wtorek, 14 lutego 2017

Wyzwanie Hain #3: U.K. Le Guin, „Miasto złudzeń”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy.


Początek "Miasta złudzeń", dziejący się w Leśnych Domach, jest bardziej hygge niż zapewne niejeden poradnik hygge.

Miasto złudzeń” to historia Falka, humanoida o "wyczyszczonej" pamięci, odnalezionego przez mieszkańców Domu Zove – prostych osadników, jednych z nielicznych ludzi zamieszkujących Ziemię wiele lat po wygaśnięciu jej dawniejszej cywilizacji. Nie mogąc znaleźć swojego miejsca w społeczności, Falk decyduje się opuścić Dom i ruszyć na wyprawę poprzez bezdroża i osady leżące na terenie niegdysiejszych Stanów Zjednoczonych do miasta Es Toch, by poznać swoją prawdziwą tożsamość, a także zmierzyć się ze złem uosabianym przez wrogie ludziom i całej Ekumenie, kontrolujące Ziemię plemię Shinga.


Zacznę może od kwestii samej, najprostszej, hedonistycznej przyjemności czytania. Podczas gdy „Świat Rocannona” ucieszył mnie wizualnie krajobrazami tak wzniosłymi, że od perspektywy czasem kręciło się w głowie a „Planetę wygnania” miałam za powieść bardzo, na poziomie historii indywidualnych bohaterów, optymistyczną, „Miasto złudzeń” w swojej pierwszej części wywołało we mnie uczucie błogości. Nie ma w tym żadnej wyższej filozofii: po prostu dobrze czytało mi się o Domu Zove, o pięknym lesie wokół niego, o ludziach zajmujących się z chęcią nieskomplikowanymi rzemiosłami i zdolnych do prostej dobroci zarówno wobec siebie nawzajem jak i wobec niespodziewanego przybysza, i o radosnym, jasnym romansie między głównym bohaterem a jedną z mieszkanek Domu – Parth. Przypuszczam, że właśnie dla takich wrażeń ludzie czytają te wszystkie książki o rzucaniu korpo i budowaniu winnicy w Toskanii. (Czasem się zastanawiam, czy nie powinnam zmienić czytelniczego repertuaru, bo co się dorwę do ambitnej fantastyki, to włączają mi się jakieś tendencje dezercyjne. Trzeba jednak przyznać, że sama autorka podaje całkiem górnolotne wyjaśnienie obecnego w książce kultu prostoty życia, pokazując, że niektórzy Ziemianie zapamiętali w zniekształconej formie przemyślenia Henry'ego Davida Thoreau.)


Co do wrażeń sensorycznych, w „Świecie Rocannona” podobały mi się opisy zimna i gorąca, a w „Mieście złudzeń” mamy z kolei sporo mogących podobnie mocno działać na wyobraźnię kontrastów światła i mroku. Powieść zaczyna się od ocknięcia się Falka po utracie pamięci – ma to miejsce w całkowitej ciemności, która ustępuje dopiero przy dotarciu do osady Zove. Na końcu książki bohaterowie ponownie pogrążają się w ciemności. Podczas ponownej nauki podstawowych ludzkich czynności po swojej amnezji Falk przyrównuje zdobytą wiedzę do małe świeczki palącej się na ciemnym polu – gdy natomiast rusza już na swoją wyprawę i znajduje się w obcej nieprzyjaznej okolicy, wychodzące zza chmur słońce dodaje mu otuchy i umacnia w powziętym zamiarze. W innym miejscu wędrówki, gdy po dłuższym odcinku położonym z dala od jakichkolwiek osad ludzkich główny bohater widzi światło jakiegoś domostwa, znów mocno reaguje emocjonalnie: „To światło, świecące z daleka poprzez mrok wzruszyło go do głębi” (s. 253). Oczywiście, śledząc wątek światła i mroku, mogłam się była domyślić, że tak ogólny, nasycony symboliką temat został już na pewno wcześniej opisany przez zawodowców. I rzeczywiście, choćby anglojęzyczna Wiki podaje, że temat światła i mroku w „Mieście złudzień” opisał niejaki Douglas Barbour, przypisując im znaczenie związane z opartą na harmonii przeciwieństw filozofią tao.1 Choć ten trop jest wielce zasadny, a bezpośrednie nawiązania do taoizmu pojawiają się w samej fabule książki, mnie podczas lektury obrazy światła i mroku po prostu działały na wyobraźnię wizualną, ewentualnie kojarzyły się kryptoteologicznie.


Kontynuując wątek kontaktu z Innymi, który podjęłam w poprzednich notkach, z początku wydawało mi się, że w „Mieście złudzeń” trop się urywa i tym razem nic o dialogu z obcymi rasami i światopoglądami nie znajdę. Po namyśle stwierdziłam jednak, że można na ten temat wyciągnąć z „Miasta złudzeń” całkiem sporo, jeśli zamiast z mieszkańcami Domów czy z Falkiem, czytelnik spróbuje się zidentyfikować z wrogimi Shinga – z ich cywilizacyjną wyższością wobec innych bohaterów i narzuceniem tym innym – niby to dla ich dobra – wymyślonego przez siebie, opresyjnego sposobu życia. Opresja wobec kultur mniej rozwiniętych brzmi zapewne znajomo, i nie zawstydzić się przy tym wątku w książce nie sposób, niezależnie jak bardzo niepoprawnym politycznie by się nie było. A to dla tego, że Le Guin pokazuje, że podstawą reżimu Shinga jest kłamstwo, które jest uznawane za moralne zło przez chyba każdy system etyczny, również przez systemy politycznie niepoprawne. Możemy więc powstydzić się wszyscy razem.


Jeśli chodzi o tematykę kłamstwa, to właśnie ono staje się tu nośnikiem „gęsioskórkowatości”, która stanowi dla mnie kolejne lekturowe wrażenie łączące dotychczasowe części cyklu Hain. Trochę creepy są tu mieszkańcy tytułowego miasta złudzeń - Es Toch, przyjemny czytelniczy lęk mogą też budzić wzmianki o „dziwnościach” poszczególnych społeczności Ziemi odwiedzanych przez Falka (również spowodowanych przez kłamstwo, bo będących efektem wpływów Shinga). Najbardziej niepokojące były dla mnie jednak mówiące zwierzęta. Przy fragmencie z dzikiem, który mówi do Falka „Aach, aach, człowieku, myśl do mnie” „niewyraźnym i matowym głosem dobywającym się z pokiereszowanego ryja” (s. 242) przez chwilę trochę bałam się być sama w pokoju. To wrażenie „gęsioskórkowatości”, sam fakt występowania mówiących zwierząt i stopniowe odkrywanie przez czytelnika prawdy o okrutnie traktowanej, żyjącej w kłamstwie społeczności, trochę kojarzy mi się z wątkiem Królikarni Sideł w „Wodnikowym Wzgórzu” Richarda Adamsa.


Źródełko z Wiki podpowiada, że w „Mieście złudzeń” pojawia się wątek feministyczny w postaci krytycznie przedstawionej mizoginii społeczności Pszczelarzy.2 Szczerze mówiąc, nie zauważyłam tego podczas lektury i zastanawiam się, czy tak jak np. u Lema wątki naukowe, tak u Le Guin nie zestarzała się przypadkiem warstwa dotycząca tego rodzaju sprawiedliwości społecznej. Mam wrażenie, że to, co ona opisuje w kwestiach płci i obyczajów, dla współczesnych social justice warriors (i w sumie dla kogokolwiek) może być zbyt mało radykalne: „wojownicze” wątki giną pośród obrazów bardzo tradycyjnych społeczności i spolaryzowanych ról płciowych. Z kolei czytelnik spragniony obyczajowej tradycji i esencjalistycznego romansu, kiedy po serii wątków, które mogą mu się spodobać (takich jak zakończona „morałem” historia z Estrel) książka robi się na chwilę bardziej „bezpruderyjna”, może odczuć konfuzję – trochę jak w towarzystwie szacownej cioci czy wujka, który/a nagle rzuca na rodzinnym spotkaniu pieprzny dowcip, żeby pokazać, jak to on/a rozumie młodzież.


Lektura pierwszej części powieści zbiegła mi się z podczytywaniem „Świętych codziennego użytku” Szymona Hołowni i niektóre wątki uroczo mi się kontaminowały. Reakcja mieszkańców Domu Zove na przybycie Falka – nakarmienie go i opieka nad nim pomimo poważnych wątpliwości co do tego, czy nie jest groźny – kojarzyła mi się z historią o św. Janie Ruskim i ewangelizacji przy pomocy miski zupy tudzież z maksymą bł. Urszuli Ledóchowskiej: „Bądźmy dobre i dla dobrych, i dla złych, dla wielkich i dla małych, dla dzieci i dorosłych, dla zwierząt, dla kwiatów, dla wszystkich stworzeń”.3 Delikatność i czułość relacji Falka i Parth na jej samym początku, z czasowo wyciszonymi choć obecnymi zmysłami, przywodziła mi na myśl życie małżeństwa dwojga świętych: Marii i Luigiego Beltrame Quattrocchich. Wątek myślomowy jako najszczerszej, doskonalszej od innych form komunikacji powiązał mi się ze św. Teresą z Ávila i jej praktyką modlitwy myślnej, a niefrasobliwość Falka, który wyruszając w podróż, nie do końca wiedział, dokąd i po co idzie – z historiami świątynnej wdowy i, ponoć nieco nieogarniętego życiowo, bł. Rafała Kalinowskiego. Końcówkę powieści doczytywałam natomiast przy dźwiękach soundtracków Maxa Richtera i finalne zagadki, z zamieniającymi się miejscami prawdą i kłamstwem, przeskakiwały mi w wyobraźni w takt muzyki jak cegiełki. Oczywiście wiem, że to wszystko nie wnosi nic do ogólnego odbioru „Miasta złudzeń”, ale mamy postmodernizm i ponoć wszystko już było, więc czuję się w obowiązku napisać Wam cokolwiek, czego o tej książce nie powiedzieli inni, bo jeszcze mi tu uśniecie.


Zajrzyjcie też koniecznie do wpisów pozostałych uczestników wyzwania: Rusty, Ziuty, Gryzipióra i Pyzy!



1  Barbour, Douglas, "Wholeness and Balance in the Hainish Novels" published in Ursula K. Le Guin (Modern Critical Views), ed. Harold Bloom, (New York, NY: Chelsea House Publishers, 1986) pages 24-25. , za: Wikipedia, „City of Illusions”.


Spivack, Charlotte. Ursula K. Le Guin, (Boston, MA: Twayne Publishers, 1984), s. 20, za: Wikipedia, „City of Illusions”.



3  Hołownia, Szymon. 2015. Święci codziennego użytku. Kraków: Wydawnictwo Znak, s. 91.

wtorek, 13 grudnia 2016

Wyzwanie Hain #2: U.K. Le Guin, „Planeta wygnania”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy.

Autorka: Rusty


Przeczytałam „Planetę wygnania” drugi raz – pierwsze podejście było w czasach nastoletnich – i naprawdę nie wiem, czym sobie jako czytelniczka zasłużyłam na taką optymistyczną historię. Nie pamiętałam podobnego uczucia z pierwszego czytania (zresztą wtedy książka mi się nie podobała), ale tym razem miałam wrażenie, że jest to historia o tym, jak to wszystko potrafi się czasami w życiu udać. Nie ciągnę tego wątku dalej, polecam przekonać się na własną rękę, i przechodzę do pomniejszych radości, jakie ta książka może potencjalnie przynieść czytelnikowi (jakkolwiek, biorąc pod uwagę wpisy pozostałych uczestników wyzwania, zdania są tu podzielone).


Tak jak w „Świecie Rocannona”, i tu mamy planetę zamieszkaną przez kilka ludów znajdujących się na niezbyt, jak na ziemskie standardy, wysokim poziomie cywilizacyjnym: mieszkańców Tewaru i ich współplemieńców, wrogich im gaalów oraz nieuważanych za istoty ludzkie, choć wysoce inteligentnych farbornów. Również podobnie jak w poprzedniej powieści, pojawia się w „Planecie wygnania” wątek kontaktu plemion rdzennych z zaawansowaną i dążącą do zjednoczenia mieszkańców różnych planet cywilizacją Ekumeny. W obu książkach motywem spajającym wewnętrznie opowieść o kontakcie są losy kobiecej bohaterki, która stoi pomiędzy cywilizacją lokalną i przybyłą: w „Planecie wygnania” jest to młoda dziewczyna o imieniu Rolery pochodząca z Tewaru. Kolejne podobieństwo to fakt, że fabuły obu powieści mocno siedzą w gatunkowych schematach. Są to jednak inne schematy: podczas gdy „Świat Rocannona” to w dużej mierze zgodna z jedną z klisz fantasy opowieść o wyprawie, w „Planecie wygnania” mamy opis konfliktu zbrojnego między dwoma plemionami okraszony historią miłosną.


Zastanowiło mnie, na ile właściwie te schematy gatunkowe są tu skuteczne. Czy  „Planeta wygnania” to dobra przygodówka fantasy i dobry romans? Jeśli chodzi o stronę zbrojną i przygodową, chyba nie można narzekać – w powieści generalnie sporo się dzieje, główny wątek militarny zawiera kilka znaczących zwrotów akcji a jego zakończenie nie jest oczywiste – w pewnym momencie można się wręcz trochę pogubić co do czytelniczych oczekiwań, jak akcja „powinna” się potoczyć.


Co do romansu, kiedy czytałam „Planetę...” pierwszy raz, historia głównej bohaterki i jej wybranka zraziła mnie kiczowatymi dekoracjami i pozbawioną cudzysłowu zmysłowością – i rzeczywiście, początek tej historii mógłby spokojnie być zaadaptowany jako czuciofilm w uniwersum „Nowego wspaniałego świata” Huxleya. Ale muszę przyznać, że teraz, przy drugim podejściu, dałam się porwać historii Rolery i Jacoba. Jak by na to nie spojrzeć, ma ona sporo zalet. Fajnie pracuje tu i sztafaż fantastyczny (ładny motyw z telepatią, która jest normą w tym uniwersum, ale u kochających się ludzi wykazuje szczególne właściwości), i obserwacje obyczajowe (urokliwie neurotyczny fragment, kiedy Rolery rozkminia, którym imieniem najlepiej zwracać się do ukochanego, bo ten ma ich za dużo). Ponadto, tak jak w wątkach miłosnych w „Świecie Rocannona”, znów pojawia się miła anarchia w stosunku do europejskiego wszechwzorca baśniowo-romansowego – tym razem polegająca na tym, że najciekawsze rzeczy dzieją się nie przed, a po „żyli długo i szczęśliwie”. A poza tym jest tu po prostu masa emocji, wielkich słów i chwytów za serce, historia Rolery i Jacoba ma szansę zrobić z czytelnikiem wszystko to, co romans zrobić powinien, a przy tym wszystkim ma się jednak to poczucie, że nie, ja przecież nie czytam romansidła, tylko coś ambitnego, bo to przecież Le Guin!


Z kwestii, które obiegowo można uznać za ambitne, nadmienię znowu problematykę kontaktu „naszych” z Innymi – tu, z tego, co widzimy na początku, „naszymi” są jasnoskórzy, złotoocy ludzie z Tewaru a Innymi – ciemnoskóre, niegdyś potężne ale obecnie osłabione plemię farbornów. Znów jest więc tematycznie trochę tak jak w „Świecie Rocannona” - obie książki sugerują, że z Innymi da się porozumieć i warto to zrobić – ale sposób realizacji tematu jest inny. „Świat Rocannona” był historią o tym, że Inni są dziwni i piękni w swojej dziwności. „Planeta wygnania” opowiada z kolei o tym, że przedstawiciele innej kultury mogą nieść ze sobą coś, co nie tylko nie zagraża „naszym” wartościom, ale wręcz jest z punktu widzenia tych wartości prawdziwe i potrzebne (tu: nikłą, ale jednak zawsze jakąś tam szansę na kontakt z haińską cywilizacją, który oznacza nie tylko dobrobyt i postęp, ale też, poniekąd, możliwość powrotu Tewarczyków do prawdziwej, galaktycznej ojczyzny i współbraci z pozostałych planet Hain), a także o tym, że z Innymi warto, a niekiedy nawet trzeba współpracować, aby uchronić się przed wspólnym niebezpieczeństwem (tu: atak koczowniczego plemienia gaalów) lub osiągnąć jakiś wspólny cel. Trochę kojarzy mi się to z tezą Lecha Jęczmyka z „Dlaczego toniemy” o dialogu chrześcijańsko-żydowskim, że nawet kiedy w kwestiach religijnych nie sposób się dogadać, to nie znaczy, że nie można pożytecznie podialogować np. o melioracji pól.


Jeszcze jedno podobieństwo w moim odbiorze „Planety wygnania” i poprzedniej opowieści ze świata Hain: ta przyjemna mentalna gęsia skórka na wzmianki o zjawiskach tajemniczych i obcych dla świata, w którym żyją bohaterowie powieści. Jeden z bohaterów nosi imię Jonkendy – jakież to imię i nazwisko mogło zostać skontaminowane, by po latach ustnego powtarzania uzyskać takie brzmienie? Inny bohater – żyjący wszak w dość prymitywnej społeczności – ma z kolei nazwisko-otczestwo Pilotson. Poza tym dziwne zwyczaje mieszkańców Landinu (co upamiętnia ta nazwa?) takie jak nienaturalne zachowania „godowe” czy obyczaj picia rzadkiej zupy z trawy. Może to naiwne, ale na mnie te wszystkie stopniowo odkrywane „dziwności” znów jakoś emocjonalnie podziałały. A może nie jest to aż takie naiwne, bo w sumie ten chwyt Le Guin to chwyt pochodzący z fantastyki grozy. Według często tu ostatnio przytaczanej definicji Smuszkiewicza i Niewiadowskiego groza to wtargnięcie do świata opowieści obcego, niewytłumaczalnego elementu, który zagraża zasadom działania tego świata. I w „Planecie wygnania” też to mamy, z tym że tym razem to nasz ziemski świat zagraża zasadom fikcyjnego uniwersum, w którym wychowała się Rolery.


(Polecam także notki innych uczestników wyzwania: Rusty, Ziuty i Gryzipióra).


Le Guin, Ursula K. 2015 [1966]. Planeta wygnania. Przełożył Juliusz P. Szeniawski, 117-218. [W:] Le Guin, Ursula K. 2015. Sześć światów Hain. Warszawa: Prószynski i S-ka.

niedziela, 30 października 2016

Wyzwanie Hain #1: U.K. Le Guin, „Świat Rocannona”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy.

Autorka: Rusty Angel


Świat Rocannona” jest pierwszą częścią cyklu Le Guin opowiadającego o rasie Hain, która zasiedliwszy dawno temu różne zakątki Wszechświata, po wielu latach rozproszenia i braku kontaktu pomiędzy poszczególnymi koloniami chce na nowo zjednoczyć się we wspólnocie o nazwie Ekumena. W tej powieści poznajemy planetę Fomalhaut II, zasiedloną przez kilka plemion/ras różniących się wyglądem i zaawansowaniem cywilizacyjnym – m.in. żyjących pod ziemią Gdemiarów, koczowniczych Fiia i przypominających ziemskie średniowieczne rycerstwo Liuarów. Na planetę tę przybywa z ekipą badawczą „kosmiczny etnograf” Gaveral Rocannon, który po tragicznej śmierci swoich towarzyszy musi nawiązać współpracę z przedstawicielami lokalnych plemion, by móc wrócić do domu, a przy okazji zażegnać niebezpieczeństwo grożące nie tylko Fomalhaut, ale również potencjalnie całej Ekumenie.


Miałam silne przekonanie, że czytałam już wcześniej „Świat Rocannona”, ale jednak nie. Szkoda, bo od razu widać, że to powieść do parokrotnej lektury i te kwestie, które teraz tylko mi zamajaczyły (symbolika naszyjnika Semley, wzmianka o podróżnikach uznawanych za bogów we wstępie i jej relacja do całości historii, tożsamość Strażnika Źródła i znaczenie sceny poświęcenia w finale, powiązanie legend o tajemniczej rasie z tym, co drużyna Rocannona znalazła przy końcu podróży), ładnie rozwiną się przy drugim albo trzecim czytaniu. Mając za sobą dopiero pierwsze, mogę podzielić się tylko odniesieniami do bieżączki i pobieżnymi wrażeniami wyobraźniowo-zmysłowymi. Ale i tego nazbierało się trochę.


Le Guin, czyli kwestie społeczne. Tu kwestią społeczną nr 1 jest relacja z przedstawicielami innej kultury i szacunku lub wrogości wobec niej, a także sposób, w jaki można okazywać jej, hmm, naukową, etnograficzną ciekawość.


Oczywiście, ponieważ książka została wydana w 1966 roku, wszystko to jest słodko staroświeckie. Gdzieniegdzie można się w tym dopatrzyć ironii (gdy jeden z bohaterów gimnastykuje się językowo, by nie nazwać Gdemiarów troglodytami i przechodzi na grzecznościowe „trolle”), ale ogólnie te wszystkie momenty zdziwienia innością mieszkańców planety i plastycznego skupienia się na cechach ich odmiennego wyglądu, łącznie ze śmiałymi, subiektywnymi komentarzami na ich temat (w myślach bohaterów i w opisach), bardziej wyglądają na szczerą obserwację, że ludzie tak po prostu reagują, niż na satyrę na głupich, uprzedzonych uczestników wyprawy.


To podejście do tematu może się to podobać albo nie – na mnie akurat ta wizja ciekawskiego, staroświeckiego „wglapienia się” bohaterów w swoją wzajemną inność podziałała jakoś przewrotnie kojąco. W sytuacji, gdy w kwestiach etnicznych jedni dopuszczają się dziś znieczulicy albo i okrucieństwa a inni z kolei dywagują, jak straszną zbrodnią jest przebranie się na halołin za gejszę albo rastamana, dobrze było na trochę zanurzyć się w świecie, gdzie kwestie relacji między rasami są sprowadzone do wzajemnego zdziwienia, ciekawości, ale także bliskości i ciepła następujących po zauważeniu wzajemnych różnic.


Łatwiej i raźniej później wrócić do skomplikowanej rzeczywistości po takiej bajce. A może i łatwiej jest, dzięki takim bajkom i wytchnieniu, które dają, zachować się przyzwoicie, kiedy rzeczywiście spotka człowieka jakaś trudna sytuacja na tle etnicznym? Tak czy inaczej – niech żyje Urszula i jej nieaktualna metodologia z wczesnych książek.


To zagapienie się i obcość przyczyniają się też w dużej mierze do klimatu „Świata Rocannona”. Opisy wyglądu plemienia Gdemiarów są w tak cudowny sposób creepy. Poza tym, wiele zjawisk, które okazują się ważne dla akcji – np. środek lokomocji, którym podróżowała Semley, czy tajemnicze miejsce wypalone w lesie – oglądamy w książce najpierw z punktu widzenia „prostego” ludu, nie rozumiejącego natury tych zdarzeń i przekazującego informacje o nich szczątkowo i z zabobonnym przestrachem, przydając im aury tajemniczości. To w sumie dość częsty chwyt, ale strasznie lubię ten sposób budowania napięcia.


Wspomniałam, że warstwa społeczna „Świata Rocannona” to był dla mnie eskapizm i możliwość ożywczego odpoczęcia od obecnych paradygmatów. Podobnie odebrałam sposób opisania tu relacji międzyludzkich i obyczajów. Te wątki dobrze się czyta, bo są dość mało „opatrzone” w bieżącej kulturze. I tak, mamy tu na przykład – jak często u tej autorki – dużo niezwykle bliskich i ładnie sproblematyzowanych relacji międzyludzkich, które nie są relacjami romantycznymi – nie tylko przyjaźń, ale też opiekuńczość wobec słabszych, czy np. silna więź łącząca przełożonego i służącego. Dalej – jest tu sporo niewinnej, niekojarzącej się i nieepatującej nagości: nagość „etnograficzna” traktowana jak kostium (niektóre kobiety z rasy Gdemiarów), nagość wędrowca zażywającego kąpieli, czy też kombinezon ochronny, w którym człowiek wygląda, jakby chodził na golasa, ale nikt się tym w tym świecie zbytnio nie przejmuje. Pojawia się też w którymś momencie porównanie międzyludzkiej, przyjaznej bezpośredniości do położenia dłoni na nagiej skórze. Jeśli ktoś nasłuchał się ostatnio za dużo bounce'owego rapu, może rozważyć przeczytanie „Świata Rocannona” jako odtrutkę. 


Kończąc temat relacji, są w książce dwie przepiękne historie miłosne, jedna na początku, jedna na końcu, trochę podobne do romansów średniowiecznych, ale niespaskudzone konceptem dwornej miłości, za to uzupełnione o współczesną uczuciowość. Kolejny raz podczas swojego blogowania mam ochotę zakrzyknąć, że gdyby tak pisano gatunkowe romanse, zostałabym ich fanką.


I ostatnia kwestia, czyli wrażenia zmysłowo-wyobraźniowe. Najpierw kwestia temperatury. Jako czytelniczka, mam osobliwą wrażliwość na opisy ciepła i zimna w literaturze, a Le Guin chyba jest z kolei na nie wyczulona jako autorka. Co prawda w „Świecie Rocannona” nie było aż tylu możliwości oddania kontrastów zimna i gorąca czy innych termicznych niuansów, jak w pierwszej przeczytanej przeze mnie „Le Guin” – w „Lewej ręce ciemności”-- ale i tak przy fragmentach takich, jak „Młoda żona Durhala stawała wąskimi bosymi stopami na zaśnieżonej podłodze, zaplatając pożar swoich włosów i śmiejąc się do młodego małżonka w srebrnym lustrze zdobiącym ścianę jej pokoju” (s. 8), czy „Słuchał skomlenia uwiązanych bestii podczas gdy przejmująco zimna wilgoć spływała mu po szyi” (s. 56) sama prawie czułam gęsią skórkę. Ciekawa jestem, czy krytyka termiczna sprawdziłaby się jako jedna ze szkół analizy dzieł literackich.


Druga sprawa to krajobrazy. Krótko mówiąc – wzniosłe, monumentalne, cudowne. W tej kwestii też odczuwam z „autorką wewnętrzną” powieści Le Guin osobliwą wspólnotę w kwestii preferowania tych samych wrażeń i jeśli chodzi o widoki, przy których można eskapistycznie odpłynąć – melancholijne, postrzępione wybrzeża, monumentalne skały zwieszające się nad głowami wędrowców czy morza lasów albo traw oglądane z lotu ptaka – nigdy się na jej książkach nie zawodzę. Nie jest aż tak niesamowicie, jak w wypadku Tolkiena, ale prawie. Swoją drogą, zaciekawiło mnie, skąd właściwie wzięło się to „prawie” i dlaczego jednak Tolkien przemawia do mnie bardziej, niż Le Guin. Może znajdę odpowiedź przy okazji tego wyzwania?


Le Guin, Ursula K. 2015 [1966]. Świat Rocannona. Przełożyli Danuta Górska, Lech Jęczmyk, 5-116. [W:] Le Guin, Ursula K. 2015. Sześć światów Hain. Warszawa: Prószynski i S-ka.

środa, 26 października 2016

Kto to jest postfantasta? #2 1/2: Opowiadania



Płyną ludzie miastem szarzy,
Pozbawieni złudzeń, marzeń,
Omijają wciąż główny nurt”

Wolna Grupa Bukowina, Bez słów


Notka jest luźnym zapisem mojej prelekcji pt. „Postfantastyka: kiedy fantastyczni autorzy przestają pisać fantastykę” z konwentu Polcon – Eurokonferencja (Wrocław 18.08.2016r)

Rys. 1. Zamieszczam infografiki z prelekcji - jestem pewna, że Wasze życie bez nich byłoby smutniejsze.


Wyjaśniwszy termin „postfantaści” i napisawszy, co szczególnego widzę w ich ostatnich książkach, miałam przejść do ostatniej części moich przemyśleń i napisać o postfantastycznych czytelnikach. Ale w międzyczasie wynikł Polcon, z okazji którego zobowiązałam się do prześledzenia, w którym właściwie miejscu w twórczości Szostaka, Orbitowskiego, Twardocha i Małeckiego skończyła się fantastyka jako taka a zaczęło właśnie to, co nazwało mi się postfantastyką. Postanowiłam więc, że podzielę się swoimi znaleziskami i tu.


Oczywiście, aby znaleźć te momenty przejścia od fantastyki do czegoś innego, najlepiej byłoby przeanalizować całą twórczość tych autorów, ale to trochę za dużo jak na konwentową prelekcję. Dlatego zdecydowałam się zawęzić zakres do opowiadań, które czterej postfantaści publikowali w latach 1999-2016 w miesięczniku „Nowa Fantastyka”. Powodów dla tego wyboru było kilka. Po pierwsze, skoro nie analizowałam całej ich twórczości, dobrym pomysłem wydawało się wybranie krótkich tekstów metodą przesiewową – tu „Nowa Fantastyka” sprawdziła się bardzo dobrze, bo każdy z czterech autorów publikował tam przez dobre kilka lat, w międzyczasie pisząc, rzecz jasna, również inne rzeczy. Po drugie, sam fakt publikowania w czasopiśmie fantastycznym – a następnie zniknięcia z z niego – jest jakimś tropem pokazującym, w jakich latach dany pisarz plus minus identyfikował się z fantastyką i fandomem. Jeśli w tym czasie coś się z jego pisarstwem stało, to nawet przy tak wybiórczym czytaniu można założyć, że ta granica między fantastyką a postfantastyką gdzieś się pokaże.

Rys. 2. Dramatyczna próba uchwycenia momentu przejścia


Oto wyniki wstępnego rozpoznania: najwcześniej pisać opowiadania dla „Nowej Fantastyki” zaczął Szostak (1999), później Orbitowski (2001), następnie Twardoch (2004) i na końcu Małecki (2007). Pierwszy przestał się tam (przynajmniej jak dotąd) publikować również Szostak (2008), następny, po trzech latach, był Twardoch (2011), Małecki wyłamał się kolejne dwa lata później (2013), natomiast Orbitowski ostatnie opowiadanie puścił w 2016r., więc zasadniczo trudno jeszcze mówić o wyłamaniu się. Najmniej (cztery opowiadania) napisał Małecki, dalej są Szostak i Twardoch z pięcioma na głowę, natomiast Orbitowski napisał ich dla „Nowej Fantastyki” kilkanaście.


Napisałam, że postaram się znaleźć momenty przejścia tych pisarzy od fantastyki do „niefantastyki”, ale co to konkretnie znaczy? Na pewno należy zrobić to, co nasuwa się na myśl jako pierwsze, czyli sprawdzić, w którym momencie w opowiadaniach danego twórcy zaczyna się zmniejszać ilość wątków fantastycznych na rzecz sztafażu bardziej realistycznego. I tak też zrobiłam, ale to zdecydowanie nie wystarcza. Po pierwsze, fantastyczność to kategoria bardzo niekonkretna i zależna od danego czytelnika – przykładowo, Encyklopedia fantastyki enigmatycznie definiuje fantastyczność jako subiektywnie odczuwana przez odbiorcę właściwość świata przedstawionego, sprawiająca, że świat ten odbierany jest jako nierzeczywisty” (Smuszkiewicz – Niewiadowski). Ciężko to złapać w analizie. Tym bardziej, że wcale nie jest tak, że postfantaści całkowicie z fantastyczności zrezygnowali – choćby w ich niedawnych powieściach mamy narratora-smoka (Drach Twardocha), beskidzkie wygnajewo morfujące w mityczny neverland (Wróżenie z wnętrzności Szostaka) czy oczy głównego bohatera unoszące się nad miejscem wydarzeń (Inna dusza Orbitowskiego). Fantastyczność u nich została, ale coś się jednak stało, skoro wszyscy mówią, że przeszli do mainstreamu. Nie mówiąc już o tym, że można być mainstreamowym pisarzem i szeroko stosować fantastyczność – prof. Jarzębski (2008) zauważył, że wiele znaczących powieści czołowych mainstreamowych autorów takich jak Olga Tokarczuk czy Ignacy Karpowicz obfituje w wątki nierealistyczne.


Na co więc, oprócz fantastyczności, zwrócić uwagę, żeby dostrzec moment, kiedy postfantaści zaczynają być postfantastami? Zdecydowałam się dołożyć kryteria związane z tym, na ile ich opowiadania spełniają warunki utworów literatury gatunkowej lub innymi słowy popularnej, do której, w przeciwieństwie do mainstreamu, zalicza się fantastyka. Literaturę gatunkową vel popularną definiuje się różnie. Można opisać ją jako przeciwieństwo literatury wysokoartystycznej i zbesztać jako opartą na kliszach, konwencjonalną w kwestii poglądów i skierowaną dla mniej wyrafinowanego czytelnika. (Słownik terminów literackich 2002) Można podzielić literaturę nie na dwie, a na trzy kategorie: gatunkową, mainstreamową i wysoką, stwierdzając, że literatura gatunkowa (fantastyka, romans, kryminał itp.) są najsilniej oparte na specyficznych schematach fabularnych, literatura wysoka jest najbardziej eksperymentalna, poruszająca najbardziej podniosłą tematykę i zorientowana bardziej na wartości artystyczne tekstu, niż na samą fabułę, natomiast literatura mainstreamowa to coś pomiędzy tymi dwiema. (Writer's relief 2009) Albo wstępnie podzielić literaturę na gatunkową i mainstreamową, gatunkową określając jako skierowaną do węższej, bardziej specyficznej publiczności i podejmującą bardziej wyspecjalizowaną tematykę, a mainstreamową – jako adresowaną do czytelnika bardziej masowego i podejmującą tematy bliskie większości ludzi – np. sprawy rodzinne, niepełnosprawność, wykluczenie. (French 2005) Według tego podziału zarówno utwory gatunkowe, jak i mainstreamowe, jeśli są napisane ze szczególnym artyzmem i głębią, mają szansę przejść do trzeciej grupy – do literatury wysokiej.


W niniejszym tekście zastosuję koktajl tych trzech podejść, tropiąc w opowiadaniach postfantastów ślady literatury gatunkowej (klisze, konwencje, wyspecjalizowane tematy i fabuły charakterystyczne dla fantastyki, koncentracja na akcji) w odróżnieniu i od literatury mainstreamowej (typowe, skierowane do ogółu czytelników tematy; koncentracja na bohaterach) i – jeśli traktować ją osobno – od literatury wysokiej (eksperymentalność, podniosłe tematy, przewaga roli artyzmu i języka nad akcją). Będę też szukać, w którym momencie u każdego z pisarzy fantastyczność ustępuje na rzecz realizmu.


To tyle wstępu, teraz przyjrzyjmy się opowiadaniom.

Rys. 3. Niemniej dramatyczna próba odgadnięcia, dlaczego tak się stało.

 

Opowiadania Szostaka: realizm magiczny wyrwany z klatki


Szostak zaczyna w „Nowej Fantastyce” nr 9/1999 opowiadaniem „Kłopoty z błaznem”. Mamy tu jak najbardziej sztafaż pasujący do baśni czy fantasy: jest dwór królewski stylizowany na średniowieczny, występuje też magia. Ciekawe, że rekwizyty fantasy nie grają żadnej roli w fabule: magia zostaje wspomniana, ale nikt jej nie stosuje, a cała akcja, zamiast w okołośredniowiecznym zamku, mogłaby mieć miejsce gdziekolwiek. Osią fabuły jest tu pewien paradoks intelektualny, dla którego i sztafaż, i sami bohaterowie, pełnią rolę służebną. Ta koncentracja na warstwie intelektualnej, nie zaś na akcji czy bohaterach, przybliża to opowiadanie do zestawu cech przypisywanych literaturze wysokiej. W finale pojawia się jeszcze jeden element fantastyczny – motyw grozy (zgodnie z definicją – naruszenie reguł rządzących światem przedstawionym). Dodam – bardzo ciekawy motyw.


Pierwsza taka drużyna” (NF 2/2000), również nawiązuje do repertuaru fantasy. Opowiadanie nie zadowoli jednak miłośników klasycznych dla tej odmiany rozwiązań fabularnych. Mamy tu motyw questu, ale zostaje on w pewnym momencie ironicznie rozbity. To kwalifikuje „Pierwszą taką drużynę” jako tzw. groteskę fantasy – pododmianę, w której środki charakterystyczne dla fantasy są użyte tak, by ironicznie wykpić sztampowość typowych gatunkowych fabuł. (por. Encyklopedia fantastyki) Sporo radości będą jednak mieli miłośnicy światotwórstwa fantasy – tu uniwersum jest naszkicowane dużo dokładniej, niż w poprzednim opowiadaniu, rekwizyty działają, potwory straszą, a z opisów magicznych stworzeń, fantastycznych lokacji i życia ich mieszkańców wydaje się przebijać autentyczna frajda autora z wymyślania gatunkowych „gadżetów”.


Sny guślarza” (nr 12/2000) – w kwestii fantastyczności i gatunkowości przypominają „Kłopoty z błaznem”. Znów w centrum mamy paradoks intelektualny, dla którego uniwersum fantasy (to samo, co w „Pierwszej takiej...”) stanowi jedynie tło i mogłoby być zastąpione światem realnym. Wiedząc, jak potoczył się dalej rozwój literacki Szostaka, warto jednak zauważyć, że to w tym opowiadaniu, pierwszy raz w jego twórczości w NF, pojawiają się cechy realizmu magicznego: logika snu oraz zatarcie granicy między realnością a światem nadrealnym.


Trzy wiosny” (NF 2/2005), choć nadal napisane w tym samym uniwersum fantasy, idą dalej w kierunku mainstreamowego realizmu magicznego. W zasadzie idą ekstremalnie daleko. Do wątków związanych ze snami i przemieszania realności z rzeczywistością dochodzi kolistość czasu oraz symboliczność postaci i zdarzeń (mamy trzech głównych bohaterów – młodzieńca, mężczyznę w sile wieku i starca uosabiających trzy etapy życia człowieka), pojawia się wątek rodzinny, realia życia zamkniętej społeczności, a wszystko razem wzięte jest niezaprzeczalnie piękne. (Ośko 2015) Dodajmy jeszcze fakt, że akcja jest onirycznie rozlewna, a postaci, jak wspomniałam, bardziej są nośnikami mitycznych symboli, niż charakterami z krwi i kości – i wyjdzie nam proza tak wysoka/mainstreamowa, że fakt, że nadal bez żadnego cudzysłowu występują tam motywy charakterystyczne dla fantasy (bohaterami są gnomy, a ich popularnym sposobem przemieszczania się – jazda na gryfie), zaczyna wydawać się dziwny. Wszystkich, którzy w odejściu postfantastów z konwencji dopatrują się sztucznego działania pod publiczkę, zachęcam do lektury „Trzech wiosen”, by mogli się przekonać, że Szostak naprawdę nie mógł pozostać przy fantasy na takich zasadach. To, że zdecydował się nadal utrzymać fantastyczne dekoracje w tym kuriozalnie gatunkowo-niegatunkowym – jakkolwiek przy tym bardzo pięknym – opowiadaniu, nasuwa przypuszczenie, że i tak musiał te dekoracje bardzo lubić i rozstanie, choć jak widać nieuchronne, nie było takie łatwe.


Ostatni „Szostak” w „Nowej Fantastyce” to opowiadanie „Podworzec” (nr 2/2008). W notce od redakcji zakwalifikowano je jako horror. Osobiście nie znalazłam w nim jednak śladu grozy, podczas tajemniczego, odkształconego w czasie oczekiwaniu głównego bohatera na dworcu na przyjazd dziewczyny nie działają żadne wrogie siły, co najwyżej – znów – pojawia się realistyczno-magiczny oniryzm. W ogóle fantastyki tu praktycznie brak, wszystkie anomalie da się zracjonalizować, bo snujący fantazje o sennym labiryncie i alternatywnie płynącym czasie protagonista jest pomyślany tak, by nie budził naszego zaufania.


Podsumowanie: Opowiadania Szostaka w „Nowej Fantastyce” od początku przechylały się w stronę prozy wysokoartystycznej przez to, że intelektualne zagadki były tam ważniejsze od wartkości akcji czy przedstawienia postaci. W pewnym momencie – w „Snach guślarza” - zaczynają się pojawiać motywy charakterystyczne dla realizmu magicznego i ta tendencja się później nasila. To, co do pewnego momentu trzyma prozę Szostaka przy gatunkowej fantastyce, to konwencja fantasy – często odgrywająca jedynie rolę dekoracji, ale stosowana konsekwentnie i – jak się wydaje – z pewnym upodobaniem. W momencie, kiedy autor z niej rezygnuje – w NF dzieje się to między „Trzema wiosnami” (2005) a „Podworcem” (2008) – wszystko zmierza już nieuchronnie ku temu, do czego autor ciążył już wcześniej – ku mainstreamowemu/wysokoartystycznemu realizmowi magicznemu.


Opowiadania Orbitowskiego: horror spoko, ale rzeczywistość kusi


Ponieważ Orbitowski opublikował w „Nowej Fantastyce” sporo więcej opowiadań, niż pozostali postfantaści, dla symetrii zdecydowałam, że zrelacjonuję co trzecie. Pierwsze - „Tunel”, nr 6/2001 – teoretycznie odpowiada definicji gatunkowej grozy, mrocznie odkształcając realia zaczynającej się całkiem zwyczajnie podróży pociągiem. Gdyby jednak trochę podrążyć ontologicznie, wyjdzie na to, że groza to do końca nie jest, bo miejsce wrogich, zmyślonych sił zajmuje tu... tak, chrześcijańska cudowność. Nie mamy tu więc porządku fantastycznego, a mityczny lub wręcz – religijny. Dodatkowo mamy charakterystyczny dla literatury wysokiej/mainstreamowej „ważny temat”: dialog materializmu i światopoglądu teistycznego oraz podbudowę intelektualną – nawiązanie do filozofii Leibniza. Ale funkcjonalnie wszystko się zgadza: jeśli ktoś chce się pobać, „Tunel” nie powinien go zawieść.


Drugi w maszynie losującej wyszedł mi „Pacześniak” (NF 1/2004). Trochę dziwnie trafiłam z tym opowiadaniem. Podobnie, jak w wypadku „Podworca” Szostaka, redakcja reklamuje je jako horror, ale ani nie ma się tu za bardzo czego bać, ani też wątki fantastyczne nie wywodzą się z naruszenia zasad działania świata realnego i zamiast wrogich sił chaosu mamy znów – nie mogę się nacieszyć tym odkryciem – chrześcijańską cudowność, w połączeniu z oniryzmem, który z kolei odsyłałbym nas w kierunku realizmu magicznego. Do tego dochodzi przypowieściowa wymowa i morał na końcu. Krótko mówiąc, fantastyka jest to z całą pewnością, ale trudno wcisnąć to w jakąkolwiek odmianę gatunkową. Gdyby to było dłuższe, pewnie mogłoby pójść w „Kontrapunktach”.


Warto w tym miejscu zrobić pierwszą wzmiankę o realizmie u Orbitowskiego, tak wspaniałym w jego bieżących powieściach. No więc żywe obserwacje rzeczywistości można dostrzec i w „Tunelu”, i w „Pacześniaku” - w tym pierwszym szczególnie w fajnych, nieschematycznych i nieuprzedzonych opisach bohaterów – ksiądz Bartek! - w drugim przez budzące zaufanie odmalowanie półświatka i zawodowych perypetii głównego bohatera. Te obserwacje nie są tu na pierwszym planie, ale chyba zapowiadają już trochę iskrę Bożą do opisu realiów, jaka uwidoczni się u Orbitowskiego później.


Napisane dwa lata później „Nie umieraj przede mną” (NF 6/2006) wypada akurat bardziej jednoznacznie jako gatunkowy horror. Sztafaż jest jak najbardziej na miejscu (duchy i nieumarli), motywacja też jest motywacją grozy (erozja zasad rządzących światem realnym). Z drugiej strony to, co uderza w tym opowiadaniu, to istna, w porównaniu z dwoma wcześniejszymi utworami, erupcja realistycznej błyskotliwości. To może bardzo subiektywne z mojej strony, ale w odmalowaniu społeczności miasteczka, w którym zaczęły nagle dziać się nadprzyrodzone historie, w opisach poszczególnych bohaterów i ich życia wewnętrznego zobaczyłam ten sam dryg obserwacyjny, tę samą pieczołowitość i ciepło, z jakimi opisał społeczność Bydgoszczy w Innej duszy. (Moim ulubionym przykładem w opowiadaniu jest Pani Pierdoła i jej relacja z umarlakiem). Mam wrażenie, że w „Nie umieraj...” ścierają się ze sobą dwa żywioły: sympatia Orbitowskiego do konwencji horroru i ten – dla mnie u niego totalnie niesamowity i lepszy, niż jakakolwiek fantastyka – pociąg do opisu rzeczywistości.


Czas cezarów” (NF nr 1/2016) wyszedł w tym roku, a zatem po Szczęśliwej ziemi, Innej duszy i pierwszych deklaracjach Orbitowskiego o formalnym pożegnaniu z fantastyką. Można się było zatem spodziewać transgresji w stosunku do gatunkowych ram fantastyki. I rzeczywiście, to opowiadanie o ojcu i nowym partnerze matki protagonisty obkładających się nawzajem okultystycznymi klątwami – tak jak wcześniej „Podworzec” Szostaka – można czytać jako całkowicie realistyczne. Jest to sprawa dyskusyjna, bo są w fabule dość mocne przesłanki na to, że stosowane przez dwóch magów – tatuśka z wąsem i wymoczkowatego nauczyciela – zaklęcia jednak działają, a zatem fantastyka zaburza działanie świata realnego. Jednak nawet, gdyby tak nie było, jest jeszcze sztafaż. W opowiadaniu jest takie przeładowanie tematyką magii, opisami okultystycznych obrzędów, że od strony funkcjonalnej jestem przekonana, że nadal jest to lektura raczej dla fantastów, niż dla kogokolwiek innego. Obstawiam, że miłośnik urban fantasy po przeczytaniu „Czasu cezarów”, pomimo braku elementów fantasy jako takich, będzie czuł, że dostał to, co chciał, natomiast nieprzepadający za fantastycznymi dekoracjami entuzjasta realizmu czy mainstreamowej prozy po prostu się zrazi.


Podsumowanie: Orbitowski jest dość wierny konwencji i dekoracjom horroru, nawet jeśli w aż trzech spośród czterech opisanych przeze mnie opowiadań nie stosuje motywacji grozy jako takiej (cudowność w „Tunelu” i „Nie umieraj przede mną”, realizm w „Czasie cezarów”). W zasadzie to zamiłowanie do horrorowych dekoracji i tematów jest widoczne aż do jego ostatniego opowiadania w NF i gdyby nie jego deklaracje w publicystyce i na spotkaniach, obstawiałabym, że granicy przejścia do postfantastyki w jego przypadku w ogóle jeszcze nie było. Oczywiście, z drugiej strony widać narastającą, przemożną i przewspaniałą u tego autora tendencję do trafnego opisu rzeczywistości. Z tym że, gdyby nie jego osobisty wybór o exodusie – czy tak naprawdę jedno musiałoby drugiemu przeszkadzać?


Opowiadania Twardocha: czniać fabułę, dajcie pomyśleć


Twardoch napisał w „Nowej Fantastyce” tylko jedno opowiadanie, które można by nazwać gatunkową fantastyką – „Cud domu brandenburskiego” (NF 6/2004). Historię o tajemniczym pierścieniu, który zmienił bieg Wojny Siedmioletniej w XVIII-wiecznych Niemczech, a następnie skomplikował życie Ślązaka i byłego żołnierza hitlerowskiego Jorga Szołtyska, można bowiem zaliczyć do tzw. fantastyki historycznonaukowej. Akcja ma charakter przygodowy i nie znajdziemy tu zaawansowanych rozważań o historiografii – nie jest to zatem historia alternatywna – jednak mamy tu jak najbardziej przemieszanie fantastyki i faktów historycznych. Trzeba jednak przyznać, że Twardoch nie lubuje się tu specjalnie w fantastycznych dekoracjach: motyw magicznego pierścienia spina opowiadanie jako klamra kompozycyjna, ale na pierwszym planie opowieści są jednak wątki historyczne i obyczajowe. Poza tym, fantastyczność pierścienia jest motywowana mitycznie, a nie na zasadach fantasy czy science fiction (historia pochodzi z prawdziwych wierzeń starogermańskich), co dodatkowo podważa gatunkowość tego opowiadania.


Kolejne jego opowiadanie, „Quitztlalope” (NF 3/2005) – historia, opowiadająca o losach żołnierza i misjonarza w indiańskiej wiosce – nie ma w sobie żadnego elementu fantastycznego. Co więcej, tematycznie bliżej jej do literatury wysokoartystycznej, niż do zwykłego mainstreamu: główną rolę gra nie tyle akcja czy sylwetki bohaterów, co rozważania na temat wartości (spór militaryzmu z pacyfizmem oraz chrześcijaństwa ze światopoglądem laickim). Sam fakt, że to opowiadanie znalazło się w miesięczniku z fantastyką w tytule, to trochę ewenement.


Trzeci utwór, „Starcy” (8/2007), dzieje się z kolei w niedalekiej przyszłości (zmieniła się sytuacja geopolityczna, a McDonald's stał się vintage), więc można by założyć, że mamy tu fantastykę bliskiego zasięgu. W kwestii świata przedstawionego rzeczywiście tak jest, choć znów warto zauważyć, że wątki fantastyczne są tu dawkowane dość oszczędnie. Natomiast jeśli chodzi o budowę, można mieć wątpliwości nie tylko co do tego, czy mamy tu do czynienia z gatunkową fantastyką, czy raczej z utworem głównonurtowym/wysokoartystycznym, ale nawet – czy w ogóle jest to jeszcze fabularna proza. Ta historia dwóch starszych panów – księdza i świeckiego intelektualisty – którzy prowadzą dysputę na temat kultury masowej i sporu konserwatyzmu z nowoczesnością, praktycznie nie ma fabuły i jest właściwie nie tyle opowiadaniem, co filozoficznym dialogiem obudowanym dwoma epizodycznymi zdarzeniami na początku i na końcu.


Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” (NF 6/2009) – opowiadanie o zahukanym biuraliście, który poznaje piękną kobietę i jego życie diametralnie się zmienia – ma z kolei zarówno wartką akcję, jak i motyw fantastyczny. Fantastyka jest tu jednak znów motywowana mitycznie (a nawet - biblijnie), trudno zatem zaliczyć „Dwie przemiany... ” czy to do fantasy, czy to do science fiction. Poza tym, nie sposób znaleźć tu również jakichkolwiek schematów kwalifikujących opowiadanie do którejś z pododmian fantastyki. Wątek fantastyczny świetnie pasuje natomiast do tego, co prof. Jarzębski pisze o elementach nierealistycznych w polskich utworach głównonurtowych. Jak w wypadku wielu polskich dzieł mainstreamowych (np. Sławomira Shuty czy Ignacego Karpowicza), mamy tu utwór realistyczny zakończony jedynie fantastycznym motywem, które przywraca swego rodzaju porządek. „Dwie przemiany...”, choć bardziej fabularne, bardziej fantastyczne i mniej intelektualne, niż poprzednie utwory Twardocha w NF, nie są zatem ani trochę bliżej gatunkowej fantastyki.


Ostatnie opowiadanie, „Tak jest dobrze” (3/2011), będące historią o młodym mężczyźnie wędrującym przez Spitsbergen i rozpamiętującym rodzinną tragedię, można czytać jako całkowicie realistyczne. Jest tu możliwość interpretacji fantastycznej – chodzi o postać Małego – i byłaby to interpretacja w duchu grozy. Ta możliwość odczytania nie jest widoczna od razu, bo opowiadanie jest niesamowicie naładowane emocjami i przy pierwszej czy drugiej lekturze czytelnik jest skłonny raczej wzruszyć się do łez historią tej rodziny (bo kto nie chciałby przeżyć takiej miłości, jak ta, która przydarzyła się Nikodemowi zanim wszystko się popsuło?), niż wysuwać brzydkie podejrzenia światotwórcze (np. o tym, jaka może być natura istoty, która żąda od słaniającego się ze zmęczenia wędrowca, by przebył przed odpoczynkiem jeszcze dwukrotność trasy z poprzedniego dnia, albo by zamiast w stronę jedynego pobliskiego schronienia skierował się w stronę śnieżnej pustaci). Ta groza kryjąca się pod płaszczykiem realizmu i konieczność kilkukrotnego czytania upodabnia „Tak jest dobrze” do Pokoju Gene'a Wolfe'a. Co w zasadzie tylko potwierdza, że również i to opowiadanie to żadna gatunkowa fantastyka.


Podsumowanie: Od początku swojej działalności w „Nowej Fantastyce” Twardoch wydaje się tak naprawdę niechętny repertuarowi fantastyki. Motywów nierealistycznych jest niewiele, a jeśli już są, są motywowane mitycznie, nie zaś przez motywację fantasy czy fantastycznonaukową. Dwa opowiadania to bardziej rozprawy na ważkie tematy, niż utwory fabularne, a w dwóch kolejnych fantastyka występuje na takich samych zasadach, jak ma to miejsce w utworach mainstreamowych. Jeśli miałabym wykreślić granicę, po przekroczeniu której Twardoch-fantasta stał się na łamach NF Twardochem-postfantastą, to byłoby to już w latach 2004-2005 – po tym, jak opublikował w tym periodyku swoje jedyne gatunkowo fantastyczne opowiadanie, „Cud domu brandenburskiego”.


Opowiadania Małeckiego: ulubiona konwencja? „Typowy polski mainstream”!


Jakub Małecki zaczyna w „Nowej Fantastyce” opowiadaniem „Śmierć szklanego Kazimierza” (11/2007). Jest to opowiadanie science-fiction, przedstawiające historię grupy astronautów, którzy podczas międzygwiezdnej podróży nabawili się osobliwych mutacji i odbywają kwarantannę przed powrotem na Ziemię. Pojawia się kilka tropów charakterystycznych dla sf, takich jak „podróż kosmiczna” i „eksperyment”. Akcja nie pędzi na łeb, na szyję, ale opowiadanie można jednak uznać za przygodowe i podporządkowane zdarzeniom, nie zaś portretom bohaterów czy ważkim tematom. Za jedyne ukłony w stronę literatury głównonurtowej/wysokoartystycznej można uznać pojawienie się w finale ważkiej kwestii natury metafizycznej (nawiasem mówiąc – bardzo mocny motyw, zachęcam) oraz to, że opisom mutacji, jakim ulegli bohaterowie – człowiek ze szkła, człowiek-drzewo – zdecydowanie bliżej do mainstreamowego surrealizmu rodem z filmów Jana Švankmajera, niż do fantastycznonaukowych, spójnych światotwórczo spekulacji o wpływie pozaziemskiego środowiska na ludzki organizm.


Oko” z NF 9/2008 jest z kolei typowym horrorem. Historia sfrustrowanego pracownika banku, który na skutek niewinnego oparzenia podczas gotowania zyskuje możliwość kontaktu z mrocznymi siłami, wpisuje się w charakterystyczne dla grozy naruszenie zasad świata realnego przez wrogie czynniki nadprzyrodzone; mamy tu też autentycznego potwora, sporo strachu i krwawych scen. I prawdę mówiąc, nie wygląda to wszystko dobrze. Sztafaż horroru jest tu bardzo dosłowny i przywodzi na myśl klisze z kina klasy B, a opisy, pomimo wspomnianej drastyczności, nie budzą prawdziwego lęku – może przez fakt, że realizm również tu leży i z kartonowymi bohaterami (przepracowany urzędnik, szef-tyran) trudno się identyfikować, a co dopiero – dzielić ich przerażenie. Jedynej ciekawszej strony tego opowiadania upatrywałabym znów w motywach surrealnych – zaburzeniu logiki zdarzeń przez logikę snu/obłędu i surrealistycznych, „lalkarskich” obrazach (padający z nieba deszcz włosów, postać tramwajarza ulepionego z włosów i ciała), które znów mocno kojarzą się z animacjami surrealistów albo z fiksacjami Brunona Schulza na temat manekinów i postaci stworzonych z byle czego.


Żeby było jeszcze ciekawiej, trzecie opowiadanie to jeszcze całkiem inna odmiana fantastyki – fantastyka religijna. „Pantomima starego niedołęgi” (NF 2/2010), historia o starszym panu odwiedzonym pewnego dnia przez dwóch dresiarzy, mogłaby od biedy zostać napisana przez Marka S. Huberatha. Głównym motorem fantastyczności opowiadania jest bowiem tajemnica śmierci, pojmowanych na sposób chrześcijański zaświatów i wymierzanej w nich sprawiedliwości. Ta fantastyczność jest dobrze umocowana w świecie, w którym toczy się opowiadanie (pomaga tu chyba polaryzujący ją, dużo lepszy, niż np. w „Oku”, realizm, z trafnymi obserwacjami na temat życia starszego człowieka czy chłopaków z blokowiska) i absolutnie nie można powiedzieć, że obecność „Pantomimy...” w czasopiśmie typowo fantastycznym jest w jakikolwiek sposób rażąca. Warto jednak zwrócić uwagę, że i tu mamy elementy estetyki surrealistycznej i lalkarsko-teatralnej: postaci zlizujące powierzchnię pokoju, by odsłonić prawdziwą rzeczywistość, czy też sam tytuł, nawiązujący do koncepcji świata jako teatru i Boga śmiejącego się z ludzi-marionetek.


Tego, że jego obecność w czasopiśmie fantastycznym nie jest rażąca, nie można natomiast powiedzieć o ostatnim opowiadaniu Małeckiego w NF – o „Sztuce w zaścianku” (nr 2/2010), inspirowanej obrazem Jacka Malczewskiego opowieści o Pokrzywie, odrzuconym przez społeczność wioskowym dziwaku, który może ma skrzydła i kopyta i jest faunem albo aniołem, a może po prostu cierpi na jakąś niepełnosprawność. Jak wynika z powyższego, fantastyki jako takiej jest w tym opowiadaniu jak na lekarstwo, a można je też zinterpretować tak, że nie będzie jej wcale. Ponadto, sam sposób poprowadzenia historii, opisania „ciemnej” prowincjonalnej społeczności i bohatera, który od tej społeczności odstaje, zaskarbiając sobie tym sympatię czytelnika, kojarzy się dużo bardziej z mainstreamowym potraktowaniem tematu – prozą Myśliwskiego albo kadrami z filmów Kolskiego – niż z jakąkolwiek odsłoną rural fantasy. Powiedziałabym wręcz, że gdyby ktoś ogłosił konkurs pt. „Napisz mainstreamowe polskie opowiadanie w wiejskich dekoracjach”, „Sztuka w zaścianku” wydawałaby mi się bardzo dobrą nominantką.


Podsumowanie: Kiedy Małecki przechodzi w NF od fantastyki do postfantastyki? Tu granica wydaje się dość jasna: w huberathowskiej „Pantomimie...” w 2010 roku fantastą jeszcze jak najbardziej jest, natomiast w 2013r., w „Sztuce w zaścianku”, zdecydowanie jest już postfantastą. Jego droga przez fantastykę w tych czterech opowiadaniach jest bardzo ciekawa: zaczyna od kosmicznego science-fiction, następnie bierze się za horror, by potem przejść do fantastyki religijnej. W każdej z tych odmian wydaje się chętnie korzystać z dostępnego sztafażu i wygląda na to, że musiało mu się jakoś podobać takie przechodzenie od konwencji do konwencji. W „Sztuce w zaścianku” sprawia wrażenie, jakby stwierdził, że teraz wypróbuje konwencję pt. „typowy polski mainstreamowy sposób pisania o wsi”. Z tym że tym razem chyba mu już tak zostało.


Wszyscy razem: niby już nie pasujemy, ale w tej fantastyce tak fajnie...


Co z tego wszystkiego wynika? Choć można z tym oczywiście dyskutować, u każdego z postfantastów można dostrzec cezurę, po przejściu której ich opowiadania zaczynają mieć w sobie tyle z literatury głównonurtowej/wysokoartystycznej, że zaczynają dziwnie wyglądać na łamach czasopisma poświęconego fantastyce. Szostaka, Orbitowskiego i Twardocha łączyła przejawiana już od początku skłonność do wycieczek intelektualnych (tematy powszechnie uznawane za ważne, nawiązania filozoficzne) kojarzonych z literaturą wysokoartystyczną, przy czym Szostaka i Orbitowskiego do pewnego momentu trzymała przy gatunkowej fantastyce konwencja, natomiast z publikowanych w NF opowiadań Twardocha od początku wydaje się wyzierać niechęć do fantastycznych dekoracji i wygląda trochę jak przyklejony do tego czasopisma na doczepkę. Małecki próbował różnych konwencji i w końcu osiadł w konwencjonalnym polskim mainstreamie. W pewnym momencie widoczne stało się, że Orbitowskiego zaczął pociągać realizm, Szostaka – realizm magiczny, Małeckiego i Twardocha – trudno powiedzieć, co dokładnie, ale chyba właśnie po prostu typowy, lekko eksperymentalny polski główny nurt.


Z mojego zestawienia wydaje się wynikać, że nie mają racji ci, którzy oskarżają postfantastów o porzucenie fantastyki z przyczyn sztucznych, przyziemnych i pozaliterackich. To, co pisali do „Nowej Fantastyki” - i jak długo to robili – jasno pokazuje, że oni naprawdę wytrwale trzymali się fandomu i fantastycznego sztafażu, nawet gdy ich twórczość zbytnio tam już nie pasowała. I jest to chyba pewien komplement pod adresem tejże fantastyki i fandomu – widać musiało być w nas coś fajnego, skoro warto było tak długo tu pozostać.


Co do tych, którzy są przeciwni oddzielaniu tworów fantastykopodobnych, eksperymentalnych, nietypowych, od fantastyki jako takiej, żeby przypadkiem fantastyce nie zaszkodzić i nie sprowadzić jej do kosmicznych nawalanek – cóż, chyba nie mam odpowiedzi, ja mam po prostu inaczej. Dla mnie prototypowa fantastyka to jednak proza przygodowa, rozrywkowa, gatunkowa (i dobrze się wpasowująca w typowe fantastyczne dekoracje, klisze i pododmiany gatunkowe), stawiająca wyżej akcję i/lub światotwórstwo, niż eksperyment artystyczny i rozkminę. Nie mam z tego powodu, jako fantastka, kompleksów i nie boję się, że takim podejściem fantastykę popsuję. Tak więc kiedy widzę, że jakieś zjawisko literackie – jak postfantaści na przykład – staje się dla fantastyki na tyle nieprototypowe, że przestaje spełniać jej kryteria, to zamiast łapać doła, oskarżać o coś pisarzy czy bić na alarm, wolę się spokojnie przyjrzeć, o co właściwie chodzi, bo całkiem możliwe, że o coś ciekawego.


Jeśli chodzi o tych, którym jest smutno, że Szostak, Orbitowski, Twardoch i Małecki porzucili fantastyczne dekoracje, podczas gdy oni te dekoracje nadal lubią – cóż, częściowo się solidaryzuję, a częściowo chciałabym pocieszyć. Wydaje mi się bowiem, że w twórczości tych pisarzy nadal pozostało sporo cech zaczerpniętych z fantastyki, i że to właśnie one czynią ich wyjątkowymi. I o tej swojej teoryjce postaram się opowiedzieć następnym razem.



Bibliografia

Czym jest fantasy, fantastyka, sf? Fantasy jako gatunek”. Poltergeist. (http://polter.pl/Czym-jest-fantasy-fantastyka-sf-Fantasy-jako-gatunek-b9161) (data pobrania: 12.08.2016)
Encyklopedia fantastyki. (http://encyklopediafantastyki.pl/index.php/Strona_g%C5%82%C3%B3wna) (data pobrania: 12.08.2016)
French, Christy Tillery. 2005. „Literary fiction vs. genre fiction”. AuthorsDen. (http://www.authorsden.com/visit/viewArticle.asp?id=18884) (data pobrania: 12.08.2016)
Gilks, Marg. „Defining the sub-genres of speculative fiction”. Scripta Word Services. (http://www.scripta-word-services.com/article-Sfdefinitions.html) ( (data pobrania: 12.08.2016))
How do you know if your novel is literary or mainstream fiction? How long is a general fiction book?”. 2009. Writer's Relief. (http://writersrelief.com/blog/2009/07/how-do-you-know-if-your-novel-is-literary-or-mainstream-fiction-how-long-is-a-general-fiction-book/) ((data pobrania: 12.08.2016))
Jarzębski, Jerzy. 2008. „Realizm podszyty fantastyką”. „Teksty Drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja”. Nr 6 (114), 44-53 (http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Teksty_Drugie_teoria_literatury_krytyka_interpretacja/Teksty_Drugie_teoria_literatury_krytyka_interpretacja-r2008-t-n6_(114)/Teksty_Drugie_teoria_literatury_krytyka_interpretacja-r2008-t-n6_(114)-s44-53/Teksty_Drugie_teoria_literatury_krytyka_interpretacja-r2008-t-n6_(114)-s44-53.pdf) (data pobrania: 26.10.2016)
Ośko, Katarzyna. 2015. „Realizm magiczny w literaturze iberoamerykańskiej”. Oblicza Kultury – portal kulturalno-informacyjny. (http://www.obliczakultury.pl/publicystyka/felietony-i-eseje/2518-realizm-magiczny-w-literaturze-iberoamerykanskiej) (data pobrania: 26.06.2016)
Roszczynialska, Magdalena. 2005. „Fantastyczna krytyka – krytyczna fantastyka. O kłopotach współczesnej krytyki literackiej z literaturą fantastyczną”. „Annales Universitatis Paedagogicae Cracoviensis. Studia Historicolitteraria 5”, 220-232 (http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Annales_Universitatis_Paedagogicae_Cracoviensis_Studia_Historicolitteraria/Annales_Universitatis_Paedagogicae_Cracoviensis_Studia_Historicolitteraria-r2005-t5/Annales_Universitatis_Paedagogicae_Cracoviensis_Studia_Historicolitteraria-r2005-t5-s220-232/Annales_Universitatis_Paedagogicae_Cracoviensis_Studia_Historicolitteraria-r2005-t5-s220-232.pdf) (data pobrania: 26.10.2016r.)
Russell, Anna i Jennifer Maloney. 2015. „Slipstream fiction goes mainstream”. „The Wall Street Journal”. (http://www.wsj.com/articles/slipstream-fiction-goes-mainstream-1423072888) (data pobrania: 26.10.2016r.)
Sławiński, Janusz (red.). 2002. Słownik terminów literackich. Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo.