Jak to z klasyką na Samej Porcelanie bywa, Fale Virginii Woolf interpretuję subiektywnie i z pominięciem wątków ważnych dla wyrobionych czytelników. Bo po co otwierać się empatycznie na głęboki psychologicznie, poetycki, strumienioświadomościowy, subwersyjny, queerowy, pełen nawiązań historycznych wszechświat, skoro można ograniczyć się do odbicia w tej powieści jedynie nudnej siebie?
![]() |
| Naturalna pomyślność to w Falach Woolf miks szczęścia rodzinnego, obcowania z przyrodą, prostoty i braku komplikacji wewnętrznych. Chwytliwe określenie. |
Piękny był mój początek lektury Fal. Pierwszy rozdział, złożony z krótkich, enigmatycznych kwestii wypowiadanych kolejno przez bohaterów, poraził mnie i zachwycił dziwnością. Co to za osobliwie rozumujące stworki tak mówią, myślałam sobie, wyobrażając sobie świat przedstawiony Fal jako coś w rodzaju scenerii z Wrócieeś, Sneogg, wiedziaam Huberatha. Dopiero drugi rozdział uporządkował mi postrzeganie – i minimalnie rozczarował. No tak, to nie były księżycowe stworki, ale dzieci, dzieci z przedszkola albo jeszcze młodsze.
ŻYCIE LUDZI I ŻYCIE OGRODU
Jak bowiem niektórzy mogą wiedzieć, Fale to poetycka proza o życiu sześciorga przyjaciół – Susan, Rhody, Jinny, Bernarda, Louisa i Neville'a – których poznajemy jako maleńkie dzieci i którym towarzyszymy migawkowo poprzez dorastanie, młodość, wiek dojrzały, do schyłku życia. Kolejne migawki, przedstawiane za pomocą serii krótkich monologów – strumieni świadomości – poszczególnych postaci, przeplatane są poetyckimi obrazami domu z ogrodem na morskim wybrzeżu w kolejnych porach dnia. I tak, dzieciństwo poprzedzone jest opisem nadmorskiego poranka, młodość – przedpołudnia itd.
Gdy zatem pojęłam, że Fale to nie będzie zaskakująca fantastyka psychologiczna lub przynajmniej studium zbiorowego bzika, ale właśnie taka dostojna powieść z konceptem, wyluzowałam i skupiłam się z jednej strony na pięknie tych poetyckich opisów, z drugiej na obyczajowym, plotkarskim potencjale opowieści szóstki bohaterów. Co do opisów, mają w sobie co nieco wzniosłości i dotyczą przyjemnego wycinka angielskiej przyrody. Jeśli mam tu na pokładzie osoby lubiące anglosaskie legendarium lub fantasy oraz mające plastyczną wyobraźnię, to myślę, że podczas lektury Fal będzie Wam równie miło, jak mnie.
NAGRODA DLA NAJMILSZEGO BOHATERA IDZIE DO...
Co do plotkarskiego potencjału – czy to tylko moje wrażenie, że jedynie Susan i Bernard dają się w tej ekipie lubić? Jinny to zapatrzona w siebie wielkomiejska trzpiotka, Louis i Neville stanowili dla mnie jakiś trudno odróżnialny od siebie nawzajem konglomerat marudzenia, kompleksów, pracy w jakichś biurach i och-jacy-jesteśmy-wywrotowi-jak-na-lata-trzydzieste obyczajowości. Jeszcze ewentualnie eteryczną, zagubioną, niezręczną towarzysko Rhodę daję radę zrozumieć, bo się nią pewnie bywało. Natomiast w każdym rozdziale szczerze czekałam na lakoniczną wypowiedź chmurnej za młodu, nienawidzącej szkoły z internatem i tęskniącej za swoją wsią, ojcem i przyrodą Susan, która w dorosłości wychodzi za mąż i cieszy się (z pewnymi wyjątkami) krzepkim macierzyństwem i uprawą roli, oraz na rozlewną, jowialną opowieść Bernarda, poetyckiej duszy i duszy towarzystwa odbijającej się w innych ludziach, który także zakłada później rodzinę.
NATURALNA POMYŚLNOŚĆ A BLOGI ODGRACANIOWE
W odniesieniu do losu Susan zostaje w Falach użyte określenie „naturalna pomyślność”, które mocno zapadło mi w pamięć. Pojawia się ono też jako wartość ujemna – pada gdzieś w powieści określenie, że Louis czy Neville tej właśnie naturalnej pomyślności nie mają. Czym ono właściwie jest, trudno powiedzieć – to coś na przecięciu szczęścia rodzinnego, obcowania z przyrodą, pewnej prostoty życia i braku niepotrzebnych komplikacji wewnętrznych. Jest to dla mnie bardzo atrakcyjny pakiet. Można by to nazwać: życie po Bożemu (choć takie pastoralne nawiązanie oczywiście u Virginii Woolf nie pada). Jeśli chcemy jeszcze bardziej potocznie i ahistorycznie – naturalna pomyślność kojarzy mi się ze stylem życia promowanym cyfrowo przez niektóre pozytywnie uduchowione minimalistki, np. autorka bloga odgracaniowego Uwalniam od nadmiaru.
PRZEMIJANIE: TEAM „SYTY DNI”
Jest jeden poważny i oficjalnie dostrzegany w Falach Virginii Woolf temat, który zainteresował i mnie. To przemijanie. Trzeba przyznać, że porównanie życia bohaterów do przebiegu jednego dnia, jakby byli jętkami jednodniówkami, ma swoją moc. Dodatkowo, obrazy słońca chylącego się do zachodu, z narastającym stopniowo mrokiem, chłodem, martwotą przyrody, rozmywającymi się barwami, tym bardziej sprawiają, że myśląc o własnym życiu – w którym jestem teraz rozdziale? – czytelnik może poczuć chłód pełznący wzdłuż kręgosłupa. Jako młodszy człowiek i czytelnik, kompletnie się takiej tematyki nie bałam. Współgrało ze mną sformułowanie C.S. Lewisa z Listów starego diabła..., że wręcz dobrze jest umrzeć młodo, bo człowiek może nie zdążyć nagrzeszyć. Jednak to chyba właśnie zaznanie tej – tak polubionej przeze mnie, jako koncept, w Falach – naturalnej pomyślności daje człowiekowi inną perspektywę, pragnienie osiągnięcia biblijnego ideału człowieka, który jest „syty dni” – bo przecież niespecjalny zachwyt przemijaniem i pragnienie życia to niekoniecznie tylko pustota i przyziemność, ale też duchowa sprawa.
Na zakończenie małe przypomnienie dla Was: Fale Virginii Woolf to dostojna klasyka i literatura wysoka. Czy można spędzić szmat czasu nad każdym rozdziałem, deliberując nad symbolistyczną wymową opisów przyrody i tropiąc mikropowiązania między nimi a warstwą fabularną? Oczywiście, że można. Czy można czytać kątem oka, jednocześnie nadrabiając na drugim nośniku stan badań literaturoznawczych o twórczości Woolf? Jak najbardziej. Czy można, wreszcie, czytać po prostu dokładniej, niż ja, i wysnuwać wnioski wznioślejsze, niż recepcja opisów chęchów u fanów fantasy czy skojarzenie z influencerami odgracaniowymi? I owszem. Natomiast na tym blogu, jak już zapowiedziałam we wstępie (i jak mówi mój tekst programowy o klasyce), takie utwory czyta się i recenzuje inaczej. Ale Wy oczywiście, jeśli chcecie, bądźcie mądrzy, nie bądźcie tacy jak ja.
Woolf, Virginia. 2021 (1931). Fale. Przełożył Lech Czyżewski. Kraków: Wydawnictwo Literackie.
Obraz: OpenClipart-Vectors z Pixabay

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz