Za nami koniec roku, pora podsumowań. Przedstawiam serię kilku wpisów o tym, co mnie w 2022 roku zajęło i/lub ucieszyło na niwie literackiej, audiowizualnej i duchowej. Niezależnie od daty publikacji, bo jak zwykle liczy się tylko me, myself and I. Pierwszy odcinek możecie przeczytać tutaj. Dziś kolejny wpis, o serialu Cobra Kai, wrażenia z sezonu pierwszego i kawałka drugiego.
![]()
| |
Zaczęliśmy oglądać jako odreagowanie po Pierścieniach władzy, które oceniliśmy krytycznie (swoje wrażenia wzmiankowałam tutaj). Ponieważ o Cobra Kai entuzjastycznie wyrażali się m.in. rozkminiacze z Klubu Jagiellońskiego, uznałam, że skoro Pierścienie... pozostawiły niemiłe wrażenia m.in. ze względu na źle ograną postępowość (żerowanie na negatywnych emocjach fanów w komunikacji marketingowej i trącący dydaktyzmem sposób prezentacji bohaterek kobiecych), jako odtrutkę warto zaserwować sobie coś, co chwalą przedstawiciele jakościowego konserwatyzmu. I rany, było warto. Zapowiadało się niewinnie: Cobra Kai to kontynuacja filmu Karate Kid, opowiedziana z perspektywy negatywnego bohatera - Johnny'ego Lawrence'a. Można było więc liczyć na fajne walki, nieco vintage nostalgii i ewentualnie jakieś etyczne zniuansowanie przez oddanie głosu drugiej stronie. I to wszystko w tym serialu jest, ale dostajemy dużo więcej. Po pierwsze, przynajmniej jak dotąd (jesteśmy w połowie drugiego sezonu) akcja jest upleciona z koronkarską finezją, wszelakie zwroty akcji, qui pro quo czy zmiany we wzajemnych odniesieniach bohaterów są bardzo satysfakcjonujące i super logiczne.
Po drugie, jeśli kogoś rusza temat relacji rodzicielskich - a rusza on wielu ludzi, bo, cytując znów mojego wykładowcę od historii literatury angielskiej, nie każdy z nas przeżył wielką miłość czy przyjaźń, ale rodziców miał każdy - w Cobra Kai mamy działające na emocje i dające do myślenia wątki związane z tym właśnie tematem. Mamy tu m.in. połamaną, lecz nie beznadziejną relację Johnny'ego z synem, w którego wychowaniu nie uczestniczył praktycznie od dnia narodzin, ale teraz chce naprawić błędy. Jest też pokazana więź syna Johnny'ego z matką, która zajęta jest głównie szukaniem własnego szczęścia w życiu i nie dostrzega poruszających dowodów przywiązania ze strony swojego dziecka. W kontraście do tych wątków stoi więź Danny'ego LaRusso z jego dziećmi, mogąca z kolei uchodzić za wzorową, choć niepozbawioną codziennych zmagań.
Po trzecie, twórcy Cobra Kai wykazują ożywczo nienabożny stosunek wobec politycznej poprawności. Protagonista serialu, Johnny, nie tak jak jego młodsza wersja w filmie Karate Kid,
może uchodzić za postać co prawda niedoskonałą i rozwijającą się, ale
ogólnie pozytywną. I w tej pozytywności jak najbardziej zdarza mu się
używać niepoprawnych politycznie epitetów, rzucać mało empatyczne z
punktu widzenia inkluzywności uwagi czy kpić sobie z terminologii gender
(Is this a prank call?!). Czasem reflektuje się (lub życie mu
pokazuje), że posunął się za daleko i zmienia postępowanie na
delikatniejsze, ale czasem jego nieprawomyślność okazuje się przynosić
pozytywne rezultaty (np. przemiana Hawka). Dla odmiany wcieleniem zasad
politycznej poprawności jest wychowawczyni córki Danny'ego, Samanthy,
osoba sztywna i pryncypialna, zanudzająca uczniów morałami o tym, jak to
w Halloween należy przebierać się nie za zalotną pielęgniarkę, ale za
"neutralnego genderowo pracownika szpitala". Inną odmianą w Cobra Kai
w stosunku do poprawnościowych trendów jest duży nacisk na tematykę
związaną z byciem mężczyzną (ojcostwo, chłopięce dorastanie, relacja
uczeń-mistrz, etos wojownika) i ogólny brak potulnego dydaktyzmu
związanego z feminizmem i całą resztą pakietu. Oglądając Cobra Kai,
uświadomiłam sobie, jak bardzo stęskniłam się za takim niebigoteryjnym
podejściem. Pomijając kwestie światopoglądowe, jest ono zwyczajnie
lepsze dla celów artystycznych. Gdy widać, że twórcy serialu bardziej
skupiają się na fabule czy emocjach, niż na gorączkowym liczeniu
parytetów czy przechodzeniu testu Bechdel, dużo bardziej docenia się
chociażby Silne Postaci Kobiece, których w serialu nie brakuje,
począwszy od cudownej, badassowej Aishy, poprzez "stalową magnolię"
Amandę LaRusso i jej córkę Samanthę reprezentującą soft power, skończywszy na koleżankach Samanthy, których siła jest destruktywna.