środa, 21 marca 2018

Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa #3: Coś dla fanów nie-fantasy

W poprzednim wpisie zachwycałam się cechami powieści Anny Borkowskiej, przez które ma ona szansę zawojować serca miłośników fantasy. Dziś będzie o tym, dlaczego z przynależnością Gar'Ingawi, Wyspy Szczęśliwej do tej odmiany gatunkowej i ze spełnieniem potencjalnych oczekiwań jej fanów może jednak nie być tak łatwo.

 


Powiem tak: do opinii, że Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa to fantasy, przychyliłam się pod wpływem opinii innych fantastów, ale jest to dla mnie nieco nieintuicyjne. Definicja tej odmiany gatunkowej jest wprawdzie szeroka i trudno się przyczepić, że książka nie spełnia tego czy tamtego kryterium; miałam jednak wrażenie, że czytelnik przystępujący do lektury powieści Anny Borkowskiej z oczekiwaniami takimi, jakie zazwyczaj ma się wobec fantasy, niekoniecznie musi dostać to, czego chce. Dziś spróbuję zracjonalizować te intuicje.


Pierwsza intuicja wynika z tego, że jak zdążyłam się już podzielić na fanpejdżu, Gar'Ingawi bardzo długo mi się czytało. Nie kryję, że po części dlatego, że wiedziałam, że będzie to dla mnie jedna z Bardzo Ważnych Książek i nie chciałam, żeby skończyła mi się za szybko, ale po części był to też efekt dość powolnego duktu tej książki. 


I absolutnie nie chodziło o to, że jest nudna – nie, jak już wspominałam poprzednio, jej fabuła jest inteligentna i zaskakująca. Poza tym, pomimo wysokich walorów intelektualnych, nie jest to powieść nazbyt trudna czy napisana nadmiernie wymagającym językiem – poza zdrową i typową dla lektury fantasy koncentracją na tym, kto należał do jakiego rodu i który z bohaterów nosił które z osobliwych imion, nie ma tu jakichś szczególnie ciężkich umysłowych zagwozdek a zawarta w książce głębia niejako wchodzi do umysłu czytelnika sama, dając do myślenia po przeczytaniu ale nie każąc specjalnie biedzić się w trakcie. 


Nie chodzi też absolutnie o dłużyzny w typie przysłowiowych opisów przyrody – zdarzeń jest tam mnóstwo i w sumie w jednej z fejsbukowych dyskusji pojawiła się hipoteza, że to może przez nagromadzenie treści i zdarzeń, a nie, jak to często bywa, przez monotonię, książkę czyta się dłużej niż inne.


No dobrze, więc zagęszczenie treści to, być może, pierwszy powód tego, że Gar'Ingawi, Wyspę Szczęśliwą czyta się nieco osobliwie. Faktycznie, pamiętam momenty, gdy widząc, ile zostało stron do zakończenia danego rozdziału czy tomu, myślałam sobie: nie, autorce w życiu nie uda się doprowadzić do końca danego wątku. A później, jak się okazywało, udawało jej się i to w bardzo dobrym stylu: sprawne nakreślenie dziejów całej epoki na kilku stronach, zarysowanie kontynentalnego konfliktu militarnego w dłuższym akapicie. Końcowy efekt epicki jest wyborny, ale fakt, coś takiego trudno jest czytać szybko.


Ta kwestia tempa lektury wydała mi się intuicyjnie nietypowa dla fantasy. Czy to z mojej strony słuszne, czy też kieruję się stereotypem? Na pewno fakt, że Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa nie jest pageturnerem i ma w sobie mnóstwo treści, sprawia, że nie jest podobna do fantasy typowo rozrywkowej (i w ogóle jakiejkolwiek literatury rozrywkowej zresztą). 


Co zatem z fantasy „ambitną”, mitopeiczną, jak np. wzmiankowani na okładce Gar'Ingawi Tolkien i Le Guin? Z powieściami Le Guin książka Borkowskiej ma sporo wspólnego, ale sądząc przynajmniej po moich osobistych doświadczeniach czytelniczych, raczej nie w tej kwestii – powieści badaczki z Berkeley czyta mi się o wiele szybciej. 


Co do Tolkiena – fakt, tutaj wrażenia mogą być dużo podobniejsze. Ja sama podczas pierwszej lektury tak Hobbita, jak i Władcy Pierścieni, strasznie te książki, pod względem czasu lektury, międliłam, a i z relacji znajomych, zwłaszcza tych, którzy za Tolkienem nie przepadają, wynika, że mają prozę Profesora za niełatwą do przebrnięcia. Nie mówiąc już o młodszych czy mniej wyrobionych czytelnikach, którzy w internetowych społecznościach czytelniczych żalą się, że Tolkien pozostaje, ze względu na trudność lektury właśnie, całkowicie poza ich zasięgiem.


A z czego, oprócz wspomnianej wcześniej gęstości treści, może wynikać ta różnica – niekiedy stająca się niepokonywalną przeszkodą – w czytelniczym odbiorze? Wydaje mi się, że na pewno są jakieś konkretne, mierzalne wyznaczniki w poetyce powieści, które przesądzają, że odbieramy je jako lżejsze lub cięższe w lekturze. Bardziej dogłębne dociekania w tej sprawie zostawię zawodowcom, sygnalizując tylko jedną hipotezę: wydaje mi się, że jedną z przyczyn może być ilość i sposób prowadzenia dialogów.  


U Borkowskiej jest ich, tak mi się wydaje, niezbyt wiele i są stosunkowo krótkie, autorka często uzupełnia potem te krótkie sceny rozmów opisem myśli mówiących postaci lub po prostu przechodzi płynnie do dalszego opisu wydarzeń. Na pewno nie przypominam sobie z tej książki dialogów będących czczą szermierką słowną czy zabijaniem czasu przez postaci (choć humor konwersacyjny jest, i owszem); z wypowiadanych słów na ogół zawsze, o ile pamiętam, wynika coś konkretnego.


Porównałam pobieżnie z książkami fantasy, które miałam pod ręką. Opowiadania George'a R. R. Martina ze świata Gry o tron – faktycznie, dialogów nieporównywalnie więcej a fragmenty tekstu zupełnie pozbawione wypowiadanych prze bohaterów kwestii – dużo mniej liczne i zdecydowanie krótsze. Poza tym – z tego, co pamiętam na świeżo z lektury – dużo gadania dla samego wprowadzenia nastroju czy w ogóle dla samej „przyjemności tekstu”.


Idźmy oczko dalej, zajrzyjmy do zbioru powieści haińskich Le Guin – tu proporcje między dialogiem a opisem są bardziej zbliżone do tych w Gar'Ingawi, ale jednak dialogów wydaje się być tu więcej.


I wreszcie Wyprawa Tolkiena – tak, tu dialogów jest jeszcze mniej, niż u Le Guin (choć nadal są, na oko, liczniejsze, niż w Gar'Ingawi), natomiast przerwy między nimi – czy to w postaci opisów, czy relacji narratora z tego, jak posuwa się akcja – są dłuższe, niż w którejkolwiek z porównywanych tu książek, łącznie z książką Borkowskiej.


To wszystko nie jest bardzo reprezentatywne ani uczone, ale wydaje mi się, że może tu być coś na rzeczy. I jest to też potencjalna czerwona lampka dla fanów fantasy: choć w Gar'Ingawi, Wyspie Szczęśliwej można znaleźć mnóstwo cudowności, to nie ma się co nastawiać, że będą wśród nich czy to wzniosłe, budujące klimat dialogi mogące ucieszyć fana high fantasy, czy to pojedynki na dowcipne gagi rodem z fantasy bardziej przaśno-humorystycznej.


Tym z fanów high fantasy, którzy chcieliby też epickich opisów czy innych form budowania klimatu przez narratora, również nie będzie dane to, czego chcą – z tego, co pobieżnie patrzę, w objętości znaków potrzebnej Tolkienowi do nastrojowego odmalowania tego, jak drużyna szykuje się do wędrówki, Borkowska potrafi rozwalić jedno imperium, pobudować drugie, oddalić do domu rodziców królewską małżonkę i dodać do tego krzepiąco-ironiczny komentarz co do specyfiki plemion, z której się owa małżonka i jej wiarołomny mąż wywodzili. 


I powtórzę raz jeszcze – wszystko powyższe nie oznacza, że w Gar'Ingawi, Wyspie Szczęśliwej nie występują takie cechy, jak błyskotliwość, nastrojowość czy dowcipność dialogów, albo piękno i wzniosłość w opisach. To wszystko tam jest, ale dawkowane, podporządkowane pędzącej wartko akcji i myślom przewodnim. Jeśli ktoś ma natomiast ochotę na fantasy, które pozwoli mu wytarzać się w konwencji, skąpać w klimacie, oderwać się od rzeczywistości i po prostu zanurzyć w uniwersum, gdzie można np. pojeździć konno czy zdzielić giermka w ucho bez strachu przed upokorzeniem tegoż i nieprzyjemnościami natury prawnej – to nie jest to raczej lektura dla niego.


Nie jest zatem Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa, rozrywkową fantasy i nie jest też fantasy immersyjną w klasycznym rozumieniu (nie żeby w ogóle, podczas lektury człowiek też trochę „chodzi” w tym świecie, ale to jest inne, niż w przypadkach bardziej prototypowych). Czym zatem jest i do czego z kolei jest podobne?


Ja od początku – to moja druga intuicja – miałam skojarzenia z powiastką filozoficzną albo literacką przypowieścią – z formami, gdzie fantastyczny świat, owszem, jest i jest ważny, ale bardziej, niż gatunkowe fajerwerki, nasycenie się konwencją, uradowanie lubianymi dekoracjami i archetypami, liczy się to, z czym autor do nas przyszedł – jakaś filozoficzna prawidłowość czy ukazanie ważnego mechanizmu działania świata czy człowieka. 


I ta właściwość Gar'Ingawi, Wyspy Szczęśliwej kojarzy mi się jednak – wiem, że to niepopularna teza – z literaturą głównego nurtu. W sukurs w tym przekonaniu idzie mi Grzegorz Szczepaniak w tekście napisanym do Informatora Gdańskiego Klubu Fantastyki:

Gar’Ingawi…, a także Władca…, to dzieła, które nie całkiem mieszczą się w ramach konwencji, do której się je zalicza, i znacznie wykraczają poza to, czego można się po typowej fantasy spodziewać. Na ich kształcie silnie odcisnęło się autorskie piętno – i znać po nich, że zostały wywiedzione z najgłębszych pokładów duszy ich twórców. W tym aspekcie bardzo przypominają książki tzw. głównego nurtu, w którym manifestowanie indywidualności twórczej jest często istotniejsze od czytelności dzieła (…) 1

Z rzeczy, które znam i które przychodzą mi do głowy jako pokrewne wobec Gar'Ingawi, Wyspy Szczęśliwej w kwestii takiej właśnie głównonurtowej baśniowości, wymieniłabym, oprócz wspomnianych w poprzedniej notce i dużo dawniejszych Podróży Guliwera, np. Mszę za miasto Arras Andrzeja Szczypiorskiego albo (wspominałam już kiedyś, że przeczytałam w życiu trzy książki na krzyż?) Na marmurowych skałach Ernsta Jüngera.


Zajrzałam zresztą pobieżnie do pierwszej z tych dwóch książek – ilościowy stosunek dialogów do opisów wydarzeń czy głębokich refleksji narratora też jest – przypadek to czy nie – nieco podobny.


Ale najważniejsze jest to, że choć zarówno w tych współczesnych, rozbudowanych fabularnie głównonurtowych przypowieściach, jak i u Borkowskiej bardzo liczą się takie rzeczy, jak (fikcyjne lub oparte na faktach) tło historyczne, pewien nastrój, uczucia bohaterów czy detale świata, to jednak widać, że te wszystkie funkcje są stosowane powściągliwie w stosunku do tego, co w tych książkach jest najważniejsze – opowieści o fikcyjnych wydarzeniach, które z kolei obrazują jakąś ważną duchową prawdę.


No bo właśnie, oprócz zewnętrznej otoczki są jeszcze w Gar'Ingawi sprawy ducha. I o tym będzie następna notka.


Borkowska, Anna. 2017 [1988]. Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa. Tom I: Oczekiwanie, Tom II: Dzieje Nulani, Tom III: Dzieje Taguna. Warszawa: Wydawnictwo Zona Zero.
1 Szczepaniak, Grzegorz. 2012. „Okruchy Ogana: Trzydzieści lat minęło x 2”, [w:] Informator Gdańskiego Klubu Fantastyki, październik 2012, s. 29

poniedziałek, 12 marca 2018

Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa #2: Coś dla fanów fantasy (?)


Poprzednio wspomniałam, że powieść Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa Anny Borkowskiej nie jest według mnie typową fantasy. W międzyczasie trafiło do mnie sporo głosów – zarówno od współczytaczy, jak i fachowców – że książkę tę mają za fantasy bez żadnych zastrzeżeń. Cóż, nawiązując do ciut dawniejszej tradycji monastycznej – vox populi, vox Dei. Nie będę zatem – przynajmniej dziś – udowadniać, na ile Gar'Ingawi fantasy nie jest. Wprost przeciwnie – dziś opowiem o tym, co dla miłośnika tej literatury może być w powieści pociągające. Z problemami zmierzę się w kolejnej notce.


Zacznijmy od nakreślenia, o czym Gar'Ingawi w ogóle jest. A zatem, w neverlandowym archipelagu (ładnie wyrysowanym na mapce w pierwszym tomie), gdzie poszczególne wyspy noszą dźwięczne, nieindoeuropejskie nazwy, znajduje się maleńka wysepka, zwana przez mieszkańców Wyspą Szczęśliwą. Mieszkańcy ci prowadzą proste i niewinne życie – noszą białe ubrania, zajmują się rolnictwem i rybołówstwem, wiodą uregulowane życie rodzinne, nie znają zbrodni ani chciwości, a większość energii zajmuje im podobne do religijnej kontemplacji tzw. Oczekiwanie: czekają na kolejne przyjście Ora, Jasnego Brata, jednego z dwóch braci władających światem i uosabiających dobro i zło. W przeszłości Or podobno wielokrotnie pojawiał się na Wyspie, jednak w momencie rozpoczęcia akcji prawie nikt już tego nie pamięta.


W otaczających Wyspę rejonach świata bynajmniej nie jest tak spokojnie i kontemplacyjnie – pomiędzy zamieszkującymi je licznymi i nieraz przedziwnymi rasami zawiązują się handlowe sojusze, toczą się wojny, zawierane są i rozwiązywane strategiczne małżeństwa, rosną w siłę i podupadają narody i plemiona. Potomek władcy jednego z tych plemion, zwanego Dżugidami, pozbawiony szans na tron w swoim kraju, wpada na pomysł, jak podporządkować sobie nową ziemię: przypływa na Wyspę Szczęśliwą i udaje Ora, oszukując mieszkańców, że właśnie nastąpił Powrót. Plan się udaje a życie na Wyspie zmienia się nie do poznania. Na straży dawnych obyczajów i Oczekiwania zostają tylko cztery osoby – starzec i trójka dzieci...


NARESZCIE COŚ NOWEGO

Nawet jeśli mało udatnie to opisałam, to wydaje mi się, że już te pierwsze informacje o książce mogą podziałać zachęcająco na niejednego miłośnika fantasy. Mnie historia zaintrygowała od pierwszych dziesiątek stron.


Bo z jednej strony mamy doznania znane i przyjemne – wymyślony świat, różnorodność fantastycznych ras, pseudohistoriograficzne konflikty i zwroty akcji a z drugiej – ta fabuła nie kojarzy nam się za bardzo z niczym, prawda? Jeszcze sam wątek dobrego i złego brata czy spokojnej krainy, nad którą nadciąga jakaś plaga, są archetypowe, ale cała reszta – czytaliście kiedyś coś takiego? Ten motyw z Oczekiwaniem, z przejęciem władzy przez udawanie wyczekiwanego przez lud bohatera, z geriatryczno-dziecięcą drużyną kultywującą dawną wiarę? Nawet jeśli ktoś miał okazję spotkać podobne rozwiązania fabularne w innym utworze, to mam silne przekonanie, że nie było tego tyle, żeby uznać Gar'Ingawi za książkę kliszową.


Zaznaczę przy tym od razu, że im dalej, tym ciekawiej – jest sporo paradoksów, zwrotów akcji, mistyfikacji, intryg, nieoczywistych sytuacji psychologicznych – tak więc nawet jeśli jesteście osobami dobrze obczytanymi w historiach z przeróżnych neverlandów, jest spore prawdopodobieństwo, że, może z pewnymi wyjątkami, nie będziecie w stanie domyślić się kolejnych meandrujących decyzji fabularnych autorki. Mam też podejrzenie, że jeszcze więcej atrakcji czeka na czytelnika zabierającego się za książkę po raz drugi – ja czytałam tylko raz i kartkując ją teraz przy pisaniu notki, zauważyłam, że imiona i sytuacje z początku powieści, które przy pierwszym czytaniu potraktowałam jako dane, nabierają znaczenia, gdy zna się już całą opowieść.


Wspomniałam o dostarczanych przez Gar'Ingawi doznaniach potencjalnie przyjemnych dla entuzjasty fantasy. Oprócz przyjemności związanych z fabułą, jest też tego trochę w formie książki.


RADOŚĆ TWORZENIA

Wspomniana wielość ras i kultur w książce wydaje się być wykreowana z autentyczną światotwórczą radością i puszczeniem wodzów fantazji. Jeśli ktoś, jak ja, nie cierpi elfów i krasnoludów, odetchnie z ulgą – książka Borkowskiej to nie kolejne popłuczyny po Tolkienie, nie rozpoznałam też zresztą odniesienia do żadnej z mitologii. To raczej wyobraźnia rodem z Podróży Guliwera Jonathana Swifta albo ze średniowiecznych „opisań świata” – w sąsiedztwie Wyspy Szczęśliwej zamiast ras typowych dla fantasy spotkamy np. pajęczonogich żeglarzy ze skłonnością do dyplomatycznych wybiegów, kuliste stworzenia mające wiele kończyn i tworzące minimalistyczną poezję, czy też też małpy budujące utopię.


Autorka ciekawie buduje powiązania i spięcia kulturowe między nimi, umiejętnie dozuje też dziwność czytelnikowi – nieraz zaczynałam sobie wyobrażać danego bohatera jako zwyczajnego człowieka i dopiero późnej stopniowo dowiadywałam się, że w istocie jest to patykowaty stwór albo przedstawiciel rasy o nadzwyczajnej długowieczności.


Miło jest również w opisach. Choć to inne krajobrazy i inny klimat, ten, kto pokochał Tolkiena za pełne wzniosłości opisy gór czy za podkreślanie poruszających chwil w fabule opisem światła igrającego na wodzie albo cudownego, dającego wytchnienie oczom lasu, pokocha również Gar'Ingawi. Nawiasem mówiąc, o konotacjach duchowych tej książki będę jeszcze pisać w jednej z kolejnych notek, ale kiedy pomyślę, że te opisy, pełne wrażliwości sensorycznej, kolorów, faktur, gry światłem, stworzyła pisarka żyjąca w klauzurowym klasztorze, to dochodzę do wniosku, że Oczekiwanie musi naprawdę wspomagać działanie wyobraźni.


SZYBKA MOWA W WYGWIZDOWIE

Szczególnie spodobały mi się, a momentami wręcz imponowały, rozwiązania dotyczące języka w Gar'Ingawi. Przede wszystkim – nie bolą. Po pierwsze, nazwy własne i elementy fikcyjnych języków w powieści wyglądają oryginalnie: Borkowska nie zastosowała żadnego ze „znanych i lubianych” chwytów: nie ma wariacji na temat języka angielskiego, słowiańskich „pirogów” ani silenia się na stylizację pt. „niech to wygląda jak typowy język fikcyjny w fantasy”. Słowa i nazwy brzmią nieindoeuropejsko i robiąc małe badanie z użyciem translatora online, stwierdziłam, że raczej nie są zaczerpnięte z jakiegoś konkretnego, istniejącego języka, choć pojedyncze słowa bywały przez komputer przyporządkowywane a to do węgierskiego, a to do japońskiego, a to do języków pacyficznych. Brzmi więc to wszystko jak inteligentna kreacja – no chyba że autorka kamufluje się równie dobrze, jak Marek S. Huberath w Miastach pod skałą, w którym język pieklan brzmiał jak fantastycznie odkształcony polski, a okazał się jednym z narzeczy Romów. Ciekawym novum jest to, że te egzotycznie brzmiące słowa zapisane są w Gar'Ingawi za pomocą polskich znaków: mamy imiona takie, jak Dżauri, Czuszir, czy Delu Chwan, czy też miasta Daggesz i Dżug-byr. Robi to fajne, bezpretensjonalne wrażenie i dodatkowo pokazuje brak wiernopoddańczości wobec konwencji stosowanych w fantasy.


Jeszcze jednym plusem co do języka jest obecność w książce refleksji lingwistycznej. Jeden przykład: tytułowa nazwa wyspy Gar'Ingawi, czy też imiona Jasnego i Ciemnego Brata, są przez różne nacje w książce wymawiane i zapisywane w różny sposób, w dodatku z zachowaniem logicznych reguł. Przykładowo, w małej, zamkniętej społeczności nazwy te są uproszczone lub uległy zjawiskom szybkiej mowy, a ich prawdziwe znaczenie przestało być odczytywalne – staje się takie dopiero po kontakcie z użytkownikami tego samego języka z innej, bardziej świadomej lingwistycznie społeczności. I takich rzeczy jest w książce więcej. Dobrze by było, gdyby ktoś kiedyś napisał o tym bardziej szczegółowo.


I wreszcie, języka nie ma w Gar'Ingawi nadmiernie dużo – dla mnie spora ulga przy współczesnej popkulturowej tendencji do epatowania przeróżnymi klingońskimi, valyriańskimi i niestety też filmowym sindarińskim jak produktami marketingowymi, co niestety lubią bezmyślnie podchwytywać debiutanci. Miło jest spotkać się z językiem, który do czegoś w fabule służy, a nie ma po prostu być fajniackim "wyposażeniem obowiązkowym" książki.


To by było tyle peanów. I teraz pytanie: o ile nie opisałam Gar'Ingawi jakoś bardzo nieudatnie – czy ta książka to nie jest przypadkiem coś, na co my, entuzjaści fantasy, zawsze czekaliśmy? Całe piękno tej odmiany fantastyki, z inteligentnie zrobionym światem, językiem i klimatem, i do tego fabuła, która sprawia wrażenie czegoś nowego i niekliszowego?


Po części pewnie tak, ale to jest ta różowsza strona medalu. W kolejnym wpisie opowiem, dlaczego przynajmniej część fanów fantasy może, moim zdaniem, mieć z tą książką problem.



Borkowska, Anna. 2017 [1988]. Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa. Tom I: Oczekiwanie, Tom II: Dzieje Nulani, Tom III: Dzieje Taguna. Warszawa: Wydawnictwo Zona Zero.

poniedziałek, 5 marca 2018

Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa #1: Ta epicka notka na okładce


Po Gar'Ingawi, Wyspę Szczęśliwą Anny Borkowskiej sięgnęłam skuszona sugestią znajomej, że to książka przypominająca krajobrazem duchowym dzieła Tolkiena, pełna ukrytego teologicznego piękna i wszelakich cudowności. To było moje pierwsze oczekiwanie czytelnicze. (Nie zawiodłam się, ale o tym w następnych notkach.) Drugiego dostarczył tekst okładkowy – atakujący zapowiedziami, że to „kultowa polska powieść fantasy” gwarantująca „rozmach zapierający dech w piersiach” i całą paletę gatunkowych atrakcji charakterystycznych dla „dobrej powieści fantasy”, takich jak „uroczyska budzące grozę”, napięcia między imperiami oraz „epiccy herosi”. Ta bombastyczna zapowiedź wywołała we mnie tak mieszane uczucia, że postanowiłam poświęcić jej osobną notkę.

 
Pierwszym powodem mieszanych uczuć był fakt, że oszałamiający rozmach i epiccy herosi to nie było coś, co najbardziej miałam ochotę w tej książce znaleźć bardziej liczyłam na wspomniane atrakcje tolkienowsko-duchowe. (Tak, wiem, że u Tolkiena jest i rozmach, i herosi, ale przecież gdyby chodziło tam tylko o to, to nie kochalibyśmy go tak bardzo, prawda?)


Drugim powodem był fakt, że notka zabrzmiała mi mało wiarygodnie. Bo przecież gdyby Gar'Ingawi faktycznie było niesamowitym kasowym hitem magii i miecza, to pewnie trochę szerzej, a przede wszystkim w inny sposób, byśmy o niej słyszeli, czyż nie? Tymczasem, choć mówi się o bardzo wysokiej wartości literackiej powieści Borkowskiej (patrząc w samym Internecie – mnóstwo dobrze umotywowanych zachwytów w recenzjach i 32. miejsce w rankingu polskich powieści fantastycznych Esensji) oraz o jej popularności w latach 80-tych, to jednak do myślenia w kwestii pełnej rozmachu popkulturowości daje na przykład fakt, że od czasu wydania aż do zeszłego roku nie było żadnych wznowień. Obecną edycję wypuściło zaś nie jedno z czołowych wydawnictw poczytnej fantastyki, a Zona Zero, skromna (patrząc po ofercie ze strony) oficyna specjalizująca się w literaturze faktu. Do tego patronaty medialne w dumnej liczbie jednego, zdecydowanie niepopkulturowego.


Oczywiście, to wszystko mogły być zewnętrzne kwestie wydawnicze, którym sama szeroka popularność książki nie musiała być winna. Tym niemniej, blurb, sugerujący bez mała drugiego Sapkowskiego, sprawił, że zrobiłam się czujna. Co takiego przemyśliwali sobie wydawcy, że chcieli zwabić czytelnika na zapewnienia, że Gar'Ingawi to gatunkowy hicior fantasy z epickimi herosami?


Po lekturze książki i przemyśleniu sprawy stwierdzam, że musiały nimi powodować dobre chęci. Książka jest wspaniała, więc nie jest to wciskanie ludziom byle czego zapewnieniami, że jeśli lubią fantasy, to to też polubią, bo są tam groźne uroczyska. Obstawiam zatem, że wydawcy bali się, że książka jest wprawdzie świetna, ale nieco niszowa, więc próbowali zainteresować nią chłonny rynek zbytu, jakim są fani gatunkowej, przygodowej, rozrywkowej fantasy, zapewniając ich, że znajdą w niej to, co zawsze dostają w dziełach swojego ulubionego typu. Tymczasem stawiam roboczą hipotezę, że Gar'Ingawi współdzieli z tą odmianą jedynie część cech, ale o tym w kolejnej notce.


A dlaczego Gar'Ingawi może być uznana za lekturę nieco niszową? Moim zdaniem z dwóch powodów. Po pierwsze, pomimo wspomnianych cech dzielonych z fantasy, ma sporo cech literatury nieprzygodowej i nierozrywkowej (o tym również w kolejnej notce), która – stawiam nieuczone założenie – może sprzedawać się gorzej.


Drugi powód to kwestie ideowe. Anna Borkowska to świeckie miano s. Małgorzaty Borkowskiej OSB – mniszki benedyktyńskiej, historyczki, znawczyni życia zakonnego i autorki książek naukowych o tematyce chrześcijańskiej. Już ta informacja może potencjalnie zniechęcić część czytelników – tych, którzy są z jakiegoś powodu uprzedzeni wobec katolickich osób konsekrowanych (choć oczywiście dla innych – wcale niekoniecznie wierzących – wiadomość ta może być intrygująca i stanowić niesamowitą zachętę).


Zakładając jednak nawet, że potencjalny czytelnik Gar'Ingawi nie jest uprzedzony, to jeśli oczekuje on powieści fantasy i tego, co zazwyczaj w takich powieściach dostaje, może on mieć całkiem pozbawione wrogości obawy, że w wypadku Gar'Ingawi, z powodu przynależności wyznaniowej i instytucjonalnej Autorki, nie dostanie tego, czego chce.


Bo czy, na przykład – może myśleć czytelnik – jest możliwe, że mniszka katolicka napisała powieść z barwnymi, modnie sceptycznymi opisami fikcyjnych lub bazujących na pogańskich wierzeń religijnych? Czy jej powieść nie będzie nadmiernie ocenzurowana z przemocy i erotyki? Czy można mieć nadzieję na rubaszny humor? Na cynizm i pragmatyzm? Czy nie będzie tam moralizowania – a zatem, czy można liczyć np. na szemranych bohaterów albo nieprzewidywalną akcję, gdzie niekoniecznie dobro wygra ze złem? Czy osoba żyjąca w klauzurze może napisać dzieło z wszechstronnym realizmem psychologicznym i znajomością świata „na zewnątrz”? Czy możemy liczyć na stworzenie, jakże popularnego w fantasy, świata opartego na realnie działającym przeznaczeniu, czy też czeka nas uniwersum nieodpowiadające naszym przyzwyczajeniom, gdzie wszystkim kieruje np. Boża Opatrzność? I pytanie w imieniu fanów sprawiedliwości społecznej: czy można liczyć na jakiś wątek dowartościowujący ich strefę komfortu?


Krótko mówiąc – choć nie pochwalam tego, co wydawca Gar'Ingawi A.D. 2017 zrobił w notce okładkowej, to rozumiem, dlaczego mógł uważać, że ta książka jest problematyczna i nie każdy poleci po nią do księgarni bez dodatkowej zachęty.


W kolejnych wpisach podzielę się tym, co myślę odnośnie do dwóch wspomnianych problemów – umocowania powieści Anny Borkowskiej w fantasy oraz warstwy duchowej tej książki. W międzyczasie zachęcam, żeby sobie Gar'Ingawi załatwić i przeczytać – nie będzie wtedy ryzyka spoilerów, a poza tym to jest przecudowna rzecz.


Borkowska, Anna. 2017 [1988]. Gar'Ingawi, Wyspa Szczęśliwa. Tom I: Oczekiwanie, Tom II: Dzieje Nulani, Tom III: Dzieje Taguna. Warszawa: Wydawnictwo Zona Zero.

wtorek, 27 lutego 2018

Merton każe chrzanić system



W ramach postnej lektury zdjęłam z półki W natarciu na niewypowiadalne Thomasa Mertona. Autora znałam, jak dotąd, z pobieżnie podczytywanych informacji biograficznych – głównie w kontekście kontemplacji chrześcijańskiej i fascynacji Dalekim Wschodem – oraz z uduchowionych cytatów z Nikt nie jest samotną wyspą

 


Spodziewałam się zatem tekstów typowo religijnych, i to takich wywracających mózg i światopogląd na nice. Ku memu zaskoczeniu, W natarciu... okazała się zbiorem recenzji i krótkich form eseistyczno-literackich, w większości niezwiązanych bezpośrednio z religią. Ostatecznie książce udało się jednak zarówno wywrócić nieco moje myślenie na nice, jak i zrobić robotę w charakterze lektury wielkopostnej.


Tomasz a blogerki

Słówko na temat recenzji, czy raczej miniesejów poświęconych pojedynczym książkom. Merton pisze o sztuce Nosorożec Ionesco, o powieści Każdy w swojej nocy Juliena Greena oraz o zbiorze opowiadań Trudno o dobrego człowieka Flannery O'Connor. Forma tych tekstów podziałała na mnie kojąco jako na blogerkę. Bo choć to oczywiste, że w kilkunastu ostatnich dekadach było mnóstwo intelektualistów, którzy w ten sposób pisali o książkach – w tonie bardzo subiektywnym, bez trzymania się ścisłych ram kompozycyjnych i z dygresjami o charakterze światopoglądowym (tekst o Ionesco rozpoczyna Merton od dłuższego, niż sama refleksja nad sztuką, opisu wieczoru spędzonego w wiejskiej chacie połączonego z krytycznymi uwagami na temat współczesnej cywilizacji, a tekst o Greenie przerywany jest luźno związanymi z tematyką książki rozmyślaniami o tym, co w życiu jest a co nie jest na serio). Było takich autorów mnóstwo – ale jakoś tak za każdym miło się robi człowiekowi, kiedy widzi kolejny przykład takiego pisania. Łatwiej później stawiać czoła tym, którzy mają pretensje do blogerów, że też (na swoją miarę) piszą o tekstach kultury subiektywnie, dygresyjnie i osobiście, zamiast trzymać się – czemu niby mieliby to robić? – standardów pisania naukowego (obiektywizm) czy użytkowo-handlowego (koncentracja na rzetelnym poleceniu lub odradzeniu recenzowanego „produktu”).


Reklama to zło

Dawno nie czytałam tak ostrej, jak u Mertona, krytyki cywilizacji, z jej pustką i bezcelowością biznesowych gierek czy kłamliwą nikczemnością języka przemówień, polityki czy reklamy. Przyzwyczaiłam się ostatnio do traktowania – i czytania lub słuchania o traktowaniu – biznesu i nowoczesnych form przekazu jako przestrzeni, której nie ma sensu potępiać w czambuł i gdzie obowiązuje zwyczajna etyka pracy i miłości bliźniego. Merton mówi wprost: pewnych rzeczy w ogóle nie warto robić, handel, gonienie za pieniądzem, polityka, gładkie, dyplomatyczne słówka i reklamiarska nowomowa są trochę złe same w sobie, i w ogóle zastanówcie się trochę, ludzie, co robicie, jedźcie do lasu, posłuchajcie deszczu, deszcz jest dobry, bo jest bezpłatny, nieprzewidywalny i nie da się na nim ubić żadnego interesu. W zestawieniu np. z afirmatywnym dla nowoczesności ruchem Taize, coachingową Ekstremalną Drogą Krzyżową czy przekazem katolickich gwiazd YouTube'a – przy całym moim szacunku i sympatii dla tych instancji – był to odświeżający punkt widzenia.


Artysto, wspieraj Afroamerykanów

Trzy ostatnie teksty Mertona w zbiorze poświęcone są twórczości artystycznej. Pierwszy to przesłanie napisane przez Mertona na zjazd poetów, drugi stanowi sumę jego odpowiedzi na pytania czytelników magazynu kulturalnego dotyczące wolności w sztuce a trzeci jest komentarzem Mertona do własnych prac plastycznych. Tu również autor wchodzi na pozycje krytyczne wobec ustalonego porządku: każe twórcy być zbuntowanym wobec społeczeństwa (w sensie wolności duchowej, nie taniej kontestacji czy oddawania się używkom), unikać jak ognia komercjalizacji i reklamowania czegokolwiek, a także wystrzegać się używania sztuki do promowania opcji światopoglądowych czy moralnych: artysta na według Mertona nie być ideologiem ani katechetą. Ciekawie zderzyć ten pogląd ze współczesną tendencją do podporządkowywania sztuki tzw. sprawiedliwości społecznej. Ale w kwestii tej sprawiedliwości Merton też pisze ciekawą rzecz: krytykując otwarty ideowy przekaz sztuki, popiera samoistne przeświecanie światopoglądu autora przez jego dzieła, a poza tym usprawiedliwia ideowość sztuki w jeszcze jednej sytuacji: „W każdym przypadku artysta winien całkowicie solidaryzować się z tymi, którzy walczą o swe prawa i wolność i przeciwstawiają się bezwładowi, hipokryzji i zniewoleniu: przykładowo z Murzynami w Stanach Zjednoczonych.” (s. 162) Jestem szczerze ciekawa, co Merton powiedziałby na obecne dyskusje o reprezentacji, która z jednej strony bierze w obronę walczących o wolność, a z drugiej drastycznie łamie wolność artystyczną w jego definicji. Mniemam, że coś mądrego i innego, niż my wszyscy.


Prometeusz i mniejszości

Co do wspomnianej wielkopostnej roboty, jaką zrobiło na mnie w Natarciu na niewypowiadalne, to mam na myśli głównie esej o chrześcijańskiej interpretacji mitu o Prometeuszu. Merton zestawia punkt widzenia Prometeusza – i pewnie większość z nas – jako osób wierzących w małych, słabych i fikcyjnych bogów, z punktem widzenia kogoś, kto poznał Boga Żywego. Światopogląd wyznawcy słabych, nieistniejących bożków będzie pełen samoudręczenia – wiary, że ten mityczny ogień mi się nie należy, że trzeba albo go ukraść, albo cierpieć deprywację – natomiast ktoś wierzący w Żywego Boga, silnego i prawdziwego, wie, że potrzebny sobie żywioł – czymkolwiek by on w danej sytuacji nie był – dostanie od Niego za darmo:


Lecz Chrystus (...) zstąpił, niosąc ogień potrzebny Prometeuszowi, kryjąc go w Swoim Sercu. I uśmiercił Sam Siebie obok złodzieja Prometeusza, aby pokazać mu, że rzeczywisty Bóg nie może zatrzymać czegokolwiek, co dobre, tylko dla Siebie.
Daleki od zamiaru zabicia człowieka, który poszukuje boskiego ognia, Bóg Żywy Sam przejdzie przez śmierć, by człowiek otrzymał to, co jest mu przeznaczone.
Skoro Chrystus umarł i powstał z martwych i wylał na nas ogień Swego Ducha Świętego, czemu wyobrażamy sobie, że za nasze pragnienie życia jest, niczym za pragnienie Prometeusza, z góry ustalona kara?
Czemu postępujemy tak, jak gdyby nasza tęsknota, by „doczekać lepszych dni”, była czymś niezgodnym z wolą Boga, kiedy to On Sam nakazał nam do nich dążyć?
Czemu czynimy sobie wymówki za pragnienie zwycięstwa? Czemu pysznimy się swoimi klęskami i upajamy rozpaczą?
Ponieważ sądzimy, że nasze życie jest ważne wyłącznie dla nas samych i nie wiemy, że nasze życie ważniejsze jest dla Boga Żywego, niż dla nas samych.
(s. 90-91)


Oczywiście nie ma to wszystko nic wspólnego z moralną dowolnością, Merton jest ortodoksyjnie chrześcijański. Ale może dać do myślenia niejednej osobie udręczonej standardami stawianymi sobie samej czy innymi moralnymi bólami – obstawiam, że zarówno skrupulantowi z grupy duszpasterskiej, jak i osobie mającej np. problemy na tle tożsamości płciowej (czy jestem jedyną osobą na świecie, której powyższy tekst – w pozytywnym i ortodoksyjnym sensie – trochę się „kojarzy”?). A przy tym jest to ogólnie całkiem wzruszające.



Merton, Thomas. 1997 [1961]. W natarciu na niewypowiadalne [The raids on the unspeakable]. Przekład: Ewa Elżbieta Nowakowska. Bydgoszcz: Wydawnictwo Homini.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Życie to teleturniej





Przez dekadę, która upłynęła od premiery Slumdoga. Milionera z ulicy do mojego obejrzenia tego filmu, wyrobiłam sobie spaczone mniemanie, o czym to w ogóle jest i ze zdziwieniem odkryłam, że o Indiach i o teleturnieju Milionerzy. Moje spaczone mniemanie uwzględniało setting amerykański i mafijne porachunki (jakkolwiek w sumie tych trochę się w filmie pojawia), więc zaskoczenie było miłe.


Główny bohater Slumdoga, Jamal – chłopak występujący we wspomnianym teleturnieju, a przy okazji (między innymi) kolejnych pytań przypominający sobie sytuacje z dotychczasowego życia: dzieciństwo w slumsach Bombaju, śmierć matki, walkę o przetrwanie wraz z bratem i przyjaciółką Latiką – jest przeuroczym protagonistą. Jako mały dzieciak z najwcześniejszych retrospekcji jest zwyczajnie słodki – kojarzy mi się z Toto, głównym bohaterem Cinema Paradiso – a w miarę, jak dorasta i ma coraz to nowe pomysły na życie, budzi rosnącą sympatię swoją inteligencją i działającą nie tylko na innych bohaterów, ale i na widza, charyzmą (która zresztą ujawnia się już w scenach z dzieciństwa – scena z kupą i autografem pięknie zapowiada późniejszą przebojowość bohatera). Ogólnie rzecz biorąc, chcecie krzepiącej historii o kimś, komu czasem coś wychodzi – obejrzyjcie Slumdoga.


Akcja filmu jest epopeiczno-romansowa. Epopeiczna, bo kolejne retrospekcje z życia Jamala to jednocześnie obrazki z życia społeczności Indii – życie rodzinne w biednej dzielnicy, brutalne porachunki na tle religijnym, los sierot, piękne zabytki i ruch turystyczny, przestępczość, codzienność pracy w korporacji – mamy tu, wręcz podręcznikowo, losy jednostki na tle całego narodu.


Romansowa, bo dzieje bohaterów popychane są przez serię niesamowitych zbiegów okoliczności, przypadkowych spotkań i niewiarygodnych fartów lub niefartów. Mogłoby to denerwować, ale się broni, bo po pierwsze, wychodzi z tego przyjemna w odbiorze rozrywkowa historia, po drugie, część z tych zbiegów okoliczności i fartów można zracjonalizować olśniewającą inteligencją głównego bohatera, a po trzecie, można zgadywać, że ta romansowość to konwencja, która coś ważnego nam mówi. Albo o kulturze, w której jest zanurzony film1 (tu brakuje mi wiedzy – pojawia się skojarzenie z Bollywood, ale w obejrzanych filmach z tego gatunku nie pamiętam szczególnie drastycznych przypadków typu „zabili go a on uciekł”), albo o jakimś – celowo umieszczonym lub mimowolnym – „drugim dnie”.


Pewnym tropem może być motyw przeznaczenia. Przeznaczenie, jako ważna siła kierująca życiem, zostaje kilkakrotnie wspomniane przez Jamala, wiara w nie jest też widoczna w jego działaniach, zwłaszcza w kulminacyjnych momentach filmu. Jak wspomniałam, nie wiem, jaką rolę odgrywa ono w kulturze Indii, większa wiedza o niej, znów, umożliwiłaby pewnie lepsze odczytanie tego drugiego dna, które – być może – umieścili w filmie twórcy.


Jednak te sceny ze Slumdoga, gdzie ludzka logika i działanie ustępują pewnemu tajemniczemu Czemuś, mogą dać wiele radości również osobie lubiącej „drugie dna” chrześcijańskie. Ładnie widać w nich bowiem, że możemy sobie być wściekle inteligentni, przebojowi, charyzmatyczni, osiągać sukcesy, mieć w oku ten błysk, i to wszystko jest OK, ale zawsze może być tak, że tego najbardziej decydującego odcinka drogi wcale nie pokonamy na własnych skrzydłach, to nie my zaniesiemy pierścień na górę (nomen omen) Amon Amarth. I że zapewne ta wiedza i ten mechanizm może pomóc w tym, by z tą całą przebojowością i błyskiem w oku nie zmienić się w samoubóstwiającego siebie potwora.


To, co Slumdog wydaje się przy okazji pokazywać, to to, że teleturniej tak samo, a może lepiej, bo bardziej świeżo, niż oklepane od stuleci teatr czy szachy może być niezłą metaforą ludzkiego życia. I to nie tylko w sposób kontestacyjny, wskazujący na miałkość i zakłamanie przemysłu rozrywki – jak w opowiadaniu Doroty Dziedzic-Chojnackiej zatytułowanym właśnie Teleturniej, czy w pewnym, jakże egzystencjalnym, tekście rapowym – ale całkiem szczerze i pozytywnie, ze wszystkimi naszymi dążeniami, pamięcią o przeszłości, tożsamością, miłością i Tym Czymś Najbardziej Tajemniczym.


A jeszcze tak na koniec – podobał mi się główny wątek miłosny. Jeśli chodzi o konstrukcję, jest równie romansowy, jak cała reszta, co w sumie robi robotę, natomiast dodatkowo urzekł mnie delikatnością i idealizmem. Scena z blizną to bijący w oczy przykład miłosnego personalizmu z samego centrum mojej strefy komfortu. Więcej takich romansów poproszę. Przy okazji premiery Valeriana doszły do mnie słuchy, że niektóre filmy zachodnie „ugrzecznia się” obyczajowo, by odpowiadały również publiczności dalekowschodniej. Byłbyż to również przypadek Slumdoga? Jeśli tak, solidaryzuję się z publicznością dalekowschodnią, ewentualnie czekam na moment, gdy producentom zaświta myśl, że również i na ich podwórku nie wszyscy mają taki rodzaj wrażliwości, jaki oni myślą, że mają.


Slumdog. Milioner z ulicy [Slumdog millionaire]. 2008. Reż. Danny Boyle. Prod. Wielka Brytania.




1  Wiem, że to produkcja jest brytyjska, ale zrealizowana na podstawie powieści Hindusa Vikasa Svarupa, więc obstawiam, że zrobiona jest z pojęciem co do kwestii kulturowych.

niedziela, 4 lutego 2018

Święci z Hain

Wiadomość o śmierci Ursuli K. Le Guin dotarła do mnie w trakcie wprowadzania poprawek do tego tekstu. Szczerze mówiąc, nadal sobie tego wszystkiego nie poukładałam. To jedna z bardzo ważnych dla mnie autorek, w dodatku w ostatnich miesiącach, ze względu na wyzwanie Hain, byłam szczególnie mocno zanurzona w jej książkach. I jeszcze to, że przygotowując się do napisania ostatniej – tej – części cyklu wpisów, siedziałam akurat w temacie porównywania jej fabuł i chrześcijańskiej eschatologii.

Le Guin i eschatologia... Wywnętrzę się, że moim pierwszym wspomnieniem na temat tej twórczyni był jej esej, czy też wywiad z nią w „Nowej Fantastyce”, dawno temu, w którym napisała, że jest ateistką. Pamiętam, że czytając to jeszcze jako dziewczynka, zmartwiłam się o nią. I chyba nigdy mi to do końca nie przeszło.

Dziwnie mi trochę wrzucać w sieć tekst o wątkach duchowych i ostatecznych w książkach Ursuli tak krótko po Jej śmierci. Tym bardziej, że założenia duchowe, z których w nim wychodzę, są tak różne od tych, które deklarowała. Z drugiej strony nie chciałam czekać, bo kiedy upamiętnić tę Autorkę, jak nie teraz? Oby zatem wszystko obróciło się na jak najlepsze.

Notka na podstawie prelekcji pt. „All Saints of Hain. Finding parallels between Christian saints and U.K. Le Guin Hain's heroes” wygłoszonej 5 listopada 2017 r. podczas Festiwalu Fantastyki Falkon w Lublinie.




Przypomnijmy, o co chodziło ze świętymi i Le Guin: podczas zeszłorocznego wyzwania czytelniczego o powieściach z uniwersum Ekumeny fabuła Miasta złudzeń skojarzyła mi się z żywotami ze Świętych codziennego użytku Szymona Hołowni, które czytałam wówczas równolegle. W dyskusji pod wpisem zostałam zachęcona przez pomysłodawczynię wyzwania, Rusty, do napisania czegoś szerszego o martyrologii jako cesze bohaterów cyklu Le Guin. W ten sposób powstała prelekcja na zeszłorocznym Falkonie, a teraz ten wpis.


Jak można podejść do motywu męczeństwa lub świętości u Le Guin? Jeden ze sposobów podsuwają pierwsze strony Świata Rocannona. Narrator zauważa tam, że historia o czynach tytułowego Rocannona, „człowieka, zwykłego uczonego Ligi”1, została z czasem przez lud Ekumeny uznana za historię o czynach boga. Nie żałuje on przy tym zgryźliwości pod adresem zabobonnego motłochu: „Irracjonalizm wypełnia przepaść czasu, której dwa brzegi łączą nasze światłowce, a w jego mroku plenią się jak zielsko niepewność i niewspółmierność”. Czy krytykuje w ten sposób pomyłkę mieszkańców świata Rocannona, którzy błędnie uznali istotę ludzką za byt nadprzyrodzony, czy też generalnie prezentuje postawę krytyczną wobec wszelakiej metafizyki? Słowo „irracjonalizm” sugeruje raczej to drugie.


I to byłoby podejście, które najbardziej spodziewałabym się spotkać w tekście o Hain i świętych, gdybym go nie pisała, a czytała: założenie, że to, co stoi za hagiografiami, to pewien konstrukt oparty na pomyłce – mylnym założeniu, że istnieje cokolwiek nadprzyrodzonego – i porównujący mechanizm działania tego konstruktu z mechanizmem powstawania tworu politycznego powołanego przez człowieka, jakim była u Le Guin Ekumena.


Ja zabrałam się jednak do tematu od innej strony, bo podejście konstruktywistyczne wypadłoby w moim wydaniu nieszczerze. Skupię się przede wszystkim na fabularnym podobieństwie między historiami poszczególnych bohaterów z Hain a żywotami świętych, którzy mi się z nimi skojarzyli, a co do założeń światopoglądowych – cóż, nie kryję przemożnej sympatii do obu opisywanych tu o/Opowieści; do każdej proporcjonalnie do jej wagi.


Podobnie, jak w wyzwaniu, jedziemy według powieści haińskich Le Guin z wydania Prószyńskiego z 2015 r., czyli:

1. Świat Rocannona
2. Planeta wygnania
3. Miasto złudzeń
4. Lewa ręka ciemności
5. Słowo „las” znaczy świat
6. Wydziedziczeni



1. Świat Rocannona: Gaveral Rocannon i św. Jacek Odrowąż



Gaveral Rocannon to naukowiec – „kosmiczny etnograf” – który początkowo wyrusza na wyprawę w kompanii współbadaczy, potem zaś zostaje sam i przemierza planetę Fomalhaut II, zapoznając się z zamieszkującymi ją różnorodnymi plemionami (Angyarów, Gdemiarów i Fiia). Z drobniejszych, acz znaczących szczegółów jego biografii: Rocannon pomaga szlachetnej damie odzyskać utraconą własność (zwraca Semley jej naszyjnik), napotyka wspólnotę ludzi, która ucierpiała od klęski żywiołowej i wyświadcza im pomoc (pożar w wiosce Fiia i zemsta na jego sprawcach), a ostatecznie staje się legendarnym bohaterem i patronem-imiennikiem planety Rokanan, jak zostaje przechrzczona Fomalhaut II.


Szukając świętego, który byłby również szkolarzem, podróżnikiem i dobroczyńcą, wytypowałam św. Jacka Odrowąża (1185-1257): apostoła północno-wschodniej Europy, reformatora życia zakonnego i założyciela zakonu dominikanów w Polsce. Podobnie jak Rocannon, odebrał on solidne wykształcenie (urodzony w Polsce, udał się na studia do dalekiej Bolonii). Również tak jak swój haiński odpowiednik, choć w mniej dramatycznych okolicznościach, zaczyna wędrówkę w większej grupie, by następnie zostać w pojedynkę: po zakończeniu edukacji i formacji kapłańskiej we Włoszech, wraz z bratem Czesławem i innymi mnichami udaje się do Polski. Po drodze jego kompani odłączają się jednak jeden po drugim, zakładając klasztory w napotkanych miejscowościach. Jacek samotnie dociera do Krakowa i tam rozpoczyna swoją monastyczną działalność. Cała jego podróż z Włoch do Polski przypomina doświadczenia Rocannona również pod względem wielokulturowych kontaktów: św. Jacek z całą pewnością wędrował przez wiele krajów i głosił kazania ich mieszkańcom, choć może nie było ich aż tak wiele, jak podaje legenda (Szwecja, Norwegia, Dania, Szkocja, Rosja, Turcja, Grecja i ostatecznie Polska).


Również wymienione wcześniej szczegóły życia Rocannona mają odzwierciedlenie w żywocie św. Jacka. Okazję do pomocy damie w odzyskaniu własności zyskuje on w 1240 r., podczas pożaru Kijowa. Według legendy św. Jacek, nim uciekł z płonącego kościoła, chciał uratować monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Gdy miał już uciekać, usłyszał głos mówiący: „Zabierz też mnie!”. Dochodził on ze strony figury Matki Bożej. Św. Jacek chwycił figurę i choć ważyła dużo więcej, niż w naturalny sposób mógłby unieść, wyniósł ją wraz z monstrancją.


Paralela z pomocą poszkodowanym podczas klęski wiąże się ze znanym wykrzyknieniem „Święty Jacku z pierogami!”. Legenda o pierogach ma dwie wersje: według pierwszej z nich, św. Jacek odwiedził kiedyś miejscowość Kościelec, w której gradobicie zniszczyło plony i mieszkańcom groził głód. Święty nakazał im się modlić i plony w cudowny sposób się odrodziły. W dowód wdzięczności, mieszkańcy ugościli go pierogami ulepionymi z mąki z odzyskanego zboża. W drugiej wersji legendy to św. Jacek lepił pierogi i dokarmiał nimi ludzi cierpiących z głodu podczas tatarskiego najazdu na Kijów.


Jeśli chodzi o stanie się żywą legendą – cóż, Jacek Odrowąż stał się świętym, natomiast co do patronowania, jest wiele kościołów pod jego wezwaniem, niektóre (podobnie jak Fomalhaut II w uniwersum haińskim) w bardzo egzotycznych lokalizacjach – jedna z nich to np. bazylika św. Jacka w Chicago, od której wzięła nazwę tamtejsza słynna polska dzielnica, Jackowo.



2. Planeta wygnania: Rolery i Jacob, św. Joanna d'Arc i państwo Quattrocchi



Planeta wygnania to dość prosta historia, trudno było w niej dopatrzyć się jakiegoś szczególnie zawiłego życiorysu, który następnie można by dopasować do żywota któregoś ze świętych. Dwa główne tematy to – spoilery, spoilery! – militarne zwycięstwo oraz historia fajnej, mieszanej kulturowo pary małżeńskiej: Rolery i Jacoba Agata, która dała początek nowemu rodowi. Jakie tego typu historie sukcesu można znaleźć wśród zastępów świętych? Z sukcesem militarnym z pewnością kojarzy się Joanna d'Arc (1412-1431) – francuska dziewczyna, która powiodła swoich rodaków do kilku ważnych zwycięstw w wojnie stuletniej. Później co prawda nie miała łatwo, bo adwersarze posądzili ją o czary i spalili na stosie, ale moralne i eschatologiczne zwycięstwo należało jednak do niej.


Jeśli chodzi o fajne małżeństwa, to dwójką ludzi, którzy zostali kanonizowani po prostu za bycie dobrą parą, byli święci Maria (1884-1965) i Luigi (1880-1951) Beltrame Quattrocchi. W przeciwieństwie do bardziej stereotypowych świętych – męczenników czy przynajmniej celibatariuszy – według tego, co pisze o nich Hołownia w Świętych codziennego użytku, oni po prostu bardzo dobrze żyli ze sobą, byli mocno wierzący i trochę udzielali się charytatywnie. Co do dania początku nowemu rodowi – wszystkie z czworga ich dzieci wybrały życie konsekrowane, więc poniekąd kontynuowały hagiograficzną tendencję zapoczątkowaną przez rodziców. Ale przede wszystkim – państwo Quattrocchi po prostu bardzo dobrze funkcjonowali jako para. Kiedy czytałam zachwyty Hołowni nad zarówno ich wzajemną czułością w codziennym życiu, jak i górnolotnymi przemyśleniami o jedności dusz i nadziei na bycie razem nawet po śmierci, miałam podobne wrażenia, jak przy czytaniu passusów o życiu małżeńskim pary z planety Werel – z jednej strony czuła troska o wzajemne zdrowie czy szukanie chwil prywatności, z drugiej – kosmiczne porozumienie nawiązane za pomocą niewyuczonej myślomowy. I zarówno fabuła Planety wygnania, jak i historia Quattrocchich to – dla mnie przynajmniej – źródła krzepiącej myśli, że nawet jeśli chce się być moralnym maksymalistą, to czasem – czasem – nie trzeba nadstawiać głowy albo odzierać się ze wszystkiego, czasem może po prostu być dobrze.



3. Miasto złudzeń: Falk/Ramarren, św. Maria Egipska i inni


Co do głównego bohatera Miasta złudzeń, zwanego na początku Falkiem, później Ramarrenem, znów trudno było jednoznacznie dopasować do jego życiorysu jakąś jedną znaną mi biografię świętego. Podczas gdy jednak w wypadku Planety wygnania trudnością była zbytnia prostota fabuły, tutaj losy protagonisty okazały się zbyt skomplikowane. Na początku odnaleziony bez pamięci, później układający sobie życie w domu Zove, a następnie ruszający na misję nie wiadomo gdzie i po co, gdzie po drodze, oprócz rozlicznych przygód i niestałości w kwestiach sercowych, doświadczał też kilkukrotnej zmiany punktu widzenia i motywacji. Generalnie, jeśli był kiedykolwiek taki święty, to oprócz bogatego w przygody życiorysu musiał mieć jeszcze albo wyjątkowo chaotyczne otoczenie, albo wyjątkowo niestały charakter...


I z tym tropem kojarzy mi się – choć dość luźno – kilku świętych. Niezbyt etycznie wyglądająca – zarówno w kwestii wierności i opanowania, jak i konsensualności afera miłosna Falka i Estrel, którą ten pierwszy srogo następnie odpokutował, może kojarzyć się z historią św. Marii Egipskiej (344-421), która spędziwszy młodość jako wyjątkowo rozbuchana seksualnie jawnogrzesznica, udała się w końcu na pielgrzymkę do Jerozolimy. Początkowo dołączyła do niej w celach seksualnych, jednak podczas jej trwania nawróciła się i została pobożną eremitką. Czyż ten finał nie jest trochę podobny do finału historii Falka, który po przebyciu skomplikowanych życiowych meandrów na Terrze, udaje się na swoją właściwą, ostateczna misję w (niemalże) samotności i mistycznym mroku?


Jeśli chodzi o samo bogactwo życiowych ról, Falk może kojarzyć się z św. Rafałem Kalinowskim. Z wykształcenia inżynier, jakiś czas pracował na uczelni, po czym wstąpił do carskiego wojska, ale w obliczu niebezpieczeństwa bratobójczej walki zrzekł się stanowiska i przystąpił do powstania styczniowego, został nawet ministrem wojny w strukturach litewskich. Za karę za działalność powstańczą został zesłany na Syberię, gdzie imał się przedziwnych zajęć zarobkowych, a po zwolnieniu z katorgi i powrocie do Polski wstąpił do zakonu karmelitańskiego i przyjął święcenia kapłańskie. Hołownia wspomina dodatkowo, że Rafał Kalinowski był wielkim bałaganiarzem i człowiekiem wyjątkowo nieogarniętym w kwestiach domowo-bytowych, co też kojarzy się trochę z chwiejną osobowością Falka/Ramarrena.


To, co najbardziej utrudniało mi przyrównanie Falka do któregoś ze świętych, to jednak jego niezbyt kryształowa moralność. Niestały w uczuciach wobec kobiet (podczas trwania fabuły porzucił trzy, choć jedną – na samym początku – nie całkiem świadomie) i nie do końca pewny, co w zasadzie powinien robić, czy jego misja ma sens – Falk nie dostaje tu do poziomu pozostałych protagonistów Hain, mających raczej wysokie standardy moralne, nawet jeśli nie w rozumieniu chrześcijaństwa, to z pewnością na miarę swoich kręgów kulturowych.


Ale, po namyśle, bywali i tacy święci. Mojżesz Etiopczyk, o którym również wspomina Hołownia, to były zbir, który tak jak Maria Egipska, nawrócił się i został pustelnikiem, ale... czasami miewał epizody powrotu do dawnego życia i zdarzało mu się udać na szaber i dziewczyny. Jeśli zaś chodzi o chwile zawahania Falka w mieście Es Toch, to jego czasowe zaciemnienie wizji tego, co należy robić, kojarzy się z „nocami ciemnymi” niemal utraty wiary, których doświadczała m.in. św. Matka Teresa z Kalkuty.



4. Lewa ręka ciemności: Genly Ai i św. Augustyn z Canterbury

Obrazek oczywiście mylący, św. Augustyn nie był, jak św. Patryk, przedstawicielem chrześcijaństwa iroszkockiego. Został wysłany bezpośrednio przez papiestwo, a oba odłamy - iroszkocki i papieski - połączył dopiero w 664r. synod w Whitby. Ale metodologię mieli podobną!


Jednym z wątków, który szczególnie pociąga mnie w Lewej ręce ciemności, jest sposób politycznego działania Ekumeny i jej mobili. Zachwyciło mnie, że wspólnota wysyłała swoich ambasadorów na misje jako kompletnie bezbronnych: w pojedynkę, bez możliwości nacisku militarnego czy choćby samoobrony, i że proces przekonywania miejscowych do ewentualnego przystąpienia do Ekumeny był zaplanowany jako nieśpieszny, dobrowolny i dostosowany do rytmu decyzyjności danej społeczności: jeśli akcja się nie uda i mobil zginie lub umrze na swoim posterunku, to co najwyżej jego kolejny zmiennik dokończy dzieło, które tamten rozpoczął.


Choć ten sposób działania – bezbronność i nienawracanie na siłę niechętnych – jest zgodny z regułami, jakie Jezus ustanowił dla wszystkich apostołów czy misjonarzy (por. Mateusz 10), mnie, chyba pod wpływem eseju Sapkowskiego Świat króla Artura, kojarzyło się to szczególnie z chrystianizacją Wysp Brytyjskich we wczesnym średniowieczu, która w porównaniu z innymi misjami tamtych czasów była szczególnie pokojowa, wieloetapowa i cierpliwa, a proces wyjaśniania prawd wiary nowym wyznawcom często następował w sposób zindywidualizowany i odwołujący się do ich dawniejszych wierzeń, odpowiednio „uświęconych”.


A który z misjonarzy Brytanii miał żywot najpodobniejszy do LeGuinowskiego Genly'ego Ai? Przypomnijmy: Genly był mobilem na planecie Gethen – odizolowanej od reszty uniwersum i zamieszkanej przez wyjątkową (bo hermafrodytyczną wskutek eksperymentu) społeczność. Trafia tam na dwa skonfliktowane, współzawodniczące ze sobą państwa – Karhid i Orgoreyn – pomiędzy którymi musi toczyć dyplomatyczną grę. W działaniach wspomaga go polityczny poplecznik, który z czasem staje się przyjacielem (Estraven); w pewnym momencie misja przeżywa kryzys (Karhid wycofuje swoje poparcie a Orgoreyn okazuje otwartą wrogość), ale ostatecznie kończy się sukcesem, przy czym sam Genly nie dokonuje niczego szczególnie spektakularnego, ale przeciera szlak kolejnym mobilom.


Spośród pozostałych misjonarzy na Wyspach, takich jak św. Patryk, św. Kolumban czy król Oswy, te losy najbardziej przypominają mi życie św. Augustyna z Canterbury (nie mylić z tym św. Augustynem, tym z Hippony). Był on mnichem benedyktyńskim wysłanym pod koniec 6w. n.e. do królestwa Kent. Podobnie jak Genly Ai, trafia on zatem do społeczności odizolowanej (bo żyjącej na wyspie) i na swój sposób niezwykłej. W wypadku mieszkańców Anglii tą niezwykłością była ich skomplikowana historia religijna: niektóre mieszkające tam ludy już wcześniej przyjęły chrześcijaństwo od mnichów iroszkockich takich, jak św. Kolumban, miało ono jednak formę nieco inną od ogólnokatolickiej, ponadto z czasem w wielu miejscach powtórnie ustąpiło pogaństwu.


Co do dalszych podobieństw między św. Augustynem a Genlym Ai, w obu biografiach powtarza się temat współzawodniczących państw i dyplomacji. Kent było jednym z siedmiu królestw staroangielskiej heptarchii, a przyjęcie nowej-nienowej wiary mogło zaskutkować zarówno dyplomatycznym sukcesem (np. poprzez lepsze stosunki z kontynentalnymi państwami, które przyjęły chrześcijaństwo), jak i ryzykiem (np. poprzez konflikty z pogańskimi państwami heptarchii).


Podobnie jak Genly, również i św. Augustyn miał poplecznika, który stał się przyjacielem – chodzi o króla Kent, Æthelberhta, który, początkowo jedynie godzący się na misję Augustyna, m.in. na prośbę swojej chrześcijańskiej żony Berty, z czasem sam przyjął chrzest i nawiązał z apostołem życzliwą relację.2


Misja Augustyna, podobnie jak misja Genly'ego, również miała swój moment krytyczny – wskutek niepowodzeń w dyplomacji, Augustynowi nie udało się objąć ewangelizacją i biskupią pieczą Walii – ale ogólnie rzecz biorąc zakończyła się sukcesem: Kent zostało pokojowo schrystianizowane, arcybiskupstwo w Canterbury – założone, a święty Augustyn, choć w swojej misji nie wyszedł poza malutkie Kent, położył kamień węgielny pod dalszą chrystianizację Anglii.



5. Słowo „las” znaczy świat: Raj Ljubow i św. Wojciech



Mój odbiór Raja Ljubowa – kolejnego haińskiego etnologa, wysłanego na planetę Athshe wraz z grupą kolonistów w celu zbadania społeczności Athshean a w obliczu konfliktu między miejscowymi a najeźdźcami stającego w obronie tych pierwszych – ewoluował w miarę, jak przetrawiałam lekturę „Słowo >las<...”. Tuż po przeczytaniu byłam pełna entuzjazmu: mam słabość do przekonująco kryształowych bohaterów, a on taki właśnie się wydawał: wrażliwy, stający po stronie słabszych i odważny aż do śmierci.


Z czasem pewne rzeczy zaczęły mi jednak w tej kryształowości nie grać. Zauważyłam, że jakkolwiek Ljubow to postać skonstruowana tak, że budzi sympatię czytelników, w bohaterach powieści wydaje się budzić gremialną niechęć. Choć taki moralny i pełen dobrych chęci, naraża się ostatecznie zarówno swoim kompanom – nienawidzi go brutalny militarysta Davidson, co aż tak nie dziwi, ale zraża się do niego również np. sympatyczny i szacowny zwierzchnik misji, Gosse – jak i miejscowym, w których obronie staje: ostatecznie ginie z ich ręki, a jego athsheański przyjaciel Selver opuszcza go, uzyskane od niego informacje wykorzystując w morderczych celach.


Który święty miał podobnie, jak Ljubow? Że niby wszystko super, wysoka moralność, pokojowe nastawienie – ale jednak otoczenie bardzo, ale to bardzo nie potrafiło tego docenić? Dzięki książce Hołowni, ku swemu pewnemu zdziwieniu, zidentyfikowałam taką postać w świętym bardzo znanym, bo będącym jednym z patronów Polski – w Wojciechu Praskim (~956-997), misjonarzu Węgrów, Polaków i Prusów i męczenniku za wiarę.


Święty Wojciech, choć jako patron Polski może pozornie kojarzyć się z ucukrowanym bogoojczyźnianym ideałem, był postacią mogącą się podobać z punktu widzenia współczesnej moralności. Choć oryginalnie był dygnitarzem – biskupem Pragi – to najwyraźniej wyżej cenił sobie zasady moralne, niż stanowisko i poważanie innych, bo zdecydował się narazić swoim pobratymcom (jak Ljubow Davidsonowi), wstawiając się za kimś poszkodowanym (w wypadku Wojciecha była to kobieta posądzona o cudzołóstwo; Wojciech chciał uchronić ją przed śmiercią) i został w konsekwencji skazany na wygnanie. Przyjmując zdecydowanie mniej reprezentacyjną, ale ewidentnie lepiej odpowiadającą jego religijnemu zapałowi rolę misjonarza, udał się – odwiedziwszy wcześniej inne kraje – do Prus. Wyprawa przypominała pod względem organizacyjnym misję Raja Ljubowa na Athshe: Prusy były miejscem położonym na skraju ówczesnej „cywilizowanej” Europy, dzikim, nieznanym i niebezpiecznym, a Wojciech, choć podróżujący w towarzystwie wojów, sam był nieuzbrojony i pokojowo nastawiony. Z jakiegoś powodu naraził się jednak pruskiej ludności – ponoć przez zbyt władcze i stanowcze potępianie praktykowania przez nich dawnej wiary – i finał jego historii był taki, jak zakończenie wątku Ljubowa w książce. Obaj odnieśli też moralne, a w szerszej perspektywie również praktyczne zwycięstwo: zapiski naukowe Ljubowa poczynione na Athshe okazały się bezcenne dla dalszej pokojowej misji Ekumeny, natomiast ewangelizacja Wojciecha doczekała się po jego śmierci chwalebnej kontynuacji: Prusy przyjęły chrześcijaństwo, ciało świętego, odkupione od Prusów przez króla Ottona III, stało się ważnym artefaktem dla tworzenia się państwa Bolesława Chrobrego (pamiętacie z lekcji historii tę wymianę relikwii między polskim księciem a niemieckim cesarzem?), a sam święty stał się później tegoż państwa patronem.


Jeśli ktoś miałby ochotę podrążyć w – tym razem – zamierzonej reprezentacji postaci św. Wojciecha w fantastyce, to polecam zajrzeć do retro-kryminału Wojciecha Szydy pt. Sicco z serii NCK tam z kolei sprawa jest wyłożona od strony alterhistorycznej.



6. Wydziedziczeni: Szevek i św. Albert Wielki



Szevek z „Wydziedziczonych” to przede wszystkim naukowiec. Do tego jeszcze introwertyk, co też ładnie odpowiada stereotypowi naukowca. Znajdźmy mu więc świętego, który parał się nauką. Tak właśnie natrafiłam na św. Alberta Wielkiego (~1200-1280) – niemieckiego dominikanina, biskupa i wybitnego późnośredniowiecznego uczonego.


Punktów wspólnych między tymi dwiema postaciami jest co najmniej kilka. Przede wszystkim wszechstronność zainteresowań oraz zamiłowanie, obok dziedzin bardziej ścisłych, również do filozofii. Szevek, przedstawiciel społeczności buntowników, którzy emigrowali z planety Urras na jej księżyc zwany Anarres i stworzyli tam utopijne społeczeństwo, był wybitnym ekspertem tzw. Nauki Szlechetnej – dziedziny łączącej matematykę, fizykę, filozofię i etykę. Z punktu widzenia współczesnego podziału dziedzin brzmi to eklektycznie, jednak nie byłoby pewnie takie dla wszechstronnego uczonego z czasów późnego średniowiecza. Św. Albert był bowiem jeszcze bardziej wszechstronny: miał ponoć biegłość m.in. w teologii, filozofii, botanice, geografii, astronomii, astrologii, mineralologii, alchemii, zoologii, fizjologii, frenologii i naukach prawnych. Jeśli zaś chodzi o sympatię do filozofii, to był pionierem nauczania tego przedmiotu adeptów teologii – jako niższej dziedziny będącej wstępem do dociekań bardziej metafizycznych. Prawdopodobnie mógłby więc rozumieć ideę Nauki Szlachetnej dużo lepiej, niż współcześni, wyspecjalizowani badacze...


Szevek i św. Albert dzielą też kilka drobniejszych szczegółów biograficznych. Obaj byli intelektualnymi pionierami i przypisuje im się jakieś ważne odkrycie: w wypadku Szeveka było to opracowanie technologii ansibla, a w konsekwencji – zrewolucjonizowanie komunikacji w społeczności Ekumeny. Św. Albert był natomiast nauczycielem słynnego św. Tomasza z Akwinu – położył zatem podwaliny pod dzieło tego wielkiego teologa – oraz, jak mówi legenda, człowiekiem, który odkrył kamień filozoficzny. Obaj uczeni – jak wielu przedstawicieli ich zawodu we wszystkich epokach – mieli epizody pracy i wykładania za granicą: Szevek opuścił rodzinny księżyc Anarres, by upowszechniać swe odkrycia na planecie Urras; św. Albert wyjechał z Niemiec i wykładał w Bolonii i Paryżu. Obaj zostali w swojej pracy zainspirowani przez jakąś świątobliwą kobietę: Szevek, jak każdy prawomyślny Anarresyjczyk, wyznawał nauki rewolucjonistki i nauczycielki moralnej Lai Odo, podczas gdy św. Albert wstąpił do dominikanów na skutek wizji, w której ukazała mu się Matka Boża. Zarówno Szevek, jak i Albert wsławili się komentarzami do dzieł swoich wielkich poprzedników (znów rzecz typowa w świecie naukowym wszelkich epok i planet): uniwersalna teoria czasu Szeveka powstała na gruncie badań Alberta Einsteina, zaś św. Albert wsławił się komentarzami do dzieł Arystytelesa i ożywieniem odbioru jego dorobku w średniowiecznej nauce. I wreszcie, tak Szevek, jak i Albert byli osobami skromnymi: Szevek, jako dobry Odonianin, odrzucał ideę własności prywatnej i był wrażliwy na biedę niższych klas społecznych na Urras; z kolei Albert, w duchu chrześcijańskiej prostoty, pomimo godności biskupa wolał chodzić pieszo, niż wywyższać się, jeżdżąc konno.


Na koniec historii Alberta jeszcze taka mała dygresja. Kojarzycie Zakon Albertyński św. Leibowitza z Kantyczki dla Leibowitza Waltera M. Millera? To właśnie od tego Alberta pochodzi jego nazwa.



Ekumena i misja chrześcijańska: podsumowanie


Wszystko powyższe to w dużej mierze zabawa w skojarzenia, ale można wysnuć z niej kilka prawidłowości. Naukowcy i mobile Ekumeny (Rocannon, Genly Ai i Ljubow) okazali się, jak jeden, podobni do wczesnochrześcijańskich misjonarzy działających na przedmurzu chrześcijaństwa – podobieństwa to głównie działalność w obcym środowisku, poznawanie lokalnej społeczności, pomaganie jej w razie potrzeby i głoszenie swojego posłannictwa, z lepszym lub gorszym skutkiem.


Postaci bardziej marginalne dla misji Ekumeny (choć oczywiście nie dla fabuł powieści, czy też dla swoich społeczności), takie jak Rolery, Jacob Agath, Falk czy Szevek otrzymały jako odpowiedniki świętych o bardziej świeckich specjalizacjach: waleczną św. Joannę, skupionych na sobie wzajemnie państwa Quattrocchich, pogubioną życiowo św. Marię Egipską, czy uczonego Alberta.


Większość świętych, którzy skojarzyli mi się z bohaterami Hain, to postaci z czasów średniowiecza – może dlatego, że Hain znane nam z powieści, jak średniowieczne chrześcijaństwo, jest na wczesnym etapie rozwoju i osoby pracujące u podstaw tych projektów mogły być do siebie podobne. A może dlatego, że formuliczne, okraszone legendą losy dawnych świętych bardziej, niż lepiej znane pod kątem biografii i bardziej przez to zniuansowane postaci współczesne, jak np. św. Teresa z Lisieux czy ks. Jerzy Popiełuszko, pasują do bohaterów wyrabiającej się dopiero literacko Le Guin takich jak Rocannon czy Ljubow?


Można też dopatrzeć się podobieństw etyczno-duchowych między chrześcijaństwem i Ekumeną. Oba projekty – pomimo odstępstw takich, jak sytuacje „nawracania” mieczem czy kolonia Davidsona – zakładają pokojowe nastawienie i bezbronność głoszących, a także nieudawanie się na głoszenie w dużych grupach: mobile Ekumeny mieli pracować w pojedynkę, Jezus posyłał apostołów dwójkami. Powszechna i ceniona duchowo (m.in. uniemożliwiała kłamstwo) „myślomowa” haińskich ludów jest podobna do techniki modlitwy myślnej, uwolnionej od formuł, słów, obrazów czy emocji, którą praktykowała św. Teresa z Ávila i którą, według jednej z jej ekstatycznych wizji, mają posługiwać się ludzie będący już w niebie. Są też pewne podobieństwa w sposobie oddawania czci wielkim postaciom obu projektów: nadawanie planetom czy rodom imion ich odkrywców czy założycieli (Rocannona, Jacoba Alterry) jest podobne do katolickiego czy prawosławnego zwyczaju nadawania kościołom czy zbożnym dziełom wezwania danego świętego.



Ekumena i chrześcijaństwo: źródło podobieństw?


Rzecz jasna, na pewno nie chodzi w tym wszystkim o bezpośrednią inspirację. Ursula K. Le Guin deklarowała ateizm, natomiast co do źródeł religijnych skojarzeń w cyklu haińskim, mówi się głównie o inspiracjach dalekowschodnich, np. taoizmem. Nie znalazłam żadnych dowodów na inspiracje chrześcijańskie i nie wydaje mi się, żeby autorka, pisząc te powieści, miała z tyłu głowy historię choć jednej z przywołanych przeze mnie kanonizowanych person.


I oczywiście, większość tych podobieństw to wynik zabawy intelektualnej w szukanie zbieżności - czasami trochę na siłę, bo nietrudno znaleźć wspólne punkty w biografiach dwóch ludzi, czy to istniejących, czy fikcyjnych. Ludzie generalnie są do siebie podobni, tym bardziej ci zaangażowani w budowanie jakiejś dużej, obdarzonej pewną charyzmą inicjatywy, której celem jest osiągnięcie dobra.


A jednak przyznam się, że miałam podczas lektury silne, choć trudne do wytłumaczenia, wrażenie pewnego emocjonalnego, by nie rzec duchowego, podobieństwa między ideą zjednoczenia ludów Hain a ideałami chrześcijaństwa. Choć, jak wspomniałam, nie ma powodu zakładać, że dzieje Ekumeny są w jakimkolwiek stopniu alegorią czy symbolicznym przedstawieniem doświadczenia chrześcijańskiego, moje przeżycia z nimi związane są porównywalne do tych, które miałam czytając bez wątpienia chrześcijańsko uduchowionego „Władcę Pierścieni” Tolkiena czy „Gar'Ingawi, Wyspę Szczęśliwą” Anny Borkowskiej. Miałam wrażenie, że choć powieści ze światów Hain teoretycznie są o polityce, to w praktyce chodzi tu o coś większego.


Bo jeśli by tak nie było, to czemu taka paskudna sceptyczka polityczna, jak ja, miała tak często ściśnięte gardło, czytając wzmianki o założeniach projektu haińskiego – całkiem tak, jakby chodziło nie o doczesne, międzyplanetarne przepychanki, a o najostateczniejsze, najbardziej poruszające sprawy i nadzieje człowieka?


To wszystko bardzo subiektywne, a odpowiedź poznam pewnie nie wcześniej, niż przy kolejnym odczytaniu haińskich książek. Ale, rany, jakakolwiek jest prawda o tym, gdzie Urszula aktualnie przebywa, mam nadzieję, że czerpie wszelkie pozytywne konsekwencje z tego tajemniczego Dobra, jakie udało jej się w tych powieściach zawrzeć.



Źródła

Źródła pierwotne:

Le Guin, Ursula. 2015. Sześć światów Hain [Rocannon's world, Planet of exile, City of illusions, Tle left hand of darkness, The word for world is forest, The dispossessed]. Translated by Danuta Górska, Lech Jęczmyk, Juliusz P. Szeniawski, Jacek Kozerski, Agnieszka Sylwanowicz, Łukasz Nicpan. Warszawa: Prószyński i S-ka.

Źródła wtórne:

dominicans.ie/saint-hyacinth-of-poland/
Hołownia, Szymon. 2015. Święci codziennego użytku [Saints for everyday use]. Kraków: Wydawnictwo Znak.
Kennedy, Daniel. "St. Albertus Magnus." The Catholic Encyclopedia. Vol. 1. New York: Robert Appleton Company, 1907. 10 Sept. 2014
Molnar, Enrico S. (30 April 1978). St. Adalbert - Missionary to three countries. The Living Church. Morehouse-Gorham Company. pp. 11–12.
Sapkowski, Andrzej. Świat króla Artura.
(St Augustine). Delaney Dictionary of Saints pp. 67–68
www.ancientfaith.com/podcasts/voicefromisles/augustine_and_friends
www.en.wikipedia.org

Zdjęcia: Pixabay i zbiory własne

Przypisy:
1 Le Guin, Ursula. 2015. Świat Rocannona [Rocannon's world]. Przeł. Danuta Górska, Lech Jęczmyk. W: Sześć światów Hain. Warszawa: Prószyński i S-ka, 7.


2 http://www.ancientfaith.com/podcasts/voicefromisles/augustine_and_friends