poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Wyzwanie Hain #5: U.K. Le Guin, „Słowo >las< znaczy świat”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy

 
Wątek ważny nie tyle dla samej książki, co dla tego cyklu notek: wbrew tytułowi, Le Guin fatalnie opisuje w tej książce las.

Zanim sama przeczytałam „Słowo >las< znaczy świat”, nie mogłam się powstrzymać, by nie zerknąć mniej lub bardziej na to, co napisali o nim wyzwaniowi poprzednicy i doszłam do wniosku, że pewnie nie będzie co zbierać. Rusty i Ziuta raczej książkę zjechali, Pyza spróbowała obronić, ale sama dała przy tym do zrozumienia, że musi w tym celu iść trochę opłotkami. Tymczasem na mnie – uwaga, uwaga – książka zrobiła wrażenie. W zasadzie chyba największe spośród dotychczasowych wyzwaniowych lektur: nie tylko w porównaniu z pierwszymi trzema rozrywkowymi miniaturkami, ale nawet z ważną dla mnie, acz trochę zmęczoną czasem i kilkukrotną lekturą, „Lewą ręką ciemności”.


EMOCJE I HISTORIA

Przede wszystkim, trudno mi było przejść do porządku dziennego nad emocjonalną warstwą książki. Opis kontaktu między ziemskimi kolonistami i rdzennymi mieszkańcami planety Athshe, pełen wzajemnych aktów przemocy – walk, masowych mordów, gwałtów, pogardy – na początku dokonywanych i prowokowanych przez Ziemian, ale z czasem coraz bardziej obustronnych, był dla mnie po prostu wstrząsający. Zdaję sobie sprawę, że szczególnie dla osoby o dużej wrażliwości historycznej ta opowieść jest kolanem gniecionym przeniesieniem w Kosmos pewnych ziemskich sprawek, ale na mnie ten chwyt i tak wykonał swoją robotę. Dużo bardziej, niż np. aluzje do totalitaryzmu i obozów koncentracyjnych z „Lewej ręki ciemności”, gdzie opis życia Genly'ego jako więźnia takiego obozu, choć sam w sobie bardzo dramatyczny, jakoś dziwnie ginął, wpleciony jako epizod między rozbijaniem się po getheńskich salonach a epicką wędrówką przez lodowiec. W „Słowo >las<...” o okrucieństwie nie dało się już tak łatwo zapomnieć. Przynajmniej ja nie potrafiłam.


OBRAZ MĘSKOŚCI

Napisałam o osobach mających wrażliwość historyczną, bo muszę przyznać, że ja się nią tym razem zbytnio nie wykazałam – z aluzji do Wietnamu albo zdawałam sobie sprawę bardzo słabo, albo w ogóle zwróciłam uwagę na ten wątek dopiero przy późniejszych przeglądaniu metatekstów. Szczerze mówiąc, gdy je sobie w pełni uświadomiłam już po przeczytaniu, nabrałam lepszego mniemania o warstwie etycznej tej książki, niż miałam podczas lektury na bieżąco. Czytałam bowiem całkowicie prezentystycznie i spośród tematów etycznych najbardziej rzuciła mi się w oczy nie krytyka wojny, a tradycyjnego wzorca męskości – czy też w ogóle męskości jako takiej? – widoczna w tym, jak narrator obszedł się z postacią Davidsona. I podczas gdy pacyfistyczną metaforę Le Guin można oczywiście uznać za kolanem gniecioną – jak uczynili to Rusty i Ziuta – to dla mnie jest ona i tak subtelna, sprawiedliwa i słuszna w porównaniu z tym, co się dzieje w wątku płci kulturowej. 


Davidson jest tu nośnikiem wszelkiego zła – głupi jako dowódca, okrutny, krwawy i pełen pogardy jako kolonizator, poza tym był sprawcą bestialskiego gwałtu na żonie Selvera, w wyniku którego zmarła, zaś pozostałe kobiety traktował jak żywe mięso, którego jedynym celem jest spełnienie jego żądz. Przy tym w powieści regularnie (przynajmniej kilka razy, w tak krótkim tekście) powtarzane jest, jaki to on jest męski i jak to jego działaniami powoduje kulturowy etos mężczyzny, a zwłaszcza wpływ pewnej „męskiej” książki. Moim zdaniem to bardzo nieładne, to manipulacja ze strony autora wewnętrznego. Tym bardziej, że gdyby nie ta sztuczka z wbijaniem do głowy, że męskość równa się okrucieństwo i gwałt, czytelnik mógłby kompletnie nie wpaść na ten trop. 


Choćby dlatego, że w powieści mamy nie jednego, a trzech znaczących bohaterów męskich oprócz arcynegatywnego Davidsona jest arcypozytywny Ljubow i niejednoznaczny, acz mający budzić sympatię Selver. I gdyby nie fakt, że podmiot mówiący manipulacyjnie wpiera nam, że to Davidson jest pośród nich ty „męskim”, a o Ljubowie dodatkowo, bez pokrycia w książkowych faktach mówi, że jest zniewieściały, w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że postać szalonego z rozpaczy po utracie ukochanej żony, brutalnego buntownika przejmującego władzę nad swoim ludem, albo też genialnego (jego odkrycia zmieniły przecież świat!), skupionego na swojej pracy i odważnego aż do śmierci naukowca, to nie są postaci przynajmniej tak samo stereotypowo męskie, jak obrzydliwy prymityw Davidson.


Przy tej okazji chciałabym, całkiem subiektywnie, wyrazić swoje oburzenie wątkiem „męskich książek”. Wyraził je już przede mną Ziuta, traktując jako karygodne uproszczenie przy tłumaczeniu motywów zbrodniczych czynów Davidsona. Mnie natomiast ten wątek po prostu subiektywnie zabolał. Uwielbiam teksty spolaryzowane pod względem płci, literackie rozkminy na temat kobiecej i męskiej duszy, mam też, z perspektywy czytelniczki-kobiety, szczególną słabość do tekstów określanych jako typowo „męskie” - nie w sensie natężenia scen przemocy i zbereźności, rzecz jasna, ale potencjalnych różnic w mindsecie moim i autora, nadziei na dowiedzenie się o świecie czegoś, czego, jako osoba myśląca bardziej „po kobiecemu” (wierzę w to rozróżnienie), być może mogłabym akurat nie dostrzec sama. Wyniki tego podejścia czytelniczego oceniam u siebie jako etycznie dobre i jak Urszula mi pisze, że takie rzeczy czytają tylko okrutnicy i tylko okrucieństwa mogą z takiej lektury wyniknąć, Sama Porcelana czuje się niemal niesprawiedliwie posądzona.


ZMYSŁY

Tak jak wspomniałam wcześniej, „Słowo >las< znaczy świat” było dla mnie dość wstrząsającą lekturą i w konfrontacji z tymi wszystkimi okrucieństwami jakoś dziwnie było mi kontynuować zabawy w tropienie polisensoryki i różnych sposobów spotykania Innego, które uskuteczniałam w poprzednich notkach wyzwania.


Co do polisensorycznych opisów, nie ma tu zresztą wiele do szukania. Zdziwiło mnie to. Zanim zaczęłam czytać, cieszyłam się na obietnicę zawartą w tytule – znając poprzednie, piękne przyrodniczo światy Ekumeny, spodziewałam się w tej części cyklu istnej eksplozji zieloności. 


Tymczasem, inaczej niż choćby w „Mieście złudzeń”, w tej powieści Le Guin jest kompletnie nieprzekonująca w opisie lasu. Przyroda Athshe, choć tak kluczowo ważna dla mieszkańców planety i tak ważna etycznie (wątek ekologiczny!), nie jest przedstawiona tak, by budzić naszą miłość czy zachwyt, by nas do czegoś w tej kwestii przekonać. Opisów jest w sumie niewiele i na mnie osobiście nie zrobiły wrażenia – przed oczami wyobraźni rysuje się jakaś plątanina roślin, czasem pada nazwa konkretnego gatunku drzewa albo negatywny komentarz na temat niszczycielskiej działalności człowieka – i tyle. O tym, że ten las jest piękny i ważny, dowiadujemy się tak, jak o „męskości” postępowania Davidsona – mamy to łopatologicznie powiedziane, a nie przekazane za pomocą literackich chwytów. Chociaż sama nie wiem, może zachwyty nad przyrodą byłyby w tej okrutnej historii czymś wręcz nietaktownym? Te nieliczne fragmenty, gdzie Le Guin pokazuje odrobinę tej cudownej polisensoryki, jakiej dużo było w poprzednich powieściach – np.:

Noc była pochmurna i czarna, wilgotna, ciepła, pachnąca wiosną.”
(s. 655)

Znowu zobaczył światło poprzecinane na czarno bliskimi i dalekimi pniami drzew, odległy, poruszający się blask.” (s. 659)

Miękkie światło pod wielkim drzewem komplikowały cienie” (s. 663)

Lepennon położył swoją długą dłoń na dłoni Selvera tak szybko i delikatnie, że Selver przyjął dotyk, jakby ta ręka nie była ręką obcego. Nad nimi drgały zielonozłote jesionowe liście.” (s. 664)

sprawiają dziwne wrażenie, było mi wręcz głupio się nimi zachwycić, na zasadzie – takie straszne rzeczy się dzieją, a ja się mam zachwycać jakąś grą świateł w koronach drzew?


Jako czytelniczka wrażliwa sensorycznie, muszę jednak docenić odwzorowany przez autorkę sposób postrzegania świata przez Athshean, wyraźnie odmienny od standardowego ludzkiego. Ciekawy był fragment opisujący to, co Selver widzi, idąc przez las. Athsheanin ewidentnie bardziej, niż przeciętny człowiek, skupia się na kolorach, przedmioty widzi w długich seriach i seriach ich przymiotów, często łączy pojęcia konkretne z abstrakcyjnymi, myśli przeciwieństwami i porównaniami:

W blask słoneczny, w blask gwiazd, wiatr, wodę zawsze wsuwał się jakiś liść i gałąź, pień i korzeń, to co cieniste, złożone. Pod gałęziami, wokół pni, nad korzeniami biegły wąskie ścieżki; nigdy nie prowadziły prosto, ale omijały każdą przeszkodę, poskręcane jak nerwy.” (s. 586)

Albo kiedy opowiada pobratymcom swoją tragiczną historię i słyszy w odpowiedzi: „To, co nam opowiadasz, jest bardzo czarne a droga wiedzie w dół.” (s. 589) Patrzę wstecz na swoje poprzednie notki o powieściach Le Guin i dochodzę do wniosku, że chyba często pisałam jak Athsheanka.


INNY”

Moja druga zabawa – ta z tropieniem sposobów spotkań z Innym i wyciąganiem praktycznych wniosków w odniesieniu do realnego życia – też wydała mi się w wypadku tej książki nie na miejscu. W tej narracji pojawiło się realne okrucieństwo, wobec którego głupio i obco było kontynuować dotychczasowe radosne teoretyzowanie. 


No dobrze, może ewentualnie jest w „Słowo >las< znaczy świat” jeden wątek, który dałoby się tak rozwinąć. Jest nim ewolucja w sposobie opisania Athshean. Na początku, gdy zetknęłam się z ich opisami – małych, porośniętych zielonym futrem ludzi o pustych oczach bez światła, wykazujących niezwykłą odporność – czy też obojętność – na ból i atakujących przeciwników przez unieruchomienie ich a następnie śpiewanie nad nimi osobliwej pieśni, poczułam ten sam dreszczyk dziwności, jaki towarzyszył mi przy opisach Gdemiarów w „Świecie Rocannona” albo przy odkrywaniu zniekształconych okruchów realnego świata w „Planecie wygnania” czy „Mieście złudzeń”. Później jednak, w miarę poznawania szczegółów athsheańskiej kultury i historii życia Selvera i jego rodaków, to uczucie przyjemnej dziwności całkowicie zniknęło, ustępując zwykłemu przejęciu tym, co dzieje się z bohaterami. Trochę kojarzy mi się to z mechanizmem, według którego może przebiegać zakochanie albo początek głębokiej przyjaźni – najpierw silne, przyjemne uczucie, potem zaś międzyludzka „komplikacja”, jeszcze bardziej wartościowa i skoncentrowana na długim człowieku, niż to początkowe miłe wrażenie. Może warto zapamiętać ten mechanizm i spróbować wdrożyć go przy spotkaniu z kimś, kogo uważamy za bardzo innego od nas?


SKOJARZENIA RELIGIJNE

Nie da się ukryć, że w tej książce dużo mi się kojarzyło. Są mówiące nazwiska, są staro- i nowotestamentowe tropy interpretacyjne (w tym oczywisty chrystologiczny, w wątku Ljubowa), jest sytuacja jednostki doświadczającego pewnego rodzaju objawienia. Gdyby „Słowo >las< znaczy świat” było całościowo dobrą książką, mogłaby z tego wyjść mocarna analogia. Niestety – tu zgadzam się z Ziutą – Le Guin zepsuła pewien dobry pomysł, również i na tej płaszczyźnie, i przez niedelikatność i jednostronność tej historii ewentualna analogia religijna wychodzi, koniec końców, dość niezręcznie. Niech więc poleży trochę. Może wrócę do niej przy okazji haińskiej martyrologii.




Le Guin, Ursula K. 2015 [1972]. Słowo „las” znaczy świat [The word for world is forest]. Przełożyła Agnieszka Sylwanowicz, 571-665. [W:] Le Guin, Ursula K. 2015. Sześć światów Hain. Warszawa: Prószynski i S-ka.

środa, 5 kwietnia 2017

Wyzwanie Hain #4: U.K. Le Guin, „Lewa ręka ciemności”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy
 
"Wychodzimy z zimy trochę bladzi/ Trochę jakby z zaspy zamyślenia." 
Od mojej pierwszej wizyty na Zimie jej krajobraz stopniał i zmalał, ale za to wykwitły niezauważone wcześniej wątki.


Jestem dziko przywiązana do tej książki. W sumie nic oryginalnego – "Lewa ręka ciemności" to klasyk SF jak się patrzy, a i na naszym wyzwaniowym poletku – jak dotąd u Rusty, Ziuty i Pyzy – ewidentnie wzbudziła mnóstwo pozytywnych emocji. Ale wiadomo, moja historia jest dla mnie najmojsza, więc wywnętrzę się pokrótce.


Pierwszy raz trafiłam na "Lewą rękę ciemności" na samym początku mojej fascynacji fantastyką. Byłam w liceum, dopiero co dostałam solidnie w głowę lekturą "Władcy pierścieni" i przepełniała mnie determinacja, by szukać książek, w których znajdę to, co tak zachwyciło mnie u Tolkiena: wzniosłe, posępne plenery do "wyobrażania sobie" i duchowe drugie dno.


Kiedy wypatrzyłam w bibliotece "Lewą rękę...", przeczytałam w blurbie, że to historia o planecie, na której panuje prawie wieczna zima, a później przypadkowo otworzyłam książkę i trafiłam na fragment: "Gdyby udowodniono, że Boga nie ma, nie byłoby religii. Ani handdary, ani jomeszu, ani bogów ogniska, nic. Ale gdyby udowodniono, że Bóg jest, religii nie byłoby również..." (s. 419), stwierdziłam, że to jest dokładnie to, czego szukam. I było. Krajobrazy towarzyszące przeprawie Genly'ego i Therema przez lodowiec do tego stopnia mnie pochłonęły, że przyćmiły wspomnienia samej głównej intrygi w powieści. Co do warstwy duchowej, mocno przeżyłam wątek tkacza Faxe'a. Dodatkowo, bardzo zarezonował mi sposób przedstawienia przyjaźni Genly'ego i Therema (w czasach nastoletnich straszliwie wzruszały mnie bromanse). Przez długie lata wspominałam tę książkę Le Guin jako jedną z bardziej estetycznie i uczuciowo poruszających rzeczy, jakie miałam okazję czytać.


Drugi raz czytałam "Lewą rękę..." jakieś dwa-trzy lata temu, na spotkanie dyskusyjne. Może wskutek pośpiechu, a może przez to, że w międzyczasie się zmieniłam, to podejście było nieporównywalnie bledsze. Nie potrafiłam aż tak plastycznie i wzniośle wyobrazić sobie krajobrazów, które zachwyciły mnie przy pierwszym podejściu. Skupiłam się z kolei bardziej na głównym wątku i z pewnym zaskoczeniem (ain't I the master of the obvious?) odkryłam, że powieść, w której w czasach licealnych widziałam głównie wspaniałe opisy przyrody i wziosłe zdania, jest w istocie przeze wszystkim historią polityczną, dworską, skupiającą się na jakichś intrygach, aliansach i skonfliktowanych interesach, a przy tym niosącą ten słynny, genderowo nacechowany, przekaz społeczny. I niespecjalnie mnie to wszystko zachwyciło. Nadal bardzo podobał mi się natomiast temat więzi Genly'ego i Therema – tym razem już nie jako łzawy bromans, ale jako przykład bezinteresownej wzajemnej dobroci, potrafiącej przekroczyć nie tylko konwenanse i wzgląd na własne dobro, ale nawet wskazania racjonalnego umysłu.


Przy okazji wyzwania przeczytałam książkę po raz trzeci. I muszę powiedzieć, że choć nie wrócił mi szczenięcy zachwyt z czasów licealnych, to sporo wrażeń odżyło. W zasadzie wątki, które tym razem szczególnie zapadły mi w pamięć, to mieszanka "ważnych tematów" i z pierwszej, i z drugiej lektury. Zarazem, są to w większości rzeczy, na które zwracałam uwagę również w książkach Le Guin będących poprzednimi etapami Wyzwania. A zatem po kolei: zmysłowy odbiór i piękno, tematyka społeczna, przemyślenia religijne oraz kwestie polityczne. I mała refleksja na temat fantastycznego światotwórstwa na deser.

Choć początek tego roku mieliśmy okazję przywitać w samym środku zimowej bajki, wspomnienia z reala nie przyćmiły mi jednak do końca piękna tego, co opisuje Le Guin.

ZMYSŁY

W "Świecie Rocannona" zaciekawiły mnie opisy dotyczące temperatury, w "Mieście złudzeń" – światła i ciemności. W "Lewej ręce ciemności" jest i to, i to, a przy okazji zauważyłam, że najbardziej działają na moją wyobraźnię opisy, w których ciepło i zimno albo światło i ciemność występują w kontraście. Tak jak w otwierającej książkę scenie ceremonii wmurowania zwornika bramy – ciemne wieże i deszczowe chmury kontrastują z blaskiem złota, żółtymi proporcami i światłem słońca wyglądającego na chwilę zza chmur, a parne gorąco tego jednego dnia – ze zwyczajnym klimatem planety Gethen, gdzie przez większą część roku trwają mrozy. Zastanawiam się, na ile abstrakcyjne te odczucia są dla reszty świata, ale na moją wyobraźnię te opisy u Le Guin podziałały jak umysłowy odpowiednik orzeźwiającego, naprzemiennie gorącego i zimnego prysznica.


Ale to nie jedyne opisy w "Lewej ręce ciemności", które jakoś tam mnie zachwyciły. Czytając tym razem, jeszcze bardziej, niż na pełnych the sublime, rzeczywiście trochę tolkienowskich opisach wędrówki przez lodowiec, skupiłam się na obrazach przyrody i miejsc zamieszkania ludzi w początkowej części książki. Są mniej monumentalne, ale mają siłę innego rodzaju. Przykładem taki obrazek z wizyty Genly'ego w stanicy Otherhord: "Wszedłem z Gossem w chłodny cień lasu. Wąska ścieżka często zmieniała kierunek, wspinając się na zbocze i znów schodząc w dół. Co jakiś czas przy ścieżce albo głębiej wśród potężnych pni hemmenów stały chatki w kolorze lasu. Wszystko było czerwone i brązowe, wilgotne, nieruchome, żywiczne, mroczne. Z jednej chatki dobiegł nas cichy, słodki świergot karhidyjskiego fletu. Goss szedł kilka metrów przede mną lekkim, szybkim krokiem, z jakimś dziewczęcym wdziękiem. Nagle jego biała koszula zalśniła i wyszedłem w ślad za nim z cienia w pełne słońce na rozległej zielonej polanie". (s. 410) Na czym polega ta siła? Wydaje mi się, że po pierwsze na opisaniu wrażeń z kilku zmysłów naraz – mamy tu światło, kolor, temperaturę, wrażenia dotykowe, dźwięk, zapach itp. – a po drugie na tym, że jak już sobie to wszystko wyobrazić, to okazuje się po prostu bardzo piękne. Przy pierwszej lekturze bardziej skupiałam się widać na the sublime a teraz – na the beautiful

WĄTKI SPOŁECZNE 

W "Lewej ręce ciemności" po raz pierwszy w haińskiej serii w końcu pojawia się, tak wypatrywana przeze mnie już w poprzednich książkach, mocniej sproblematyzowana kwestia społeczna – tu jest to problem płci kulturowej i losu osoby, która odstaje od normy płciowej danej społeczności. Uznałam za osobiście pożyteczne to ćwiczenie myślowe, które serwuje nam Le Guin, każąc, z naszą ziemską "normalnością" i poczuciem słuszności swoich płciowych racji, wczuć się w sytuację osoby uznawanej przez społeczność za "zboczeńca". Dobrze działa na wyobraźnię miłosierdzia, czy jak to tam mówią. Inny lekturowy pożytek, jaki tym razem wyciągnęłam z "Lewej ręki ciemności", to morały płynące ze słodko mizoginicznych komentarzy głównego bohatera/narratora na temat "babskiej" nieszczerości i niekonkretności Getheńczyków. Mówię serio. Lubię ten rodzaj literackiej mizoginii, który, nie posuwając się do pogardy, po oświeceniowemu piętnuje wady kojarzone z moją grupą płciową. Motywuje mnie do pracy nad sobą.

RELIGIA

W dyskusji pod poprzednim postem z Wyzwania, Rusty zainspirowała mnie do pogrzebania głębiej w religijnych nawiązaniach w powieściach Hain. Wpis hagiograficzny będzie później, natomiast teraz tylko parę luźnych obserwacji. Zaciekawiła mnie np. motywacja dla rozszerzenia Ekumeny, jaką Genly podaje królowi Karhidu podczas audiencji: "Korzyści materialne. Rozszerzenie wiedzy. Wzrost intensywności i złożoności pola rozumnego życia. Wzbogacenie harmonii i przysporzenie chwały Bogu. Ciekawość. Przygoda. Przyjemność." (s. 394) Oprócz wszelkich pozostałych cudowności, jakie niesie w sobie ta deklaracja, interesujące, że wydaje się ona sugerować, że i sam mówiący, i społeczność, która go przysłała, to osoby wierzące w Boga. Ponieważ w książce nie ma wzmianek o jakichś teologicznych rozważaniach czy problemach ze strony Genly'ego, natomiast w tym fragmencie odniesienie do Boga jest podane jako coś oczywistego, można mieć wrażenie, że i on, i jego bracia w wierze z Ekumeny, mają wiarę w Boga, która jest prosta, intuicyjna, "domowa" – ale widać silna, skoro to jedna z pierwszych rzeczy, o której Genly opowiada nieznajomemu. (Kojarzy mi się to z obrazem religijności we "Wróżeniu z wnętrzności" Szostaka.) Z drugiej strony, niepokojąco brzmi komentarz Genly'ego na temat osobowości komisarza Szusgisa: "Typ wspólny dla całej ludzkości. Spotkałem do na Ziemi, na Hain i na Ollul. Spodziewam się spotkać go w piekle." (s. 451) Być może to niezręczność językowa ze strony Urszuli lub tłumacza, ale jeśli nie, to dlaczego Genly uważa, że miałby trafić do piekła?


Z innych przemyśleń religijnych – bardzo zbieżny z moimi obserwacjami z realu jest obraz życia monastycznego odmalowany na przykładzie codzienności w stanicy Otherhord, natomiast jaskrawo z nimi sprzeczny – obraz przeżycia religijnego i tego, jakie motywacje mu towarzyszą. Chodzi mi o rytuał udzielania przepowiedni. Albo Urszula chciała specjalnie pokazać mechanizm duchowy egzotyczny w stosunku do tego, co mamy w religiach na Ziemi, albo wzorowała się na systemach religijnych, na których ja się nie znam, albo, jako autorka deklarująca niewiarę, nie wie o religii czegoś, co może wiedzieć wierzący czytelnik.


I jeszcze kwestia etyki seksualnej w przyjaźni Genly'ego i Estravena i pytanie, dlaczego się ze sobą nie przespali, gdy Estraven w kemmerze nabrał cech kobiecych. Rusty w swojej notce wysunęła ciekawą tezę, że być może to dlatego, że Genly ma skłonności homoseksualne. Czytałam "Lewą rękę ciemności", sugerując się tą tezą, ale w pewnym momencie protagonista jasno mówi, że odstręcza go nie kobiecość, a płynna tożsamość płciowa Getheńczyków i sugeruje, że miłość to tylko z kobietą a przyjaźń – tylko z mężczyzną. (s. 512-513) Dlatego mnie wydaje się, że przyczyna ich wstrzemięźliwości jest raczej zbliżona do powodu, dla którego chrześcijaństwo zaleca wstrzemięźliwość przedmałżeńską. I tu, i tu punktem wyjściowym jest teza, że miłość fizyczna może zakłócić pozostałe, bardziej zniuansowane obszary bliskości. Chrześcijaństwo stosuje tu środki bezpieczeństwa "do czasu" na zasadzie – OK, róbcie to i owszem, ale najpierw dobrze poznajcie się w innych dziedzinach i upewnijcie, że to właśnie z tą osobą chcecie przeżyć całkowitą bliskość. Genly, nawiązując bliskość z Estravenem, poznał go w tych wszystkich pozostałych dziedzinach, ale gdy pojawiła się kwestia fizyczności, uznał, że Getheńczyk jest jednak zbyt obcy – i uczciwie zatrzymał się na tym etapie.

POLITYKA

Co do polityki, to tylko jedna uwaga. Choć w życiu pozaliterackim jestem potworną polityczną malkontentką i prawie nic mi się w tej dziedzinie nie podoba, to podczas lektury "Lewej ręki..." zakochałam się za zabój w koncepcji Ekumeny. Naprawdę, gdyby Haińczycy startowali w wyborach, w których byłabym uprawniona do głosowania, popierałabym ich projekt jak w dym. Ta ich deklaracja celów (wspomniana wcześniej), zawierająca wszystko, co dla mnie w życiu społecznym ważne. Ta spokojna, niemal leniwa, dobroć i namysł we wszelkich politycznych działaniach. To poszanowanie dobrowolności i metody propagandy rodem z chrześcijaństwa celtyckiego z czasów wczesnego średniowiecza. Ten brak negatywnych aspektów przywiązania do własnej grupy narodowej (szowinizmu, agresji), a jednocześnie bardzo widoczne aspekty pozytywne (społeczny aktywizm, poświęcenie aż do ofiary z życia). Naprawdę nie wiem, czego Urszula dodała do tej książki, ale kiedy ważyły się losy przystąpienia Gethen do wspólnoty, choć czytałam to trzeci raz z rzędu, byłam rozemocjonowana jak na meczu piłkarskim: oby tylko się im udało...

ŚWIATOTWÓRSTWO I JĘZYK

I na końcu uwagi o światotwórstwie. Po pierwsze – uwielbiam fantastyczne uniwersa tworzone z przekonaniem, a świat "Lewej ręki ciemności" jest pod tym względem jednym z najlepszych, jakie znam. Zastanawiam się, co każe mi tak myśleć i chyba chodzi o ironię. Le Guin opisała prawidła rządzące Gethen i jej mieszkańcami z taką mocą, że mogła sobie pozwolić na umieszczenie w tekście ironicznych uwag pod ich adresem, nie rozwalając tego, co stworzyła – chociażby podsumowując zachowanie kochanków w kemmerze ironicznym stwierdzeniem "Wiosna na Zimie" (s. 379), albo każąc Genly'emu zataić obecność haińskiego satelity na orbicie, by, jak sam ironicznie podsumowuje, Getheńczycy nie pomyśleli, że ich niebo jest pełne jego żelastwa. (s. 465) Kundera pisał gdzieś kiedyś, że śmiejemy się zazwyczaj z rzeczy, które są mocno osadzone i poważne – chociażby z sacrum. Skoro Le Guin sama nabija się z własnego uniwersum, a ono to wytrzymuje, to niechybny znak, że jest zrobione z solidnego materiału.


Po drugie, definicja science fiction, jaką Le Guin podaje na końcu wstępu do "Lewej ręki ciemności", też jest moją, jak dotąd, ulubioną. Autorka pisze mianowicie, że science fiction jest metaforą – jak każdy inny rodzaj fikcji zresztą, science fiction jest tu nowatorskie tylko o tyle, że ma pewne nowe środki wyrazu, przeważnie zaczerpnięte z różnych nauk. Bardzo mi się to podoba. Lubię metaforę. Jest ważną rzeczą językoznawczo (jak ktoś nie miał okazji obczaić tematu, polecam książkę "Metafory w naszym życiu" Lakoffa i Johnsona – zobaczycie, że one są wszędzie!) i filozoficznie (nie pamiętam, kto to powiedział, że metafory, łącząc ze sobą dwa pozornie niezwiązane pojęcia, przywracają światu kawałek utraconej jedności. Albo jakoś tak.). Jest mi miło, że science fiction, które bardzo lubię, jest metaforą, a tym samym, jak się okazuje, czymś ważnym. A czego metaforą? Ursula pisze, że nie wie. I to też mi się bardzo podoba.


Po ostatnie, również we wstępie, Le Guin pisze, że w odbiorze tekstu, oprócz warstwy znaczeniowej, ważna jest też warstwa dźwiękowa, melodia. Jej zdaniem "znaczenie może być lepiej odebrane przez wrażliwe ucho, nawet jeżeli jest czytane po cichu, niż przez wrażliwy intelekt". (s. 370) Jako czytelniczka, która może tekstu nawet i nie rozumieć, ale jak ładnie brzmi, to i tak jej się podoba (też pisałam o tym w recenzji "Wróżenia z wnętrzności") po raz kolejny czuję się przeszczęśliwa. Nareszcie ktoś mnie rozumie.


I to już naprawdę koniec. Jak się komuś wpis nie podobał, to może zrobić notatkę myślową, żeby na przyszłość odwodzić mnie od pisania o książkach, które naprawdę uwielbiam, takich z prywatnej pierwszej dwudziestki. Sami widzicie, co się później dzieje.



Le Guin, Ursula K. 2015 [1969]. Lewa ręka ciemności [The left hand of darkness]. Przełożył Lech Jęczmyk, 363-569. [W:] Le Guin, Ursula K. 2015. Sześć światów Hain. Warszawa: Prószynski i S-ka.

sobota, 18 marca 2017

Geek ze szponami Wolverine'a



Kochani popkulturyści, nie zjadajmy się, dobrze...?

W poprzedniej notce odniosłam się do tekstu Lidii Pustelnik z NaTemat.pl pt. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<”. Podczas gdy na znany mi wycinek nerdowskiego/geekowskiego Internetu tekst zadziałał jak płachta na byka, ja stwierdziłam, że opisywany w nim odbiór kina jest mi w pewien sposób bliski. Pominęłam jednak wątki, których najczęściej czepiali się internetowi dyskutanci – w najbardziej chyba wyczerpującej formie przedstawiła je na swoim blogu Zwierz Popkulturalny – a mianowicie zarzuty seksizmu i nagannej wyższości wobec fanów popkulturowego kina. Dziś chciałabym wrócić na chwilkę do tych właśnie tematów.


Zatem jeśli chodzi o zarzut seksizmu w tekście Pustelnik – cóż, to, czy komuś w ogóle przeszkadzają stereotypy płciowe, to kwestia światopoglądu. Przykładowo, ja osobiście źle reaguję tylko na te, które są podawane w sposób pogardliwy, agresywny, umniejszający przedstawiciela danej płci jako człowieka. Tu, na tyle na ile rozumiem, mamy stereotyp poniekąd neutralno-pozytywny – kobieta, według autorki artykułu, to istota subtelna, nieco wyniosła, skłonna wybierać rozrywkę na dobrym poziomie; stereotypowy mężczyzna to natomiast bezpretensjonalny nerd świetnie bawiący się na filmach gatunkowych. Rozumiem, że ten obrazek może budzić pewną irytację przez fakt, że często okazuje się po prostu nieprawdziwy, bo wiele z nas w praktyce do takiego stereotypu nie przystaje, ale co w tym obraźliwego?


Oczywiście, tu znowu wchodzi kwestia światopoglądu, bo mogą poczuć się urażeni płciowi konstruktywiści, dla których niewłaściwe będzie podkreślanie jakiejkolwiek różnicy między płciami poza trzeciorzędnymi fizjologicznymi. Rozumiem. Ale zdajmy sobie jednak sprawę, że naprawdę nie wszyscy jesteśmy konstruktywistami. Wielu ludzi nadal uważa, że płeć – i różnice między płciami – to coś ważnego nie tylko w kwestii biologii i chyba nie warto wyzywać ich od idiotów tylko dlatego, że działają w innym paradygmacie.


Osobiście jak najbardziej jestem w spektrum odbiorców ludycznej superbohaterszczyzny czy kosmicznych nawalanek i nie wpasowuję się przez to w schemat zastosowany przez autorkę, kojarzącą kobiecego widza raczej z jakimś subtelnym, poetyckim filmem w kinie studyjnym. Pomimo to, nie mam absolutnie nic przeciwko temu unoszącemu się gdzieś przede mną w myślosferze nieosiągalnemu ideałowi kobiecości, który przypomina, by czasem choć spróbować wypracować w sobie odrobinę stereotypowej subtelności i wyrafinowania. Wprost przeciwnie, byłoby mi strasznie smutno, gdyby tego ideału nie było, albo gdyby był identyczny dla kobiet i mężczyzn, i jakoś się cieszę, że Pustelnik mi o nim przypomniała.


Ale tu pojawia się zarzut drugi, dotyczący nastawienia autorki artykułu do nerdów/geeków. Faktem jest, od insynuacji, że jeśli lubi się filmy superbohaterskie, to jest to znak, że nie jest się inteligentnym czy trzeźwo myślącym, może zrobić się przykro. Powiedzmy sobie jednak szczerze – takie kulturowe wojenki między zwolennikami poszczególnych dzieł czy nurtów (tu – popkultury vs ambitnego mainstreamu), w których ciśnie się zwolennikom opcji przeciwnej, to nic nowego i jeśli chce się brać udział w dyskusji o kulturze, chyba warto się na to uodpornić.


Tu problem dodatkowo polega jednak na tym, że autorka nie tylko beszta pewną grupę dyskutantów, ale dodatkowo popełnia błąd rzeczowy. Umknął jej mianowicie fakt, że popkultura coraz bardziej się z tym wspomnianym wcześniej ambitnym mainstreamem miesza. Wiadomo już nie tylko w branży, że filmami i serialami gatunkowymi coraz częściej i wnikliwiej zajmują się poważni badacze naukowi a powiązanie ich fabuł z rzeczywistością społeczną jest tak silne, że sposób przedstawienia w nich poszczególnych grup społeczeństwa staje się sprawą nieledwie najważniejszą. Kwestia, czy rzeczywiście inteligentny odbiór popkultury i wrażliwość na reprezentację wykluczonych grup w sformatowanych marketingowo blockbusterach jest czymś równie wartościowym, jak kontemplacja dzieł „wysokich” i moralnych kwestii, jakie podnoszą, pozostaje (przynajmniej dla mnie) otwarta. Tym niemniej, w obecnej sytuacji dużo bardziej chwiejnie, niż choćby parę lat temu, gdy jeszcze się o tym wszystkim w Polsce powszechnie nie mówiło, brzmi teza, że fani popkulturowych filmów i seriali są mało inteligentni albo oderwani od rzeczywistości.


Autorka z NaTemat.pl nie zauważyła też, że w ciągu ostatnich paru lat kultura geekowska zaczęła być u nas po prostu modna. Te „parę lat” to oczywiście karkołomna generalizacja, ale powołuję się na opinie zacnych gości panelu pt. „Co fantastyka traci przechodząc do mainstreamu?”, któremu gospodarzyłam na Falkonie '2016. A co do mody na geekowską kulturę – kto bywa na Pyrkonie, ten wie. Kto był ostatnio na dowolnym filmie superbohaterskim i próbował później przyznać się w towarzystwie, że go za bardzo nie wzięło, też wie. Osoba zaprawiona w przekornym odbiorze kultury oczywiście wybrnie, ale jednak intuicyjnie i tak czuje się, że to trochę poruta. Trochę tak, jakby piętnaście lat temu przyznać się, że woli się różowy pop od prog rocka. I to właśnie na filmowy pop – w żadnym wypadku nie na lekceważenie go w czambuł i wynoszenie pod niebiosa „kultury wysokiej” – najwygodniej się dziś, jeśli ktoś lubi, snobować.


Na tym polega chyba największy błąd dziennikarki z NaTemat.pl – swój tekst napisała jako pewna siebie mainstreamowiczka podśmiewająca się ciepło z niszowego zjawiska, a tu nagle okazało się, że jest osobą o niemodnym i niecenionym (od niedawna) punkcie widzenia, która usiłuje zadzierać z silnym i potrafiącym się doskonale i agresywnie bronić mainstreamem.


Bo to, jak łatwo przyszło oburzonym popkulturystom, w tym Zwierzowi, przypisać autorce „Godzilli, Logana i innych...” głupotę czy drańskość, to moim zdaniem kolejny czytelny dowód na to, że staliśmy się, jako geekowie czy fantaści, kulturowym hegemonem, który po dekadach niszowości i niedocenienia powstał w końcu z kolan i który ma już prawo osądzać, co w kulturowej dyskusji wolno, a co nie i kto (parafrazując Zwierza) siedzi w paskudnej, ciemnej dziurze, a kto stąpa w słońcu.


Mnie osobiście (pomimo atencji dla popkulturowej wiedzy dyskutantów, a także – w wypadku Zwierza – mimo pewnej ciepłej, przekraczającej różnice poglądowe sympatii dla jej moralistycznego zacięcia i skłonności do patosu) trochę rozdrażniło to autorytarne, świadome własnej przewagi osądzenie przez fandomitów autorki z NaTemat.pl. Jakoś wolałam tę skromną, bezpretensjonalną, nawet nieco zakompleksioną niszowość, którą widywałam w fandomie – i w sobie samej – jeszcze do niedawna.


Ktoś powie, że flejm przeciwko tekstowi z NaTemat.pl wynikł nie z uczucia przewagi, a z kwestii etycznych, z chęci poskromienia bucerii. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby ta lekka geekosceptyczna wyższość autorki artykułu o „innych Kongach” była w jakikolwiek sposób moralnie gorsza od wyższości, którą wobec niej zamanifestowali internetowi polemiści – wyższości konstruktywistów nad esencjalistką czy modnych geeków nad niemodną geekosceptyczką. Wprost przeciwnie – polemiści byli od autorki wspomnianego tekstu o niebo bardziej kostyczni i mniej przebierali w słowach, co świadczy o nich mocno na minus.


Zresztą w ogóle wydaje mi się, że każdy z nas, fanów i amatorskich (lub nie) komentatorów kultury ma w sobie jakiegoś tam małego, wewnętrznego snoba, który czasem się ujawnia – a to, czy otoczenie temu snobkowi przyklaśnie, czy zmiesza go z błotem, zależy od aktualnej mody. Pod względem moralnym natomiast, stawiam taką nieśmiałą hipotezę, jesteśmy pod tym względem plus minus po jednych pieniądzach. I stąd moja, równie nieśmiała, prośba – może w takim razie spróbujmy nie wydrapywać sobie o to nawzajem oczu? Nawet jeśli kulturowa moda wyposażyła chwilowo nas, fantastów i popkulturystów, w argumentacyjne szpony godne Wolverine'a.



Pustelnik, Lidia. 2017. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<”. NaTemat.pl. (http://natemat.pl/203647,godzilla-logan-i-inne-kongi-czyli-jak-inteligentna-trzezwo-myslaca-kobieta-ma-przetrwac-na-filmie-dla-nerdow) (data pobrania: 15 marca 2017) 
Głupoty, pierdoły i inne idiotyzmy czyli jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przeczytać artykuł na >NaTemat<”. 2017. Zwierz popkulturalny.(http://zpopk.pl/glupoty-pierdoly-inne-idiotyzmy-czyli-inteligentna-trzezwo-myslaca-kobieta-przeczytac-artykul-natemat.html#ixzz4bcSjfFTq) (data pobrania: 17 marca 2017)

czwartek, 16 marca 2017

Godzilla, Logan i filmowa acedia



Na portalu NaTemat.pl ukazał się, zaledwie wczoraj, artykuł pt. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<” autorstwa Lidii Pustelnik. Ukazał się zaledwie wczoraj i już, widzę, zdążył pooburzać internautów – narzekają oni mianowicie, że tekst jest seksistowski i pełen wyższości wobec fanów popkultury, ale przy okazji pojawiają się też zarzuty, że jest po prostu głupi, źle napisany i w ogóle nie ma co zbierać.


A dla mnie ma on jednak sporą wartość. Jeśli bowiem pominąć na chwilę te najbardziej atakowane wątki, czyli „ech, głupiutcy popkulturyści” i „ach, my, inteligentne kobiety”, to okaże się, że tekst Lidii Pustelnik to po prostu propozycja pewnego szczególnego sposobu odczytania tekstu kultury w sytuacji, gdy tekst niespecjalnie nam się podoba, ale z jakiegoś powodu jednak chcemy (lub musimy) mieć z nim styczność.


A jakie to sytuacje? Na przykład takie, gdy – jak w przykładzie podanym w artykule – chcemy towarzyszyć w poznawaniu danego tekstu bliskiej nam osobie, choć nam akurat tekst niespecjalnie odpowiada (co w tym złego?). Może być też tak, że tekst musimy poznać z powodów zawodowych (ale nie na tyle poważnych, by nie móc trochę się „wyłączyć” albo odczytać go po swojemu). Może być tak, że tekst jest w danym momencie bardzo modny, a my nie chcemy pozostać w tyle w dyskusji (co w tym złego?). A może być i tak, że w ogóle nie lubimy albo nie rozumiemy kina (woląc np. książki, muzykę, interakcje), ale nie chcemy się zamykać na całą jedną dziedzinę ludzkiego dorobku, więc zmuszamy się do obejrzenia czegoś od czasu do czasu metodą oporową. Albo czujemy się nieprzystosowani do aktualnych trendów kulturowych bo np. wyznajemy inne wartości, niż te mainstreamowe, i na cokolwiek byśmy do tego kina nie poszli, zawsze będziemy oglądać trochę przez palce, bez stuprocentowego przekonania.


Co radzi nam w takich sytuacjach autorka? Mamy kilka strategii, nie wszystkie da się stosować jednocześnie:


(1) Możemy „wyłączyć się” na fabułę – która nam nie odpowiada gatunkowo, której nie rozumiemy albo jest sprzeczna z czymś tam, co mamy w sobie – i skupić się na bardziej dla nas atrakcyjnych walorach pozafabularnych, np. na stronie wizualnej filmu.


(2) Możemy skupiać się na fabule, ale wybiórczo, ignorując nieakceptowalną lub nieogarnialną dla nas całość i wyszukując wątki, które nas zainteresują, przemówią do naszych emocji, będą w jakiś sposób „nasze”.


(3) Jeśli dany film jest dla nas nie do przyjęcia jako twór artystyczny, możemy użyć tego, co widzimy, by osiągnąć jakiś pożytek w innych dziedzinach życia, niż odbiór sztuki – np. wypatrując ładnych kadrów na tapetę do komputera albo pożytecznych lekcji życiowych, takich jak ta o zachowaniu schludnej fryzury nawet w sytuacjach kryzysowych.


(4) Możemy odnieść oglądane, obce nam, treści do tego, co nie jest nam obce, co lubimy, co nas obchodzi – np. do bardziej cenionych przez nas tekstów kultury albo do własnego życia.


I ja osobiście uważam te strategie – w moim własnym życiu kulturowym – za całkiem fajne i potrzebne. Nie jestem zdecydowanie zwierzęciem kinowym, ale z powodów wizualnych, ogólnokulturowych i międzyludzkich, a także z powodu miłości do fabuł jako takich, absolutnie nie widzę sensu rezygnacji z oglądania filmów ani dyskusji czy nawet tak! amatorskiego pisania o nich, tak więc, w jakiejś tam łagodnej i wybiórczej formie, miałam okazję wypróbować chyba każdą z powyższych strategii, i chyba z każdego z podanych wcześniej powodów.


Nie jestem też pewna, czy przypadkiem nie stosuję tych strategii również do innych tekstów kultury, np. do niektórych książek. I czy przypadkiem nie są one jakimś elementem metodologii tego bloga. Jak sobie przypomnę, że „Dzikie historie” to nie był dla mnie film o gniewie, a o tym, że fajnie być inżynierem i precyzyjnie wysadzać nielubiane budynki, „Sindbada” Krúdyego używałam jako babskiego poradnika, a w bieżącej lekturze zbioru Le Guin temat oświetlenia i temperatury przesłania mi ważniejsze kwestie fabularne i społeczne, to myślę sobie, że chyba czasem uciekam przed całą kulturą jako taką bardziej, niż modelowa czytelniczka tekstu Lidii Pustelnik przed samą jedną popkulturą.


Krótko mówiąc – mam bardzo podobnie, jak autorka tego tekstu, więc jeśli planujecie dalej kogoś obsztorcować, to już nie ją jedną, a nas dwie. A z zarzutami seksizmu i wywyższania pod jej adresem też mi coś intuicyjnie nie gra, ale to już nie tym razem, jeśli w ogóle którymśkolwiek, bo ileż można flejmić.



Pustelnik, Lidia. 2015. „Godzilla, Logan i inne Kongi... Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie >dla nerdów<”. NaTemat.pl. (http://natemat.pl/203647,godzilla-logan-i-inne-kongi-czyli-jak-inteligentna-trzezwo-myslaca-kobieta-ma-przetrwac-na-filmie-dla-nerdow) (data pobrania: 15 marca 2017)

poniedziałek, 13 marca 2017

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie


Powiecie, że jestem sentymentalna, ale mam słabość do fabuł, w których dobro wyskakuje w miejscu, w którym odbiorca absolutnie się go nie spodziewa.


To tytuł filmu. Włoskiego. W reżyserii Paolo Genovese. Grają teraz w kinach.


Ja w ogóle lubię takie słodko-gorzkie kino europejskie z ładnymi zdjęciami, no i poza tym to przecież Włochy, i jeszcze skoro Włochy, to może będzie tak cudownie, jak w filmach Sorrentino. Tak więc poszłam na podstawie pierwszego wrażenia ze zdjęć i opisu. I nie zawiodłam się, przynajmniej po części.


Jako przykład szczęściodajnego kina europejskiego film wypada całkiem, całkiem. Jeśli ktoś chce popatrzeć na ładnych i ładnie ubranych ludzi (zdobycie takiej sukienki, jaką miała na sobie Anna Foglietta, stało się właśnie jednym z moich pomniejszych celów życiowych) i pozazdrościć im konsumpcji apetycznie wyglądającego jedzenia, to dostanie na seansie to, czego chciał.


Ujęć jedzenia jest sporo, bo prawie cała akcja toczy się przy stole – „Perfetti sconosciuti”, podobnie jak „Rzeź” Polańskiego, należy do kategorii zwanej przeze mnie „filmami o humpfie”, czyli produkcji, w których to bohaterowie siedzą cały czas w jednym pomieszczeniu i się kłócą, ale ta kłótnia budzi tyle plotkarskiego zaciekawienia, że widz w ogóle nie czuje się znudzony. W „Rzezi” był to konflikt pomiędzy rodzicami dwóch chłopców – sprawców bójki, w „Perfetti sconosciuti” mamy natomiast grupkę przyjaciół, którzy podczas spotkania przy kolacji wpadają na pomysł, by udowodnić sobie wzajemną szczerość przez grę w upublicznienie zawartości telefonów.


Uczestnicy mają odczytywać na głos wszystkie otrzymywane podczas spotkania wiadomości i włączać w trybie głośnomówiącym przychodzące rozmowy. Oczywiście, wychodzą przy tym przeróżne qui pro quo, stanowiące element komiczny, a z drugiej strony, z racji, że w ekipie znajdują się trzy pary małżeńskie, od razu pojawia się napięcie, czy któryś z telefonów nie ujawni niewierności. Ta właśnie mieszanka – ładnej oprawy wizualnej, humoru i plotkarskiego napięcia – sprawiła, że nie nudziłam się podczas seansu ani chwili, co jest mocną rekomendacją, bo mam skłonność do kinematograficznej acedii i znudzić mnie szalenie łatwo.


Co do intuicyjnej nadziei na podobieństwo do filmów Sorrentino, to trochę się przeliczyłam, ale tylko trochę. W filmie Genovese nie ma może tego Zaświatu wychylającego się co chwila spod ładnych, niby to płytkich i hedonistycznych dekoracji, jak to się lubi dziać u twórcy „Wielkiego piękna”, ale z całą pewnością zza dekoracji wychyla się tu przynajmniej Dobro.


A wygląda to tak: ponieważ, jak wspomniałam, „Perfetti sconosciuti” to film o kłótni, w sferze międzyludzkiej generalnie nie cały czas jest tam słodko. Ponadto, jako że jest tam mowa o upublicznianiu sekretów, można się spodziewać pewnych niemiłych obserwacji na temat ludzkiej natury i jej zakłamania. No i przy tych wszystkich oczekiwaniach – w pewnym momencie filmu pojawia się pewien bardzo jasny akcent, taki okruch międzyludzkiego dobra i szczerości, który po prostu bije w oczy, a przy tym nie wydaje się w żaden sposób kiczowaty czy sztucznie wyidealizowany, choć nie występuje pod płaszczykiem dystansu czy ironii, nie jest podkolorowany żadnym odcieniem szarości (Nawet więcej – scena jest zbudowana w taki sposób, że najpierw pada jedno zdanie, które właśnie tę atmosferę dobra wprowadza, a później następują dwa czy trzy kolejne zdania, w których to eskaluje, tak jakby ktoś raz odbił pieczęć na papierze, później stwierdził, że za słabo wyszło, i przybił jeszcze kilka razy, za każdym razem mocniej.).


Podczas oglądania nie zwróciłam szczególnej uwagi na wątek, który doprowadził do tej cudownej sceny, i teraz w sumie mam ochotę zobaczyć ten film jeszcze raz, żeby sprawdzić dokładniej, jak się on rozwijał. (Muszę przyznać, że to, co z niego pamiętam, nie było jednak do końca wyidealizowane i czarno-białe – pojawia się tam np. pewna scena o mocnym nacechowaniu światopoglądowym, która, choć też ładna emocjonalnie, nie każdemu może się etycznie spodobać. Ale może i nawet lepiej, że czymś tę moralną idealność przełamali...)


Jeszcze na odcinku znajdowania starych kategorii w nowych filmach – w „Perfetti sconosciuti” bardzo ładnie zapracowało działanie piękna przyrody na człowieka; tu w roli głównej zaćmienie Księżyca, które bohaterowie oglądają w pewnym momencie z tarasu. Niby wiemy, jak to działa od czasu sceny z Samem Gamgee i gwiazdą w „Powrocie króla”, ale w sumie nigdy dość przypominania. Chociaż graficznie to zaćmienie, trzeba przyznać, odrobione paskudnie.


Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie [Perfetti sconosciuti]. 2017. Reż. Paolo Genovese. Prod. Włochy.

niedziela, 5 marca 2017

(Nie) każdy święty chodzi ogarnięty


Już dwa razy napomykałam na tych łamach o „Świętych codziennego użytku” Szymona Hołowni, ale że właśnie skończyłam czytać, dorzucę parę bardziej całościowych myśli. Dziś - o nawiązaniach fantastycznych, wzruszeniach i zamiłowaniu świętych do porządku (lub nie).

Znajdź jednego świętego w tłumie normalsów.


Trzymając się tematyki bloga – Hołownia, opisując sylwetki świętych, często żyjących wiele wieków temu, mocno zderza je naszym współczesnym życiem i popkulturą – w tym, niekiedy, z estetyką fantastyki. Jest tu np. mangowa św. Paraskiewa, steampunkowy Edmund Bojanowski (o tym autor akurat nie wspomina, ale jego kojarząca się z tą odmianą gatunkową dziewiętnastowieczna „fajność” aż bije w oczy) i św. Charbel, który, gdy Szymon pierwszy raz wypatrzył go na pobożnych podobiznach w Meksyku, „wyglądał jak Merlin albo członek rady pedagogicznej z Hogwartu” (s. 120-121).


Trzymając się tematyki bloga od innej strony – mnie wiele z tych historii nieźle wzruszyło i ciekawa jestem bardzo, na ile to wzruszenie siedzi w tym tekście obiektywnie i czy „Święci codziennego użytku” zadziałaliby tak również na Was, czy też to tylko ja tak reaguję, bo taki mam rodzaj wyobraźni, taką przynależność religijną itp. Jakby ktoś z Was miał okazję książkę obadać, może dać znać w komentarzach, jakie były jego wrażenia. (Innymi słowy, kochani, testujemy, czy Szymonowi udało się zawrzeć w „Świętych...” eliotowski obiektywny korelat.)


Czytając „Świętych codziennego użytku”, zaczęłam się w pewnym momencie skupiać na tematyce porządku i bałaganiarstwa. Czy święci byli raczej poukładanymi ludźmi i swoich gości, uczniów i penitentów witali w cieszących oko porządkiem i czystością mieszkaniach, celach lub pustelniach? Czy też w dążeniu do spraw wyższych przymykali oko na przyziemne sprawy takie jak niezamieciona podłoga albo kolekcja kubków po kawie na biurku?


Dorastając w czasoprzestrzeni, w której wrażliwość religijna lubiła się niekiedy mieszać z estetyką punk rocka, miałam zawsze wrażenie, że prawdziwsza jest opcja numer dwa. Jeśli jesteś dobrym człowiekiem – a co dopiero świętym! – to nie ma aż takiego znaczenia, czy ślicznie wykrochmalisz firanki a na stole postawisz doniczkę z prymulką.


Z tym przekonaniem o nikłej wartości moralnej porządku w chacie zderzyły mi się trochę późniejsze inspiracje i lektury. Nie pamiętam już, co takiego wyczytałam np. w Promieniowaniach Jüngera – raczej nie było to nic dokładnie na temat porządków, raczej coś ogólnego na temat moralnej ważności drobnych gestów i wysiłków – ale kojarzę dokładnie, że ogólne wrażenia z lektury zmotywowały mnie do jakiejś większej akcji porządkowej w mieszkaniu i robiąc ją czułam się jak św. Joanna d'Arc, która właśnie wygrała bitwę na wojnie Dobra ze Złem.


Bezlitośnie motywujący pod względem tematyki sprzątalniczej bywa też Łukasz Orbitowski. Jego Inna dusza, która przy okropności zewnętrznej tematyki jest jednocześnie słonecznym hymnem na cześć bardzo wielu dobrych rzeczy, to m.in. piękna pochwała sprzątania. Kiedy w domu rodziny Hoppe dzieje się źle, odkurzanie książek na półkach, trzepanie dywanów i usuwanie zacieków to drobne gesty, które w rzeczywistość biedy i nałogu są w stanie wpuścić trochę Światła. A czytelnikowi, zwłaszcza wygodniej żyjącemu i deklarującemu mniejszy nihilizm, niż książkowy Krzysiek, może zrobić się głupio: to on, w takich trudnych warunkach, martwi się, że nie ma czasu, żeby zrobić coś z tymi dwiema trwałymi plamkami na wannie, a ja bywam na takie rzeczy obojętna/y?


Ale to, jak wspomniałam, słoneczna motywacja do porządków. W „Czasie cezarów” Orbitowskiego mamy coś więcej – motywację pogardliwą. Wśród kochanek ojca głównego bohatera jest niejaka „ciocia” Zosia, wyróżniająca się spośród pozostałych pań faktem mieszkania w zagraconej garsonierze z paskudnie zapuszczonym zlewem. Poza tym nie ma mowy o żadnych jej innych szczególnych cechach, a już zupełnie nie wydaje się bardziej rozwiązła, niż inne. Jednak w momencie, gdy ojciec protagonisty potrzebuje do swoich czarnoksięskich rytuałów krwi ladacznicy, udaje się właśnie do cioci Zosi, a jego syn stwierdza, że tatuś nigdy nie miał o tej cioci dobrego mniemania. Dodam, że „Czas cezarów” to opowiadanie o wielokrotnych zdradach, rzucaniu na siebie nawzajem klątw i generalnie o życzeniu sobie źle. Jedyną osobą, która zasłużyła w nim jednak na pogardę jest biedna „ciocia”, która nie potrafi utrzymać porządku w domu.

Tyle mój dotychczasowy subiektywny przegląd literatury sprzątaniowej – a jak wygląda kwestia porządnictwa i bałaganiarstwa u świętych opisywanych przez Szymona Hołownię? Ano różnie wygląda.


Z jednej strony mamy św. Rafała Kalinowskiego – Hołownia powiada, że był z niego „patentowany bałaganiarz, posiadacz dwóch lewych rąk do spraw bytowo-domowych” (s. 36). O prowadzenie schludnych domostw trudno też podejrzewać prawosławnych jurodiwych – takich jak św. Prokop – którzy upokarzali się przed innymi ludźmi przez niechlujny wygląd i łamanie zasad pożycia społecznego, by samemu zyskać zbawienną pokorę a innych wytrącić z ich zastanego toku myślenia. (Wielu mądrzejszych wpadło już przede mną na to, że jurodiwi byli w tym właśnie bardzo punkowi.)


Z drugiej jednak strony, wiele żywotów, o których pisze nam Szymon, pokazuje osoby, które dążenie do bliskości Boga i zbawienia łączyli z troską o dom i urodę codzienności. Św. Teresa z Ávila, mistyczka i pisarka, widać nie uważała, że skrzętne zajmowanie się domem to strata czasu, który można by poświęcić na modlitwę i twórczość, skoro podczas religijnych ekstaz potrafiła nie przerywać smażenia ryby na patelni a robótki ręczne odkładał tylko wówczas, gdy szła na spotkanie z biskupem. Z kolei historia małżeństwa Marii i Luigiego Beltrame Quattrocchich to wręcz żywe potwierdzenie tego, że duchową doskonałość można osiągnąć nie tylko pomimo tych drobnych, codziennych zadań, z jakich składa się prowadzenie domu, ale właśnie dzięki nim i miłości, jaką się w nie wkłada. Nie mówiąc już o dramatycznym przykładzie dwudziestu jeden męczenników z Libii, którzy, ginąc za szczerość w wyznawaniu wiary, pozostawili w połowie drogi właśnie takie drobne, dobre zadania – troskę o dom i rodzinę czy zbieranie pieniędzy, by tę rodzinę założyć.


Podsumowując – nie znalazłam w „Świętych codziennego użytku” jasnej odpowiedzi na to, czy świętemu – i kandydatowi nań – bardziej przystoi życie w mieszkaniu przypominającym pudełeczko, czy też może spokojnie egzystować w artystycznym nieładzie. Intuicyjnie wydaje mi się, że ci święci, o których nie było wyraźnie napisane, że mieli syf na chacie, raczej tego syfu nie mieli i że porządek jest pewną - choć pewnie opcjonalną - tendencją rozwojową w życiu duchowym. Z drugiej strony, przytoczeni święci „nieogarnięci” i bałaganiarze to wyraźna sugestia, że nieogarnięcie, nawet jeśli w naszym nieciekawym, gloryfikującym pozory świecie zamyka pewne drzwi (przykładem niejaki eksperyment Rosenhana pokazujący paskudną prawdę o tym, jak pozory potrafią rządzić psychiatrią), na pewno nie jest, w ostatecznym rozrachunku, przeszkodą w drodze do dobrego życia i do nieba.


To powiedziawszy, życzę Wam miłych i obfitujących w intelektualne przemyślenia wiosennych porządków. A „Świętych codziennego użytku” bardzo polecam.



Hołownia, Szymon. 2015. Święci codziennego użytku.. Kraków: Wydawnictwo Znak.

wtorek, 14 lutego 2017

Wyzwanie Hain #3: U.K. Le Guin, „Miasto złudzeń”


Notka napisana w ramach wyzwania czytelniczego 2016 (czytamy powieści U.K. Le Guin ze świata Ekumeny). Szczegóły na blogu Fangirl's Guide to the Galaxy.


Początek "Miasta złudzeń", dziejący się w Leśnych Domach, jest bardziej hygge niż zapewne niejeden poradnik hygge.

Miasto złudzeń” to historia Falka, humanoida o "wyczyszczonej" pamięci, odnalezionego przez mieszkańców Domu Zove – prostych osadników, jednych z nielicznych ludzi zamieszkujących Ziemię wiele lat po wygaśnięciu jej dawniejszej cywilizacji. Nie mogąc znaleźć swojego miejsca w społeczności, Falk decyduje się opuścić Dom i ruszyć na wyprawę poprzez bezdroża i osady leżące na terenie niegdysiejszych Stanów Zjednoczonych do miasta Es Toch, by poznać swoją prawdziwą tożsamość, a także zmierzyć się ze złem uosabianym przez wrogie ludziom i całej Ekumenie, kontrolujące Ziemię plemię Shinga.


Zacznę może od kwestii samej, najprostszej, hedonistycznej przyjemności czytania. Podczas gdy „Świat Rocannona” ucieszył mnie wizualnie krajobrazami tak wzniosłymi, że od perspektywy czasem kręciło się w głowie a „Planetę wygnania” miałam za powieść bardzo, na poziomie historii indywidualnych bohaterów, optymistyczną, „Miasto złudzeń” w swojej pierwszej części wywołało we mnie uczucie błogości. Nie ma w tym żadnej wyższej filozofii: po prostu dobrze czytało mi się o Domu Zove, o pięknym lesie wokół niego, o ludziach zajmujących się z chęcią nieskomplikowanymi rzemiosłami i zdolnych do prostej dobroci zarówno wobec siebie nawzajem jak i wobec niespodziewanego przybysza, i o radosnym, jasnym romansie między głównym bohaterem a jedną z mieszkanek Domu – Parth. Przypuszczam, że właśnie dla takich wrażeń ludzie czytają te wszystkie książki o rzucaniu korpo i budowaniu winnicy w Toskanii. (Czasem się zastanawiam, czy nie powinnam zmienić czytelniczego repertuaru, bo co się dorwę do ambitnej fantastyki, to włączają mi się jakieś tendencje dezercyjne. Trzeba jednak przyznać, że sama autorka podaje całkiem górnolotne wyjaśnienie obecnego w książce kultu prostoty życia, pokazując, że niektórzy Ziemianie zapamiętali w zniekształconej formie przemyślenia Henry'ego Davida Thoreau.)


Co do wrażeń sensorycznych, w „Świecie Rocannona” podobały mi się opisy zimna i gorąca, a w „Mieście złudzeń” mamy z kolei sporo mogących podobnie mocno działać na wyobraźnię kontrastów światła i mroku. Powieść zaczyna się od ocknięcia się Falka po utracie pamięci – ma to miejsce w całkowitej ciemności, która ustępuje dopiero przy dotarciu do osady Zove. Na końcu książki bohaterowie ponownie pogrążają się w ciemności. Podczas ponownej nauki podstawowych ludzkich czynności po swojej amnezji Falk przyrównuje zdobytą wiedzę do małe świeczki palącej się na ciemnym polu – gdy natomiast rusza już na swoją wyprawę i znajduje się w obcej nieprzyjaznej okolicy, wychodzące zza chmur słońce dodaje mu otuchy i umacnia w powziętym zamiarze. W innym miejscu wędrówki, gdy po dłuższym odcinku położonym z dala od jakichkolwiek osad ludzkich główny bohater widzi światło jakiegoś domostwa, znów mocno reaguje emocjonalnie: „To światło, świecące z daleka poprzez mrok wzruszyło go do głębi” (s. 253). Oczywiście, śledząc wątek światła i mroku, mogłam się była domyślić, że tak ogólny, nasycony symboliką temat został już na pewno wcześniej opisany przez zawodowców. I rzeczywiście, choćby anglojęzyczna Wiki podaje, że temat światła i mroku w „Mieście złudzień” opisał niejaki Douglas Barbour, przypisując im znaczenie związane z opartą na harmonii przeciwieństw filozofią tao.1 Choć ten trop jest wielce zasadny, a bezpośrednie nawiązania do taoizmu pojawiają się w samej fabule książki, mnie podczas lektury obrazy światła i mroku po prostu działały na wyobraźnię wizualną, ewentualnie kojarzyły się kryptoteologicznie.


Kontynuując wątek kontaktu z Innymi, który podjęłam w poprzednich notkach, z początku wydawało mi się, że w „Mieście złudzeń” trop się urywa i tym razem nic o dialogu z obcymi rasami i światopoglądami nie znajdę. Po namyśle stwierdziłam jednak, że można na ten temat wyciągnąć z „Miasta złudzeń” całkiem sporo, jeśli zamiast z mieszkańcami Domów czy z Falkiem, czytelnik spróbuje się zidentyfikować z wrogimi Shinga – z ich cywilizacyjną wyższością wobec innych bohaterów i narzuceniem tym innym – niby to dla ich dobra – wymyślonego przez siebie, opresyjnego sposobu życia. Opresja wobec kultur mniej rozwiniętych brzmi zapewne znajomo, i nie zawstydzić się przy tym wątku w książce nie sposób, niezależnie jak bardzo niepoprawnym politycznie by się nie było. A to dla tego, że Le Guin pokazuje, że podstawą reżimu Shinga jest kłamstwo, które jest uznawane za moralne zło przez chyba każdy system etyczny, również przez systemy politycznie niepoprawne. Możemy więc powstydzić się wszyscy razem.


Jeśli chodzi o tematykę kłamstwa, to właśnie ono staje się tu nośnikiem „gęsioskórkowatości”, która stanowi dla mnie kolejne lekturowe wrażenie łączące dotychczasowe części cyklu Hain. Trochę creepy są tu mieszkańcy tytułowego miasta złudzeń - Es Toch, przyjemny czytelniczy lęk mogą też budzić wzmianki o „dziwnościach” poszczególnych społeczności Ziemi odwiedzanych przez Falka (również spowodowanych przez kłamstwo, bo będących efektem wpływów Shinga). Najbardziej niepokojące były dla mnie jednak mówiące zwierzęta. Przy fragmencie z dzikiem, który mówi do Falka „Aach, aach, człowieku, myśl do mnie” „niewyraźnym i matowym głosem dobywającym się z pokiereszowanego ryja” (s. 242) przez chwilę trochę bałam się być sama w pokoju. To wrażenie „gęsioskórkowatości”, sam fakt występowania mówiących zwierząt i stopniowe odkrywanie przez czytelnika prawdy o okrutnie traktowanej, żyjącej w kłamstwie społeczności, trochę kojarzy mi się z wątkiem Królikarni Sideł w „Wodnikowym Wzgórzu” Richarda Adamsa.


Źródełko z Wiki podpowiada, że w „Mieście złudzeń” pojawia się wątek feministyczny w postaci krytycznie przedstawionej mizoginii społeczności Pszczelarzy.2 Szczerze mówiąc, nie zauważyłam tego podczas lektury i zastanawiam się, czy tak jak np. u Lema wątki naukowe, tak u Le Guin nie zestarzała się przypadkiem warstwa dotycząca tego rodzaju sprawiedliwości społecznej. Mam wrażenie, że to, co ona opisuje w kwestiach płci i obyczajów, dla współczesnych social justice warriors (i w sumie dla kogokolwiek) może być zbyt mało radykalne: „wojownicze” wątki giną pośród obrazów bardzo tradycyjnych społeczności i spolaryzowanych ról płciowych. Z kolei czytelnik spragniony obyczajowej tradycji i esencjalistycznego romansu, kiedy po serii wątków, które mogą mu się spodobać (takich jak zakończona „morałem” historia z Estrel) książka robi się na chwilę bardziej „bezpruderyjna”, może odczuć konfuzję – trochę jak w towarzystwie szacownej cioci czy wujka, który/a nagle rzuca na rodzinnym spotkaniu pieprzny dowcip, żeby pokazać, jak to on/a rozumie młodzież.


Lektura pierwszej części powieści zbiegła mi się z podczytywaniem „Świętych codziennego użytku” Szymona Hołowni i niektóre wątki uroczo mi się kontaminowały. Reakcja mieszkańców Domu Zove na przybycie Falka – nakarmienie go i opieka nad nim pomimo poważnych wątpliwości co do tego, czy nie jest groźny – kojarzyła mi się z historią o św. Janie Ruskim i ewangelizacji przy pomocy miski zupy tudzież z maksymą bł. Urszuli Ledóchowskiej: „Bądźmy dobre i dla dobrych, i dla złych, dla wielkich i dla małych, dla dzieci i dorosłych, dla zwierząt, dla kwiatów, dla wszystkich stworzeń”.3 Delikatność i czułość relacji Falka i Parth na jej samym początku, z czasowo wyciszonymi choć obecnymi zmysłami, przywodziła mi na myśl życie małżeństwa dwojga świętych: Marii i Luigiego Beltrame Quattrocchich. Wątek myślomowy jako najszczerszej, doskonalszej od innych form komunikacji powiązał mi się ze św. Teresą z Ávila i jej praktyką modlitwy myślnej, a niefrasobliwość Falka, który wyruszając w podróż, nie do końca wiedział, dokąd i po co idzie – z historiami świątynnej wdowy i, ponoć nieco nieogarniętego życiowo, bł. Rafała Kalinowskiego. Końcówkę powieści doczytywałam natomiast przy dźwiękach soundtracków Maxa Richtera i finalne zagadki, z zamieniającymi się miejscami prawdą i kłamstwem, przeskakiwały mi w wyobraźni w takt muzyki jak cegiełki. Oczywiście wiem, że to wszystko nie wnosi nic do ogólnego odbioru „Miasta złudzeń”, ale mamy postmodernizm i ponoć wszystko już było, więc czuję się w obowiązku napisać Wam cokolwiek, czego o tej książce nie powiedzieli inni, bo jeszcze mi tu uśniecie.


Zajrzyjcie też koniecznie do wpisów pozostałych uczestników wyzwania: Rusty, Ziuty, Gryzipióra i Pyzy!



1  Barbour, Douglas, "Wholeness and Balance in the Hainish Novels" published in Ursula K. Le Guin (Modern Critical Views), ed. Harold Bloom, (New York, NY: Chelsea House Publishers, 1986) pages 24-25. , za: Wikipedia, „City of Illusions”.


Spivack, Charlotte. Ursula K. Le Guin, (Boston, MA: Twayne Publishers, 1984), s. 20, za: Wikipedia, „City of Illusions”.



3  Hołownia, Szymon. 2015. Święci codziennego użytku. Kraków: Wydawnictwo Znak, s. 91.