu Le Guin. W ten sposób powstała prelekcja na zeszłorocznym Falkonie, a teraz ten wpis.


Jak można podejść do motywu męczeństwa lub świętości u Le Guin? Jeden ze sposobów podsuwają pierwsze strony Świata Rocannona. Narrator zauważa tam, że historia o czynach tytułowego Rocannona, „człowieka, zwykłego uczonego Ligi”1, została z czasem przez lud Ekumeny uznana za historię o czynach boga. Nie żałuje on przy tym zgryźliwości pod adresem zabobonnego motłochu: „Irracjonalizm wypełnia przepaść czasu, której dwa brzegi łączą nasze światłowce, a w jego mroku plenią się jak zielsko niepewność i niewspółmierność”. Czy krytykuje w ten sposób pomyłkę mieszkańców świata Rocannona, którzy błędnie uznali istotę ludzką za byt nadprzyrodzony, czy też generalnie prezentuje postawę krytyczną wobec wszelakiej metafizyki? Słowo „irracjonalizm” sugeruje raczej to drugie.


I to byłoby podejście, które najbardziej spodziewałabym się spotkać w tekście o Hain i świętych, gdybym go nie pisała, a czytała: założenie, że to, co stoi za hagiografiami, to pewien konstrukt oparty na pomyłce – mylnym założeniu, że istnieje cokolwiek nadprzyrodzonego – i porównujący mechanizm działania tego konstruktu z mechanizmem powstawania tworu politycznego powołanego przez człowieka, jakim była u Le Guin Ekumena.


Ja zabrałam się jednak do tematu od innej strony, bo podejście konstruktywistyczne wypadłoby w moim wydaniu nieszczerze. Skupię się przede wszystkim na fabularnym podobieństwie między historiami poszczególnych bohaterów z Hain a żywotami świętych, którzy mi się z nimi skojarzyli, a co do założeń światopoglądowych – cóż, nie kryję przemożnej sympatii do obu opisywanych tu o/Opowieści; do każdej proporcjonalnie do jej wagi.


Podobnie, jak w wyzwaniu, jedziemy według powieści haińskich Le Guin z wydania Prószyńskiego z 2015 r., czyli:

1. Świat Rocannona
2. Planeta wygnania
3. Miasto złudzeń
4. Lewa ręka ciemności
5. Słowo „las” znaczy świat
6. Wydziedziczeni



1. Świat Rocannona: Gaveral Rocannon i św. Jacek Odrowąż



Gaveral Rocannon to naukowiec – „kosmiczny etnograf” – który początkowo wyrusza na wyprawę w kompanii współbadaczy, potem zaś zostaje sam i przemierza planetę Fomalhaut II, zapoznając się z zamieszkującymi ją różnorodnymi plemionami (Angyarów, Gdemiarów i Fiia). Z drobniejszych, acz znaczących szczegółów jego biografii: Rocannon pomaga szlachetnej damie odzyskać utraconą własność (zwraca Semley jej naszyjnik), napotyka wspólnotę ludzi, która ucierpiała od klęski żywiołowej i wyświadcza im pomoc (pożar w wiosce Fiia i zemsta na jego sprawcach), a ostatecznie staje się legendarnym bohaterem i patronem-imiennikiem planety Rokanan, jak zostaje przechrzczona Fomalhaut II.


Szukając świętego, który byłby również szkolarzem, podróżnikiem i dobroczyńcą, wytypowałam św. Jacka Odrowąża (1185-1257): apostoła północno-wschodniej Europy, reformatora życia zakonnego i założyciela zakonu dominikanów w Polsce. Podobnie jak Rocannon, odebrał on solidne wykształcenie (urodzony w Polsce, udał się na studia do dalekiej Bolonii). Również tak jak swój haiński odpowiednik, choć w mniej dramatycznych okolicznościach, zaczyna wędrówkę w większej grupie, by następnie zostać w pojedynkę: po zakończeniu edukacji i formacji kapłańskiej we Włoszech, wraz z bratem Czesławem i innymi mnichami udaje się do Polski. Po drodze jego kompani odłączają się jednak jeden po drugim, zakładając klasztory w napotkanych miejscowościach. Jacek samotnie dociera do Krakowa i tam rozpoczyna swoją monastyczną działalność. Cała jego podróż z Włoch do Polski przypomina doświadczenia Rocannona również pod względem wielokulturowych kontaktów: św. Jacek z całą pewnością wędrował przez wiele krajów i głosił kazania ich mieszkańcom, choć może nie było ich aż tak wiele, jak podaje legenda (Szwecja, Norwegia, Dania, Szkocja, Rosja, Turcja, Grecja i ostatecznie Polska).


Również wymienione wcześniej szczegóły życia Rocannona mają odzwierciedlenie w żywocie św. Jacka. Okazję do pomocy damie w odzyskaniu własności zyskuje on w 1240 r., podczas pożaru Kijowa. Według legendy św. Jacek, nim uciekł z płonącego kościoła, chciał uratować monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Gdy miał już uciekać, usłyszał głos mówiący: „Zabierz też mnie!”. Dochodził on ze strony figury Matki Bożej. Św. Jacek chwycił figurę i choć ważyła dużo więcej, niż w naturalny sposób mógłby unieść, wyniósł ją wraz z monstrancją.


Paralela z pomocą poszkodowanym podczas klęski wiąże się ze znanym wykrzyknieniem „Święty Jacku z pierogami!”. Legenda o pierogach ma dwie wersje: według pierwszej z nich, św. Jacek odwiedził kiedyś miejscowość Kościelec, w której gradobicie zniszczyło plony i mieszkańcom groził głód. Święty nakazał im się modlić i plony w cudowny sposób się odrodziły. W dowód wdzięczności, mieszkańcy ugościli go pierogami ulepionymi z mąki z odzyskanego zboża. W drugiej wersji legendy to św. Jacek lepił pierogi i dokarmiał nimi ludzi cierpiących z głodu podczas tatarskiego najazdu na Kijów.


Jeśli chodzi o stanie się żywą legendą – cóż, Jacek Odrowąż stał się świętym, natomiast co do patronowania, jest wiele kościołów pod jego wezwaniem, niektóre (podobnie jak Fomalhaut II w uniwersum haińskim) w bardzo egzotycznych lokalizacjach – jedna z nich to np. bazylika św. Jacka w Chicago, od której wzięła nazwę tamtejsza słynna polska dzielnica, Jackowo.



2. Planeta wygnania: Rolery i Jacob, św. Joanna d'Arc i państwo Quattrocchi



Planeta wygnania to dość prosta historia, trudno było w niej dopatrzyć się jakiegoś szczególnie zawiłego życiorysu, który następnie można by dopasować do żywota któregoś ze świętych. Dwa główne tematy to – spoilery, spoilery! – militarne zwycięstwo oraz historia fajnej, mieszanej kulturowo pary małżeńskiej: Rolery i Jacoba Agata, która dała początek nowemu rodowi. Jakie tego typu historie sukcesu można znaleźć wśród zastępów świętych? Z sukcesem militarnym z pewnością kojarzy się Joanna d'Arc (1412-1431) – francuska dziewczyna, która powiodła swoich rodaków do kilku ważnych zwycięstw w wojnie stuletniej. Później co prawda nie miała łatwo, bo adwersarze posądzili ją o czary i spalili na stosie, ale moralne i eschatologiczne zwycięstwo należało jednak do niej.


Jeśli chodzi o fajne małżeństwa, to dwójką ludzi, którzy zostali kanonizowani po prostu za bycie dobrą parą, byli święci Maria (1884-1965) i Luigi (1880-1951) Beltrame Quattrocchi. W przeciwieństwie do bardziej stereotypowych świętych – męczenników czy przynajmniej celibatariuszy – według tego, co pisze o nich Hołownia w Świętych codziennego użytku, oni po prostu bardzo dobrze żyli ze sobą, byli mocno wierzący i trochę udzielali się charytatywnie. Co do dania początku nowemu rodowi – wszystkie z czworga ich dzieci wybrały życie konsekrowane, więc poniekąd kontynuowały hagiograficzną tendencję zapoczątkowaną przez rodziców. Ale przede wszystkim – państwo Quattrocchi po prostu bardzo dobrze funkcjonowali jako para. Kiedy czytałam zachwyty Hołowni nad zarówno ich wzajemną czułością w codziennym życiu, jak i górnolotnymi przemyśleniami o jedności dusz i nadziei na bycie razem nawet po śmierci, miałam podobne wrażenia, jak przy czytaniu passusów o życiu małżeńskim pary z planety Werel – z jednej strony czuła troska o wzajemne zdrowie czy szukanie chwil prywatności, z drugiej – kosmiczne porozumienie nawiązane za pomocą niewyuczonej myślomowy. I zarówno fabuła Planety wygnania, jak i historia Quattrocchich to – dla mnie przynajmniej – źródła krzepiącej myśli, że nawet jeśli chce się być moralnym maksymalistą, to czasem – czasem – nie trzeba nadstawiać głowy albo odzierać się ze wszystkiego, czasem może po prostu być dobrze.



3. Miasto złudzeń: Falk/Ramarren, św. Maria Egipska i inni


Co do głównego bohatera Miasta złudzeń, zwanego na początku Falkiem, później Ramarrenem, znów trudno było jednoznacznie dopasować do jego życiorysu jakąś jedną znaną mi biografię świętego. Podczas gdy jednak w wypadku Planety wygnania trudnością była zbytnia prostota fabuły, tutaj losy protagonisty okazały się zbyt skomplikowane. Na początku odnaleziony bez pamięci, później układający sobie życie w domu Zove, a następnie ruszający na misję nie wiadomo gdzie i po co, gdzie po drodze, oprócz rozlicznych przygód i niestałości w kwestiach sercowych, doświadczał też kilkukrotnej zmiany punktu widzenia i motywacji. Generalnie, jeśli był kiedykolwiek taki święty, to oprócz bogatego w przygody życiorysu musiał mieć jeszcze albo wyjątkowo chaotyczne otoczenie, albo wyjątkowo niestały charakter...


I z tym tropem kojarzy mi się – choć dość luźno – kilku świętych. Niezbyt etycznie wyglądająca – zarówno w kwestii wierności i opanowania, jak i konsensualności afera miłosna Falka i Estrel, którą ten pierwszy srogo następnie odpokutował, może kojarzyć się z historią św. Marii Egipskiej (344-421), która spędziwszy młodość jako wyjątkowo rozbuchana seksualnie jawnogrzesznica, udała się w końcu na pielgrzymkę do Jerozolimy. Początkowo dołączyła do niej w celach seksualnych, jednak podczas jej trwania nawróciła się i została pobożną eremitką. Czyż ten finał nie jest trochę podobny do finału historii Falka, który po przebyciu skomplikowanych życiowych meandrów na Terrze, udaje się na swoją właściwą, ostateczna misję w (niemalże) samotności i mistycznym mroku?


Jeśli chodzi o samo bogactwo życiowych ról, Falk może kojarzyć się z św. Rafałem Kalinowskim. Z wykształcenia inżynier, jakiś czas pracował na uczelni, po czym wstąpił do carskiego wojska, ale w obliczu niebezpieczeństwa bratobójczej walki zrzekł się stanowiska i przystąpił do powstania styczniowego, został nawet ministrem wojny w strukturach litewskich. Za karę za działalność powstańczą został zesłany na Syberię, gdzie imał się przedziwnych zajęć zarobkowych, a po zwolnieniu z katorgi i powrocie do Polski wstąpił do zakonu karmelitańskiego i przyjął święcenia kapłańskie. Hołownia wspomina dodatkowo, że Rafał Kalinowski był wielkim bałaganiarzem i człowiekiem wyjątkowo nieogarniętym w kwestiach domowo-bytowych, co też kojarzy się trochę z chwiejną osobowością Falka/Ramarrena.


To, co najbardziej utrudniało mi przyrównanie Falka do któregoś ze świętych, to jednak jego niezbyt kryształowa moralność. Niestały w uczuciach wobec kobiet (podczas trwania fabuły porzucił trzy, choć jedną – na samym początku – nie całkiem świadomie) i nie do końca pewny, co w zasadzie powinien robić, czy jego misja ma sens – Falk nie dostaje tu do poziomu pozostałych protagonistów Hain, mających raczej wysokie standardy moralne, nawet jeśli nie w rozumieniu chrześcijaństwa, to z pewnością na miarę swoich kręgów kulturowych.


Ale, po namyśle, bywali i tacy święci. Mojżesz Etiopczyk, o którym również wspomina Hołownia, to były zbir, który tak jak Maria Egipska, nawrócił się i został pustelnikiem, ale... czasami miewał epizody powrotu do dawnego życia i zdarzało mu się udać na szaber i dziewczyny. Jeśli zaś chodzi o chwile zawahania Falka w mieście Es Toch, to jego czasowe zaciemnienie wizji tego, co należy robić, kojarzy się z „nocami ciemnymi” niemal utraty wiary, których doświadczała m.in. św. Matka Teresa z Kalkuty.



4. Lewa ręka ciemności: Genly Ai i św. Augustyn z Canterbury

Obrazek oczywiście mylący, św. Augustyn nie był, jak św. Patryk, przedstawicielem chrześcijaństwa iroszkockiego. Został wysłany bezpośrednio przez papiestwo, a oba odłamy - iroszkocki i papieski - połączył dopiero w 664r. synod w Whitby. Ale metodologię mieli podobną!


Jednym z wątków, który szczególnie pociąga mnie w Lewej ręce ciemności, jest sposób politycznego działania Ekumeny i jej mobili. Zachwyciło mnie, że wspólnota wysyłała swoich ambasadorów na misje jako kompletnie bezbronnych: w pojedynkę, bez możliwości nacisku militarnego czy choćby samoobrony, i że proces przekonywania miejscowych do ewentualnego przystąpienia do Ekumeny był zaplanowany jako nieśpieszny, dobrowolny i dostosowany do rytmu decyzyjności danej społeczności: jeśli akcja się nie uda i mobil zginie lub umrze na swoim posterunku, to co najwyżej jego kolejny zmiennik dokończy dzieło, które tamten rozpoczął.


Choć ten sposób działania – bezbronność i nienawracanie na siłę niechętnych – jest zgodny z regułami, jakie Jezus ustanowił dla wszystkich apostołów czy misjonarzy (por. Mateusz 10), mnie, chyba pod wpływem eseju Sapkowskiego Świat króla Artura, kojarzyło się to szczególnie z chrystianizacją Wysp Brytyjskich we wczesnym średniowieczu, która w porównaniu z innymi misjami tamtych czasów była szczególnie pokojowa, wieloetapowa i cierpliwa, a proces wyjaśniania prawd wiary nowym wyznawcom często następował w sposób zindywidualizowany i odwołujący się do ich dawniejszych wierzeń, odpowiednio „uświęconych”.


A który z misjonarzy Brytanii miał żywot najpodobniejszy do LeGuinowskiego Genly'ego Ai? Przypomnijmy: Genly był mobilem na planecie Gethen – odizolowanej od reszty uniwersum i zamieszkanej przez wyjątkową (bo hermafrodytyczną wskutek eksperymentu) społeczność. Trafia tam na dwa skonfliktowane, współzawodniczące ze sobą państwa – Karhid i Orgoreyn – pomiędzy którymi musi toczyć dyplomatyczną grę. W działaniach wspomaga go polityczny poplecznik, który z czasem staje się przyjacielem (Estraven); w pewnym momencie misja przeżywa kryzys (Karhid wycofuje swoje poparcie a Orgoreyn okazuje otwartą wrogość), ale ostatecznie kończy się sukcesem, przy czym sam Genly nie dokonuje niczego szczególnie spektakularnego, ale przeciera szlak kolejnym mobilom.


Spośród pozostałych misjonarzy na Wyspach, takich jak św. Patryk, św. Kolumban czy król Oswy, te losy najbardziej przypominają mi życie św. Augustyna z Canterbury (nie mylić z tym św. Augustynem, tym z Hippony). Był on mnichem benedyktyńskim wysłanym pod koniec 6w. n.e. do królestwa Kent. Podobnie jak Genly Ai, trafia on zatem do społeczności odizolowanej (bo żyjącej na wyspie) i na swój sposób niezwykłej. W wypadku mieszkańców Anglii tą niezwykłością była ich skomplikowana historia religijna: niektóre mieszkające tam ludy już wcześniej przyjęły chrześcijaństwo od mnichów iroszkockich takich, jak św. Kolumban, miało ono jednak formę nieco inną od ogólnokatolickiej, ponadto z czasem w wielu miejscach powtórnie ustąpiło pogaństwu.


Co do dalszych podobieństw między św. Augustynem a Genlym Ai, w obu biografiach powtarza się temat współzawodniczących państw i dyplomacji. Kent było jednym z siedmiu królestw staroangielskiej heptarchii, a przyjęcie nowej-nienowej wiary mogło zaskutkować zarówno dyplomatycznym sukcesem (np. poprzez lepsze stosunki z kontynentalnymi państwami, które przyjęły chrześcijaństwo), jak i ryzykiem (np. poprzez konflikty z pogańskimi państwami heptarchii).


Podobnie jak Genly, również i św. Augustyn miał poplecznika, który stał się przyjacielem – chodzi o króla Kent, Æthelberhta, który, początkowo jedynie godzący się na misję Augustyna, m.in. na prośbę swojej chrześcijańskiej żony Berty, z czasem sam przyjął chrzest i nawiązał z apostołem życzliwą relację.2


Misja Augustyna, podobnie jak misja Genly'ego, również miała swój moment krytyczny – wskutek niepowodzeń w dyplomacji, Augustynowi nie udało się objąć ewangelizacją i biskupią pieczą Walii – ale ogólnie rzecz biorąc zakończyła się sukcesem: Kent zostało pokojowo schrystianizowane, arcybiskupstwo w Canterbury – założone, a święty Augustyn, choć w swojej misji nie wyszedł poza malutkie Kent, położył kamień węgielny pod dalszą chrystianizację Anglii.



5. Słowo „las” znaczy świat: Raj Ljubow i św. Wojciech



Mój odbiór Raja Ljubowa – kolejnego haińskiego etnologa, wysłanego na planetę Athshe wraz z grupą kolonistów w celu zbadania społeczności Athshean a w obliczu konfliktu między miejscowymi a najeźdźcami stającego w obronie tych pierwszych – ewoluował w miarę, jak przetrawiałam lekturę „Słowo >las<...”. Tuż po przeczytaniu byłam pełna entuzjazmu: mam słabość do przekonująco kryształowych bohaterów, a on taki właśnie się wydawał: wrażliwy, stający po stronie słabszych i odważny aż do śmierci.


Z czasem pewne rzeczy zaczęły mi jednak w tej kryształowości nie grać. Zauważyłam, że jakkolwiek Ljubow to postać skonstruowana tak, że budzi sympatię czytelników, w bohaterach powieści wydaje się budzić gremialną niechęć. Choć taki moralny i pełen dobrych chęci, naraża się ostatecznie zarówno swoim kompanom – nienawidzi go brutalny militarysta Davidson, co aż tak nie dziwi, ale zraża się do niego również np. sympatyczny i szacowny zwierzchnik misji, Gosse – jak i miejscowym, w których obronie staje: ostatecznie ginie z ich ręki, a jego athsheański przyjaciel Selver opuszcza go, uzyskane od niego informacje wykorzystując w morderczych celach.


Który święty miał podobnie, jak Ljubow? Że niby wszystko super, wysoka moralność, pokojowe nastawienie – ale jednak otoczenie bardzo, ale to bardzo nie potrafiło tego docenić? Dzięki książce Hołowni, ku swemu pewnemu zdziwieniu, zidentyfikowałam taką postać w świętym bardzo znanym, bo będącym jednym z patronów Polski – w Wojciechu Praskim (~956-997), misjonarzu Węgrów, Polaków i Prusów i męczenniku za wiarę.


Święty Wojciech, choć jako patron Polski może pozornie kojarzyć się z ucukrowanym bogoojczyźnianym ideałem, był postacią mogącą się podobać z punktu widzenia współczesnej moralności. Choć oryginalnie był dygnitarzem – biskupem Pragi – to najwyraźniej wyżej cenił sobie zasady moralne, niż stanowisko i poważanie innych, bo zdecydował się narazić swoim pobratymcom (jak Ljubow Davidsonowi), wstawiając się za kimś poszkodowanym (w wypadku Wojciecha była to kobieta posądzona o cudzołóstwo; Wojciech chciał uchronić ją przed śmiercią) i został w konsekwencji skazany na wygnanie. Przyjmując zdecydowanie mniej reprezentacyjną, ale ewidentnie lepiej odpowiadającą jego religijnemu zapałowi rolę misjonarza, udał się – odwiedziwszy wcześniej inne kraje – do Prus. Wyprawa przypominała pod względem organizacyjnym misję Raja Ljubowa na Athshe: Prusy były miejscem położonym na skraju ówczesnej „cywilizowanej” Europy, dzikim, nieznanym i niebezpiecznym, a Wojciech, choć podróżujący w towarzystwie wojów, sam był nieuzbrojony i pokojowo nastawiony. Z jakiegoś powodu naraził się jednak pruskiej ludności – ponoć przez zbyt władcze i stanowcze potępianie praktykowania przez nich dawnej wiary – i finał jego historii był taki, jak zakończenie wątku Ljubowa w książce. Obaj odnieśli też moralne, a w szerszej perspektywie również praktyczne zwycięstwo: zapiski naukowe Ljubowa poczynione na Athshe okazały się bezcenne dla dalszej pokojowej misji Ekumeny, natomiast ewangelizacja Wojciecha doczekała się po jego śmierci chwalebnej kontynuacji: Prusy przyjęły chrześcijaństwo, ciało świętego, odkupione od Prusów przez króla Ottona III, stało się ważnym artefaktem dla tworzenia się państwa Bolesława Chrobrego (pamiętacie z lekcji historii tę wymianę relikwii między polskim księciem a niemieckim cesarzem?), a sam święty stał się później tegoż państwa patronem.


Jeśli ktoś miałby ochotę podrążyć w – tym razem – zamierzonej reprezentacji postaci św. Wojciecha w fantastyce, to polecam zajrzeć do retro-kryminału Wojciecha Szydy pt. Sicco z serii NCK tam z kolei sprawa jest wyłożona od strony alterhistorycznej.



6. Wydziedziczeni: Szevek i św. Albert Wielki



Szevek z „Wydziedziczonych” to przede wszystkim naukowiec. Do tego jeszcze introwertyk, co też ładnie odpowiada stereotypowi naukowca. Znajdźmy mu więc świętego, który parał się nauką. Tak właśnie natrafiłam na św. Alberta Wielkiego (~1200-1280) – niemieckiego dominikanina, biskupa i wybitnego późnośredniowiecznego uczonego.


Punktów wspólnych między tymi dwiema postaciami jest co najmniej kilka. Przede wszystkim wszechstronność zainteresowań oraz zamiłowanie, obok dziedzin bardziej ścisłych, również do filozofii. Szevek, przedstawiciel społeczności buntowników, którzy emigrowali z planety Urras na jej księżyc zwany Anarres i stworzyli tam utopijne społeczeństwo, był wybitnym ekspertem tzw. Nauki Szlechetnej – dziedziny łączącej matematykę, fizykę, filozofię i etykę. Z punktu widzenia współczesnego podziału dziedzin brzmi to eklektycznie, jednak nie byłoby pewnie takie dla wszechstronnego uczonego z czasów późnego średniowiecza. Św. Albert był bowiem jeszcze bardziej wszechstronny: miał ponoć biegłość m.in. w teologii, filozofii, botanice, geografii, astronomii, astrologii, mineralologii, alchemii, zoologii, fizjologii, frenologii i naukach prawnych. Jeśli zaś chodzi o sympatię do filozofii, to był pionierem nauczania tego przedmiotu adeptów teologii – jako niższej dziedziny będącej wstępem do dociekań bardziej metafizycznych. Prawdopodobnie mógłby więc rozumieć ideę Nauki Szlachetnej dużo lepiej, niż współcześni, wyspecjalizowani badacze...


Szevek i św. Albert dzielą też kilka drobniejszych szczegółów biograficznych. Obaj byli intelektualnymi pionierami i przypisuje im się jakieś ważne odkrycie: w wypadku Szeveka było to opracowanie technologii ansibla, a w konsekwencji – zrewolucjonizowanie komunikacji w społeczności Ekumeny. Św. Albert był natomiast nauczycielem słynnego św. Tomasza z Akwinu – położył zatem podwaliny pod dzieło tego wielkiego teologa – oraz, jak mówi legenda, człowiekiem, który odkrył kamień filozoficzny. Obaj uczeni – jak wielu przedstawicieli ich zawodu we wszystkich epokach – mieli epizody pracy i wykładania za granicą: Szevek opuścił rodzinny księżyc Anarres, by upowszechniać swe odkrycia na planecie Urras; św. Albert wyjechał z Niemiec i wykładał w Bolonii i Paryżu. Obaj zostali w swojej pracy zainspirowani przez jakąś świątobliwą kobietę: Szevek, jak każdy prawomyślny Anarresyjczyk, wyznawał nauki rewolucjonistki i nauczycielki moralnej Lai Odo, podczas gdy św. Albert wstąpił do dominikanów na skutek wizji, w której ukazała mu się Matka Boża. Zarówno Szevek, jak i Albert wsławili się komentarzami do dzieł swoich wielkich poprzedników (znów rzecz typowa w świecie naukowym wszelkich epok i planet): uniwersalna teoria czasu Szeveka powstała na gruncie badań Alberta Einsteina, zaś św. Albert wsławił się komentarzami do dzieł Arystytelesa i ożywieniem odbioru jego dorobku w średniowiecznej nauce. I wreszcie, tak Szevek, jak i Albert byli osobami skromnymi: Szevek, jako dobry Odonianin, odrzucał ideę własności prywatnej i był wrażliwy na biedę niższych klas społecznych na Urras; z kolei Albert, w duchu chrześcijańskiej prostoty, pomimo godności biskupa wolał chodzić pieszo, niż wywyższać się, jeżdżąc konno.


Na koniec historii Alberta jeszcze taka mała dygresja. Kojarzycie Zakon Albertyński św. Leibowitza z Kantyczki dla Leibowitza Waltera M. Millera? To właśnie od tego Alberta pochodzi jego nazwa.



Ekumena i misja chrześcijańska: podsumowanie


Wszystko powyższe to w dużej mierze zabawa w skojarzenia, ale można wysnuć z niej kilka prawidłowości. Naukowcy i mobile Ekumeny (Rocannon, Genly Ai i Ljubow) okazali się, jak jeden, podobni do wczesnochrześcijańskich misjonarzy działających na przedmurzu chrześcijaństwa – podobieństwa to głównie działalność w obcym środowisku, poznawanie lokalnej społeczności, pomaganie jej w razie potrzeby i głoszenie swojego posłannictwa, z lepszym lub gorszym skutkiem.


Postaci bardziej marginalne dla misji Ekumeny (choć oczywiście nie dla fabuł powieści, czy też dla swoich społeczności), takie jak Rolery, Jacob Agath, Falk czy Szevek otrzymały jako odpowiedniki świętych o bardziej świeckich specjalizacjach: waleczną św. Joannę, skupionych na sobie wzajemnie państwa Quattrocchich, pogubioną życiowo św. Marię Egipską, czy uczonego Alberta.


Większość świętych, którzy skojarzyli mi się z bohaterami Hain, to postaci z czasów średniowiecza – może dlatego, że Hain znane nam z powieści, jak średniowieczne chrześcijaństwo, jest na wczesnym etapie rozwoju i osoby pracujące u podstaw tych projektów mogły być do siebie podobne. A może dlatego, że formuliczne, okraszone legendą losy dawnych świętych bardziej, niż lepiej znane pod kątem biografii i bardziej przez to zniuansowane postaci współczesne, jak np. św. Teresa z Lisieux czy ks. Jerzy Popiełuszko, pasują do bohaterów wyrabiającej się dopiero literacko Le Guin takich jak Rocannon czy Ljubow?


Można też dopatrzeć się podobieństw etyczno-duchowych między chrześcijaństwem i Ekumeną. Oba projekty – pomimo odstępstw takich, jak sytuacje „nawracania” mieczem czy kolonia Davidsona – zakładają pokojowe nastawienie i bezbronność głoszących, a także nieudawanie się na głoszenie w dużych grupach: mobile Ekumeny mieli pracować w pojedynkę, Jezus posyłał apostołów dwójkami. Powszechna i ceniona duchowo (m.in. uniemożliwiała kłamstwo) „myślomowa” haińskich ludów jest podobna do techniki modlitwy myślnej, uwolnionej od formuł, słów, obrazów czy emocji, którą praktykowała św. Teresa z Ávila i którą, według jednej z jej ekstatycznych wizji, mają posługiwać się ludzie będący już w niebie. Są też pewne podobieństwa w sposobie oddawania czci wielkim postaciom obu projektów: nadawanie planetom czy rodom imion ich odkrywców czy założycieli (Rocannona, Jacoba Alterry) jest podobne do katolickiego czy prawosławnego zwyczaju nadawania kościołom czy zbożnym dziełom wezwania danego świętego.



Ekumena i chrześcijaństwo: źródło podobieństw?


Rzecz jasna, na pewno nie chodzi w tym wszystkim o bezpośrednią inspirację. Ursula K. Le Guin deklarowała ateizm, natomiast co do źródeł religijnych skojarzeń w cyklu haińskim, mówi się głównie o inspiracjach dalekowschodnich, np. taoizmem. Nie znalazłam żadnych dowodów na inspiracje chrześcijańskie i nie wydaje mi się, żeby autorka, pisząc te powieści, miała z tyłu głowy historię choć jednej z przywołanych przeze mnie kanonizowanych person.


I oczywiście, większość tych podobieństw to wynik zabawy intelektualnej w szukanie zbieżności - czasami trochę na siłę, bo nietrudno znaleźć wspólne punkty w biografiach dwóch ludzi, czy to istniejących, czy fikcyjnych. Ludzie generalnie są do siebie podobni, tym bardziej ci zaangażowani w budowanie jakiejś dużej, obdarzonej pewną charyzmą inicjatywy, której celem jest osiągnięcie dobra.


A jednak przyznam się, że miałam podczas lektury silne, choć trudne do wytłumaczenia, wrażenie pewnego emocjonalnego, by nie rzec duchowego, podobieństwa między ideą zjednoczenia ludów Hain a ideałami chrześcijaństwa. Choć, jak wspomniałam, nie ma powodu zakładać, że dzieje Ekumeny są w jakimkolwiek stopniu alegorią czy symbolicznym przedstawieniem doświadczenia chrześcijańskiego, moje przeżycia z nimi związane są porównywalne do tych, które miałam czytając bez wątpienia chrześcijańsko uduchowionego „Władcę Pierścieni” Tolkiena czy „Gar'Ingawi, Wyspę Szczęśliwą” Anny Borkowskiej. Miałam wrażenie, że choć powieści ze światów Hain teoretycznie są o polityce, to w praktyce chodzi tu o coś większego.


Bo jeśli by tak nie było, to czemu taka paskudna sceptyczka polityczna, jak ja, miała tak często ściśnięte gardło, czytając wzmianki o założeniach projektu haińskiego – całkiem tak, jakby chodziło nie o doczesne, międzyplanetarne przepychanki, a o najostateczniejsze, najbardziej poruszające sprawy i nadzieje człowieka?


To wszystko bardzo subiektywne, a odpowiedź poznam pewnie nie wcześniej, niż przy kolejnym odczytaniu haińskich książek. Ale, rany, jakakolwiek jest prawda o tym, gdzie Urszula aktualnie przebywa, mam nadzieję, że czerpie wszelkie pozytywne konsekwencje z tego tajemniczego Dobra, jakie udało jej się w tych powieściach zawrzeć.



Źródła

Źródła pierwotne:

Le Guin, Ursula. 2015. Sześć światów Hain [Rocannon's world, Planet of exile, City of illusions, Tle left hand of darkness, The word for world is forest, The dispossessed]. Translated by Danuta Górska, Lech Jęczmyk, Juliusz P. Szeniawski, Jacek Kozerski, Agnieszka Sylwanowicz, Łukasz Nicpan. Warszawa: Prószyński i S-ka.

Źródła wtórne:

dominicans.ie/saint-hyacinth-of-poland/
Hołownia, Szymon. 2015. Święci codziennego użytku [Saints for everyday use]. Kraków: Wydawnictwo Znak.
Kennedy, Daniel. "St. Albertus Magnus." The Catholic Encyclopedia. Vol. 1. New York: Robert Appleton Company, 1907. 10 Sept. 2014
Molnar, Enrico S. (30 April 1978). St. Adalbert - Missionary to three countries. The Living Church. Morehouse-Gorham Company. pp. 11–12.
Sapkowski, Andrzej. Świat króla Artura.
(St Augustine). Delaney Dictionary of Saints pp. 67–68
www.ancientfaith.com/podcasts/voicefromisles/augustine_and_friends
www.en.wikipedia.org

Zdjęcia: Pixabay i zbiory własne

Przypisy:
1 Le Guin, Ursula. 2015. Świat Rocannona [Rocannon's world]. Przeł. Danuta Górska, Lech Jęczmyk. W: Sześć światów Hain. Warszawa: Prószyński i S-ka, 7.


2 http://www.ancientfaith.com/podcasts/voicefromisles/augustine_and_friends

czwartek, 16 listopada 2017

Wyzwanie Hain #6: U.K. Le Guin, „Wydziedziczeni”


 Ostatnia, bardzo spóźniona notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytaliśmy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy.

Znając piękne założenia Ekumeny zaszczepiane na Alterrze czy Gethen, można dojść do wniosku, że ich ideowe początki wyglądały tanio.


Tekst zawiera wybiórcze, lecz dotkliwe spoilery.

Jeśli chodzi o Wydziedziczonych, a w zasadzie również o Słowo „las” znaczy świat, muszę się przyznać do czytelniczego niedopatrzenia. Mianowicie, ponieważ umknęło mi jakoś następstwo czasowe wdrażania technologii ansibla, założyłam naiwnie, że powieści haińskie w wydaniu Prószyńskiego są ułożone chronologicznie – i tak je też interpretowałam. Dopiero wpis Rusty uświadomił mi, że Wydziedziczeni to nie ostatnia, a pierwsza z sześciu historii, a późniejszy konwentykiel z Ziutą pozwolił mi uporządkować tomy chronologicznie: od Wydziedziczonych (gdzie ansibl zostaje wynaleziony), poprzez Słowo... (gdzie zaczyna być wdrażany), aż po ułożone już po kolei Świat Rocannona, Planetę wygnania, Miasto złudzeń i finalną w tomie Lewą rękę ciemności.


W sumie aż żałuję, bo interpretacja traktująca Wydziedziczonych jako zwieńczenie fragmentu cyklu wydanego przez Prószyńskiego wyszła mi całkiem spójnie. Ale cóż, fakty są faktami, a ponowne przejrzenie tomu tylko je potwierdziły. Przejdźmy zatem do ostatecznych, zrewidowanych obserwacji na temat najwcześniejszego z opisywanych dotychczas elementów haińskiej historii.


Wydziedziczeni to tekst nieporównywalnie dłuższy od pięciu pozostałych powieści z tomu. Można więc zastanowić się – czego jest tu więcej, niż w innych powieściach haińskich, co zostało szerzej potraktowane, ładniej dopowiedziane? Pytanie tym bardziej ważkie, że przy omawianiu poprzednich książek, zarówno z mojej strony, jak i ze strony pozostałych uczestników wyzwania nieraz padały zarzuty, że szkoda, że to nierozwinięte, tamto nie wybrzmiało, że w tym temacie książka za krótka, żeby wyczerpać temat, a w tamtym to już w ogóle lepiej by pozostała opowiadaniem, bo takie sto stron na krzyż to ani powieść, ani krótka forma.


SATELITARNY DR HOUSE

Na pewno dużo więcej, niż we wcześniej opisywanych powieściach mamy psychologii. Choć wszyscy co bardziej znaczący bohaterowie Wydziedziczonych wydają się opisani bardziej pieczołowicie, niż albo kartonowe, albo opisane wycinkowo postaci z poprzednich powieści, ten pietyzm widać szczególnie w sposobie nakreślenia osobowości głównego bohatera – Szeveka, wybitnie twórczego naukowca pochodzącego z peryferyjnego satelity o nazwie Anarres. Na kilkuset stronach Wydziedziczonych znajduje się miejsce na jego kompletną, przedstawioną w retrospektywnych migawkach niemal rok po roku, biografię, z której można nie tylko wywnioskować, dlaczego jest taki, jaki jest i dlaczego odegrał akurat taką rolę w powieści, ale także dowiedzieć się o jego poszczególnych doświadczeniach, przeżyciach, uczuciach, o tym, w jakiej scenerii poznał swoją pierwszą miłość i co sobie myślał, jadąc z jednego miejsca zamieszkania do drugiego. Wyłania się z tego bardzo jednostkowy obraz skomplikowanego człowieka: zamkniętego w sobie, ale jednak obdarzonego zdolnością zjednywania sobie ludzi i niepozbawionego uczuć; wychowanego bardzo liberalnie, ale posiadającego, niejako wbudowane, bo w żaden sposób niewymuszone przez społeczeństwo, wysokie ideały związane z wiernością, romantyczną miłością i odpowiedzialnością wobec najbliższych.


Po co się ten obraz wyłania? Może dla samej przyjemności tekstu: czytelnik, zwłaszcza gustujący w bohaterach o takiej właśnie osobowości, ma Szeveka polubić i wraz z narratorem cieszyć się, że może poznać tyle szczegółów z jego życia. Wydaje mi się, że ten argument może działać nawet lepiej w naszej dekadzie, niż w czasie powstania tej powieści – od kilku lat mamy przecież, najbardziej chyba widoczną w serialach od czasów bodaj Doktora House'a, modę na bohaterów neurotycznych, nie do końca przystosowanych, zafiksowanych na swojej dziedzinie – takich z psychologicznym twistem. A Szevek właśnie taki jest.


A może to, że Szevek jest opisany tak dokładnie, to wskazówka interpretacyjna. Na przykład taka, że jest dla całego cyklu haińskiego bardzo ważny i należy wszystkie pozostałe książki interpretować przez pryzmat jego biografii. Bo przecież rzeczywiście – chociaż prowincjusz, kunktator i odludek, to w pewnym momencie to od niego wszystko zaczyna zależeć, prawda?


JAK BĘDZIE W KOSMICZNYM DEMOLUDZIE, CZYLI PETECKI Z BERKELEY

Druga sprawa, na którą Le Guin poświęciła dużo więcej miejsca, niż w poprzednich książkach o Hain, to ustrój i kultura opisywanej społeczności. A w zasadzie dwóch społeczności. Mamy tu wspomnianą Anarres, ojczyznę Szeveka – kolonię założoną na pustynnym księżycu pewnej peryferyjnej planety przez wyznawców nauk niejakiej Odo i według tejże nauki – zasadzającej się na równości klasowej, materializmie, kulcie satysfakcjonującej pracy, zniesieniu własności prywatnej oraz swobodzie obyczajowej – funkcjonującą. I mamy Urras – rdzenną planetę, z której buntownicy-Odonianie uciekli, a której ustrój jest diametralnie inny – prywatny kapitał ma się dobrze, powodując drastyczne różnice w statusie materialnym mieszkańców (przynajmniej na pozór – w miarę posuwania się akcji do przodu, pogląd ten ulega rewizji), a w kwestii obyczajów skonwencjonalizowana religia przeplata się z seksualnym rozpasaniem, panuje też bardzo tradycyjny podział ról płciowych, choć warto zauważyć, że kobiety, choć marginalizowane w życiu publicznym, w sferze prywatnej są traktowane z szacunkiem i absolutnie nie sprawiają wrażenia żyjących w deprywacji.


Wśród czytelników fantastyki daje się czasami słyszeć narzekania na to, że w tej czy innej książce jest za dużo opisów miejsc czy postaci, przeciążenie jakimś tematem (walką, miłością, religią), czy też nadmiar nieodpowiadającego danemu czytelnikowi humoru. Nie spotkałam się natomiast z sytuacją, by ktoś narzekał, że w jakiejś powieści spekulatywnej dostarczono mu zbyt dobrze i pieczołowicie opisany świat. Pisząc o Wydziedziczonych, nie będę więc na to narzekać i ja – cóż przyjemniejszego od poznawania uniwersum, w którym wiemy dokładnie, co i jak funkcjonuje i w teorii – dzięki bezpośrednim opisom politologicznym czy socjologicznym – i w praktyce, dzięki licznym scenkom rodzajowym z życia mieszkańców. Le Guin wykonała w kwestii światotwórstwa kawał porządnej roboty i pod tym względem te setki stron absolutnie nie poszły na marne.


Chciałabym się jednak, w kwestii opisywania społeczeństw w Wydziedziczonych, przyczepić do jednej rzeczy. Nietrudno zauważyć, że kultura Anarres jest opisywana jako utopia i jako taka traktowana zarówno przez rozkochanych w niej mieszkańców, niechętnie, ale jednak chyba za nią tęskniących co sensowniejszych Urrasyjczyków, a w końcu również przez zachwyconych sposobem jej działania wysłanników Ekumeny, którzy zresztą wyrażają chęć nauczenia się i przejęcia anarresyjskiego wsposobu życia. I tu widzę zasadniczy problem.


Le Guin w oryginale zastrzegła, że ta powieść to Dwuznaczna utopia. I rzeczywiście, trudno oczekiwać, że czytelnik przyklaśnie tezie, że na Anarres jest cudownie. Szczególnie czytelnik wywodzący się z kultury, która doświadczyła okołoradzieckiego socjalizmu – bo to, czego dowiadujemy się o zasiedlonym przez rewolucjonistów satelicie, mocno przypomina nieco zmodyfikowaną i psychologicznie ucukrowaną wersję życia w krajach demokracji ludowej. Pomimo entuzjastycznego podejścia narratora i bohaterów do tego, jak to na Anarres wspaniale się pracuje i współpracuje, czy też jak to dzięki prostemu zabiegowi wprowadzenia wolności i dowolności obyczajowej niemal zlikwidowano problem gwałtów i zniesiono seksualny proletariat, czytelnikowi, który czyta o tajemniczych, wspólnych miejscach odosobnienia dla osób chorych psychicznie, przestępców i osobników nieprawomyślnych, o egalitarnej biedzie i siermiężności życia, o tępieniu wszelkich oznak indywidualizmu (określanych jako „egoizowanie”), o całkowitym braku duchowości, czy też o superkomputerze, który reguluje kluczowe dziedziny życia Anarresyjczyków, łącznie z nadawaniem im imion – może się, z różnych i indywidualnie dopasowanych powodów, zrobić, na myśl o Anarres, nieswojo.


I tu moje zasadnicze pytanie: jak to się stało, że idea Ekumeny, która, ze swoim poszanowaniem wolności, wiedzy, duchowości, odmienności i wrażliwości ludzkiej, mogła wywołać w czytelniku późniejszych chronologicznie haińskich powieści dreszcz zachwytu, najwyraźniej wzięła swój początek z utopii rodem z wychwalających peerelowski socjalizm powieści Peteckiego? Przecież skoro powieść powstała w 1974r., to autorka wewnętrzna wiedziała już chyba, jak funkcjonują demoludy i miała świadomość, że to w praktyce tak nie działa? Czy nie przyszło jej do głowy, że kiedy zna się już pełną opresji, a niekiedy też krwawą historię krajów za żelazną kurtyną, pisanie utopii w podobnym do nich uniwersum mocno pachnie błędem logicznym? Naprawdę, kiedy zdążyło się wcześniej poznać piękne założenia Ekumeny zaszczepiane na Alterrze, Terrze czy Gethen, po przeczytaniu Wydziedziczonych można dojść do wniosku, że ich ideowe początki wyglądały naprawdę tanio.


Było dla mnie subiektywnie ciekawe, że ludzie Ekumeny, których postępowanie w późniejszych chronologicznie powieściach haińskich emanowało nieraz tajemniczym, kojarzącym się niemal w sposób nadprzyrodzony, światłem, pięknem i dobrocią, wywiedli swoje piękne idee z tworu politycznego, w którym osobiście nie potrafiłam znaleźć ani odrobiny tego późniejszego światła.


MONOGAMIA ZBAWI (HAIŃSKI) ŚWIAT?

No, może pojawia się ono w jednym miejscu. Jak wspomniałam na Anarres panowała całkowita swoboda obyczajowa, ale dopuszczane były związki monogamiczne. I przykładem takiego związku jest partnerstwo Szeveka i jego ukochanej Takver. Od samego początku znajomości rodzi się między nimi szczególna psychiczna, fizyczna i emocjonalna więź, która, choć w żaden sposób niewyuczona i niemająca formalnego uzasadnienia w obyczajowości, moralności, czy kwestiach ekonomicznych, a nawet nienaumyślnie utrudniana przez system (mechanizm przydziału pracy nie brał pod uwagę tego, by nie rozdzielać partnerów), jest w stanie przetrwać całe życie obojga, pomimo problemów i długich rozłąk. To uporczywe trwanie Szeveka i Takver przy sobie wbrew kulturowym wzorcom, systemowi i ludzkiej pożądliwości, wydaje się przez to czymś niemal nadprzyrodzonym, być może najbardziej uduchowionym i tajemniczo niewytłumaczalnym pierwiastkiem w całej powieści. I choć Le Guin opisuje ten związek trochę tak, jak w Słowo „las” znaczy świat opisywała las – przekazuje intelektualnie, że jest piękny, choć opis nie działa jakoś szczególnie na emocje i wyobraźnię – to pomiędzy anarresyjską, niemal totalitarną, siermiężnością a urrasyjskim, również niemal totalitarnym, bizantyjskim przepychem połączonym z zamordyzmem, tych dwoje, ze swoją czułością, (prawie) wierną namiętnością i ciepłymi myślami o sobie nawzajem podczas rozłąki wydają się najjaśniejszym elementem całej konstelacji.


A zatem, choć nie znam ani realnego, ani literackiego świata, który sama jedna monogamia byłaby w stanie zbawić (może z wyjątkiem świata przedstawionego ze środkowej fazy twórczości Szczepana Twardocha), to tym razem może właśnie ona, może właśnie przykład miłości tych dwojga, a nie jakiś tam ustrój satelitarnego demoludu czy wynalezienie haińskiego turbosmartfonu, był tym nikłym płomykiem, który poprowadził Ekumenę do jej późniejszych, dużo większych niż dwoje ludzi, dużo piękniejszych niż pustynny księżyc peryferyjnej planety i dużo bardziej uduchowionych, niż anarressyjski materializm idei?


Tradycyjnie zachęcam – już po raz ostatni w tym wyzwaniu – do zajrzenia, co o tej części cyklu napisały Rusty, Gryzipiór i Pyza, oraz do zerknięcia, co zapewne wkrótce napisze Ziuta. Przy okazji – wielkie dzięki dla Was, współuczestnicy Wyzwania, za twórczą wymianę myśli i tę, powstałą na czas jego trwania, wspólnotę wyobrażoną! Rany, ależ było fajnie. Na szczęście znów mamy jesień, więc może jakaś nowa inicjatywa się pojawi?

Choć wyzwanie się skończyło, następny wpis pozostanie jeszcze w tematyce haińskiej – spiszę dla Was prelekcję „Wszyscy święci Hain”, którą wygłosiłam na tegorocznym Falkonie. Pozostańcie na linii.



Le Guin, Ursula. 1974. Wydziedziczeni [The dispossessed]. W: [tejże]. 2015. Sześć światów Hain. Warszawa: Prószyński i S-ka, s. 667-942.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Wyzwanie Hain #5: U.K. Le Guin, „Słowo >las< znaczy świat”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy

 
Wątek ważny nie tyle dla samej książki, co dla tego cyklu notek: wbrew tytułowi, Le Guin fatalnie opisuje w tej książce las.

Zanim sama przeczytałam „Słowo >las< znaczy świat”, nie mogłam się powstrzymać, by nie zerknąć mniej lub bardziej na to, co napisali o nim wyzwaniowi poprzednicy i doszłam do wniosku, że pewnie nie będzie co zbierać. Rusty i Ziuta raczej książkę zjechali, Pyza spróbowała obronić, ale sama dała przy tym do zrozumienia, że musi w tym celu iść trochę opłotkami. Tymczasem na mnie – uwaga, uwaga – książka zrobiła wrażenie. W zasadzie chyba największe spośród dotychczasowych wyzwaniowych lektur: nie tylko w porównaniu z pierwszymi trzema rozrywkowymi miniaturkami, ale nawet z ważną dla mnie, acz trochę zmęczoną czasem i kilkukrotną lekturą, „Lewą ręką ciemności”.


EMOCJE I HISTORIA

Przede wszystkim, trudno mi było przejść do porządku dziennego nad emocjonalną warstwą książki. Opis kontaktu między ziemskimi kolonistami i rdzennymi mieszkańcami planety Athshe, pełen wzajemnych aktów przemocy – walk, masowych mordów, gwałtów, pogardy – na początku dokonywanych i prowokowanych przez Ziemian, ale z czasem coraz bardziej obustronnych, był dla mnie po prostu wstrząsający. Zdaję sobie sprawę, że szczególnie dla osoby o dużej wrażliwości historycznej ta opowieść jest kolanem gniecionym przeniesieniem w Kosmos pewnych ziemskich sprawek, ale na mnie ten chwyt i tak wykonał swoją robotę. Dużo bardziej, niż np. aluzje do totalitaryzmu i obozów koncentracyjnych z „Lewej ręki ciemności”, gdzie opis życia Genly'ego jako więźnia takiego obozu, choć sam w sobie bardzo dramatyczny, jakoś dziwnie ginął, wpleciony jako epizod między rozbijaniem się po getheńskich salonach a epicką wędrówką przez lodowiec. W „Słowo >las<...” o okrucieństwie nie dało się już tak łatwo zapomnieć. Przynajmniej ja nie potrafiłam.


OBRAZ MĘSKOŚCI

Napisałam o osobach mających wrażliwość historyczną, bo muszę przyznać, że ja się nią tym razem zbytnio nie wykazałam – z aluzji do Wietnamu albo zdawałam sobie sprawę bardzo słabo, albo w ogóle zwróciłam uwagę na ten wątek dopiero przy późniejszych przeglądaniu metatekstów. Szczerze mówiąc, gdy je sobie w pełni uświadomiłam już po przeczytaniu, nabrałam lepszego mniemania o warstwie etycznej tej książki, niż miałam podczas lektury na bieżąco. Czytałam bowiem całkowicie prezentystycznie i spośród tematów etycznych najbardziej rzuciła mi się w oczy nie krytyka wojny, a tradycyjnego wzorca męskości – czy też w ogóle męskości jako takiej? – widoczna w tym, jak narrator obszedł się z postacią Davidsona. I podczas gdy pacyfistyczną metaforę Le Guin można oczywiście uznać za kolanem gniecioną – jak uczynili to Rusty i Ziuta – to dla mnie jest ona i tak subtelna, sprawiedliwa i słuszna w porównaniu z tym, co się dzieje w wątku płci kulturowej. 


Davidson jest tu nośnikiem wszelkiego zła – głupi jako dowódca, okrutny, krwawy i pełen pogardy jako kolonizator, poza tym był sprawcą bestialskiego gwałtu na żonie Selvera, w wyniku którego zmarła, zaś pozostałe kobiety traktował jak żywe mięso, którego jedynym celem jest spełnienie jego żądz. Przy tym w powieści regularnie (przynajmniej kilka razy, w tak krótkim tekście) powtarzane jest, jaki to on jest męski i jak to jego działaniami powoduje kulturowy etos mężczyzny, a zwłaszcza wpływ pewnej „męskiej” książki. Moim zdaniem to bardzo nieładne, to manipulacja ze strony autora wewnętrznego. Tym bardziej, że gdyby nie ta sztuczka z wbijaniem do głowy, że męskość równa się okrucieństwo i gwałt, czytelnik mógłby kompletnie nie wpaść na ten trop. 


Choćby dlatego, że w powieści mamy nie jednego, a trzech znaczących bohaterów męskich oprócz arcynegatywnego Davidsona jest arcypozytywny Ljubow i niejednoznaczny, acz mający budzić sympatię Selver. I gdyby nie fakt, że podmiot mówiący manipulacyjnie wpiera nam, że to Davidson jest pośród nich ty „męskim”, a o Ljubowie dodatkowo, bez pokrycia w książkowych faktach mówi, że jest zniewieściały, w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że postać szalonego z rozpaczy po utracie ukochanej żony, brutalnego buntownika przejmującego władzę nad swoim ludem, albo też genialnego (jego odkrycia zmieniły przecież świat!), skupionego na swojej pracy i odważnego aż do śmierci naukowca, to nie są postaci przynajmniej tak samo stereotypowo męskie, jak obrzydliwy prymityw Davidson.


Przy tej okazji chciałabym, całkiem subiektywnie, wyrazić swoje oburzenie wątkiem „męskich książek”. Wyraził je już przede mną Ziuta, traktując jako karygodne uproszczenie przy tłumaczeniu motywów zbrodniczych czynów Davidsona. Mnie natomiast ten wątek po prostu subiektywnie zabolał. Uwielbiam teksty spolaryzowane pod względem płci, literackie rozkminy na temat kobiecej i męskiej duszy, mam też, z perspektywy czytelniczki-kobiety, szczególną słabość do tekstów określanych jako typowo „męskie” - nie w sensie natężenia scen przemocy i zbereźności, rzecz jasna, ale potencjalnych różnic w mindsecie moim i autora, nadziei na dowiedzenie się o świecie czegoś, czego, jako osoba myśląca bardziej „po kobiecemu” (wierzę w to rozróżnienie), być może mogłabym akurat nie dostrzec sama. Wyniki tego podejścia czytelniczego oceniam u siebie jako etycznie dobre i jak Urszula mi pisze, że takie rzeczy czytają tylko okrutnicy i tylko okrucieństwa mogą z takiej lektury wyniknąć, Sama Porcelana czuje się niemal niesprawiedliwie posądzona.


ZMYSŁY

Tak jak wspomniałam wcześniej, „Słowo >las< znaczy świat” było dla mnie dość wstrząsającą lekturą i w konfrontacji z tymi wszystkimi okrucieństwami jakoś dziwnie było mi kontynuować zabawy w tropienie polisensoryki i różnych sposobów spotykania Innego, które uskuteczniałam w poprzednich notkach wyzwania.


Co do polisensorycznych opisów, nie ma tu zresztą wiele do szukania. Zdziwiło mnie to. Zanim zaczęłam czytać, cieszyłam się na obietnicę zawartą w tytule – znając poprzednie, piękne przyrodniczo światy Ekumeny, spodziewałam się w tej części cyklu istnej eksplozji zieloności. 


Tymczasem, inaczej niż choćby w „Mieście złudzeń”, w tej powieści Le Guin jest kompletnie nieprzekonująca w opisie lasu. Przyroda Athshe, choć tak kluczowo ważna dla mieszkańców planety i tak ważna etycznie (wątek ekologiczny!), nie jest przedstawiona tak, by budzić naszą miłość czy zachwyt, by nas do czegoś w tej kwestii przekonać. Opisów jest w sumie niewiele i na mnie osobiście nie zrobiły wrażenia – przed oczami wyobraźni rysuje się jakaś plątanina roślin, czasem pada nazwa konkretnego gatunku drzewa albo negatywny komentarz na temat niszczycielskiej działalności człowieka – i tyle. O tym, że ten las jest piękny i ważny, dowiadujemy się tak, jak o „męskości” postępowania Davidsona – mamy to łopatologicznie powiedziane, a nie przekazane za pomocą literackich chwytów. Chociaż sama nie wiem, może zachwyty nad przyrodą byłyby w tej okrutnej historii czymś wręcz nietaktownym? Te nieliczne fragmenty, gdzie Le Guin pokazuje odrobinę tej cudownej polisensoryki, jakiej dużo było w poprzednich powieściach – np.:

Noc była pochmurna i czarna, wilgotna, ciepła, pachnąca wiosną.”
(s. 655)

Znowu zobaczył światło poprzecinane na czarno bliskimi i dalekimi pniami drzew, odległy, poruszający się blask.” (s. 659)

Miękkie światło pod wielkim drzewem komplikowały cienie” (s. 663)

Lepennon położył swoją długą dłoń na dłoni Selvera tak szybko i delikatnie, że Selver przyjął dotyk, jakby ta ręka nie była ręką obcego. Nad nimi drgały zielonozłote jesionowe liście.” (s. 664)

sprawiają dziwne wrażenie, było mi wręcz głupio się nimi zachwycić, na zasadzie – takie straszne rzeczy się dzieją, a ja się mam zachwycać jakąś grą świateł w koronach drzew?


Jako czytelniczka wrażliwa sensorycznie, muszę jednak docenić odwzorowany przez autorkę sposób postrzegania świata przez Athshean, wyraźnie odmienny od standardowego ludzkiego. Ciekawy był fragment opisujący to, co Selver widzi, idąc przez las. Athsheanin ewidentnie bardziej, niż przeciętny człowiek, skupia się na kolorach, przedmioty widzi w długich seriach i seriach ich przymiotów, często łączy pojęcia konkretne z abstrakcyjnymi, myśli przeciwieństwami i porównaniami:

W blask słoneczny, w blask gwiazd, wiatr, wodę zawsze wsuwał się jakiś liść i gałąź, pień i korzeń, to co cieniste, złożone. Pod gałęziami, wokół pni, nad korzeniami biegły wąskie ścieżki; nigdy nie prowadziły prosto, ale omijały każdą przeszkodę, poskręcane jak nerwy.” (s. 586)

Albo kiedy opowiada pobratymcom swoją tragiczną historię i słyszy w odpowiedzi: „To, co nam opowiadasz, jest bardzo czarne a droga wiedzie w dół.” (s. 589) Patrzę wstecz na swoje poprzednie notki o powieściach Le Guin i dochodzę do wniosku, że chyba często pisałam jak Athsheanka.


INNY”

Moja druga zabawa – ta z tropieniem sposobów spotkań z Innym i wyciąganiem praktycznych wniosków w odniesieniu do realnego życia – też wydała mi się w wypadku tej książki nie na miejscu. W tej narracji pojawiło się realne okrucieństwo, wobec którego głupio i obco było kontynuować dotychczasowe radosne teoretyzowanie. 


No dobrze, może ewentualnie jest w „Słowo >las< znaczy świat” jeden wątek, który dałoby się tak rozwinąć. Jest nim ewolucja w sposobie opisania Athshean. Na początku, gdy zetknęłam się z ich opisami – małych, porośniętych zielonym futrem ludzi o pustych oczach bez światła, wykazujących niezwykłą odporność – czy też obojętność – na ból i atakujących przeciwników przez unieruchomienie ich a następnie śpiewanie nad nimi osobliwej pieśni, poczułam ten sam dreszczyk dziwności, jaki towarzyszył mi przy opisach Gdemiarów w „Świecie Rocannona” albo przy odkrywaniu zniekształconych okruchów realnego świata w „Planecie wygnania” czy „Mieście złudzeń”. Później jednak, w miarę poznawania szczegółów athsheańskiej kultury i historii życia Selvera i jego rodaków, to uczucie przyjemnej dziwności całkowicie zniknęło, ustępując zwykłemu przejęciu tym, co dzieje się z bohaterami. Trochę kojarzy mi się to z mechanizmem, według którego może przebiegać zakochanie albo początek głębokiej przyjaźni – najpierw silne, przyjemne uczucie, potem zaś międzyludzka „komplikacja”, jeszcze bardziej wartościowa i skoncentrowana na długim człowieku, niż to początkowe miłe wrażenie. Może warto zapamiętać ten mechanizm i spróbować wdrożyć go przy spotkaniu z kimś, kogo uważamy za bardzo innego od nas?


SKOJARZENIA RELIGIJNE

Nie da się ukryć, że w tej książce dużo mi się kojarzyło. Są mówiące nazwiska, są staro- i nowotestamentowe tropy interpretacyjne (w tym oczywisty chrystologiczny, w wątku Ljubowa), jest sytuacja jednostki doświadczającego pewnego rodzaju objawienia. Gdyby „Słowo >las< znaczy świat” było całościowo dobrą książką, mogłaby z tego wyjść mocarna analogia. Niestety – tu zgadzam się z Ziutą – Le Guin zepsuła pewien dobry pomysł, również i na tej płaszczyźnie, i przez niedelikatność i jednostronność tej historii ewentualna analogia religijna wychodzi, koniec końców, dość niezręcznie. Niech więc poleży trochę. Może wrócę do niej przy okazji haińskiej martyrologii.




Le Guin, Ursula K. 2015 [1972]. Słowo „las” znaczy świat [The word for world is forest]. Przełożyła Agnieszka Sylwanowicz, 571-665. [W:] Le Guin, Ursula K. 2015. Sześć światów Hain. Warszawa: Prószynski i S-ka.