sobota, 18 marca 2017

Geek ze szponami Wolverine'a



Kochani popkulturyści, nie zjadajmy się, dobrze...?

W poprzedniej notce odniosłam się do tekstu Lidii Pustelnik z NaTemat.pl pt. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<”. Podczas gdy na znany mi wycinek nerdowskiego/geekowskiego Internetu tekst zadziałał jak płachta na byka, ja stwierdziłam, że opisywany w nim odbiór kina jest mi w pewien sposób bliski. Pominęłam jednak wątki, których najczęściej czepiali się internetowi dyskutanci – w najbardziej chyba wyczerpującej formie przedstawiła je na swoim blogu Zwierz Popkulturalny – a mianowicie zarzuty seksizmu i nagannej wyższości wobec fanów popkulturowego kina. Dziś chciałabym wrócić na chwilkę do tych właśnie tematów.


Zatem jeśli chodzi o zarzut seksizmu w tekście Pustelnik – cóż, to, czy komuś w ogóle przeszkadzają stereotypy płciowe, to kwestia światopoglądu. Przykładowo, ja osobiście źle reaguję tylko na te, które są podawane w sposób pogardliwy, agresywny, umniejszający przedstawiciela danej płci jako człowieka. Tu, na tyle na ile rozumiem, mamy stereotyp poniekąd neutralno-pozytywny – kobieta, według autorki artykułu, to istota subtelna, nieco wyniosła, skłonna wybierać rozrywkę na dobrym poziomie; stereotypowy mężczyzna to natomiast bezpretensjonalny nerd świetnie bawiący się na filmach gatunkowych. Rozumiem, że ten obrazek może budzić pewną irytację przez fakt, że często okazuje się po prostu nieprawdziwy, bo wiele z nas w praktyce do takiego stereotypu nie przystaje, ale co w tym obraźliwego?


Oczywiście, tu znowu wchodzi kwestia światopoglądu, bo mogą poczuć się urażeni płciowi konstruktywiści, dla których niewłaściwe będzie podkreślanie jakiejkolwiek różnicy między płciami poza trzeciorzędnymi fizjologicznymi. Rozumiem. Ale zdajmy sobie jednak sprawę, że naprawdę nie wszyscy jesteśmy konstruktywistami. Wielu ludzi nadal uważa, że płeć – i różnice między płciami – to coś ważnego nie tylko w kwestii biologii i chyba nie warto wyzywać ich od idiotów tylko dlatego, że działają w innym paradygmacie.


Osobiście jak najbardziej jestem w spektrum odbiorców ludycznej superbohaterszczyzny czy kosmicznych nawalanek i nie wpasowuję się przez to w schemat zastosowany przez autorkę, kojarzącą kobiecego widza raczej z jakimś subtelnym, poetyckim filmem w kinie studyjnym. Pomimo to, nie mam absolutnie nic przeciwko temu unoszącemu się gdzieś przede mną w myślosferze nieosiągalnemu ideałowi kobiecości, który przypomina, by czasem choć spróbować wypracować w sobie odrobinę stereotypowej subtelności i wyrafinowania. Wprost przeciwnie, byłoby mi strasznie smutno, gdyby tego ideału nie było, albo gdyby był identyczny dla kobiet i mężczyzn, i jakoś się cieszę, że Pustelnik mi o nim przypomniała.


Ale tu pojawia się zarzut drugi, dotyczący nastawienia autorki artykułu do nerdów/geeków. Faktem jest, od insynuacji, że jeśli lubi się filmy superbohaterskie, to jest to znak, że nie jest się inteligentnym czy trzeźwo myślącym, może zrobić się przykro. Powiedzmy sobie jednak szczerze – takie kulturowe wojenki między zwolennikami poszczególnych dzieł czy nurtów (tu – popkultury vs ambitnego mainstreamu), w których ciśnie się zwolennikom opcji przeciwnej, to nic nowego i jeśli chce się brać udział w dyskusji o kulturze, chyba warto się na to uodpornić.


Tu problem dodatkowo polega jednak na tym, że autorka nie tylko beszta pewną grupę dyskutantów, ale dodatkowo popełnia błąd rzeczowy. Umknął jej mianowicie fakt, że popkultura coraz bardziej się z tym wspomnianym wcześniej ambitnym mainstreamem miesza. Wiadomo już nie tylko w branży, że filmami i serialami gatunkowymi coraz częściej i wnikliwiej zajmują się poważni badacze naukowi a powiązanie ich fabuł z rzeczywistością społeczną jest tak silne, że sposób przedstawienia w nich poszczególnych grup społeczeństwa staje się sprawą nieledwie najważniejszą. Kwestia, czy rzeczywiście inteligentny odbiór popkultury i wrażliwość na reprezentację wykluczonych grup w sformatowanych marketingowo blockbusterach jest czymś równie wartościowym, jak kontemplacja dzieł „wysokich” i moralnych kwestii, jakie podnoszą, pozostaje (przynajmniej dla mnie) otwarta. Tym niemniej, w obecnej sytuacji dużo bardziej chwiejnie, niż choćby parę lat temu, gdy jeszcze się o tym wszystkim w Polsce powszechnie nie mówiło, brzmi teza, że fani popkulturowych filmów i seriali są mało inteligentni albo oderwani od rzeczywistości.


Autorka z NaTemat.pl nie zauważyła też, że w ciągu ostatnich paru lat kultura geekowska zaczęła być u nas po prostu modna. Te „parę lat” to oczywiście karkołomna generalizacja, ale powołuję się na opinie zacnych gości panelu pt. „Co fantastyka traci przechodząc do mainstreamu?”, któremu gospodarzyłam na Falkonie '2016. A co do mody na geekowską kulturę – kto bywa na Pyrkonie, ten wie. Kto był ostatnio na dowolnym filmie superbohaterskim i próbował później przyznać się w towarzystwie, że go za bardzo nie wzięło, też wie. Osoba zaprawiona w przekornym odbiorze kultury oczywiście wybrnie, ale jednak intuicyjnie i tak czuje się, że to trochę poruta. Trochę tak, jakby piętnaście lat temu przyznać się, że woli się różowy pop od prog rocka. I to właśnie na filmowy pop – w żadnym wypadku nie na lekceważenie go w czambuł i wynoszenie pod niebiosa „kultury wysokiej” – najwygodniej się dziś, jeśli ktoś lubi, snobować.


Na tym polega chyba największy błąd dziennikarki z NaTemat.pl – swój tekst napisała jako pewna siebie mainstreamowiczka podśmiewająca się ciepło z niszowego zjawiska, a tu nagle okazało się, że jest osobą o niemodnym i niecenionym (od niedawna) punkcie widzenia, która usiłuje zadzierać z silnym i potrafiącym się doskonale i agresywnie bronić mainstreamem.


Bo to, jak łatwo przyszło oburzonym popkulturystom, w tym Zwierzowi, przypisać autorce „Godzilli, Logana i innych...” głupotę czy drańskość, to moim zdaniem kolejny czytelny dowód na to, że staliśmy się, jako geekowie czy fantaści, kulturowym hegemonem, który po dekadach niszowości i niedocenienia powstał w końcu z kolan i który ma już prawo osądzać, co w kulturowej dyskusji wolno, a co nie i kto (parafrazując Zwierza) siedzi w paskudnej, ciemnej dziurze, a kto stąpa w słońcu.


Mnie osobiście (pomimo atencji dla popkulturowej wiedzy dyskutantów, a także – w wypadku Zwierza – mimo pewnej ciepłej, przekraczającej różnice poglądowe sympatii dla jej moralistycznego zacięcia i skłonności do patosu) trochę rozdrażniło to autorytarne, świadome własnej przewagi osądzenie przez fandomitów autorki z NaTemat.pl. Jakoś wolałam tę skromną, bezpretensjonalną, nawet nieco zakompleksioną niszowość, którą widywałam w fandomie – i w sobie samej – jeszcze do niedawna.


Ktoś powie, że flejm przeciwko tekstowi z NaTemat.pl wynikł nie z uczucia przewagi, a z kwestii etycznych, z chęci poskromienia bucerii. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby ta lekka geekosceptyczna wyższość autorki artykułu o „innych Kongach” była w jakikolwiek sposób moralnie gorsza od wyższości, którą wobec niej zamanifestowali internetowi polemiści – wyższości konstruktywistów nad esencjalistką czy modnych geeków nad niemodną geekosceptyczką. Wprost przeciwnie – polemiści byli od autorki wspomnianego tekstu o niebo bardziej kostyczni i mniej przebierali w słowach, co świadczy o nich mocno na minus.


Zresztą w ogóle wydaje mi się, że każdy z nas, fanów i amatorskich (lub nie) komentatorów kultury ma w sobie jakiegoś tam małego, wewnętrznego snoba, który czasem się ujawnia – a to, czy otoczenie temu snobkowi przyklaśnie, czy zmiesza go z błotem, zależy od aktualnej mody. Pod względem moralnym natomiast, stawiam taką nieśmiałą hipotezę, jesteśmy pod tym względem plus minus po jednych pieniądzach. I stąd moja, równie nieśmiała, prośba – może w takim razie spróbujmy nie wydrapywać sobie o to nawzajem oczu? Nawet jeśli kulturowa moda wyposażyła chwilowo nas, fantastów i popkulturystów, w argumentacyjne szpony godne Wolverine'a.



Pustelnik, Lidia. 2017. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<”. NaTemat.pl. (http://natemat.pl/203647,godzilla-logan-i-inne-kongi-czyli-jak-inteligentna-trzezwo-myslaca-kobieta-ma-przetrwac-na-filmie-dla-nerdow) (data pobrania: 15 marca 2017) 
Głupoty, pierdoły i inne idiotyzmy czyli jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przeczytać artykuł na >NaTemat<”. 2017. Zwierz popkulturalny.(http://zpopk.pl/glupoty-pierdoly-inne-idiotyzmy-czyli-inteligentna-trzezwo-myslaca-kobieta-przeczytac-artykul-natemat.html#ixzz4bcSjfFTq) (data pobrania: 17 marca 2017)

czwartek, 16 marca 2017

Godzilla, Logan i filmowa acedia



Na portalu NaTemat.pl ukazał się, zaledwie wczoraj, artykuł pt. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<” autorstwa Lidii Pustelnik. Ukazał się zaledwie wczoraj i już, widzę, zdążył pooburzać internautów – narzekają oni mianowicie, że tekst jest seksistowski i pełen wyższości wobec fanów popkultury, ale przy okazji pojawiają się też zarzuty, że jest po prostu głupi, źle napisany i w ogóle nie ma co zbierać.


A dla mnie ma on jednak sporą wartość. Jeśli bowiem pominąć na chwilę te najbardziej atakowane wątki, czyli „ech, głupiutcy popkulturyści” i „ach, my, inteligentne kobiety”, to okaże się, że tekst Lidii Pustelnik to po prostu propozycja pewnego szczególnego sposobu odczytania tekstu kultury w sytuacji, gdy tekst niespecjalnie nam się podoba, ale z jakiegoś powodu jednak chcemy (lub musimy) mieć z nim styczność.


A jakie to sytuacje? Na przykład takie, gdy – jak w przykładzie podanym w artykule – chcemy towarzyszyć w poznawaniu danego tekstu bliskiej nam osobie, choć nam akurat tekst niespecjalnie odpowiada (co w tym złego?). Może być też tak, że tekst musimy poznać z powodów zawodowych (ale nie na tyle poważnych, by nie móc trochę się „wyłączyć” albo odczytać go po swojemu). Może być tak, że tekst jest w danym momencie bardzo modny, a my nie chcemy pozostać w tyle w dyskusji (co w tym złego?). A może być i tak, że w ogóle nie lubimy albo nie rozumiemy kina (woląc np. książki, muzykę, interakcje), ale nie chcemy się zamykać na całą jedną dziedzinę ludzkiego dorobku, więc zmuszamy się do obejrzenia czegoś od czasu do czasu metodą oporową. Albo czujemy się nieprzystosowani do aktualnych trendów kulturowych bo np. wyznajemy inne wartości, niż te mainstreamowe, i na cokolwiek byśmy do tego kina nie poszli, zawsze będziemy oglądać trochę przez palce, bez stuprocentowego przekonania.


Co radzi nam w takich sytuacjach autorka? Mamy kilka strategii, nie wszystkie da się stosować jednocześnie:


(1) Możemy „wyłączyć się” na fabułę – która nam nie odpowiada gatunkowo, której nie rozumiemy albo jest sprzeczna z czymś tam, co mamy w sobie – i skupić się na bardziej dla nas atrakcyjnych walorach pozafabularnych, np. na stronie wizualnej filmu.


(2) Możemy skupiać się na fabule, ale wybiórczo, ignorując nieakceptowalną lub nieogarnialną dla nas całość i wyszukując wątki, które nas zainteresują, przemówią do naszych emocji, będą w jakiś sposób „nasze”.


(3) Jeśli dany film jest dla nas nie do przyjęcia jako twór artystyczny, możemy użyć tego, co widzimy, by osiągnąć jakiś pożytek w innych dziedzinach życia, niż odbiór sztuki – np. wypatrując ładnych kadrów na tapetę do komputera albo pożytecznych lekcji życiowych, takich jak ta o zachowaniu schludnej fryzury nawet w sytuacjach kryzysowych.


(4) Możemy odnieść oglądane, obce nam, treści do tego, co nie jest nam obce, co lubimy, co nas obchodzi – np. do bardziej cenionych przez nas tekstów kultury albo do własnego życia.


I ja osobiście uważam te strategie – w moim własnym życiu kulturowym – za całkiem fajne i potrzebne. Nie jestem zdecydowanie zwierzęciem kinowym, ale z powodów wizualnych, ogólnokulturowych i międzyludzkich, a także z powodu miłości do fabuł jako takich, absolutnie nie widzę sensu rezygnacji z oglądania filmów ani dyskusji czy nawet tak! amatorskiego pisania o nich, tak więc, w jakiejś tam łagodnej i wybiórczej formie, miałam okazję wypróbować chyba każdą z powyższych strategii, i chyba z każdego z podanych wcześniej powodów.


Nie jestem też pewna, czy przypadkiem nie stosuję tych strategii również do innych tekstów kultury, np. do niektórych książek. I czy przypadkiem nie są one jakimś elementem metodologii tego bloga. Jak sobie przypomnę, że „Dzikie historie” to nie był dla mnie film o gniewie, a o tym, że fajnie być inżynierem i precyzyjnie wysadzać nielubiane budynki, „Sindbada” Krúdyego używałam jako babskiego poradnika, a w bieżącej lekturze zbioru Le Guin temat oświetlenia i temperatury przesłania mi ważniejsze kwestie fabularne i społeczne, to myślę sobie, że chyba czasem uciekam przed całą kulturą jako taką bardziej, niż modelowa czytelniczka tekstu Lidii Pustelnik przed samą jedną popkulturą.


Krótko mówiąc – mam bardzo podobnie, jak autorka tego tekstu, więc jeśli planujecie dalej kogoś obsztorcować, to już nie ją jedną, a nas dwie. A z zarzutami seksizmu i wywyższania pod jej adresem też mi coś intuicyjnie nie gra, ale to już nie tym razem, jeśli w ogóle którymśkolwiek, bo ileż można flejmić.



Pustelnik, Lidia. 2015. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<”. NaTemat.pl. (http://natemat.pl/203647,godzilla-logan-i-inne-kongi-czyli-jak-inteligentna-trzezwo-myslaca-kobieta-ma-przetrwac-na-filmie-dla-nerdow) (data pobrania: 15 marca 2017)

poniedziałek, 13 marca 2017

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie


Powiecie, że jestem sentymentalna, ale mam słabość do fabuł, w których dobro wyskakuje w miejscu, w którym odbiorca absolutnie się go nie spodziewa.


To tytuł filmu. Włoskiego. W reżyserii Paolo Genovese. Grają teraz w kinach.


Ja w ogóle lubię takie słodko-gorzkie kino europejskie z ładnymi zdjęciami, no i poza tym to przecież Włochy, i jeszcze skoro Włochy, to może będzie tak cudownie, jak w filmach Sorrentino. Tak więc poszłam na podstawie pierwszego wrażenia ze zdjęć i opisu. I nie zawiodłam się, przynajmniej po części.


Jako przykład szczęściodajnego kina europejskiego film wypada całkiem, całkiem. Jeśli ktoś chce popatrzeć na ładnych i ładnie ubranych ludzi (zdobycie takiej sukienki, jaką miała na sobie Anna Foglietta, stało się właśnie jednym z moich pomniejszych celów życiowych) i pozazdrościć im konsumpcji apetycznie wyglądającego jedzenia, to dostanie na seansie to, czego chciał.


Ujęć jedzenia jest sporo, bo prawie cała akcja toczy się przy stole – „Perfetti sconosciuti”, podobnie jak „Rzeź” Polańskiego, należy do kategorii zwanej przeze mnie „filmami o humpfie”, czyli produkcji, w których to bohaterowie siedzą cały czas w jednym pomieszczeniu i się kłócą, ale ta kłótnia budzi tyle plotkarskiego zaciekawienia, że widz w ogóle nie czuje się znudzony. W „Rzezi” był to konflikt pomiędzy rodzicami dwóch chłopców – sprawców bójki, w „Perfetti sconosciuti” mamy natomiast grupkę przyjaciół, którzy podczas spotkania przy kolacji wpadają na pomysł, by udowodnić sobie wzajemną szczerość przez grę w upublicznienie zawartości telefonów.


Uczestnicy mają odczytywać na głos wszystkie otrzymywane podczas spotkania wiadomości i włączać w trybie głośnomówiącym przychodzące rozmowy. Oczywiście, wychodzą przy tym przeróżne qui pro quo, stanowiące element komiczny, a z drugiej strony, z racji, że w ekipie znajdują się trzy pary małżeńskie, od razu pojawia się napięcie, czy któryś z telefonów nie ujawni niewierności. Ta właśnie mieszanka – ładnej oprawy wizualnej, humoru i plotkarskiego napięcia – sprawiła, że nie nudziłam się podczas seansu ani chwili, co jest mocną rekomendacją, bo mam skłonność do kinematograficznej acedii i znudzić mnie szalenie łatwo.


Co do intuicyjnej nadziei na podobieństwo do filmów Sorrentino, to trochę się przeliczyłam, ale tylko trochę. W filmie Genovese nie ma może tego Zaświatu wychylającego się co chwila spod ładnych, niby to płytkich i hedonistycznych dekoracji, jak to się lubi dziać u twórcy „Wielkiego piękna”, ale z całą pewnością zza dekoracji wychyla się tu przynajmniej Dobro.


A wygląda to tak: ponieważ, jak wspomniałam, „Perfetti sconosciuti” to film o kłótni, w sferze międzyludzkiej generalnie nie cały czas jest tam słodko. Ponadto, jako że jest tam mowa o upublicznianiu sekretów, można się spodziewać pewnych niemiłych obserwacji na temat ludzkiej natury i jej zakłamania. No i przy tych wszystkich oczekiwaniach – w pewnym momencie filmu pojawia się pewien bardzo jasny akcent, taki okruch międzyludzkiego dobra i szczerości, który po prostu bije w oczy, a przy tym nie wydaje się w żaden sposób kiczowaty czy sztucznie wyidealizowany, choć nie występuje pod płaszczykiem dystansu czy ironii, nie jest podkolorowany żadnym odcieniem szarości (Nawet więcej – scena jest zbudowana w taki sposób, że najpierw pada jedno zdanie, które właśnie tę atmosferę dobra wprowadza, a później następują dwa czy trzy kolejne zdania, w których to eskaluje, tak jakby ktoś raz odbił pieczęć na papierze, później stwierdził, że za słabo wyszło, i przybił jeszcze kilka razy, za każdym razem mocniej.).


Podczas oglądania nie zwróciłam szczególnej uwagi na wątek, który doprowadził do tej cudownej sceny, i teraz w sumie mam ochotę zobaczyć ten film jeszcze raz, żeby sprawdzić dokładniej, jak się on rozwijał. (Muszę przyznać, że to, co z niego pamiętam, nie było jednak do końca wyidealizowane i czarno-białe – pojawia się tam np. pewna scena o mocnym nacechowaniu światopoglądowym, która, choć też ładna emocjonalnie, nie każdemu może się etycznie spodobać. Ale może i nawet lepiej, że czymś tę moralną idealność przełamali...)


Jeszcze na odcinku znajdowania starych kategorii w nowych filmach – w „Perfetti sconosciuti” bardzo ładnie zapracowało działanie piękna przyrody na człowieka; tu w roli głównej zaćmienie Księżyca, które bohaterowie oglądają w pewnym momencie z tarasu. Niby wiemy, jak to działa od czasu sceny z Samem Gamgee i gwiazdą w „Powrocie króla”, ale w sumie nigdy dość przypominania. Chociaż graficznie to zaćmienie, trzeba przyznać, odrobione paskudnie.


Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie [Perfetti sconosciuti]. 2017. Reż. Paolo Genovese. Prod. Włochy.

niedziela, 5 marca 2017

(Nie) każdy święty chodzi ogarnięty


Już dwa razy napomykałam na tych łamach o „Świętych codziennego użytku” Szymona Hołowni, ale że właśnie skończyłam czytać, dorzucę parę bardziej całościowych myśli. Dziś - o nawiązaniach fantastycznych, wzruszeniach i zamiłowaniu świętych do porządku (lub nie).

Znajdź jednego świętego w tłumie normalsów.


Trzymając się tematyki bloga – Hołownia, opisując sylwetki świętych, często żyjących wiele wieków temu, mocno zderza je naszym współczesnym życiem i popkulturą – w tym, niekiedy, z estetyką fantastyki. Jest tu np. mangowa św. Paraskiewa, steampunkowy Edmund Bojanowski (o tym autor akurat nie wspomina, ale jego kojarząca się z tą odmianą gatunkową dziewiętnastowieczna „fajność” aż bije w oczy) i św. Charbel, który, gdy Szymon pierwszy raz wypatrzył go na pobożnych podobiznach w Meksyku, „wyglądał jak Merlin albo członek rady pedagogicznej z Hogwartu” (s. 120-121).


Trzymając się tematyki bloga od innej strony – mnie wiele z tych historii nieźle wzruszyło i ciekawa jestem bardzo, na ile to wzruszenie siedzi w tym tekście obiektywnie i czy „Święci codziennego użytku” zadziałaliby tak również na Was, czy też to tylko ja tak reaguję, bo taki mam rodzaj wyobraźni, taką przynależność religijną itp. Jakby ktoś z Was miał okazję książkę obadać, może dać znać w komentarzach, jakie były jego wrażenia. (Innymi słowy, kochani, testujemy, czy Szymonowi udało się zawrzeć w „Świętych...” eliotowski obiektywny korelat.)


Czytając „Świętych codziennego użytku”, zaczęłam się w pewnym momencie skupiać na tematyce porządku i bałaganiarstwa. Czy święci byli raczej poukładanymi ludźmi i swoich gości, uczniów i penitentów witali w cieszących oko porządkiem i czystością mieszkaniach, celach lub pustelniach? Czy też w dążeniu do spraw wyższych przymykali oko na przyziemne sprawy takie jak niezamieciona podłoga albo kolekcja kubków po kawie na biurku?


Dorastając w czasoprzestrzeni, w której wrażliwość religijna lubiła się niekiedy mieszać z estetyką punk rocka, miałam zawsze wrażenie, że prawdziwsza jest opcja numer dwa. Jeśli jesteś dobrym człowiekiem – a co dopiero świętym! – to nie ma aż takiego znaczenia, czy ślicznie wykrochmalisz firanki a na stole postawisz doniczkę z prymulką.


Z tym przekonaniem o nikłej wartości moralnej porządku w chacie zderzyły mi się trochę późniejsze inspiracje i lektury. Nie pamiętam już, co takiego wyczytałam np. w Promieniowaniach Jüngera – raczej nie było to nic dokładnie na temat porządków, raczej coś ogólnego na temat moralnej ważności drobnych gestów i wysiłków – ale kojarzę dokładnie, że ogólne wrażenia z lektury zmotywowały mnie do jakiejś większej akcji porządkowej w mieszkaniu i robiąc ją czułam się jak św. Joanna d'Arc, która właśnie wygrała bitwę na wojnie Dobra ze Złem.


Bezlitośnie motywujący pod względem tematyki sprzątalniczej bywa też Łukasz Orbitowski. Jego Inna dusza, która przy okropności zewnętrznej tematyki jest jednocześnie słonecznym hymnem na cześć bardzo wielu dobrych rzeczy, to m.in. piękna pochwała sprzątania. Kiedy w domu rodziny Hoppe dzieje się źle, odkurzanie książek na półkach, trzepanie dywanów i usuwanie zacieków to drobne gesty, które w rzeczywistość biedy i nałogu są w stanie wpuścić trochę Światła. A czytelnikowi, zwłaszcza wygodniej żyjącemu i deklarującemu mniejszy nihilizm, niż książkowy Krzysiek, może zrobić się głupio: to on, w takich trudnych warunkach, martwi się, że nie ma czasu, żeby zrobić coś z tymi dwiema trwałymi plamkami na wannie, a ja bywam na takie rzeczy obojętna/y?


Ale to, jak wspomniałam, słoneczna motywacja do porządków. W „Czasie cezarów” Orbitowskiego mamy coś więcej – motywację pogardliwą. Wśród kochanek ojca głównego bohatera jest niejaka „ciocia” Zosia, wyróżniająca się spośród pozostałych pań faktem mieszkania w zagraconej garsonierze z paskudnie zapuszczonym zlewem. Poza tym nie ma mowy o żadnych jej innych szczególnych cechach, a już zupełnie nie wydaje się bardziej rozwiązła, niż inne. Jednak w momencie, gdy ojciec protagonisty potrzebuje do swoich czarnoksięskich rytuałów krwi ladacznicy, udaje się właśnie do cioci Zosi, a jego syn stwierdza, że tatuś nigdy nie miał o tej cioci dobrego mniemania. Dodam, że „Czas cezarów” to opowiadanie o wielokrotnych zdradach, rzucaniu na siebie nawzajem klątw i generalnie o życzeniu sobie źle. Jedyną osobą, która zasłużyła w nim jednak na pogardę jest biedna „ciocia”, która nie potrafi utrzymać porządku w domu.

Tyle mój dotychczasowy subiektywny przegląd literatury sprzątaniowej – a jak wygląda kwestia porządnictwa i bałaganiarstwa u świętych opisywanych przez Szymona Hołownię? Ano różnie wygląda.


Z jednej strony mamy św. Rafała Kalinowskiego – Hołownia powiada, że był z niego „patentowany bałaganiarz, posiadacz dwóch lewych rąk do spraw bytowo-domowych” (s. 36). O prowadzenie schludnych domostw trudno też podejrzewać prawosławnych jurodiwych – takich jak św. Prokop – którzy upokarzali się przed innymi ludźmi przez niechlujny wygląd i łamanie zasad pożycia społecznego, by samemu zyskać zbawienną pokorę a innych wytrącić z ich zastanego toku myślenia. (Wielu mądrzejszych wpadło już przede mną na to, że jurodiwi byli w tym właśnie bardzo punkowi.)


Z drugiej jednak strony, wiele żywotów, o których pisze nam Szymon, pokazuje osoby, które dążenie do bliskości Boga i zbawienia łączyli z troską o dom i urodę codzienności. Św. Teresa z Ávila, mistyczka i pisarka, widać nie uważała, że skrzętne zajmowanie się domem to strata czasu, który można by poświęcić na modlitwę i twórczość, skoro podczas religijnych ekstaz potrafiła nie przerywać smażenia ryby na patelni a robótki ręczne odkładał tylko wówczas, gdy szła na spotkanie z biskupem. Z kolei historia małżeństwa Marii i Luigiego Beltrame Quattrocchich to wręcz żywe potwierdzenie tego, że duchową doskonałość można osiągnąć nie tylko pomimo tych drobnych, codziennych zadań, z jakich składa się prowadzenie domu, ale właśnie dzięki nim i miłości, jaką się w nie wkłada. Nie mówiąc już o dramatycznym przykładzie dwudziestu jeden męczenników z Libii, którzy, ginąc za szczerość w wyznawaniu wiary, pozostawili w połowie drogi właśnie takie drobne, dobre zadania – troskę o dom i rodzinę czy zbieranie pieniędzy, by tę rodzinę założyć.


Podsumowując – nie znalazłam w „Świętych codziennego użytku” jasnej odpowiedzi na to, czy świętemu – i kandydatowi nań – bardziej przystoi życie w mieszkaniu przypominającym pudełeczko, czy też może spokojnie egzystować w artystycznym nieładzie. Intuicyjnie wydaje mi się, że ci święci, o których nie było wyraźnie napisane, że mieli syf na chacie, raczej tego syfu nie mieli i że porządek jest pewną - choć pewnie opcjonalną - tendencją rozwojową w życiu duchowym. Z drugiej strony, przytoczeni święci „nieogarnięci” i bałaganiarze to wyraźna sugestia, że nieogarnięcie, nawet jeśli w naszym nieciekawym, gloryfikującym pozory świecie zamyka pewne drzwi (przykładem niejaki eksperyment Rosenhana pokazujący paskudną prawdę o tym, jak pozory potrafią rządzić psychiatrią), na pewno nie jest, w ostatecznym rozrachunku, przeszkodą w drodze do dobrego życia i do nieba.


To powiedziawszy, życzę Wam miłych i obfitujących w intelektualne przemyślenia wiosennych porządków. A „Świętych codziennego użytku” bardzo polecam.



Hołownia, Szymon. 2015. Święci codziennego użytku.. Kraków: Wydawnictwo Znak.

wtorek, 14 lutego 2017

Wyzwanie Hain #3: U.K. Le Guin, „Miasto złudzeń”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy.


Początek "Miasta złudzeń", dziejący się w Leśnych Domach, jest bardziej hygge niż zapewne niejeden poradnik hygge.

Miasto złudzeń” to historia Falka, humanoida o "wyczyszczonej" pamięci, odnalezionego przez mieszkańców Domu Zove – prostych osadników, jednych z nielicznych ludzi zamieszkujących Ziemię wiele lat po wygaśnięciu jej dawniejszej cywilizacji. Nie mogąc znaleźć swojego miejsca w społeczności, Falk decyduje się opuścić Dom i ruszyć na wyprawę poprzez bezdroża i osady leżące na terenie niegdysiejszych Stanów Zjednoczonych do miasta Es Toch, by poznać swoją prawdziwą tożsamość, a także zmierzyć się ze złem uosabianym przez wrogie ludziom i całej Ekumenie, kontrolujące Ziemię plemię Shinga.


Zacznę może od kwestii samej, najprostszej, hedonistycznej przyjemności czytania. Podczas gdy „Świat Rocannona” ucieszył mnie wizualnie krajobrazami tak wzniosłymi, że od perspektywy czasem kręciło się w głowie a „Planetę wygnania” miałam za powieść bardzo, na poziomie historii indywidualnych bohaterów, optymistyczną, „Miasto złudzeń” w swojej pierwszej części wywołało we mnie uczucie błogości. Nie ma w tym żadnej wyższej filozofii: po prostu dobrze czytało mi się o Domu Zove, o pięknym lesie wokół niego, o ludziach zajmujących się z chęcią nieskomplikowanymi rzemiosłami i zdolnych do prostej dobroci zarówno wobec siebie nawzajem jak i wobec niespodziewanego przybysza, i o radosnym, jasnym romansie między głównym bohaterem a jedną z mieszkanek Domu – Parth. Przypuszczam, że właśnie dla takich wrażeń ludzie czytają te wszystkie książki o rzucaniu korpo i budowaniu winnicy w Toskanii. (Czasem się zastanawiam, czy nie powinnam zmienić czytelniczego repertuaru, bo co się dorwę do ambitnej fantastyki, to włączają mi się jakieś tendencje dezercyjne. Trzeba jednak przyznać, że sama autorka podaje całkiem górnolotne wyjaśnienie obecnego w książce kultu prostoty życia, pokazując, że niektórzy Ziemianie zapamiętali w zniekształconej formie przemyślenia Henry'ego Davida Thoreau.)


Co do wrażeń sensorycznych, w „Świecie Rocannona” podobały mi się opisy zimna i gorąca, a w „Mieście złudzeń” mamy z kolei sporo mogących podobnie mocno działać na wyobraźnię kontrastów światła i mroku. Powieść zaczyna się od ocknięcia się Falka po utracie pamięci – ma to miejsce w całkowitej ciemności, która ustępuje dopiero przy dotarciu do osady Zove. Na końcu książki bohaterowie ponownie pogrążają się w ciemności. Podczas ponownej nauki podstawowych ludzkich czynności po swojej amnezji Falk przyrównuje zdobytą wiedzę do małe świeczki palącej się na ciemnym polu – gdy natomiast rusza już na swoją wyprawę i znajduje się w obcej nieprzyjaznej okolicy, wychodzące zza chmur słońce dodaje mu otuchy i umacnia w powziętym zamiarze. W innym miejscu wędrówki, gdy po dłuższym odcinku położonym z dala od jakichkolwiek osad ludzkich główny bohater widzi światło jakiegoś domostwa, znów mocno reaguje emocjonalnie: „To światło, świecące z daleka poprzez mrok wzruszyło go do głębi” (s. 253). Oczywiście, śledząc wątek światła i mroku, mogłam się była domyślić, że tak ogólny, nasycony symboliką temat został już na pewno wcześniej opisany przez zawodowców. I rzeczywiście, choćby anglojęzyczna Wiki podaje, że temat światła i mroku w „Mieście złudzień” opisał niejaki Douglas Barbour, przypisując im znaczenie związane z opartą na harmonii przeciwieństw filozofią tao.1 Choć ten trop jest wielce zasadny, a bezpośrednie nawiązania do taoizmu pojawiają się w samej fabule książki, mnie podczas lektury obrazy światła i mroku po prostu działały na wyobraźnię wizualną, ewentualnie kojarzyły się kryptoteologicznie.


Kontynuując wątek kontaktu z Innymi, który podjęłam w poprzednich notkach, z początku wydawało mi się, że w „Mieście złudzeń” trop się urywa i tym razem nic o dialogu z obcymi rasami i światopoglądami nie znajdę. Po namyśle stwierdziłam jednak, że można na ten temat wyciągnąć z „Miasta złudzeń” całkiem sporo, jeśli zamiast z mieszkańcami Domów czy z Falkiem, czytelnik spróbuje się zidentyfikować z wrogimi Shinga – z ich cywilizacyjną wyższością wobec innych bohaterów i narzuceniem tym innym – niby to dla ich dobra – wymyślonego przez siebie, opresyjnego sposobu życia. Opresja wobec kultur mniej rozwiniętych brzmi zapewne znajomo, i nie zawstydzić się przy tym wątku w książce nie sposób, niezależnie jak bardzo niepoprawnym politycznie by się nie było. A to dla tego, że Le Guin pokazuje, że podstawą reżimu Shinga jest kłamstwo, które jest uznawane za moralne zło przez chyba każdy system etyczny, również przez systemy politycznie niepoprawne. Możemy więc powstydzić się wszyscy razem.


Jeśli chodzi o tematykę kłamstwa, to właśnie ono staje się tu nośnikiem „gęsioskórkowatości”, która stanowi dla mnie kolejne lekturowe wrażenie łączące dotychczasowe części cyklu Hain. Trochę creepy są tu mieszkańcy tytułowego miasta złudzeń - Es Toch, przyjemny czytelniczy lęk mogą też budzić wzmianki o „dziwnościach” poszczególnych społeczności Ziemi odwiedzanych przez Falka (również spowodowanych przez kłamstwo, bo będących efektem wpływów Shinga). Najbardziej niepokojące były dla mnie jednak mówiące zwierzęta. Przy fragmencie z dzikiem, który mówi do Falka „Aach, aach, człowieku, myśl do mnie” „niewyraźnym i matowym głosem dobywającym się z pokiereszowanego ryja” (s. 242) przez chwilę trochę bałam się być sama w pokoju. To wrażenie „gęsioskórkowatości”, sam fakt występowania mówiących zwierząt i stopniowe odkrywanie przez czytelnika prawdy o okrutnie traktowanej, żyjącej w kłamstwie społeczności, trochę kojarzy mi się z wątkiem Królikarni Sideł w „Wodnikowym Wzgórzu” Richarda Adamsa.


Źródełko z Wiki podpowiada, że w „Mieście złudzeń” pojawia się wątek feministyczny w postaci krytycznie przedstawionej mizoginii społeczności Pszczelarzy.2 Szczerze mówiąc, nie zauważyłam tego podczas lektury i zastanawiam się, czy tak jak np. u Lema wątki naukowe, tak u Le Guin nie zestarzała się przypadkiem warstwa dotycząca tego rodzaju sprawiedliwości społecznej. Mam wrażenie, że to, co ona opisuje w kwestiach płci i obyczajów, dla współczesnych social justice warriors (i w sumie dla kogokolwiek) może być zbyt mało radykalne: „wojownicze” wątki giną pośród obrazów bardzo tradycyjnych społeczności i spolaryzowanych ról płciowych. Z kolei czytelnik spragniony obyczajowej tradycji i esencjalistycznego romansu, kiedy po serii wątków, które mogą mu się spodobać (takich jak zakończona „morałem” historia z Estrel) książka robi się na chwilę bardziej „bezpruderyjna”, może odczuć konfuzję – trochę jak w towarzystwie szacownej cioci czy wujka, który/a nagle rzuca na rodzinnym spotkaniu pieprzny dowcip, żeby pokazać, jak to on/a rozumie młodzież.


Lektura pierwszej części powieści zbiegła mi się z podczytywaniem „Świętych codziennego użytku” Szymona Hołowni i niektóre wątki uroczo mi się kontaminowały. Reakcja mieszkańców Domu Zove na przybycie Falka – nakarmienie go i opieka nad nim pomimo poważnych wątpliwości co do tego, czy nie jest groźny – kojarzyła mi się z historią o św. Janie Ruskim i ewangelizacji przy pomocy miski zupy tudzież z maksymą bł. Urszuli Ledóchowskiej: „Bądźmy dobre i dla dobrych, i dla złych, dla wielkich i dla małych, dla dzieci i dorosłych, dla zwierząt, dla kwiatów, dla wszystkich stworzeń”.3 Delikatność i czułość relacji Falka i Parth na jej samym początku, z czasowo wyciszonymi choć obecnymi zmysłami, przywodziła mi na myśl życie małżeństwa dwojga świętych: Marii i Luigiego Beltrame Quattrocchich. Wątek myślomowy jako najszczerszej, doskonalszej od innych form komunikacji powiązał mi się ze św. Teresą z Ávila i jej praktyką modlitwy myślnej, a niefrasobliwość Falka, który wyruszając w podróż, nie do końca wiedział, dokąd i po co idzie – z historiami świątynnej wdowy i, ponoć nieco nieogarniętego życiowo, bł. Rafała Kalinowskiego. Końcówkę powieści doczytywałam natomiast przy dźwiękach soundtracków Maxa Richtera i finalne zagadki, z zamieniającymi się miejscami prawdą i kłamstwem, przeskakiwały mi w wyobraźni w takt muzyki jak cegiełki. Oczywiście wiem, że to wszystko nie wnosi nic do ogólnego odbioru „Miasta złudzeń”, ale mamy postmodernizm i ponoć wszystko już było, więc czuję się w obowiązku napisać Wam cokolwiek, czego o tej książce nie powiedzieli inni, bo jeszcze mi tu uśniecie.


Zajrzyjcie też koniecznie do wpisów pozostałych uczestników wyzwania: Rusty, Ziuty, Gryzipióra i Pyzy!



1  Barbour, Douglas, "Wholeness and Balance in the Hainish Novels" published in Ursula K. Le Guin (Modern Critical Views), ed. Harold Bloom, (New York, NY: Chelsea House Publishers, 1986) pages 24-25. , za: Wikipedia, „City of Illusions”.


Spivack, Charlotte. Ursula K. Le Guin, (Boston, MA: Twayne Publishers, 1984), s. 20, za: Wikipedia, „City of Illusions”.



3  Hołownia, Szymon. 2015. Święci codziennego użytku. Kraków: Wydawnictwo Znak, s. 91.

wtorek, 13 grudnia 2016

Wyzwanie Hain #2: U.K. Le Guin, „Planeta wygnania”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy.

Autorka: Rusty


Przeczytałam „Planetę wygnania” drugi raz – pierwsze podejście było w czasach nastoletnich – i naprawdę nie wiem, czym sobie jako czytelniczka zasłużyłam na taką optymistyczną historię. Nie pamiętałam podobnego uczucia z pierwszego czytania (zresztą wtedy książka mi się nie podobała), ale tym razem miałam wrażenie, że jest to historia o tym, jak to wszystko potrafi się czasami w życiu udać. Nie ciągnę tego wątku dalej, polecam przekonać się na własną rękę, i przechodzę do pomniejszych radości, jakie ta książka może potencjalnie przynieść czytelnikowi (jakkolwiek, biorąc pod uwagę wpisy pozostałych uczestników wyzwania, zdania są tu podzielone).


Tak jak w „Świecie Rocannona”, i tu mamy planetę zamieszkaną przez kilka ludów znajdujących się na niezbyt, jak na ziemskie standardy, wysokim poziomie cywilizacyjnym: mieszkańców Tewaru i ich współplemieńców, wrogich im gaalów oraz nieuważanych za istoty ludzkie, choć wysoce inteligentnych farbornów. Również podobnie jak w poprzedniej powieści, pojawia się w „Planecie wygnania” wątek kontaktu plemion rdzennych z zaawansowaną i dążącą do zjednoczenia mieszkańców różnych planet cywilizacją Ekumeny. W obu książkach motywem spajającym wewnętrznie opowieść o kontakcie są losy kobiecej bohaterki, która stoi pomiędzy cywilizacją lokalną i przybyłą: w „Planecie wygnania” jest to młoda dziewczyna o imieniu Rolery pochodząca z Tewaru. Kolejne podobieństwo to fakt, że fabuły obu powieści mocno siedzą w gatunkowych schematach. Są to jednak inne schematy: podczas gdy „Świat Rocannona” to w dużej mierze zgodna z jedną z klisz fantasy opowieść o wyprawie, w „Planecie wygnania” mamy opis konfliktu zbrojnego między dwoma plemionami okraszony historią miłosną.


Zastanowiło mnie, na ile właściwie te schematy gatunkowe są tu skuteczne. Czy  „Planeta wygnania” to dobra przygodówka fantasy i dobry romans? Jeśli chodzi o stronę zbrojną i przygodową, chyba nie można narzekać – w powieści generalnie sporo się dzieje, główny wątek militarny zawiera kilka znaczących zwrotów akcji a jego zakończenie nie jest oczywiste – w pewnym momencie można się wręcz trochę pogubić co do czytelniczych oczekiwań, jak akcja „powinna” się potoczyć.


Co do romansu, kiedy czytałam „Planetę...” pierwszy raz, historia głównej bohaterki i jej wybranka zraziła mnie kiczowatymi dekoracjami i pozbawioną cudzysłowu zmysłowością – i rzeczywiście, początek tej historii mógłby spokojnie być zaadaptowany jako czuciofilm w uniwersum „Nowego wspaniałego świata” Huxleya. Ale muszę przyznać, że teraz, przy drugim podejściu, dałam się porwać historii Rolery i Jacoba. Jak by na to nie spojrzeć, ma ona sporo zalet. Fajnie pracuje tu i sztafaż fantastyczny (ładny motyw z telepatią, która jest normą w tym uniwersum, ale u kochających się ludzi wykazuje szczególne właściwości), i obserwacje obyczajowe (urokliwie neurotyczny fragment, kiedy Rolery rozkminia, którym imieniem najlepiej zwracać się do ukochanego, bo ten ma ich za dużo). Ponadto, tak jak w wątkach miłosnych w „Świecie Rocannona”, znów pojawia się miła anarchia w stosunku do europejskiego wszechwzorca baśniowo-romansowego – tym razem polegająca na tym, że najciekawsze rzeczy dzieją się nie przed, a po „żyli długo i szczęśliwie”. A poza tym jest tu po prostu masa emocji, wielkich słów i chwytów za serce, historia Rolery i Jacoba ma szansę zrobić z czytelnikiem wszystko to, co romans zrobić powinien, a przy tym wszystkim ma się jednak to poczucie, że nie, ja przecież nie czytam romansidła, tylko coś ambitnego, bo to przecież Le Guin!


Z kwestii, które obiegowo można uznać za ambitne, nadmienię znowu problematykę kontaktu „naszych” z Innymi – tu, z tego, co widzimy na początku, „naszymi” są jasnoskórzy, złotoocy ludzie z Tewaru a Innymi – ciemnoskóre, niegdyś potężne ale obecnie osłabione plemię farbornów. Znów jest więc tematycznie trochę tak jak w „Świecie Rocannona” - obie książki sugerują, że z Innymi da się porozumieć i warto to zrobić – ale sposób realizacji tematu jest inny. „Świat Rocannona” był historią o tym, że Inni są dziwni i piękni w swojej dziwności. „Planeta wygnania” opowiada z kolei o tym, że przedstawiciele innej kultury mogą nieść ze sobą coś, co nie tylko nie zagraża „naszym” wartościom, ale wręcz jest z punktu widzenia tych wartości prawdziwe i potrzebne (tu: nikłą, ale jednak zawsze jakąś tam szansę na kontakt z haińską cywilizacją, który oznacza nie tylko dobrobyt i postęp, ale też, poniekąd, możliwość powrotu Tewarczyków do prawdziwej, galaktycznej ojczyzny i współbraci z pozostałych planet Hain), a także o tym, że z Innymi warto, a niekiedy nawet trzeba współpracować, aby uchronić się przed wspólnym niebezpieczeństwem (tu: atak koczowniczego plemienia gaalów) lub osiągnąć jakiś wspólny cel. Trochę kojarzy mi się to z tezą Lecha Jęczmyka z „Dlaczego toniemy” o dialogu chrześcijańsko-żydowskim, że nawet kiedy w kwestiach religijnych nie sposób się dogadać, to nie znaczy, że nie można pożytecznie podialogować np. o melioracji pól.


Jeszcze jedno podobieństwo w moim odbiorze „Planety wygnania” i poprzedniej opowieści ze świata Hain: ta przyjemna mentalna gęsia skórka na wzmianki o zjawiskach tajemniczych i obcych dla świata, w którym żyją bohaterowie powieści. Jeden z bohaterów nosi imię Jonkendy – jakież to imię i nazwisko mogło zostać skontaminowane, by po latach ustnego powtarzania uzyskać takie brzmienie? Inny bohater – żyjący wszak w dość prymitywnej społeczności – ma z kolei nazwisko-otczestwo Pilotson. Poza tym dziwne zwyczaje mieszkańców Landinu (co upamiętnia ta nazwa?) takie jak nienaturalne zachowania „godowe” czy obyczaj picia rzadkiej zupy z trawy. Może to naiwne, ale na mnie te wszystkie stopniowo odkrywane „dziwności” znów jakoś emocjonalnie podziałały. A może nie jest to aż takie naiwne, bo w sumie ten chwyt Le Guin to chwyt pochodzący z fantastyki grozy. Według często tu ostatnio przytaczanej definicji Smuszkiewicza i Niewiadowskiego groza to wtargnięcie do świata opowieści obcego, niewytłumaczalnego elementu, który zagraża zasadom działania tego świata. I w „Planecie wygnania” też to mamy, z tym że tym razem to nasz ziemski świat zagraża zasadom fikcyjnego uniwersum, w którym wychowała się Rolery.


(Polecam także notki innych uczestników wyzwania: Rusty, Ziuty i Gryzipióra).


Le Guin, Ursula K. 2015 [1966]. Planeta wygnania. Przełożył Juliusz P. Szeniawski, 117-218. [W:] Le Guin, Ursula K. 2015. Sześć światów Hain. Warszawa: Prószynski i S-ka.

niedziela, 30 października 2016

Wyzwanie Hain #1: U.K. Le Guin, „Świat Rocannona”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy.

Autorka: Rusty Angel


Świat Rocannona” jest pierwszą częścią cyklu Le Guin opowiadającego o rasie Hain, która zasiedliwszy dawno temu różne zakątki Wszechświata, po wielu latach rozproszenia i braku kontaktu pomiędzy poszczególnymi koloniami chce na nowo zjednoczyć się we wspólnocie o nazwie Ekumena. W tej powieści poznajemy planetę Fomalhaut II, zasiedloną przez kilka plemion/ras różniących się wyglądem i zaawansowaniem cywilizacyjnym – m.in. żyjących pod ziemią Gdemiarów, koczowniczych Fiia i przypominających ziemskie średniowieczne rycerstwo Liuarów. Na planetę tę przybywa z ekipą badawczą „kosmiczny etnograf” Gaveral Rocannon, który po tragicznej śmierci swoich towarzyszy musi nawiązać współpracę z przedstawicielami lokalnych plemion, by móc wrócić do domu, a przy okazji zażegnać niebezpieczeństwo grożące nie tylko Fomalhaut, ale również potencjalnie całej Ekumenie.


Miałam silne przekonanie, że czytałam już wcześniej „Świat Rocannona”, ale jednak nie. Szkoda, bo od razu widać, że to powieść do parokrotnej lektury i te kwestie, które teraz tylko mi zamajaczyły (symbolika naszyjnika Semley, wzmianka o podróżnikach uznawanych za bogów we wstępie i jej relacja do całości historii, tożsamość Strażnika Źródła i znaczenie sceny poświęcenia w finale, powiązanie legend o tajemniczej rasie z tym, co drużyna Rocannona znalazła przy końcu podróży), ładnie rozwiną się przy drugim albo trzecim czytaniu. Mając za sobą dopiero pierwsze, mogę podzielić się tylko odniesieniami do bieżączki i pobieżnymi wrażeniami wyobraźniowo-zmysłowymi. Ale i tego nazbierało się trochę.


Le Guin, czyli kwestie społeczne. Tu kwestią społeczną nr 1 jest relacja z przedstawicielami innej kultury i szacunku lub wrogości wobec niej, a także sposób, w jaki można okazywać jej, hmm, naukową, etnograficzną ciekawość.


Oczywiście, ponieważ książka została wydana w 1966 roku, wszystko to jest słodko staroświeckie. Gdzieniegdzie można się w tym dopatrzyć ironii (gdy jeden z bohaterów gimnastykuje się językowo, by nie nazwać Gdemiarów troglodytami i przechodzi na grzecznościowe „trolle”), ale ogólnie te wszystkie momenty zdziwienia innością mieszkańców planety i plastycznego skupienia się na cechach ich odmiennego wyglądu, łącznie ze śmiałymi, subiektywnymi komentarzami na ich temat (w myślach bohaterów i w opisach), bardziej wyglądają na szczerą obserwację, że ludzie tak po prostu reagują, niż na satyrę na głupich, uprzedzonych uczestników wyprawy.


To podejście do tematu może się to podobać albo nie – na mnie akurat ta wizja ciekawskiego, staroświeckiego „wglapienia się” bohaterów w swoją wzajemną inność podziałała jakoś przewrotnie kojąco. W sytuacji, gdy w kwestiach etnicznych jedni dopuszczają się dziś znieczulicy albo i okrucieństwa a inni z kolei dywagują, jak straszną zbrodnią jest przebranie się na halołin za gejszę albo rastamana, dobrze było na trochę zanurzyć się w świecie, gdzie kwestie relacji między rasami są sprowadzone do wzajemnego zdziwienia, ciekawości, ale także bliskości i ciepła następujących po zauważeniu wzajemnych różnic.


Łatwiej i raźniej później wrócić do skomplikowanej rzeczywistości po takiej bajce. A może i łatwiej jest, dzięki takim bajkom i wytchnieniu, które dają, zachować się przyzwoicie, kiedy rzeczywiście spotka człowieka jakaś trudna sytuacja na tle etnicznym? Tak czy inaczej – niech żyje Urszula i jej nieaktualna metodologia z wczesnych książek.


To zagapienie się i obcość przyczyniają się też w dużej mierze do klimatu „Świata Rocannona”. Opisy wyglądu plemienia Gdemiarów są w tak cudowny sposób creepy. Poza tym, wiele zjawisk, które okazują się ważne dla akcji – np. środek lokomocji, którym podróżowała Semley, czy tajemnicze miejsce wypalone w lesie – oglądamy w książce najpierw z punktu widzenia „prostego” ludu, nie rozumiejącego natury tych zdarzeń i przekazującego informacje o nich szczątkowo i z zabobonnym przestrachem, przydając im aury tajemniczości. To w sumie dość częsty chwyt, ale strasznie lubię ten sposób budowania napięcia.


Wspomniałam, że warstwa społeczna „Świata Rocannona” to był dla mnie eskapizm i możliwość ożywczego odpoczęcia od obecnych paradygmatów. Podobnie odebrałam sposób opisania tu relacji międzyludzkich i obyczajów. Te wątki dobrze się czyta, bo są dość mało „opatrzone” w bieżącej kulturze. I tak, mamy tu na przykład – jak często u tej autorki – dużo niezwykle bliskich i ładnie sproblematyzowanych relacji międzyludzkich, które nie są relacjami romantycznymi – nie tylko przyjaźń, ale też opiekuńczość wobec słabszych, czy np. silna więź łącząca przełożonego i służącego. Dalej – jest tu sporo niewinnej, niekojarzącej się i nieepatującej nagości: nagość „etnograficzna” traktowana jak kostium (niektóre kobiety z rasy Gdemiarów), nagość wędrowca zażywającego kąpieli, czy też kombinezon ochronny, w którym człowiek wygląda, jakby chodził na golasa, ale nikt się tym w tym świecie zbytnio nie przejmuje. Pojawia się też w którymś momencie porównanie międzyludzkiej, przyjaznej bezpośredniości do położenia dłoni na nagiej skórze. Jeśli ktoś nasłuchał się ostatnio za dużo bounce'owego rapu, może rozważyć przeczytanie „Świata Rocannona” jako odtrutkę. 


Kończąc temat relacji, są w książce dwie przepiękne historie miłosne, jedna na początku, jedna na końcu, trochę podobne do romansów średniowiecznych, ale niespaskudzone konceptem dwornej miłości, za to uzupełnione o współczesną uczuciowość. Kolejny raz podczas swojego blogowania mam ochotę zakrzyknąć, że gdyby tak pisano gatunkowe romanse, zostałabym ich fanką.


I ostatnia kwestia, czyli wrażenia zmysłowo-wyobraźniowe. Najpierw kwestia temperatury. Jako czytelniczka, mam osobliwą wrażliwość na opisy ciepła i zimna w literaturze, a Le Guin chyba jest z kolei na nie wyczulona jako autorka. Co prawda w „Świecie Rocannona” nie było aż tylu możliwości oddania kontrastów zimna i gorąca czy innych termicznych niuansów, jak w pierwszej przeczytanej przeze mnie „Le Guin” – w „Lewej ręce ciemności”-- ale i tak przy fragmentach takich, jak „Młoda żona Durhala stawała wąskimi bosymi stopami na zaśnieżonej podłodze, zaplatając pożar swoich włosów i śmiejąc się do młodego małżonka w srebrnym lustrze zdobiącym ścianę jej pokoju” (s. 8), czy „Słuchał skomlenia uwiązanych bestii podczas gdy przejmująco zimna wilgoć spływała mu po szyi” (s. 56) sama prawie czułam gęsią skórkę. Ciekawa jestem, czy krytyka termiczna sprawdziłaby się jako jedna ze szkół analizy dzieł literackich.


Druga sprawa to krajobrazy. Krótko mówiąc – wzniosłe, monumentalne, cudowne. W tej kwestii też odczuwam z „autorką wewnętrzną” powieści Le Guin osobliwą wspólnotę w kwestii preferowania tych samych wrażeń i jeśli chodzi o widoki, przy których można eskapistycznie odpłynąć – melancholijne, postrzępione wybrzeża, monumentalne skały zwieszające się nad głowami wędrowców czy morza lasów albo traw oglądane z lotu ptaka – nigdy się na jej książkach nie zawodzę. Nie jest aż tak niesamowicie, jak w wypadku Tolkiena, ale prawie. Swoją drogą, zaciekawiło mnie, skąd właściwie wzięło się to „prawie” i dlaczego jednak Tolkien przemawia do mnie bardziej, niż Le Guin. Może znajdę odpowiedź przy okazji tego wyzwania?


Le Guin, Ursula K. 2015 [1966]. Świat Rocannona. Przełożyli Danuta Górska, Lech Jęczmyk, 5-116. [W:] Le Guin, Ursula K. 2015. Sześć światów Hain. Warszawa: Prószynski i S-ka.